Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja – idąc drogą, którą jest Jezus

Odpowiedział mu Jezus: «Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście». Rzekł do Niego Filip: «Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy». Odpowiedział mu Jezus: «Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. [J 14,6 -9]

Wszyscy posiadamy doświadczenie drogi. Od wczesnego dzieciństwa korzystamy z różnych dróg. Droga jest łącznikiem pomiędzy polami, lasami, jeziorami, wioskami, miastami, państwami. Każda droga dokądś prowadzi, nie jest drogą donikąd. Człowiek obierający jakąś drogę, obiera zarazem jakiś cel. Chce osiągnąć jakiś cel swej wędrówki czy podróży.

Jezus w swojej Ewangelii mówi do nas również o tym, że jest naszą Drogą.

W jakim sensie Chrystus jest naszą drogą? Jaka jest to droga i dokąd ta droga nas prowadzi? Chrystus jest najpierw drogą do nas samych, do mnie samego. Nikt nie może odkryć, „osiągnąć” siebie samego bez Chrystusa. O tym mówił św. Jan Paweł II mówił do nas w Warszawie w czasie swojej pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny: „Chrystus – to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie”.

W świetle tych słów można powiedzieć, iż Chrystus jest dla człowieka „drogą” do odkrycia prawdy o sobie samym.  

Chrystus jest także drogą do drugiego człowieka. Tylko poprzez Chrystusa, w Jego stylu, w Jego prawdzie i miłości można odkryć, spotkać, doświadczyć i zawiązać najsilniejszą więź z drugim człowiekiem.

Wreszcie Chrystus jest naszą drogą do Boga: „Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie” (J 14,6b). Zatem dojście do Ojca jest możliwe jedynie przez Chrystusa. Chodzi tu zarówno o dojście do poznania Boga, jak i do zbawienia, do którego przychodzi się jedynie przez Chrystusa i którego tylko On jest gwarantem.

Podążanie tą drogą, jaką jest Chrystus łączy się niechybnie z prawdą. Dlatego też Chrystus nie waha się powiedzieć o sobie, że jest także Prawdą.

Oczywiście jest tak, ponieważ jest Bogiem a On jest źródłem wszelkiej prawdy. Ale też od Niego czerpiemy prawdę o Bogu i o nas samych. Bez Chrystusa nie można poznać pełnej prawdy o samym sobie. To Ewangelia Chrystusa przynosi nam ważną prawdę o tym, że jestem dzieckiem Boga, że od Boga wyszedłem i do Niego ostatecznie zdążam. Chrystus przynosi nam prawdę o naszej wielkości i zarazem o naszej małości. To On objawia nam prawdę o grzechu i potrzebie przebaczenia – usprawiedliwienia. Wreszcie to On odsłania przed nami rzeczywistą perspektywę życia w wieczności z Bogiem, którą tak często gubimy przez naszą krótkowzroczność i utkwienie naszego spojrzenia w tym, co doczesne.

Ktoś zapyta: Jak to się ma do doświadczenia medytacji? Medytacja, to codzienne wytrwałe wchodzenie na drogę, której na imię Chrystus. Poprzez nieustanne odwołanie się w tym doświadczeniu do Jego Imienia nie tylko potwierdzamy nasz wybór Chrystusa i Jego drogi, ale i to, że pragniemy idąc przez życie mocno się Go trzymać. Wsłuchując się w Jego słowo przyjmujmy Go ciągle na nowo jako naszą drogę, prawdę i życie, bo jak powiedział to już św. Augustyn „raz wybrawszy, codziennie wybierać muszę”. Medytacja, jak każda modlitwa to nic innego jak czerpanie  sił od Chrystusa, z którym tworzymy relację miłości. Jak powiedział to kiedyś jeden z Małych Braci od Jezusa – Carlo Carretto: „Mając Jezusa jako Drogę, nie muszę już szukać innych dróg; uznając Go jako Prawdę, nie muszę oglądać się za inną nauką czy wiedzą, mając Jezusa jako Życie wiem, że nie znajdę lepszego życia poza Nim” [Zakochany w Bogu – autobiografia, Kraków 2003]. Niech ta świadomość odnalezienia naszej Drogi, Prawdy i Życia towarzyszy nam za każdym razem gdy w rytmie oddechu powtarzamy imię Jezus.

I na koniec jeszcze jedno świadectwo, które usłyszałem od osoby praktykującej od lat medytacje monologiczną: „Medytacja daje mi wolność od samego siebie. Przestaję wtedy widzieć Boga, innych i świat według utartej logiki. Medytować to dla mnie podążać drogą w imię Jezusa, to pozwolić, aby sam Duch Święty prowadził mnie, tak jak On chce”.

Wypłynąć na głębię

Zdarzyło się raz, gdy tłum cisnął się do Jezusa, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret, że zobaczył dwie łodzie, stojące przy brzegu, rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy.

Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: „Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów”. A Szymon odpowiedział: „Mistrzu, przez całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci”. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na wspólników w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały.

Widząc to, Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”. I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim. (Łk 5,1-11)

Myślę, że tylko ktoś, kto zajmuje się zawodowo łowieniem ryb może zrozumieć zdziwienie Piotra, gdy Jezus, kończąc nauczanie, zwrócił się bezpośrednio do niego tymi słowami: „Wypłyń na głębię i zarzuć sieci na połów!” (Łk 5, 4). Piotr – zawodowy i doświadczony rybak wiedział, że połów o tej porze dnia nie miał sensu. Nie miał prawa się powieść! Całe życie Piotra to jego łódź, jego praca.  To, co najbardziej niezwykłe w tej całej ewangelicznej opowieści, to fakt, że Piotr pozwolił, aby Jezus wkroczył w to życie, nawet jeśli w tamtej chwili wydawało mu się, że to, czego chce od niego Jezus nie ma żadnego sensu. Bez zgody na wkroczenie w jego życie Jezusa, życie Piotra nie zostałoby przemienione!

A teraz spróbujmy przełożyć tę Ewangelię na nasze życie. Gdyż Jezus patrzy na każdego z nas, tak jak wtedy patrzył na Piotra i zaprasza, abyśmy zaryzykowali i spotkali Jego samego. Jezusowi zależy na tym, abyśmy spotkali Go budując z nim osobistą więź. Bo na tym polega prawdziwe doświadczenie wiary: ona nie jest zbiorem różnych przekonań i prawd o Bogu, które nosimy w naszej głowie. Wiara jest dużo bardziej sprawą serca (nie umniejszając roli rozumu) a więc budowania relacji z Bogiem. I tylko wtedy ma sens, jeśli na tej relacji się opiera. Kiedy Jezus mówi, że chce byśmy byli Jego przyjaciółmi, to nie rzuca tych słów ot tak, ale wskazuje właśnie na budowanie relacji, jako fundamentu wiary.

Każdy z nas w głębi duszy pragnie spotkać się z Bogiem. W swoim życiu duchowym stale oczekujemy czegoś, co nas przemieni, czekamy, że się wydarzy coś tak wielkiego, tak niesamowitego, że się nawrócimy. Patrzymy w przyszłość, niewiele przy tym robiąc z naszą teraźniejszością. Z jednej strony bardzo chcemy zmiany w naszym życiu na lepsze, z drugiej zaś strony wolimy, aby pozostało takie, jakie jest. I tak żyjemy z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, trwając jakby w letargu, patrząc do przodu i nie będąc naprawdę w tym, co jest tu i teraz. A przecież nasze życie przeżywamy tu i teraz. Im głębiej i lepiej przeżyję chwilę obecną, tym lepiej i głębiej przeżyję całe moje życie.

„Wypłyń na głębię” – to jest również zaproszenie Jezusa dla nas w codzienności. Jeżeli chcemy w naszym życiu wydać owoce, musimy przekraczać siebie, swoje przyzwyczajenia, schematy. Inaczej wcześniej czy później przyzwyczaimy się do przeciętności. Przystosujemy do rutyny, reklamy, poddamy manipulacji tych, którzy najgłośniej krzyczą.

Pójście za tym, co mówi Jezus jest ryzykiem. Piotr podejmując to ryzyko przekracza poniekąd siebie, swoje zmęczenie, niebezpieczeństwo ośmieszenia. Ma odwagę, by wyjść poza granice kalkulacji, jaką daje mu doświadczenie i zaufać słowu Jezusa, dlatego może On przemienić serce Piotra.

W naszym codziennym życiu sukces niewątpliwie jest ważnym „motorem”. Ale w życiu duchowym nie jest to tak oczywiste. Ludzka mądrość, kalkulacje, inteligencja i triki nie wystarczą, by osiągnąć duchowe owoce. Ważna jest nasza praca, modlitwa, Eucharystia. Ale to wszystko bez zdania się przede wszystkim na łaskę, bez zaufania w Boże działanie stanie się co najwyżej dążeniem do perfekcjonizmu, a nie świętości. Świętość wymaga pokory, stanięcie w prawdzie i odwagi porzucenia własnych scenariuszy, by zaufać Jezusowi i Jego słowu.

Bóg kocha nas takich, jacy jesteśmy. Przyjęcie przez nas prawdy o nas samych, o naszej grzeszności pozwoli nam otworzyć się na działanie Bożej łaski, bo przecież „moc w słabości się doskonali”, a „gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska”. Zobaczmy, że Bóg na proroków czy apostołów wybiera grzeszników. Zarówno Izajaszowi, jak i św. Pawłowi, który nazywa siebie „poronionym płodem”, a także św. Piotrowi, który pada na kolana i woła do Jezusa: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”, objawia się Bóg w ich codzienności. Wkracza w ich rzeczywistość nie na siłę, lecz dlatego, że Mu na to pozwalają. Największą przeszkodą w działaniu Pana Boga w naszym życiu nie jest grzech, ale pycha i brak zaufania. Pycha, która powoduje, iż tak uporczywie dążymy do tego, by być kimś, kim nie jesteśmy, że uciekamy tym samym od prawdy o nas samych a przy okazji od spotkania z Bogiem, które może dokonać się tylko w prawdzie.

„Wypłyń na głębię!” – mówi też Jezus do nas. Jednak gwarancją odnalezienia głębi życia jest otwarcie na słowo Boga i Jego łaskę.

Ale są też inne słowa, które Jezus chce nam dziś zostawić: „Nie bój się”. Gdy Mu zaufamy, zawierzymy, pozwolimy zapanować nad naszymi lękami, obawami, wtedy On poprowadzi nas na prawdziwą głębię. Uczmy się od Piotra nie ufać jedynie swojej logice i kalkulacjom, lecz słowu Jezusa, bo może nas ominąć coś zdumiewającego, co Bóg dla nas przygotował.

Medytacja przełamuje schematy naszego myślenia

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze. A wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: „Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?” I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”.  (Mk 6,1-5)

Kiedy spoglądamy na doświadczenie wiary lub niewiary człowieka można z łatwością zauważyć, że człowiek ma szczególną zdolność wyszukiwania dowolnych argumentów, usprawiedliwiających jego niewiarę w Boga. Takim argumentem może być zarówno niedostępność i „nadzwyczajność” Boga, jak i Jego wielka bliskość i „zwyczajność”… Jakąś tajemnicą pozostaje fakt, że te same argumenty, które służą jednym do umocnienia wiary w Boga innym służą do zaprzeczenia jej sensu.

Rzeczywiście, kiedy przyglądamy się sposobom objawiania się Boga może nas zdziwić, że objawia się On jednocześnie jako bliski i daleki, mocny i słaby, mały i wielki, groźny i łagodny, itd. Czy nie jest to jednak argument, który wzywa nas do wielkiej pokory wobec Boga. Tym bardziej, że On rzeczywiście jest nieskończenie bogaty w swych przymiotach.

Cechą człowieka jest wielka skłonność do „szukania dziury w całym” i dlatego nasza wiara rozwija się często z takimi oporami. Tymczasem prawdziwa wiara wymaga zawsze pokory, którą między innymi cechuje otwartość na absolutną „inność” i nowość sposobów objawiania się Boga. Jest to postawa, która uświadamia nam, że że gdy chodzi o poznanie Boga, to bardziej „wiemy, że nic nie wiemy”, póki On sam mi się nie objawi.

Niestety również w doświadczeniu wiary, która jest odkrywaniem prawdy o Bogu mamy wielką skłonność do przylepiania także samemu Bogu różnych „etykietek” – fałszywych obrazów, takich, które nam pasują do potwierdzenia naszego sposobu patrzenia na Boga i wiarę.

Medytacja monologiczna uczy nas wsłuchiwania się w słowo Boże bez osądzania go, bez prób fałszywej interpretacji, bez popełniania błędów przykrawania Boga do naszych wyobrażeń, które mogą nas wiele kosztować… Jest zgodą na podążanie za słowem Chrystusa tak długo aż On sam doprowadzi nas do całej prawdy. Medytacja uczy nas przede wszystkim prostego spojrzenia, które przypomina nam, że zwykli ludzie, którzy nas otaczają i zwykłe wydarzenia naszego codziennego życia, mogą być znakiem obecności i działania Boga w naszym życiu. Medytacja monologiczna, uczy też tak potrzebnej w doświadczeniu wiary postawy wolności serca, która pozwala nam przekraczać ramy, w które chętnie zamykamy sposób działania Boga i iść wciąż naprzód drogą wyznaczaną przez słowo Boże, mające moc przełamywać ciasnotę ludzkiego serc i rozszerzania go by było gotowe przyjąć sposób objawiania się wybrany przez Boga.

Fałszywy obraz chrześcijaństwa

W Nazarecie w synagodze, po czytaniu z proroctwa Izajasza, Jezus powiedział: „Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli”. A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: „Czyż nie jest to syn Józefa?”.

Wtedy rzekł do nich „Z pewnością powiecie mi to przysłowie: „Lekarzu, ulecz samego siebie; dokonajże i tu, w swojej ojczyźnie, tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum«”.

I dodał: „Zaprawdę powiadam wam: Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. Naprawdę mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman”.

Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwali się z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. On jednak przeszedłszy pośród nich, oddalił się. (Łk 4,21-30)

Zastanawiam się czasem, czy nie nosimy w sobie trochę zafałszowanego obrazu chrześcijaństwa? Żyjemy bowiem często w przeświadczeniu, że jeśli będziemy starali się wypełniać przykazania, modlić się, chodzić do kościoła, starać się wprowadzać w życie zasady Ewangelii, to Pan Bóg powinien nam błogosławić a my powinniśmy wieść spokojne, dostatnie życie, bez większych zawirowań czy trudności, a jeśli one przyjdą, to Bóg je za nas rozwiąże, kiedy się o to pomodlimy.

Spróbujmy odwrócić nieco sytuację: Bo czy zgodzilibyśmy się na to, że żyjąc wedle zasad Ewangelii, nie odniesiemy żadnego sukcesu w życiu religijnym, osobistym czy zawodowym, a na dodatek będziemy opuszczeni i wyśmiewani? Czy zgodzilibyśmy się na to, że żyjąc zasadami Ewangelii po ludzku przegramy, ale dzięki temu ludzie, z którymi żyjemy, nawrócą się?

Miła jest wizja kroczenia przez życie w poczuciu szczęścia, z Bogiem u boku, który nam błogosławi i pomaga realizować nasze plany i marzenia. Ale nie jest to wizja, którą Chrystus rysuje przed nami w Ewangelii!

Oczywiście Chrystus zachęca nas do życia duchem Ewangelii, duchem miłości, do przestrzegania przykazań, do modlitwy; więcej – zapewnia nas, że będzie nam błogosławił, że pozostanie z nami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata. Nigdzie jednak nie obiecuje, że w zamian za wierność Ewangelii czeka nas łatwe dostatnie i przyjemnie życie. Wsłuchując się w głos Jezusa, możemy zobaczyć, że On rysuje zgoła inny obraz konsekwencji naszej wierności Ewangelii.

Nie rzadko bywa tak, że Pan Bóg zapraszając nas do współpracy ma dla nas zupełnie inny plan niż ten, który my sobie przygotowaliśmy. Niejednokrotnie będzie to droga, która wręcz idzie w poprzek naszym oczekiwaniom. Dlaczego tak jest? Truizmem jest stwierdzenie, że Bóg jest lepiej zorientowany w tym, co służy naszemu dobru a nade wszystko naszemu zbawieniu. Tylko czy potrafimy Mu w tym do końca zaufać?

Zobaczmy, że Boże spojrzenie i wezwanie bywa dla człowieka tak trudne, że większość proroków, mimo wyraźnego oświadczenia samego Boga, nie chce się na nie zgodzić. Jeremiasz doświadcza wielokrotnego odrzucenia i niezrozumienia, ma pretensję do Stwórcy nie tylko o to, że go powołał, ale i o to, że go stworzył. Bóg dodaje mu więc odwagi: „Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię zwyciężyć, gdyż Ja jestem z tobą”. Słowo zostało dotrzymane, ale inaczej niż mógłby to sobie wyobrażać starotestamentalny bohater. Jeremiasz umiera na wygnaniu, prawdopodobnie z poczuciem przegranego życia, osamotniony, traktowany przez swój naród jak zdrajca i kolaborant.

Większość apostołów, proroków Nowego Testamentu, poniosła śmierć męczeńską, ten dramat powtórzy się w życiu Jana Chrzciciela, a już najpełniej w życiu samego Jezusa!

Ten dramat powtórzy się też w wielu wiernych wyznawcach Jezusowej Ewangelii przez całą historię chrześcijaństwa. Bóg często prowadząc człowieka odziera go ze wszystkiego, tak aby nie mógł już liczyć na siebie i na żadnego człowieka, jedynie na Niego. Dopiero wówczas ukazuje swą moc.

Święty Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu pisze list o miłości, list który powinien być niczym lustro, w którym się nieustannie przeglądamy pytając siebie czy już dorastamy do takiej miłości, która ma cechować nas – chrześcijan. I będzie zachęcał, abyśmy tą miłością się kierowali wobec innych, abyśmy złu przeciwstawiali nasze dobro, ale nie obieca nam już, że sami w odpowiedzi na naszą miłość zostaniemy potraktowani z miłością i że na nasze dobro inni odpowiedzą dobrem. A jeśli nawet tak się nie stanie  mamy nie rezygnować z tej drogi miłości i dobra.

Dzisiejsza Ewangelia przywołuje scenę z synagogi w Nazarecie, gdzie zgromadzeni ludzie są zachwyceni, przyklaskują temu, co mówi Jezusa. Ale bardzo szybko ten zachwyt przemienia się w gniew. Początek działalności Jezusa w Galilei przypomina to, co stanie się później w Jerozolimie: najpierw: „Hosanna!” – a zaraz potem: „Na krzyż z Nim!”. Dlaczego? Naród izraelski był gotowy na przyjście Mesjasza jako władcy, który uczyni go wielkim i sprawi, że inne narody go nie przemogą. Bóg jest wielki, a my będziemy wielcy z Nim – takie było oczekiwanie Izraelitów. Ale Jezus krzyżuje ich wyobrażenia mówiąc, że Mesjasz jest inny niż to sobie wyobrażają. Bóg jest inny. Tak inny, że umiera na krzyżu.

Zazdrość i egoizm sprawiły, że ludzie w synagodze w Nazarecie byli wściekli, ponieważ Jezus zburzył fałszywy obraz Boga i Mesjasza, do którego tak mocno byli przywiązani.  Okazało się, że Dobra Nowina o zbawieniu nie jest tylko dla Izraela, ale dotyczy wszystkich ludzi a Bóg z taką samą Miłością odnosi się do wszystkich – dobrych i złych, świętych i grzeszników.

Czy nie jest tak, że często my sami nosimy w sobie fałszywy obraz Boga, Chrystusa i chrześcijaństwa (które daje nam nie tylko pierwszeństwo, ale i gwarancję zbawienia przez sam fakt, że do niego należymy)? Jezus i dzisiaj musi często odzierać nasze fałszywe wyobrażenia o tym jaki jest Bóg i jaka jest religia, która wyznajemy, bo nosząc w sobie fałszywy obraz Boga i swojej religijności można łatwo pobłądzić.

Niezwykły święty XX wieku Karol de Foucauld tak pisał o swojej misyjnej pracy na Saharze: „Nie dokonałem ani jednego poważnego nawrócenia od siedmiu lat, odkąd tu jestem; dwa chrzty, ale tylko Bóg wie, jakie są i będą te dusze ochrzczone. Jedno małe dziecko (…) oraz niewidoma staruszka. Jeśli chodzi o poważne nawrócenia, jest to zero”. Wkrótce potem sam zginął zabity przez człowieka, któremu niegdyś pomógł. Umierał jak Jeremiasz, z przeświadczeniem, że życie mu nie wyszło. Dopiero po jego śmierci pojawiły się wspólnoty żyjące w oparciu o jego duchowość.

Nasz Bóg jest wierny, dużo wierniejszy, niż możemy to sobie wyobrazić. Skoro z takich sytuacji umiał wyprowadzić błogosławieństwo, dlaczego więc nie miałby wyprowadzić go z mojej i Twojej? Tylko czy w każdej sytuacji, nawet tej która wydaje się po ludzku najtragiczniejsza potrafię Mu zaufać?

Czy potrafimy uznać, że Bóg ma większe prawo do naszego życia niż my sami?

Słowo potrzebuje warunków by wydać owoc

Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedno padło na drogę; i przyleciały ptaki, i wydziobały je. Inne padło na miejsce skaliste, gdzie nie miało wiele ziemi, i wnet wzeszło, bo gleba nie była głęboka. Lecz po wschodzie słońca przypaliło się i nie mając korzenia, uschło. Inne znów padło między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je, tak że nie wydało owocu. Inne w końcu padły na ziemię żyzną, wzeszły, wyrosły i wydały plon: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny”. I dodał: „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”. (Mk 4,3-9)

Przywołany obraz Siewcy jest dobrym symbolem medytacji. Bóg kieruje do nas swoje Słowo. Powtarzane po wielokroć w rytmie oddechu przypomina wytrwałą czynność siania. Jednocześnie wsłuchując się w Słowo Boże uświadamiamy sobie, że Bóg jest hojnym siewcą nie tylko Słowa, ale i łaski. Każde bowiem Słowo pochodzące od Boga jest nośnikiem laski – ukrytej w nim mocy, która potrafi wydać plon jeśli tylko padnie na żyzną glebę ludzkiego serca.

Nie bez znaczenia zatem w doświadczeniu medytacji jest dyspozycja naszego serca, do którego Słowo jest skierowane. Ważne zatem, aby na początku każdej medytacji prosić Ducha Świętego, aby dał nam właściwą dyspozycję serca, tak aby Słowo, które doń dociera mogło znaleźć w nim żyzną glebę wiary i otwartości i w konsekwencji zapuścić w nim korzenie.

Jezus podaje wiele powodów, dla których Słowo Boże nie owocuje w życiu człowieka. Z dzisiejszej przypowieści płynie pouczenie, że skuteczne przeciwstawienie się tym różnorodnym zagrożeniom dla owocności Słowa Bożego wymaga po prostu stworzenia temu Słowu odpowiednich warunków w naszym życiu. Innymi słowy, aby Słowo Boże przyniosło owoc w naszym życiu, trzeba wprowadzić do niego więcej ciszy, równowagi, jak również pewnego rodzaju ascezę, która w przypadku relacji do słowa Bożego polega przede wszystkim na tym, że winniśmy uczyć się bardziej posłuszeństwa Bożemu Słowu niż chęci na to, aby to Słowo było na naszych usługach. I wydawać się może, że medytacja – zwłaszcza monologiczna – która z definicji ogranicza spekulatywną działalność naszego umysłu spełnia te warunki.

Warto jednak pamiętać, że Słowo Boże nie będzie też owocować tam, gdzie nie ma otwartości na zmianę w życiu człowieka i gdzie człowiek nosi w sobie przekonanie, że „wszystko wie” a już szczególnie wie lepiej niż Bóg, co jest dla niego dobre.

Jak nauczał św. Bazyli wspomniane postawy, to nic innego jak „odpowiednie przygotowanie i użyźnienie gleby naszego serca”, aby Słowo Boże mogło w nim zapuścić korzenie i wydać plon. I co nie mniej istotne – przypomina św. Bazyli – „trzeba aby dążenie do tych postaw było konsekwentne i stałe. Życie według zasad wiary nie jest łatwe ani proste, dlatego, że codzienność zagłusza w nas to co dobre. Jezus ukazuje jak wyjść z gąszczu naszych przyzwyczajeń i grzechów. To one przeszkadzają, aby to co siejemy przynosiło w nas dobre owoce. Prostota nauki Jezusa ukazuje, że nasze życie nie musi być skomplikowane, jeśli podejdziemy do niego w prosty sposób. Potrzebna jest nam jest nade wszystko wiara i ufność w niezwykłą moc działania Bożej łaski w nas, bo to ona daje wzrost bardziej niż nasze wysiłki”. [por. św. Bazyli Wielki, Reguły dłuższe]