Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Eucharystia – gwarancja życia wiecznego

Jezus powiedział do tłumów:
„Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życia świata”(J 6,51)

W dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi o pokarmie, który jedli nasi przodkowie. Odnosi się tu oczywiście do manny, którą żywili się Izraelici na pustyni w trakcie wędrówki z Egiptu do Ziemi Obiecanej. I choć oczywiście jej wartość jest nieporównywalnie mniejsza niż Eucharystii, to możemy się jednak czegoś z tego nauczyć.

Kiedy bowiem zestawimy kilka fragmentów biblijnych dotyczących manny, łatwo zauważyć bardzo ciekawą ideę opisującą właściwości tego pokarmu. Otóż na początku dawała ona Izraelitom siłę do przetrwania dnia i stanowiła wystarczająco odżywczy pokarm, żeby kontynuować wędrówkę. Nie miała jednak żadnych walorów smakowych. Kolejny fragment mówi jednak, że po pewnym czasie zaczęła im smakować jak miód, czyli była dla nich osłodą nużącej drogi. W trzecim fragmencie czytamy, że kiedy już bardzo długo ją spożywali, zaczęła im smakować jak to, czego najbardziej chcieli, czyli spełniała ich kulinarne marzenia i tęsknoty.

Myślę, że podobnie jest z człowiekiem, który przyjmuje Komunię świętą. Eucharystię. Jeśli Msza święta jest dla nas jedynie obowiązkiem może nam się wydawać monotonna i nudna, niewiele wnosząca w nasze życie. Ale z czasem, jeśli jesteśmy wytrwali w miłości, zaczyna nam osładzać życie, sprawiać, że różne trudne, często gorzkie i ciężkie do udźwignięcia sprawy stają się lżejsze i słodsze. Jeśli będzie dla nas przejawem miłości Boga stanie się doświadczeniem bez którego nie będziemy potrafili żyć, traka jest rzeczywistość miłości. W konsekwencji zaś eucharystyczna obecność Jezusa w naszym życiu zaczyna spełniać nasze najgłębsze tęsknoty i pragnienia, zaczyna wychodzić naprzeciw wszystkiemu, czego nam naprawdę potrzeba.

To jak przeżywamy Eucharystię zależy w dużej mierze od naszego do niej nastawienia. Odkrycie prawdziwej wartości Komunii świętej zaczyna się od odkrycia naszej niewystarczalności. Tak jak szukamy drugiego człowieka dla siebie, żeby się podzielić, żeby go przyjąć, żeby wtulić się w jego ramiona, bo to nadaje sens naszemu życiu, tak zaczynamy szukać obecności Chrystusa. A nigdzie nie jest ona bardziej rzeczywista niż właśnie w Eucharystii.

Ten skromny chleb – Chrystusowe Ciało – to obietnica, że Jego do nas miłość nigdy się nie skończy, że będzie trwała zawsze, poza granice śmierci jeśli tylko jej zaufamy i zawierzymy się jej. W tym małym kawałku chleba dotykamy nieskończoności, która przemienia naszą skończoność i doczesność zanim ta nieskończoność stanie się faktem i naszym udziałem już na zawsze – na uczcie życia wiecznego.

Jezus nazywa chleb eucharystyczny – swoim ciałem i zadatkiem wieczności, wyprowadzaniem z niemocy i ograniczeń, z naszej niepewności – czymś, co nie przemija. Sami wiemy, jak trudno w to uwierzyć, jak trudno przyjąć Tajemnicę. Sami wiemy ile w nas oporu przed prostotą tego znaku. Musimy przyznać, że stając wobec Eucharystii więcej nie rozumiemy, niż wiemy. Dlatego trzeba nam ciągle prosić: Panie, przymnóż mi wiary, abyśmy w tym małym kawałku chleba za każdym razem rozpoznawali Twoją miłująca obecność.

Medytacja kontemplacyjna

Medytacja kontemplacyjna (do której zalicza się medytacja monologiczna), w przeciwieństwie do medytacji opartej na myśleniu i uczuciach (np. medytacji ignacjańskiej), jest prostym trwaniem, obecnością wobec Boga. Jest to ta forma modlitwy, która dowartościowuje bycie. To co w doświadczeniu tej formy modlitwy wydaje się najważniejsze to: patrzenie, słuchanie i zachęca do większej uważności i wrażliwości towarzyszącej tym dwóm postawom. Medytacja ignacjańska wychodzi od rozważania prawd, słów i doktryny. „Kontemplacja, jeśli tak można powiedzieć, jest bardziej intymna. Wymaga większego zaangażowania i skracania dystansu”. Subtelna różnica, która się tutaj pojawia polega na tym, że dzięki pracy wyobraźni możemy przeżywać „współczesność żywego Jezusa” – jak mówił ojciec Jacek Bolewski SJ; możemy próbować odnajdywać siebie w scenach ewangelicznych po to, aby później owoce medytacji odnieść do naszego codziennego życia. W medytacji kontemplacyjnej w mniejszym stopniu niż podczas medytacji angażujemy intelekt – po to by nad myślenie przedłożyć bycie i smakowanie obecności Boga w którym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy.

Doświadczenie to pięknie opisuje słynny teolog Jean Daniélou w swojej książce „Trójca Święta i tajemnica egzystencji”:

„Wówczas jakby odkrywamy, że samo istnienie oznacza dla nas zasadniczo pozostawanie w stałym związku ze Źródłem, zanurzanie się i odnawianie w Nim. I dobrze czujemy, że to właśnie czynimy,  kiedy powracamy do swojego wnętrza w modlitwie. Nie po to aby odnaleźć siebie, ale po to, aby odnaleźć to trynitarne Źródło, z którego nieustannie wypływa wszystko, czym jesteśmy, jak ze źródła tryskającego bez końca. Dlatego właśnie jesteśmy sobą zawsze i tylko wtedy, kiedy odnajdujemy siebie w Bogu. W Nim żyjemy i jesteśmy. To wtedy, kiedy odnajdujemy się w Nim, odnajdujemy też samych siebie. Tylko tam odnajdujemy prawdę o tym, kim jesteśmy. Kiedy stajemy się obcy Bogu, przez barak naszego stałego związku z Nim, stajemy się obcy sami sobie”.

Cała dynamika kontemplacji zaczyna się od tajemnicy Trójcy Świętej i naszego odniesienia do Niej. Kontemplacja jest zaproszeniem dzięki której za sprawą łaski danej możemy zajrzeć w sekrety życia Boga. To wymaga osobistego zaangażowania naszego serca, choć i tak pozostaje dla nas tajemnicą działania Ducha Świętego w nas. Od doświadczenia tajemnicy działania Ducha Świętego w kontemplacji jesteśmy następnie zaproszeni by przejść do historii naszego życia po to, aby dzięki doświadczeniu kontemplacji uczyć się szukać w naszej historii tajemnicy Boga.

Praktyka medytacji uświadamia nam, że w życiu potrzebujemy jednego i drugiego: kontemplacji i zanurzenia w codzienną aktywność i że oba te doświadczenia stanowią continuum. Błędem jest umieszczanie modlitwy (medytacji, kontemplacji) w sferze sacrum zaś naszej codziennej aktywności koniecznej do realizowania powierzonych nam zadań w sferze profanum. Takie rozdzielenie tych nierozdzielnych w istocie rzeczy nas gubi.  Jeśli rozerwie się ten związek, łatwo nam zatracić się zatraci się w poczuciu, że nasze życie jest w jakimś sensie oddzielone od Boga dopóki nie połączymy go z Nim przez jakieś praktyki religijne. Takie podejście dla człowieka wiary jest nie do przyjęcia.

Medytacja jest pomostem między wielkimi ideami, jakie nosimy w sercu a prozą życia codziennego. W medytacji jednym z istotnych kroków jest wejście w siebie, by znaleźć w nas bijące źródło, jakim jest obecność Boga w świątyni naszego serca, aby z tego doświadczenia wyciągnąć jakiś pożytek duchowy dla naszej codzienności. Celem każdej modlitwy nie jest zatrzymanie się na wyobrażeniach o Jezusie, ale spotkanie z żywym Chrystusem obecnym w nas. Dlatego medytacji kontemplacyjna chce się wznieść poza rozum, który często bywa przeszkodą, bo chce wszystko definiować, czyli poniekąd ograniczać, na rzecz spotkania z Bogiem w naszym wnętrzu, które zawsze będzie przekraczało pojęcia naszego intelektu, gdyż jest nade wszystko tajemnicą miłującej obecności, której rozumowo nie potrafimy do końca pojąć.

Niewiasta obleczona w słońce

Świątynia Boga w niebie się otwarła i Arka Jego Przymierza ukazała się w Jego świątyni. Potem ukazał się wielki znak na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. (Ap 12,1)

Rozpoczynając komentarz do przeżywanej dziś uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej chciałbym żebyśmy zaczęli trochę medytacyjnie, od zamknięcia na chwilę oczu…  Doświadczenie medytacji podpowiada, że paradoksalnie zamknięte oczy pozwalają nam widzieć dalej i piękniej, otwierają nasze serca na Boga i drugiego człowieka, pozwalają na podróżowanie po ścieżkach, którymi chce nas prowadzić Duch Święty.

Kiedy już zamkniecie oczy postarajcie się przywołać w pamięci najpiękniejsze chwile Waszego życia:

– cudowny rodzinny wyjazd, zdaną maturę czy obroniony egzamin magisterski, dzień ślubu  – dni, w których na świat przychodziły Wasze dzieci i głos pielęgniarki: „macie państwo pięknego syna, córkę … moje gratulacje”;

– przywołajcie teraz w pamięci jakiś piękny widok: o zachód słońca nad morzem; ośnieżone, górskie szczyt; spokojny wieczór nad jeziorem…;

– przypomnijcie sobie Wasze dzieciństwo … beztroskę, radość i zabawy tak wciągające, że człowiek zapominał o istnieniu czasu;

– święta Bożego Narodzenia i radosne spotkanie przy wigilijnym stole w domu dziadków … choinkę, ciepło kaflowego pieca, niezapomniane prezenty, … bliskość tych, którzy mnie kochają i których kocham ja.

Małe chwile radości, wesela i szczęścia…

Po tym ćwiczeniu otwórzcie oczy.

Czemu miało służyć to ćwiczenie? Idąc tropem znanego chrześcijańskiego pisarza Gilberta Chestertona wspomnienia takie dają po trosze okazję, by przez krótką chwilę zasmakować namiastki nieba.  „To trochę tak – pisze w jednym ze swoich opowiadań Chesterton – jakby dane nam było spojrzeć na niebo przez dziurkę od klucza”.

Przypomniało mi się to dawno przeczytane przeze mnie opowiadanie Chestertona, które wprawdzie nie dotyczyło dzisiejszej uroczystości Wniebowzięcia NMP, ale dotyczyło nieba, którego ta uroczystość dotyka. Pisząc o namiastce Chesterton ma świadomość, że tak naprawdę nieba da się z niczym porównać. No może z wyjątkiem doświadczeń mistyków, których przeżycia w jakimś sensie przybliżały ich do tej rzeczywistości. Próbując odnieść nasze najszczęśliwsze przeżycia do doświadczenia nieba to trochę tak, jakby chcieć mierzyć ze sobą kroplę wody i bezmiar oceanu. A jednak każdy z nas nosi w sobie jakieś wyobrażenie nieba (bracia muzułmanie nie tylko wyobrażają sobie ale i mówią o tych nadziejach przedstawiając bardzo konkretne obrazy J), bo przecież ostatecznie niebo to cel naszych dążeń i czy chcemy czy nie gdzieś w głębi serca nosimy obraz tego celu, ku któremu zmierzamy. I chociaż wierzymy słowom św. Pawła, który mówi: ”Że ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani ludzki język nie zdoła wyrazić tego, co Bóg przygotował tym, którzy go miłują”, to warto jest od czasu do czasu zastanowić się nad tematem nieba, warto jest rozglądać się wokół siebie i szukać okien szeroko otwartych na wieczność, poprzez które dobiega do nas nieustannie płynące do nas wezwanie stwórcy, który przypomina nam jak pisze Święty Josemaría:

„Niebo jest celem naszej ziemskiej drogi. Poprzedził nas na niej i wyczekuje u celu Jezus Chrystus wraz z Najświętszą Maryją Panną i świętym Józefem — którego tak bardzo czczę — z Aniołami i Świętymi, którzy wciąż zdają się do nas mówić: «Człowieku kieruj swe spojrzenie ku górze! Nie zostałeś stworzony po to, aby wbijać wzrok w ziemię! Szukaj tego, co w górze! Oto twoje powołanie! »; «Otwórz duszę Bogu, ponieważ tylko On może być fundamentem twojej nadziei i twego pragnienia zbawienia; «Pan, który jest wszechmocny i miłosierny, użycza nam odpowiednich środków do osiągnięcia zwycięstwa»; «Nasza droga jest drogą Bożą — Jezus jest drogą, prawdą i życiem. W Nim mamy pewność, że ta droga prowadzi do wiecznej szczęśliwości, jeśli tylko od Niego nie odstąpimy» (NC 219-220).

To piękne rozwinięcie słów św. Pawła Apostoła z Listu do Kolosan: „Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi”. (Kol 3,2) Pytanie tylko czy tak jest? Czy nie mamy zbyt często wzroku utkwionego właśnie w ziemię, w doczesność i przez to gdzieś umyka nam cel naszego powołania, przez pryzmat którego dopiero właściwie możemy spoglądać na otaczająca nas rzeczywistość?

Dzisiejsza uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej zachęca nas do tego, abyśmy oderwali się na chwilę od naszych codziennych prac i obowiązków i abyśmy spojrzeli tam, gdzie znajduje się kres naszej doczesnej pielgrzymki.

Mija blisko siedemdziesiąt lat od chwili w której papież Pius XII ogłosił dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny.  Dziś z perspektywy czasu można by rzec, że nie przez przypadek ta teologiczna prawda właśnie w tym czasie dojrzała do tego, aby stać się obowiązującą katolików prawdą wiary na progu współczesnej nam epoki telewizji, lotów kosmicznych, odczytania ludzkiego genomu, niespotykanego dotąd rozwoju nauki i techniki. Jak pisał w jednej ze swoich książek znany rosyjski pisarz i reżyser filmowy Andriej Tarkowski: „ten wielki postęp, którego wszyscy jesteśmy świadkami, który nie przestaje nas ciągle zachwycać, kusi nas oderwaniem naszego spojrzenia od tego, co w życiu człowieka jest najważniejsze, najbardziej istotne – od zbawienia duszy”.

Maryja, Jej droga życia, Jej posłuszeństwo Bożemu słowu i woli jest nam dana jako wzór na współczesne czasy wewnętrznego rozdarcia człowieka, „na czasy niemalże całkowitej apostazji narodów, które przez całe wieki chlubiły się swą chrześcijańską wiarą”, które na chwałę Boga wznosiły romańskie i gotyckie kościoły a dzisiaj sprzedają je za bezcen przerabiając na kluby, galerie, puby…

Przywoływany przeze mnie już nie raz na tym blogu Karl Rachner prorokował, że „chrześcijanin XXI wieku będzie albo kontemplatykiem, albo go w ogóle nie będzie”.

Właśnie w tym czasie  Maryja jawi na m się jako szczególna mistrzyni życia duchowego, wskazując nam nie tylko swoim życiem drogę, ale też jako Ta, która z perspektywy nieba nieustannie nas wspiera w naszej duchowej wędrówce, gdyż jest Tą, która podejmuje nieustanną walkę ze Smokiem, który chce pożreć Jej dzieci..

Można powiedzieć śmiało, że dzisiejsza uroczystość przypomina nam, że pośrodku niepewności, która cechuje naszą ludzka rzeczywistość, Jej matczyna miłość oraz głęboka wiara, stały się zapowiedzią domu, który jest nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie (por. 2 Kor 5, 1).

W kontekście tej nieustannej duchowej walki ojciec św. Benedykt XVI w jednej ze swoich wypowiedzi przypomniał nam prawdę o tym, że „Kościół ze swej natury jest także kościołem wojującym, że jest on wspólnotą ludzi, którzy wewnętrznie zjednoczeni z Bogiem, w imię posłuszeństwa Ewangelii, w imię posłuszeństwa nauce Jezusa Chrystusa są wezwani do tego, aby podjąć walkę w obronie chrześcijańskich wartości. Naszym orężem w tym starciu musi być łaska Boża, wiara, modlitwa, rozum, kultura osobista, fachowa wiedza, duchowa i materialna ofiara”. Każdy, kto dzisiaj świadomie rezygnuje z tego oręża, ryzykuje przegranie największej bitwy swojego życia – bitwy o niebo.

To niezwykłe, że w czytaniach z dzisiejszej uroczystości zderzają się dwa tak bardzo wydawałoby się odmienne obrazy: Obraz ukoronowanej Królowej nieba i obraz walczącej ze smokiem Niewiasty. Ale te wydawałoby się sprzeczne ze sobą wizje przypominają nam nieustannie, że duchowa walka, to zadanie, które stoi przed każdym, kto wybrał drogę naśladowania Chrystusa. Niewiasta walcząca ze smokiem przypomina nam, że duchowa walka, to wyzwanie, które czeka nas wszystkich, bez wyjątku. Niewiasta wniebowzięta przypomina nam natomiast, że w tej walce nie jesteśmy sami i że idąc Jej drogą wierności Bogu, pomimo tego iż pozostajemy jeszcze w świecie mamy już udział w ostatecznym zwycięstwie Jej Syna, który wzywa nas byśmy nigdy nie stracili ufności w to, że On zwyciężył świat! (por. J 16,33)

Świat nie kocha świętych

„Człowiek święty to piękny umysł i piękne serce” – zwykł mawiać św. Maksymilian Maria Kolbe, którego postać dzisiaj wspominamy. Czy można zaryzykować stwierdzenie, że świętość jest właściwą miarą człowieka i jego człowieczeństwa? Oczywiście nie jest to miara, jaka posługuje się współczesny świat. Słowo „święty” dziś prawie nie funkcjonuje w powszechnym języku. Świętość i świętych próbuje się zamknąć jedynie w kościele i to tak, aby za dużo o nich nie mówić poza nim. Dlaczego? Bo święci wciąż budzą niepokój, stają się swoistym wyrzutem sumienia dla tych, którzy wyparli ze swojej pamięci duchowy wymiar życia. Niestety, obecne czasy charakteryzuje dość swobodny stosunek do tej najwspanialszej perspektywy, którą Bóg oferuje człowiekowi – świętości i wieczności. Współczesny człowiek woli  hołdować zewnętrznej stronie życia. I nawet jeśli wnętrze wydaje mu się godne zainteresowania, to zwykle z innych pobudek niż dojrzewanie do świętości. Słyszałem ostatnio wypowiedź jednej z nowoczesnych gwiazd, która stwierdziła: „Jaki sens jest dbać o jakąś duszę, której nikt nie widział!?”

Wydaje się, że współczesny świat nie kocha świętych, ba nawet nimi pogardza, ale paradoksalnie ich potrzebuje.
Co nam chce powiedzieć taki święty jak Maksymilian? Kościół ustanowił go patronem rodzin. Ktoś mógłby pomyśleć, że to jakieś nieporozumienie. W powszechnym przekonaniu życie zakonne (bezżenne) i życie rodzinne wydają się być zupełnie przeciwstawne. A jednak skarga skazańca z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, skazańca którego Maksymilian nie znał – bo w tamtych warunkach nie było nazwisk były tylko numery sprawiła, że pozornie anonimowy więzień z numerem obozowym 16670 zgodził się oddać życie za innego więźnia z numerem 5659 tylko dlatego, że temu drugiemu żal było jego żony i dzieci, którymi nie będzie się miał kto zaopiekować jeśli on umrze. Tym anonimowym więźniem był Franciszek Gajowniczek, który nie tylko przetrwał obóz, ale mógł dać świadectwo tego heroicznego wyboru, jakiego w tak nieludzkich i odartych z godności warunkach dokonał św. Maksymilian. Uratował nie tylko jednego człowieka, ale i szczęście rodzinne. To właśnie ten czyn stał się motywem do ogłoszenia św. Maksymiliana patronem rodzin. Inny święty – Jan Paweł II ogłaszając go patronem rodzin powiedział: „Ogniska rodzinne potrzebują dziś takiego patrona, świętego, bezkompromisowego, uczącego jak w codziennym życiu odkrywać wolę Bożą, w czasach, w których rodzina staje w obliczu wielkich zagrożeń i niebezpieczeństw, które na nią czyhają. Głównym zagrożeniem nie są – jak mogłoby się wydawać – rozwody, aborcja, in vitro, eutanazja czy związki jedno-płciowe. To tylko bolesne konsekwencje pogaszonych ognisk rodzinnych. Głównym zagrożeniem jest brak wiary, brak nadziei na dobra nieprzemijające, brak zapalonej pochodni miłości będącej fundamentem rodzinnego życia”.
„Nie mamy w sobie wiary, choć mówimy, że wierzymy. Nie mamy nadziei, bo nasza nadzieja ogranicza się do doczesności. Nie kochamy, czerpiemy tylko przyjemności z życia, zapominając, że miłość to ofiara składana w ukryciu i życie zgodnie z Boskim prawem” – pisał św. Maksymilian Maria Kolbe.
Potrzebni są nam dzisiaj święci, którzy nam o tym przypominają a czasem maja odwagę wbrew współczesnemu konformizmowi nam te braki wypomnieć. Potrzebni są po to, aby uświadamiać nam, że prawo tworzone przez człowieka bez odniesienia do prawa Bożego i naturalnego nie służy afirmacji człowieka ani jego prawdziwej wolności.
„Chcę uratować człowieka. Chcę uratować jego rodzinę” – powiedział św. Maksymilian w dniu, w którym zgodził się zastąpić miejsce współwięźnia w bunkrze głodowym oświęcimskiego obozu. Czy to powiedzenie nie powinno być mottem Kościoła i każdego chrześcijanina na dzisiejsze czasy? Zwłaszcza czasy, które pod szczytnymi hasłami walki o wolność, nowe prawa i nowe obyczaje przestały się interesować prawdziwym dobrem człowieka i rodziny.  
Życie świętych przypomina nam, że człowiek jest w pełni człowiekiem gdy stara się budować swoje człowieczeństwo na miarę i podobieństwo Boga. Święci przypominają nam, że powołaniem człowieka jest stać się ikoną Boga na ziemi. Czy jednak częściej nie jest tak, że staje się on karykaturą Tego, którego obraz w sobie nosi? Święci stają się przestrogą, że pozbawienie człowieka wiecznych aspiracji prowadzi w konsekwencji do jego degradacji. „Bo człowiek odarty z najistotniejszego elementu swojej osobowości – świętości – nie potrafi już mieć nadziei na lepsze jutro! A taki człowiek na nic i na nikogo nie czeka” – mówi abp. Fulton Sheen.
Święci, których świat nie kocha i często wydaje mu się, że ich nie potrzebuje mogą okazać się ostatnimi bohaterami w walce o ocalenie tych pogardzanych dzisiaj wartości, które chronią nasze człowieczeństwo.
Ostatni list Św. Maksymiliana Marii Kolbego do swojej Matki z obozu w Oświęcimiu.
15 czerwca, w czasie kiedy doświadczał bicia, głodu i upokorzeń, o. Maksymilian wysłał do matki swój jedyny list z obozu. Jest to jego ostatnia zachowana korespondencja:
Moja Kochana Mamo,
Pod koniec miesiąca maja przyjechałem z transportem do obozu w Oświęcimiu. U mnie jest wszystko dobrze.
Kochana Mamo, bądź spokojna o mnie i o moje zdrowie, gdyż dobry Bóg jest na każdym miejscu i z wielką
miłością pamięta o wszystkich i o wszystkim. Byłoby dobrze przed moim następnym listem nie pisać do mnie,
ponieważ nie wiem, jak długo tu pozostanę.
Z serdecznymi pozdrowieniami i pocałunkami.
Rajmund Kolbe

Chleb życia

Jam jest chleb życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata”. (J 6,50-51)

Odwiedzając kiedyś mojego kolegę pracującego na podwarszawskiej parafii w Lesznie miałem okazję porozmawiać z pewnym mężczyzną z zawodu akrobatą cyrkowy i nauczycielem w tej dziedzinie ze słynnej szkoły cyrkowej w Julinku, która znajduje się właśnie blisko Leszno. Mówiąc o swoim doświadczeniu wyznał, że: „Ciągle mnie dziwi, to, że wszyscy mnie oklaskują, bo wydaje im się, że gdy wykonuję te skoki i salta na wysokości, jestem bohaterem. Ale prawda jest taka, że prawdziwymi bohaterami są ci, którzy łapią akrobatów wykonujących trudne ewolucje. Jedyne, co ja muszę zrobić, to wyciągnąć ręce i ufać, że tam na miejscu będzie ten, który ma mnie pochwycić”.

To wyznanie jest dobrym obrazem dla naszej relacji z Bogiem. Tak, jak akrobata w pewnym momencie musi puścić drążek, by osiągnąć zamierzony cel, tak chrześcijanin powinien zrezygnować z upartego trzymania się własnego planu na życie, w którym nad wszystkim próbuje drobiazgowo zapanować. Do znudzenia powtarzamy sobie, że warto całkowicie powierzyć się Panu Bogu, a w rzeczywistości kurczowo trzymamy się ułożonego przez nas scenariusza. Jak wielką iluzją jest zdolność kontrolowania przez nas rzeczywistości chyba nikomu nie trzeba udowadniać; boleśnie przekonujemy się o tym w chwilach trudności i kryzysów, bez których przecież nie sposób przeżyć życia. Jezus natomiast mówi: „Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał”. Jednak żeby Bóg mógł nas pociągnąć w swoją stronę, trzeba najpierw oderwać się od tego, czego się często tak kurczowo trzymamy, co jest przyziemne: od obaw związanych z przyszłością i niezabliźnionych ran z przeszłości. Nie chodzi o infantylną beztroskę czy wypieranie z pamięci bolesnych zdarzeń. Chodzi o głęboką świadomość, że – bez względu na to, jak trudne i zawiłe jest nasze życie – Bóg czuwa nad każdym naszym ruchem i w odpowiednim momencie złapie nas i pociągnie do siebie. Największe cierpienia człowieka nie pochodzą zazwyczaj z przykrych doświadczeń, lecz z braku prostej ufności w Bożą opiekę i z tego, że Bóg jest mocniejszy od tych zranień i ma moc na nich zbudować piękną historię.

Dobrym przykładem na to jest historia proroka Eliasza z dzisiejszego pierwszego czytania.

Ten mocny i odważny człowiek, prorok jak ogień – jak nazywa go autor Księgi Syracha (Syr. 48, 1) – staje się pełnym lęku i zniechęcenia uciekinierem przed… kobietą (por. 1 Krl 19, 1-4). Odsłania się przed nami jego ludzkie oblicze: opadł z sił, dopadła go depresja. Pustynia staje się dla niego miejscem ucieczki i oczekiwania na upragnioną śmierć.

I właśnie ta totalna frustracja proroka, kryzys duchowy jaki przeżywa staje się miejscem doświadczenia bliskości Boga, który jest Bogiem pociechy. Odnawia On siły Eliasza, karmiąc go chlebem. Bóg pochyla się nad złamanym Eliaszem i daje mu moc, by pokonał siebie i szedł czterdzieści dni na pustyni do góry Horeb – góry będącej symbolem spotkania z Bogiem. Kierunek jego wędrówki nie jest przypadkowy. To właśnie na tej górze za czasów Mojżesza rozpoczęło się budowanie wspólnoty między Bogiem a Narodem Wybranym. Tam teraz wszystko rozpocznie się na nowo dla Eliasza. To zachęta, abyśmy w chwilach prób zwracali się do Boga i wracali do początków, jak mówi autor Apokalipsy, do prawdy o pierwotnej miłości Boga ku nam, która zawsze jest źródłem sił i nadziei. Kryzysy duchowe stają się zawsze pokusą by od tej pierwotnej miłości odejść i zapomnieć na rzecz pogrążenia się w jakimś smutku czy frustracji (por. Ap. 2,4).

Wróćmy jednak do doświadczenia Eliasza i jego wewnętrznego rozbicia, które może być doskonałym obrazem dla naszej życiowej sytuacji – wszystko legło w gruzach: życie rodzinne, praca, kapłaństwo… Historia życia potrafi zawiązać taką pętlę, że wydaje się nam, iż nie ma już z tego wyjścia. W historii Eliasza pojawia się jednak nagle głos ważny dla nas samych: Wstań! Posil się! Droga otwarta!

Historia opowiedziana w pierwszym czytaniu jest nie tyle historią Eliasza, co nade wszystko historią doświadczenia Boga. Prorok szuka Go i odnajduje nie w walce z niewiernymi, w świecie „wielkiej polityki”, ale na pustyni. Właśnie wtedy gdy sam z siebie jest bezradny – Bóg pozwali mu doświadczyć swojej mocy.

Wielu biblistów i komentatorów duchowych widzi w tym skromnym posiłku, którym Eliasz wzmacnia się na drogę obraz Eucharystii.

Jezus przypomina nam często, że jest chlebem życia. To zaproszenie do Eucharystii, podczas której pomaga On nam zwolnić uścisk i zachęca do przekroczenia lęków przed rzuceniem się w miłujące ręce Ojca. Chrześcijanin to człowiek, który – jak pisał Hans Urs von Balthasar – „samego siebie raz na zawsze oddał i przekazał na własność Bogu, w nadziei, że gdy szuka Boga, wszystko będzie inne mu dodane”.

Kiedy myślę o Eucharystii i jej niezwykłej mocy, jakiej Bóg pragnie nam udzielić w naszej drodze przez życie, zawsze wraca mi obraz znanej francuskiej mistyczki i stygmatyczki Marty Robin. Jej życie a zwłaszcza fakt, że kiedy nie mogła już jeść i lekarze wydali na nią wyrok ona karmiąc się jedynie codzienną Eucharystią przeżyła 49 lat. To pokazuje, że dla Boga nie ma nic niemożliwego! Pytanie, czy my wierzymy w tę niezwykłą siłę ukrytą w małym kawałku chleba, w którym Bóg ukrył swoja obecność i przychodzi do nas, aby umocnić nas w naszej słabości.

Eucharystia „jest waszą własną tajemnicą…” – mówił św. Augustyn. Dlatego nie możemy zadowolić się tym, że w każdą niedzielę albo i częściej uczestniczymy we Mszy świętej. Komunia święta to wezwanie do czegoś znacznie więcej: do tego byśmy sami stać się Eucharystią, to znaczy darem i chwałą Boga i darem dla innych; bo „za każdym razem gdy mamy udział w Komunii z Chrystusem, którego przyjmujemy, przemieniamy się w Tego, którego pożywamy” – mawiał św. Leon Wielki.

Chrystus, który ofiarowuje się nam w Eucharystii, w ten sposób daje nam udział w swym własnym życiu i powołaniu. Wzywa nas w ten sposób do odpowiedzi na dar Jego miłości i ofiary, której nie potrafimy zrealizować bez Niego i Jego łaski. Mnie zaś każda Eucharystia, która zachęca nas i daje siły do tego, byśmy zgodnie ze słowami św. Pawła: byli naśladowcami Chrystusa (Ef 5,1) przypomina, że i tak nikt nie znalazł jeszcze lepszej drogi na życie niż ta, którą wskazuje nam Jezus, choć wielu szukało. Nie skorzystać z pójścia tą droga byłoby nie tylko lekkomyślnością ale i głupotą.