Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata

Jan zobaczył podchodzącego ku niemu Jezusa i rzekł: «Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: „Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie”. Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi».

Jan dał takie świadectwo: «Ujrzałem ducha, który zstępował z nieba jak gołębica i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: „Ten, nad którym ujrzysz ducha zstępującego i spoczywającego na Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym”. Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym».(J 1, 29-34)

Chyba nie ma pokolenia, które nie wyglądałoby jakiegoś autorytetu, który podpowie, czy to, co widzimy, co robimy, co wybieramy jest dobre czy złe? Autorytety są nam potrzebne, bo chronią nas przed zagubieniem. Niestety oglądamy dzisiaj próby  skutecznego obalania autorytetów podejmowane przez niektóre osoby czy organizacje mające na celu skazanie człowieka na jeszcze większe zagubienie w życiu i w świecie, ze świadomością, że takimi osobami łatwiej jest manipulować.

Dzisiejsza Ewangelia przedstawia nam spotkanie Jana Chrzciciela z Jezusem. Jan rozpoznaje w Jezusie Najwyższy Autorytet, Mistrza i Nauczyciela, którego nadejście przygotowywał. Jan wskazuje prawdziwego Mistrza, nie dał się zwieść nikomu innemu, a przecież podających się za mesjasza w tamtych czasach było wielu. Jan, choć otwarty na znaki od Boga, był również człowiekiem trzeźwo myślącym, kierował się rozumnym rozeznaniem. Może być dla nas patronem nie tylko przyjęcia Chrystusa za Mistrza, ale również rozeznawania, komu z ludzi możemy zawierzyć a komu nie.

„Oto jest Ten, na którego czekamy”. Wskazywanie na Jezusa jako oczekiwanego Zbawiciela – to sedno misji Jana Chrzciciela. Można powiedzieć, że prorok znad Jordanu zanim wskazał Mesjasza najpierw przeprowadził dla Izraelitów prawdziwe „rekolekcje” przygotowujące na Jego przyjście.

Temat identyfikacji przychodzącego na świat Mesjasza przez Jana Chrzciciela zajmuje nas od blisko trzech tygodni. Moglibyśmy zapytać: „Po co tak długo wałkować tę scenę z Ewangelii?” Może po to, aby przypominać sobie nieustannie, że celem chrześcijaństwa a więc i każdego chrześcijanina jest wskazywanie na Jezusa Chrystusa, na Tego, który jest rozwiązaniem wszystkich problemów ludzkości i każdego człowieka, po to, aby i inni, którzy Go jeszcze osobiście nie znają, mogli Go poznać i pokochać.

Jeśli chrześcijanin przestaje wskazywać swoim życiem na Jezusa, jeśli jakiekolwiek inne cele, nawet szlachetne, przesłaniają ten pierwszy zasadniczy, który jest zadaniem każdego ucznia Chrystusa, wówczas chrześcijaństwo traci rację bytu. Staje się solą bez smaku skazaną na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.

Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata”. Symbolika „Baranka” była znana Izraelitom. To zamiast Izaaka Abraham złożył go w ofierze. To krew baranka, którą pomazano odrzwia domów, ochroniła Izraelitów w noc paschalną przed mieczem anioła przechodzącego przez Egipt. To Sługa Jahwe jak baranek szedł na zabicie i był niemy jak owca wobec strzygących ją. Tyle tylko, że tamte obrazy były jedynie zapowiedzią Tego, który miał przyjść jako ocalenie dla pogrążonego w grzechu człowieka. Teraz ci, którzy towarzyszyli Janowi Chrzcicielowi nad Jordanem mają świadomość, że na ich oczach spełnia się zapowiadana przez wieki obietnica Boga.

To Jezus jest prawdziwym i jedynym Barankiem Bożym, który gładzi grzech świata. Jest jedynym Zbawicielem i nie ma innego. Dzieło zbawienia dotyczy całej ludzkiej natury i każdego człowieka. Święty Paweł tłumaczy to, zestawiając skutki grzechu popełnionego przez „pierwszego Adama” i skutki usprawiedliwienia wysłużonego przez „drugiego Adama” – Chrystusa: „Jeżeli bowiem przestępstwo jednego sprowadziło na wszystkich śmierć, to o ileż obficiej spłynęła łaska i dar Boży, łaskawie wysłużony przez jednego Człowieka, Jezusa Chrystusa”.

Bóg ma swój plan zbawienia człowieka i stopniowo go realizuje, ale nie bez naszego udziału w nim. Przede wszystkim nie daje nam zbawienia na siłę. Uzależnia je od tego czy chcemy, czy nie chcemy go przyjąć! On odpowiada na pragnienie ludzkiego. Ale Bóg jest cierpliwy, wie, że nieraz trzeba czasu, aby otworzyć ludzkie serce na przyjęcie Jego daru.

Warto o tym pamiętać w naszych niecierpliwych czasach, kiedy wszystko chcemy dostać od razu, bez zwłoki. Zasada ta jednak nie sprawdza się w duchowości. W życiu duchowym nie ma bowiem szybkich owoców. Tu osiągnięcie ich wymaga wielkiego nakładu pracy i współpracy z łaską. Abyśmy mogli prawdziwie otrzymać dar, zwłaszcza dar od Boga (!), musimy być na to przygotowani, bo ten dar nas zawsze przerasta. Zobaczmy, że nawet po tylu latach przygotowania Izraela – od czasów pierwszego proroctwa z Izajasza o Mesjaszu minęło ok. 500 lat! – Żydzi nie rozumieli sensu przyjścia Pana Jezusa. Czekali oni na innego mesjasza, takiego, którego przykroili do własnych wyobrażeń.

To jest niebezpieczeństwo, które grozi każdej i każdemu z nas. Będąc uczniami Chrystusa musimy się bronić przed tworzeniem Boga na własne podobieństwo i przykrawaniem Ewangelii do naszych wyobrażeń.

Musimy zgodzić się, że Bóg przychodzi ze swoją łaską na swoich warunkach, a nie według ludzkiej miary. I to w sposób, który będzie nas często zaskakiwał.

Dzisiejsza Ewangelia jest pełna optymizmu, bo przypomina nam, że jak na początku życia otrzymujemy naturę obciążoną grzechem pierworodnym, tak z chwilą, gdy Bóg wchodzi w nasze życie przez swoją łaskę, czyli z chwilą chrztu jesteśmy uwolnieni z grzechu pierworodnego.

Pytanie tylko: Czy to wszystko? Czy to wystarczy?

I wszystko, i nie wszystko. I wystarczy, i nie wystarczy.

Bo przed nami jest życie i to, jaki kształt nadamy naszemu człowieczeństwu zależy przede wszystkim od nas, od naszych decyzji i wyborów.

Oby, koniec końców, kształt, jaki nadamy naszemu życiu był takim, którego nie będziemy musieli się nigdy wstydzić ani przed ludźmi ani przed Bogiem.

Bóg, który zanurza się w to, co ludzkie

Jezus przyszedł z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć od niego chrzest. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: «To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?»

Jezus mu odpowiedział: «Ustąp teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe». Wtedy Mu ustąpił.

A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły się nad Nim niebiosa i ujrzał ducha Bożego zstępującego jak gołębica i przychodzącego nad Niego. A oto głos z nieba mówił: «Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie». (Mt 3, 13-17)

Jan Chrzciciel nie był pewny tego, w jaki sposób przyjdzie Mesjasz. W Ewangelii według św. Łukasza Jan zapowiada Mesjasza w kontekście sądu, podczas którego ludzie zostaną potępieni za swoje grzechy, o ile się nie nawrócą.

Jednak człowiek, którego spotyka Jan nad brzegiem Jordanu, nie wygląda na okrutnego sędziego. Wiara Jana podpowiada mu, że stoi przed nim Pan, mimo że nie widzi cudów, nie ma żadnego ognia z nieba, nie ma surowego sądu, a jedynie znak gołębicy. Choć wiara Jana zapewne do końca pozostanie zmaganiem, bo kiedy będzie już w więzieniu, za pośrednictwem posłańca zapyta Jezusa:

Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? (Mt 11, 3).

Obraz Boga, który nosimy w sobie, może się wiązać głównie z przekonaniem o Jego władzy, strachem czy sądem. Jednak nie jest to sposób, w jaki Bóg chce się nam objawić.

Kiedy spoglądamy na Dzieciątko Jezus leżące w żłobie, jest dla nas jasne, że Bóg przyszedł do nas jako ktoś delikatny, bezbronny, ktoś, kto jest od nas zależny i kogo nie powinniśmy się bać. Owszem mówimy o bojaźni Bożej, co może trochę niefortunnie sugerować postawę lęku, ale bojaźń Boża jest bardziej wyrazem szacunku i czci niż przerażenia potęgą Boga. Bóg przychodzi na świat jako niemowlę, byśmy w naszej słabości nie czuli strachu, abyśmy nie bali się do Niego zbliżyć.

We wcieleniu Chrystus bierze na siebie to, co ludzkie, ale także pokazuje nam, kim naprawdę jesteśmy. Być może powodem, dla którego trudno nam zaakceptować pokorę, słabość i bezbronność Boga, jest to, że musielibyśmy uznać, że i my jesteśmy słabi i bezradni i że te cechy są wpisane w nasze życie nawet gdy lubimy udawać, że jest inaczej. Jezus przychodzi do nas jako dziecko i prosi nas, byśmy Go w taki dziecięcy sposób przyjęli w naszych sercach.

Dzisiaj istnieje dość powszechne przekonanie, że ważne rzeczy dzieją się w świetle fleszy i przed obiektywami kamer. Istnieje to, co zostało wystarczająco mocno nagłośnione. Tylko wtedy jest szansa na sukces.

W Piśmie Świętym najważniejsze sprawy dzieją się po cichu, bez rozgłosu.

Ci, którzy przychodzili przyjąć chrzest nawrócenia od Jana Chrzciciela, zostawiali w wodach Jordanu swój ciężar, grzech, niemoce i słabości. I nie dziwi, że robili to po cichu, bo czym tu się chwalić?

Również Jezus w ciszy zanurza się w wodach Jordanu i bierze na siebie to, co inni tam zostawiali. Dokonuje się milcząca wymiana. Bóg Człowiek oczyszcza wodę i pokazuje, że przyszedł, aby się ze mną utożsamić. Daje to, co Boskie i czyste, a zabiera to, co moje i brudne.

Ojcowie Kościoła widzieli w tym wydarzeniu analogię z potopem. Tak jak wówczas świat został oczyszczony ze swych nieczystości przez wodę, a gołębica przyniosła do Arki Noego gałązkę oliwną, zwiastując pokój na ziemi, tak teraz Duch Święty zstępuje w postaci gołębicy, aby ogłosić światu odpuszczenie grzechów i Boże miłosierdzie. Dlatego Jan Damasceński pisze: „Tam gałązka oliwnego drzewa, tutaj miłosierdzie naszego Boga”.

Po co to wydarzenie? Żebym widział i wierzył, że Bóg wchodzi w moje doświadczenia, że niczego nie unika, nie krzyczy i nie podnosi głosu, nie gasi tlącego się knota, nie łamie nadłamanej gałązki, ale przynosi pokój, nadzieję i światło.

Istnieją takie słowa, które wypowiedziane nawet szeptem brzmią potężniej niż najsilniejszy grzmot. To słowa miłości, mające większą moc niż najmądrzejsze rady i najsłuszniejsze strofowania.

Dlatego, kiedy nad Jezusem rozlega się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”, możemy poczuć się spokojni, bo przecież Jezus to nasz brat. W tym jednym zdaniu zawarta jest odpowiedź na wielkie pragnienie każdego serca – być umiłowanym i mieć pewność, że jest Ktoś, kto znajduje w nas upodobanie.

Przy okazji każdego chrztu Bóg wypowiada nad każdą i każdym z nas te właśnie słowa. A to wszystko zmienia.

Dwukrotnie dane  życiu stałem nad brzegiem Jordanu, w miejscu, w którym Chrystus miał przyjąć chrzest od ostatniego z proroków Starego Testamentu. Jordan jest przeciętną rzeką – jak tysiące innych rzek, potrafi groźnie wylać, lecz zwykle toczy swe wody spokojnie i bez hałasu. Kraj, przez który płynie, jest zwyczajnym krajem – to soczewka Biblii każe nam patrzeć na niego jak na centrum świata. Nic więc dziwnego, że Bóg, który wykracza poza wszelkie najbardziej wyszukane ludzkie przymiotniki, unika cywilizacji „NAJ”. On szuka miejsc zwyczajnych i wchodzi w codzienność, nie potrzebuje blasku złota, odcienie szarości zupełnie Mu wystarczą. Nie żąda też od nas niczego wyjątkowego. Nawet słowa Apokalipsy, które ganią letniość (Ap 3, 15), nie każą nam być najgorętszymi lub najzimniejszymi – wystarczy, jeśli będziemy gorący lub zimni. Babcia jednej z moich znajomych na pytanie, dlaczego się zdecydowała w czasie wojny ukrywać żydowskich sąsiadów, odpowiedziała: „To było normalne”.

Bo dla tego, kto kieruje się miłością dobro jest takie normalne i zwyczajne.

Jeśli chcesz spotkać Boga, szukaj tego, co zwykłe, normalne. W tym, co epikurejsko-stoicka filozofia z upodobaniem nazywała „złotym umiarkowaniem” – tam najłatwiej Go odnaleźć.

Nasłuchiwać Słowa

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, z tego, co się stało.

W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi.

Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1, 1-5. 9-14)

Na początku nowego roku pragniemy wrócić do tego, co było na początku. A na początku było Słowo…

Przepraszam, że pozwolę sobie na pewną osobistą dygresję: Pamiętam pewne zimowe przedpołudnie sprzed blisko trzydziestu lat. Siedząc z kubkiem kawy, spoglądałem przez okno chaty, której okna wychodziły na stronę Doliny Kościeliskiej, gdzie wybraliśmy się na rekolekcje w gronie studentów i zacnego, nieżyjącego już kapłana. Za oknem nic, na czym można by zawiesić wzrok, pusty biały pejzaż. Długi czas trwałem w tym zapatrzeniu, w ciszy, która mnie otaczała. Nie siedziałem, żeby się modlić. Po prostu byłem obecny, otwarty, uważny. „Medytacja przy piciu kawy” – powiedziałby ojciec Jan Bereza. I wówczas doświadczyłem tego o czym pisze Merton w Myślach w samotności: „Myślę, że Mądrość, która okryła ziemię niby mgła – jak czytamy u Syracha – przygotowywała mnie wtedy na Spotkanie”.

Medytacja jest przygotowaniem na Spotkanie, które jest jej celem a często i owocem. Można bowiem się modlić i nie spotkać się z Bogiem. Jednym z istotnych powodów dlaczego tak się dzieje jest skupienie się w modlitwie głównie na sobie. Wbrew pozorom modlitwa może być często pożywką dla naszego ego, które usuwając z pierwszego miejsca Chrystusa chętnie zajmuje Jego miejsce. Najpierw w modlitwie a potem w życiu.

Medytacja monologiczna przestawia te akcenty. Pozwala by wszystko wróciło na swoje miejsce, by jak to mówi ks. biskup Ryś: „Pierwsze było zawsze pierwsze!”

W niektórych klasztorach (ja widziałem to wielokrotnie u cystersów) można zobaczyć obraz zakonnika trzymającego palec na ustach i w ten sposób zapraszającego przychodzących do zachowania ciszy. To piękny obraz przypominający o tym, że nieodzowną przestrzenią medytacji jest cisza. Ale jest jeszcze jeden obraz, który bardzo mnie urzeka a który chciałbym tu przywołać (można go zobaczyć między innymi w klasztorze sióstr Karmelitanek na dalekiej północy Norwegii w Tromsø ). To ikona, której kopia została przewieziona przez siostry z ich macierzystego klasztoru w Hafnarfjörður na Islandii.  Przedstawia Chrystusa jako Świętą Ciszę. Ta ikona sama w sobie jest pięknym komentarzem, bez słów do usłyszanego Prologu Ewangelii Janowej a zarazem katechezą o medytacji. (To jedyny obraz, który od lat towarzyszy także mojej praktyce medytacji.) Ukazany na niej Chrystus jest całkowicie otwarty na dar Ojca, sam z siebie jest Milczeniem. Słowo (Logos) od początku jest Słowem Ojca, jest „u Boga” – jak powie Jan w Prologu. Podobnie będąc Przejrzystością, jest On Obrazem niewidzialnego Boga. Nasze synostwo być może najpełniej wyraża się właśnie w milczącym nasłuchiwaniu Słowa i w pełnym miłości wypatrywaniu się w Jego Oblicze, nie dal samego wpatrywania się czy zachwytu, ale po to abyśmy sami mogli stać się odbiciem (ikoną) Tego w którego się wsłuchujemy i wpatrujemy oczyma wiary w medytacji.

Papież Benedykt XVI przestrzega w jednej ze swoich medytacji nad Prologiem przed fałszywą pokorą, która może nam grozić a która jest tak naprawdę niewiarą w to, że Bóg może mówić do człowieka „po ludzku”, że JEST nam bliski. A przecież w Chrystusie Ojciec wypowiedział się w pełni. Wypowiedział się w naszym ludzkim języku, gdy Jego Słowo przyjęło postać ludzkiego ciała. Jak konkluduje swoją katechezę papież senior współczesny człowiek nie zna Boga, bo nie przyjął Jezusa w Jego słowie. Prawda, którą głosił św. Paweł jest ciągle aktualna i pozostanie taka do końca: „wiara rodzi się ze słuchania a tym, co się słyszy jest słowo Boże”. [Rz 10,17]. Medytacja monologiczna jest tym doświadczeniem, które tę prawdę wprowadza w życie.

Wędrując z Mędrcami drogą wiary

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony Król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon».

Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak zostało napisane przez Proroka: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela».

Wtedy Herod przywołał potajemnie mędrców i wywiedział się od nich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytajcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». Oni zaś, wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę.

A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, postępowała przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; padli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę.

A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się z powrotem do swojego kraju. (Mt 2, 1-12)

Z dzisiejszej perspektywy może nas dziwić przerażenie i reakcja Heroda. Ale on doskonale znał reguły świata władzy, w którym żył, z jego podstępami, walką i intrygami. Królobójstwo było w czasach Imperium Rzymskiego czymś, o czym słyszało się na każdym kroku. Herod nauczył się, że jeśli chce utrzymać władzę nie może nikomu ufać, nawet tym, którzy zapewniali go o miłości i oddaniu.

Kiedy zatem usłyszał od Mędrców o nowo narodzonym królu żydowskim, od razu wiedział, że musi działać z zaskoczenia. To co dziś nazywamy przemocą, było w tamtych czasach po prostu skutecznym przeciw-działaniem.

Mędrcy także wiele wiedzieli o świecie, a pragnienie poznania było w nich tak silne, że pomimo niebezpieczeństw i trudów ruszyli w drogę.

Ewangelia pokazuje moment, gdy Trzej Królowie przybywają do Betlejem, ale nie wiemy, jak wyglądał początek ich drogi. Nadszedł jednak ten dzień, kiedy pożegnali bliskich, ostatni raz zajrzeli do swoich mądrych ksiąg i musieli ruszyć przed siebie.

Nie sposób poszukiwać Chrystusa i jednocześnie trwać w tym samym miejscu. Różnica między niepoprawnym marzycielem a chrześcijaninem polega na tym, że ten drugi naprawdę postanowił zmienić swoje życie, podczas gdy marzyciel, wędrując po meandrach swojej wyobraźni, wcale nie zamierza czegokolwiek zmieniać. Karmienie się marzeniami mu wystarczy.

Możemy oczywiście marzyć o nawróceniu, o uzdrowieniu naszych relacji z innymi, o poprawie jakości naszej modlitwy, ale jeśli nie zdobędziemy się na konkretny krok i działanie, nic się nie zmieni. Same dobre postanowienia, choćby były najbardziej wzniosłe – lecz nigdy nie wprowadzone w życie – nic tak naprawdę nie wnoszą do naszego duchowego rozwoju!

Mędrcy ze Wschodu, zanim dotarli do celu, spotkali się z Herodem. Dla nas jest to swoista katecheza, żeby liczyć się z trudnościami, które będą się pojawiać w naszej wierze. Wątpliwości, znużenie czy grzech, prędzej czy później zastąpią nam drogę. „Aby wiara stała się mocna, musi być wypróbowana, musi przejść przez tygiel doświadczeń, przez wiele prób i burz. Wiara powierzchowna, oparta jedynie na wychowaniu, uczuciu i pewnych przyzwyczajeniach, w obliczu trudności załamuje się. Bóg chce, by człowiek wierzący został w wyniku prób wiary ogołocony z tego, co stanowiło jedynie podpórki wiary; co nie było autentycznym przylgnięciem do Chrystusa, oparciem się na Nim i powierzeniem się Jemu” – pisze w książce Rozważania o wierze ks. prof. Dajczer. Mędrcy uczą nas swoją postawą, że problemy związane z poszukiwaniem Chrystusa nigdy nie mogą być powodem, by ogłosić kapitulację i ze spuszczoną głową wrócić do domu. Być może, tak jak w wypadku Mędrców, konfrontacja ze złem będzie ostatnim przystankiem przed odnalezieniem Boga.

W końcu Wędrowcy odnajdują Jezusa. Czy byli zdziwieni, gdy zobaczyli przed sobą zwyczajne niemowlę w nędznej grocie? Prawdziwa mądrość pozwala, by rzeczywistość zaskakiwała. A Pan Bóg objawia się często w sposób absolutnie zaskakujący. Mędrcy dlatego byli zdolni rozpoznać Króla w niemowlęciu z betlejemskiej stajni, bo wiedzieli, że prawdziwa potęga wcale nie jest otoczona pychą, że prawdziwa wszechmoc nie kieruje się przemocą, a miłość jest większa niż nienawiść.

Trzej Królowie dotarli na miejsce, ponieważ prowadził ich niezawodny znak – gwiazda. Tym znakiem dla nas jest słowo Boga i sakramenty.

Bez względu na to, jak długo będziemy iść i z jakimi przeciwnościami przyjdzie nam się mierzyć w życiu, one pozwolą nam dotrzeć do upragnionego celu.

Raz jeszcze podkreślmy to, że Bóg objawia się w sposób absolutnie zaskakujący. Jeżeli nie chcemy rozminąć się z Panem, warto być gotowym na niespodziankę. Chrystus objawi się w naszym życiu, ale zrobi to w sposób, który sam uzna za właściwy.

Jeżeli zatem – podobnie jak Trzej Mędrcy – nie przestraszymy się wyzwań, które czekają na nas na drodze wiary, to nawet jeśli przyjdzie nam doświadczyć tego, co w naszej wierze bywa niezwykle trudne jedno jest pewne, nie wrócimy z tej podróży tacy, jacy byliśmy.

Odkryć sens

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, z tego, co się stało.

W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi.

Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1, 1-5. 9-14)

Dzięki Bogu, że mamy cztery Ewangelie. To tak, jak byśmy czytali o tym samym wydarzeniu w różnych gazetach. Ewangelista Mateusz mówi o Jezusie z perspektywy spełniających się nadziei narodu wybranego: Jezus jest jego Mesjaszem. Dla Łukasza Jezus to Nowy Adam, człowiek z krwi i kości, który był dzieckiem, miał rodzinę i dom. Dla Marka liczą się fakty, to, co Jezus zdziałał i co naprawdę się stało przez ostatnie trzy lata Jego życia.

I wreszcie mamy Ewangelię św. Jana, całkowicie różna od pozostałych, ale może dzięki tamtym łatwiej ją zrozumieć. Jest niczym tajemna księga pośród codziennych wiadomości, księga która sięga do tajemnicy samego Boga, do tego co było na początku, do tego do czego nie mają wglądu żadne, nawet najbardziej zaawansowane naukowe dociekania. „Na początku było Słowo a Słowo było u Boga i Bogiem było słowo…” Perspektywa, jaką ukazuje św. Jan, perspektywa stworzenia człowieka, perspektywa wybrania przez Boga konkretnego narodu, perspektywa konkretnego wydarzenia sprzed dwóch tysięcy lat nabiera pełnego światła w spojrzeniu ewangelisty, który podsumowuje historię świata stwierdzeniem, że ów świat ma głęboki sens! Że miał go od początku! I że ów sens odsłania się nam w historii, ale i w pojedynczym życiu każdego człowieka!

Chrystus – niemowlę i Boży Syn w jednej osobie, zapowiadany i przeczuwany jako Boża Mądrość – postanowił zamieszkać wśród nas (J 1, 14). Dosłownie tłumacząc tekst oryginalny musielibyśmy powiedzieć za autorem Księgi Mądrości Syracha, że rozbił swój namiot między nami i zaprasza, aby się schować w jego cieniu.

Nieco kłopotu może sprawić zrozumienie tych słów na początku stycznia, kiedy przestępując z nogi na nogę na przystanku autobusowym, bardziej tęsknimy za odrobiną słońca niż cienia.

Pamiętam jednak dobrze pielgrzymkę do Jordanii – podczas której cały dzień spędziliśmy na pustyni w pełnym słońcu, temperatura 50 stopni Celsjusza. Wtedy człowiek doświadcza jak tego upragnionego cienia bardzo brakuje. Dopiero po południu jeden z Beduinów zaprosił nas do swojego namiotu. Był to właściwie sam dach, bez ścian. Teoretycznie więc gorące powietrze miało wszędzie dostęp. A jednak była różnica. Odrobina cienia dawała wytchnienie.

Można zapytać: Co to daje, że Bóg zamieszkał pośród nas? Przecież zło dalej wkrada się do naszego życia. Przecież nie przestaliśmy się denerwować, kłócić, osądzać jeden drugiego. Wczorajsze kłopoty nie przestały nas martwić a tu dochodzą jeszcze ciągle nowe. O co więc chodzi? Czy kiedy mamy świadomość, że Bóg jest z nami, to jest inaczej?

Może jest tak, że wprawdzie dziś nie wszystko nam wyszło, ale Bóg daje kolejny dzień i kolejna nadzieję. Może dziś znowu pokłóciliśmy się z kimś, na kim bardzo nam zależy. Czy to oznacza koniec świata? Nie – bo Bóg jest hojny w swoim miłosierdziu: nie skąpi nam go i dodaje wiary w to, że zawsze możemy nauczyć się przebaczać. Razem z Nim ciągle zaczynać od nowa.

Jest jeszcze jeden szczególny moment, który przychodzi mi na myśl, gdy czytam dzisiejsze czytania. To czas spędzony z Bogiem, na modlitwie, na medytacji, na adoracji Najświętszego Sakramentu. Gdyby Jezus nie przyszedł na świat i nie nauczył na jak korzystać z takich chwil trwania przed Bogiem, jak wiele byśmy tracili!? Każdy z nas skarży się dziś na zabieganie: tysiąc spraw, setki napotkanych ludzi, problemów, sprzeczek. I na koniec dnia pół godziny spędzone w obecności Boga, kiedy to wszystko mogę zostawić. Sprowadzić do właściwych rozmiarów. Oddać to Bogu, który zachęca nas mówiąc: „Przyjdźcie do Mnie, kiedy jesteście utrudzenia i obciążeni a Ja was pokrzepię” .

Choćby nie wiem jak posypały nam się plany minionego, choćbyśmy opadli z sił i zostali pokonani przez nasze słabości On zaprasza nas byśmy odpoczęli w Jego cieniu, abyśmy – jak o tym pisze dziś św. Paweł – pozwolili by Bóg wlał w nas ducha mądrości i objawienia w głębszym poznawaniu Jego samego i światłe oczy serca, byśmy wiedzieli, jak postępować, byśmy na nowo odnaleźli nadzieję naszego życia i powołania. (por. Ef 1, 15-18)

Jakiś twardogłowy racjonalista mógłby stwierdzić, że takie rozważania nie mają sensu… Co z tego, że wieczorem oddam Bogu moje problemy, skoro i tak następnego dnia one do nas wrócą i znów będziemy musieli się z nimi zmagać.

Stwierdzenie, że coś nie ma sensu, jest jedną z najczęściej używanych form oburzenia i dezaprobaty. Domagamy się sensu. Ale jakiego? Domagamy się sensu „dla nas”, już, tu i teraz. Można powiedzieć, że żyjemy w nieustannej tyranii sensu! Tymczasem taka uzurpacja jest wrogiem życia duchowego, bo sens jest nam dany, darowany, odsłaniany przed nami z czasem, a nie wydarty Bogu i światu na siłę.

Matka Teresa z Kalkuty zapisała w swoich rozważaniach: „Zasypiać głęboką nocą, uznając, że nie rozumiem wydarzeń tego świata i wydarzeń mojego życia, to wielki akt wiary. Wiary w jutro. Wiary, że historia się nie kończy, a Pan Bóg rano zmartwychwstanie i dokończy dzieła, bo w dziejach świata i człowieka nic nie dzieje się bez Jego zgody”.

Jest takie słowo w języku hiszpańskim, które przychodzi mi na myśl w kontekście tych rozważań a którym często posługują się Hiszpanie a które długo mnie denerwowało zanim nie zrozumiałem jego znaczenia: to słowo mañana, czyli dosłownie jutro rano. Mój kolega pracujący w Boliwii jako misjonarz mówił, że jego, podobnie jak wielu Europejczyków, który przyjeżdżają do Ameryki Południowej to słowo irytowało, bo on chciałby wszystko na dziś, na zaraz… Tymczasem ten prosty zwrot: mañana to obrona przed uzurpacją naszego umysłu – że muszę wszystko zrozumieć i skończyć dzisiaj, teraz. Mañana, czyli jutro też jest dzień. Świat jest Boży i Bóg dokończy objawiać sens codziennych zdarzeń. Musze tylko umieć na to poczekać. Umieć zaufać!

Jeden z wielkich współczesnych misjonarzy Ameryki Południowej, święty człowiek ojciec Giovanni Salerno, którego miałem szczęście poznać, pracujący od ponad 30 lat w wysokich Andach wśród indiańskich plemion, którym niesie Chrystusa powiedział mi kiedyś że słowo mañana, które człowiekowi Zachodu uwikłanego w dyktaturę pośpiechu kojarzy się z gnuśnością i lenistwem, jest tak naprawdę jedną z najpiękniejszych modlitw wieczornych. „Nie mówimy mañana rano, kiedy cały dzień w naszych rękach, ale mówimy mañana wieczorem, uznając, że ja nie jestem Bogiem, że świat się jeszcze nie skończył, że jutro Bóg w nowy sposób ukaże, jak wielkie sensy można odnaleźć w rzeczach małych, a ostateczny sens odnaleźć można jedynie w Bogu”.

Mañana to prośba o cierpliwość w odkrywaniu sensu świata i sensu mojego życia, które często Bóg pozwala nam odnajdywać powoli, bo to ostatecznie On jest Panem czasu i wieczności.

Dla mnie osobiście Janowy Prolog jest właśnie takim kluczem do odkrywania sensu, bo uzmysławia mi, że te słowa, które czytamy możemy przyłożyć do najmniejszej części naszego życia, aby zostało napełnione Bożym Życiem i Światłem, pod warunkiem, że nie przestaniemy wierzyć, że Słowo Przedwieczne wciąż działa między nami i w nas, mając moc ożywiania,  oświecania i przemieniania każdego, kto tym słowem żyje na co dzień.