Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Częstochowska

Z Ewangelii według św. Jana

W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów.

A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: „Nie mają wina”.

Jezus Jej odpowiedział: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czy jeszcze nie nadeszła godzina moja?”

Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.

Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary.

Jezus rzekł do sług: „Napełnijcie stągwie wodą”. I napełnili je aż po brzegi.

Potem powiedział do nich: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu”. Ci więc zanieśli.

A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”.

Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie (J 2, 1-11).

Niektórzy zastanawiają się ile wody Jezus przemienił w wino? Biorąc pod uwagę to, że jedno naczynie do rytualnych obmyć mieściło 2 lub 3 mary  (a  jedna miara to 39 litrów z hakiem), to wychodzi jakieś 79 litra (przy 2 miarach) lub ponad 118 litrów (przy 3 miarach), i mnożąc to przez ilość stągwi mamy w wersji minimum 473 litrów wina, a wersji maksimum 709 litrów wina!”. Tak czy inaczej jedno jest pewne, że Bóg jest hojnym dawcą!

Ojcowie Pustyni widzieli w tym obrazie także łaskę, jaką Bóg na nas wylewa. Jedno jest pewne: Bóg nigdy nie żałuje nam swojej łaski, mimo, że my wiele z tych łask marnujemy.

A skoro idziemy już tropem Ojców Pustyni, to widzieli oni też w dzisiejszym obrazie wesela piękną metaforę życia. Życia, które staje się weselem, jeśli zaprosimy do niego – tak jak nowożeńcy z Kany – Jezusa i Maryję. I nie dlatego, że tak wypada, ale dlatego, że cenimy sobie ich obecność i przyjaźń.

Jednak zaproszenie Jezusa, to jeszcze nie wszystko. Bo w chwili chrztu to zaproszenie się właściwie dokonało. Problem w tym, że wielu chrześcijan zapraszając Go umieszcza go potem na liście takich niezobowiązujących znajomych. A Ewangelia dzisiejsza mówi coś ważnego przez  słowa Maryi: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.

To właśnie ta wierność Bożemu słowu a wcześniej wsłuchiwanie się w nie, żeby móc je wiernie wypełnić pokazuje na ile prawdziwie potwierdzamy w codzienności to zaproszenie Jezusa do naszego życia.

Ewargiusz z Pontu naucza, że: „Bez postawy zasłuchania w Słowo Boże, bez zaufania i zawierzenia mu oraz chęci czynienia tego, do czego to Słowo nas wzywa wiara po prostu rozmijałaby się ze zdrowym rozsądkiem czy życiową mądrością. Nie ma mowy o prawdziwej wierze, o duchowości, po prostu o pełni człowieczeństwa bez postawy, która prowadzi nas do wierności usłyszanemu Słowu Boga.”

Wszyscy jesteśmy powołani do nadprzyrodzoności. Ale kroczenie tą drogą wymaga wierności, często codziennego wiernego powtarzania tych samych gestów i czynności, choć czasem może nie zawsze widzimy ich sens. Choć wydaje się, że do niczego nie prowadzą.

Praktyka medytacji chce być dla nas szkołą tej wierności Słowu. I chce nas uczyć widzenia w tym prostym karmieniu się Słowem w ciszy serca głębszego nadprzyrodzonego sensu tej praktyki.

Podróż wiary wymaga, żebyśmy – podobnie jak słudzy z dzisiejszej Ewangelii – zaufali Jezusowi i dali mu ten nasz wkład pracy, wysiłek, owoce wierności Jego słowu pozwalając, żeby On przemienił to swoją mocą w te owoce, które czasem będziemy widzieli dopiero po jakimś czasie tu na ziemi a czasem zobaczymy je dopiero po tamtej stronie życia.

Prośmy dziś Maryję, aby przez wierną i wytrwała praktykę codziennej medytacji uczyła nas zawierzenia Jezusowi i Jego słowu wbrew wszelkim naszym naturalnym oporom i wątpliwościom, które zawsze mają prawo pojawiać się na drodze wiary.

 

 

Życie – zaproszenie do winnicy Pana

Z Ewangelii według św. Mateusza

Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść:

Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy.

Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił.

Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? Odpowiedzieli mu: Bo nas nikt nie najął. Rzekł im: Idźcie i wy do winnicy!

A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych! Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze.

Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi (Mt 20,1-16a).

Ewangelia dzisiejsza pokazuje nam trzy grupy pracowników.

Pierwsi – umówieni na 1 denara. Ci, którzy szukają sprawiedliwego wynagrodzenia za swój trud. I wiedzą jasno jakie są zasady zatrudnienia. Umieją przeliczyć swój trud na konkretną zapłatę, bo jak mówi Ewangelia „godzien jest robotnik swojej zapłaty”.

Drudzy – umówieni na to, co słuszne. Wiedzą, że mogą jeszcze wykonać pracę, że ona ma jeszcze swoją wartość, choć już nie tak wielką jak ta wykonywana przez cały dzień. Być może dlatego nie mają potrzeby umawiania się z właścicielem winnicy. Liczą na Jego sprawiedliwość. Zdobywają się na pewne zaufanie do gospodarza.

Ostatni – zdani na wolę gospodarza. Wiedzą, że przez godzinę wiele nie da się zarobić. Ich praca nie ma wielkiej wartości. Może nawet stracili nadzieję, że ktokolwiek da im jakąkolwiek szansę zarobku.

Mamy więc trzy grupy ludzi, którzy mają różne nastawienie do gospodarza: konkretna umowa – coś za coś; zdanie się na sprawiedliwe wynagrodzenie oraz całkowite powierzenie się ze świadomością swej ograniczoności.

Jezus opowiadając przypowieści zawsze zaprasza nas, byśmy się z nimi skonfrontowali. W tym wypadku spróbowali odnaleźć się w jednej z grup pracowników.

I pierwsza refleksja, która się nasuwa, to pytanie: Czy mamy tendencję porównujesz się z innym, jak bohaterowie Ewangelii?

I to wydaje się być pierwszą nauką płynącą z tej Ewangelii. Pokusa porównywania się z innymi zawsze prowadzi nas na manowce: bo zawsze będą tacy, którzy maja od nas mniej lub więcej. A zatem jest to postawa, która sprawia, że w zależności do kogo się porównamy wpadniemy w pułapkę próżności lub zgorzknienia.

Drugą nauką, którą Jezus chce nam przekazać to wdzięczność. Czy umiemy się cieszyć i być wdzięczni za dobro, z które jest naszym udziałem? I czy potrafimy się cieszyć z dobra, które otrzymują inni (nie oceniając czy po ludzku na to zasługują czy nie)?

Wdzięczność i radość dają nam większą wolność serca.

Bo konkluzja tej Ewangelii jest taka, że wobec Boga i tego, co On nam daje, to, co my mamy do dania to naprawdę niewiele. Zwłaszcza, gdy nie zapomnimy o tym, że ten ewangeliczny denar oznacza zbawienie, na które po prostu nie zasługujemy i na które nie da się zapracować.  Jest darmowym darem Boga. Jest owocem Jego miłosierdzia większego niż sprawiedliwość (a przynajmniej nasze poczucie sprawiedliwości).

Ale u Boga i tak wzbudza radość to, co Mu dajemy. Pamiętajmy o tym, kiedy siadamy do codziennej medytacji. Bo to niewiele, które Mu dajmy: pół godziny czasu i uważności On zamienia w kanał łaski, która obficie spływa na nas przez moc Jego słowa i obecności, w która się zanurzamy.

I życzmy sobie odwagi bycia ostatnimi, bo to sprawia, że ani wobec Boga, ani wobec innych, ani wobec świata nie mamy wygórowanych roszczeń.

Wszyscy jesteśmy grzesznikami

Z Ewangelii według św. Mateusza

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik. Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, cokolwiek zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie, to wszystko otrzymają od mojego Ojca, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 15-20).

Dzisiejsza Ewangelia przede wszystkim przypomina nam, że wszyscy jesteśmy grzesznikami. Tę pamięć nosili w swoich sercach nieustannie Ojcowie Pustyni, co chroniło ich od zbyt szybkiego oceniania i potępiania innych. Jest taka piękna modlitwa Efrema Syryjczyka, która kończy się słowami: „Panie, daj mi widzieć moje przewinienia i nie osądzać brata mojego”.

Ciągle grzeszymy. Ciągle się przewracamy. Wszyscy. Dlatego potrzebujemy pomocy łaski. I dlatego nie możemy pozostać też obojętni względem siebie. Widząc, że drugi błądzi, że popełnia  grzech, który wymaga upomnienia winniśmy zareagować. Co w dzisiejszych czasach nie jest łatwe, bo mamy skłonność do zgody, którą wymusza na nas mentalność świata na to, żeby każdy żył jak chce. Tymczasem nie wolno nam zapomnieć, że jako uczniowie Chrystusa w świecie jesteśmy odpowiedzialni za to, by pomóc człowiekowi, który się zgubił powrócić na drogę do Boga, zwłaszcza jeśli należy do wspólnoty Kościoła, czyli jest naszym bratem lub siostrą.

Oczywiście upomnienie w duchu miłości i akceptacji człowieka a jednocześnie nie akceptacji popełnionego zła, sprzeciwu wobec niego nie jest łatwe, ale jest postawą dojrzałości chrześcijańskiej. Warto też czynić to – na tyle na ile to możliwe – w duchu łagodności.

Medytacja i towarzyszące jej wezwanie: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” chcąc uczyć nas pokory nie pozwala nam zapomnieć, że sami jesteśmy grzesznikami i upominać innych z pozycji wyższości, ale także przyjąć upomnienie ze strony innych.

Warto spojrzeć na swoje życie i uświadomić sobie z wdzięcznością, że wiele z naszych pozytywnych życiowych nawyków czy postaw wiary wynika z tego, że ktoś wcześniej nas napomniał i pozwolił powrócić ze błędnie obranej ścieżki.

Warto mieć w pamięci tych nauczycieli życia i aniołów, których w postaci ludzkiej Bóg stawiał na naszych drogach, którzy napominali nas w trosce o wzrost i rozwój naszego człowieczeństwa i naszego chrześcijaństwa i pooddychać z wdzięcznością w ich kierunku podczas medytacyjnego siedzenia. Bo być może bez nich nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy.

Bóg współdziała we wszystkim

Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza

Jezus podążył w okolice Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko nękana przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem.

Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami».

Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela».

A ona przyszła, padła Mu do nóg i prosiła: «Panie, dopomóż mi».

On jednak odparł: «Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom».

A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów».

Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa. (Mt 15, 21-28)

Gdy przytrafiają nam się trudne lub bolesne doświadczenia: utrata pracy, choroba własna lub kogoś bliskiego, nieporozumienia w relacjach czy po prostu zwykłe przykrości ze strony innych, wtedy stawiamy sobie pytanie (zakładając oczywiście, że patrzymy na te problemy w świetle wiary): „Panie, czemu do tego dopuszczasz?”. Dobrze jest stawiać sobie to pytanie i szukać na nie odpowiedzi, ale nie w pojedynkę zamykając się jedynie w kręgu własnych myśli, ale właśnie z Bogiem. Rozmawiając z Nim, może nawet kłócąc się z nim czy tak, jak kobieta z dzisiejszej Ewangelii napierając na Jezusa, a wręcz przymuszając Go, by sprawił cud, by uzdrowił jej córkę.

To wyjście z kręgu spirali własnych myśli i odczuć, aby porozmawiać z Bogiem jest naprawdę ważne, bo właśnie Słowo Boże często rzuca na różnego rodzaju wydarzenia naszego życia światło, którego zabrakło naszemu rozumowi spętanemu przez różne silne emocje.

W liście do Rzymian w 8 rozdziale, 28 wersecie czytamy: „Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według Jego zamiaru”.

BÓG WSPÓŁDZIAŁA WE WSZYSTKIM! WE WSZYSTKIM! Dobrze wziąć sobie do serca te słowa, bo one mogą być dla nas oparciem w różnych życiowych sytuacjach, pozwalając nie stracić nadziei, że to, co dzieje się w naszym życiu teraz jest zapowiedzią przyszłego większego dobra dla nas lub dla innych, którzy żyją wokół nas.

Kobieta z dzisiejszej Ewangelii pokazuje, że wierzy w Jezusa przede wszystkim po to, by móc pomóc córce, za którą jest odpowiedzialna. Na pewno ważna jest kwestia jej osobistej relacji z Jezusem, ale nie zatrzymuje się na tym.

My także nie żyjemy w zamkniętej bańce. Jak często jednak myślimy, że nasze trudne doświadczenia są nam dane nie tylko ze względu na nas, ale też ze względu na innych, którzy żyją wokół nas. W tym sensie choroba dziecka może stać się współdziałaniem Boga dla dobra rodziców, którzy od dawna się nie modlili a choroba dziecka skłania ich, żeby na nowo odnaleźli swoją drogę do Boga.

Coraz częściej spotykamy wokół siebie ludzi dotkniętych depresją, którą zaczyna się określać chorobą cywilizacyjną naszych czasów, których codzienną mantrą jest „smutek”,  „zniechęcenie życiem”…

Naszą mantrą, mantrą ludzi wiary jest wołanie: „Jezu, Ufam Tobie!” lub „Przyjdź, Panie Jezu!, albo „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”.

Żyć wiarą,  to znaczy zwrócić swoje serce do Boga, oprzeć się na Nim i w Nim szukać ratunku. To odkryć niewystarczalność naszych ludzkich myśli i działań wynikających jedynie z naszej mądrości. Gdybyśmy umieli sobie ze wszystkim poradzić do czego byłby nam potrzebny Bóg? On chce abyśmy przychodzili do Niego zarówno w radosnych jak i w bolesnych czy chwalebnych doświadczeniach naszego życia. Abyśmy Jego odkrywali jako źródło miłości, dobra i życia. Byśmy nie kochali go za coś, ale dlatego że jest. Bo on właśnie w taki sposób nas kocha.

Właśnie takiego przychodzenia w każdych okolicznościach naszego życia uczy nas praktyka medytacji. Bo siadamy do niej nie tylko wtedy, gdy jesteśmy radośni, ale także wówczas, gdy jesteśmy smutni, przeżywamy różnego rodzaju kryzysy, czy też jesteśmy zmęczeni życiem. Bo wiemy, że tylko w Jego obecności możemy odzyskać siły na dalszą drogę.

Słowo wyłonione z milczenia

Z Ewangelii według św. Łukasza

Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła. A Pan jej odpowiedział: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona (Łk 10, 38-42).


Fundamentem bycia uczniem Jezusa nie jest to, co się robi – choć to też jest ważne – ale to, że słucha się Jezusa i naśladuje Go według tego, co się usłyszało (Możliwości i Melodie, o. Hieronim OCSO).

Dobrze, gdybyśmy jako ci, którzy podążają drogą medytacji wzięli te słowa za swoje.

Trudno mówić, że ktoś jest uczniem Jezusa, jeśli nie znajduje czasu na słuchanie swojego Mistrza. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy narażeni jesteśmy na wsłuchiwanie się w tak wiele czynników, których nawet jeśli nie chcielibyśmy słuchać, to i tak wciskają się one swoją kakofonią do naszych głów i serc. Bo rzeczywiście żyjemy w czasach zgiełku, (żeby nie powiedzieć używając słów papieża Franciszka: jazgotu), przed którym jeśli nie obronimy naszych serc i głów, to naznaczy on nasze myślenie i działanie. Zgodnie ze starym porzekadłem: „nasze myślenie i działanie jest wypadkową tego w co się wsłuchujemy.”

Na początku było Słowo – mówi nam św. Jan w prologu swojej Ewangelii i ono dalej jest (a przynajmniej powinno być w życiu człowieka wierzącego) pierwsze i najważniejsze! Naszym zadaniem jest usłyszeć Słowo, przyjąć je (eliminując to, co dziś skutecznie je zagłusza) i wcielić je stopniowo w życie.

„Prawdziwy Bóg objawił się i wciąż objawia przez Jezusa Chrystusa. On to jest Słowem wyłonionym z milczenia.” [Duchowość Pustyni, Thomas Merton  OCSO]

Medytacja uczy nas wsłuchiwać się w to Słowo wyłonione z milczenia, po to aby w codziennym życiu nie pomylić tych natchnień, które pochodzą od Boga z innymi, które od Niego nie pochodzą.

We współczesnym świecie łatwo zaobserwować dominację postawy reprezentowanej przez Martę z dzisiejszej Ewangelii: ogromną potrzebę aktywizmu, zaistnienia, promowania się, bycia dostrzeżonym (jeśli nie w przestrzeni realnej to przynajmniej wirtualnej).

Tymczasem Jezus zaprasza nas dziś wskazując na Marię do bycia z Nim w przestrzeni cichej kontemplacji, przebywania z Nim, słuchania Go. Bo tylko w Jego obecności możemy odrodzić się na nowo. Odnaleźć nowe siły, zaczerpnięte z nieskończonego źródła miłości, pokoju i łaski. Obyśmy każdego dnia przez praktykę medytacji dawali sobie na to przestrzeń i czas tak, jak uczyniła to Maria.

„Albowiem tak mówi Pan Bóg, Święty Izraela: «W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła! » [Iz 30,15]