Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Pragnienie Boga i pragnienie człowieka

Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem, abyście szli i owoc przynosili i aby owoc wasz trwał. [J 15,16]

Słowa przywołane we wstępie są zaczerpnięte z aklamacji przed dzisiejszą Ewangelią. Kiedy sięgniemy do niej zobaczymy, że Jezus wcześniej przywoła absolutny warunek przynoszenia prawdziwych owoców naszego życia, jakim jest trwanie w Nim.

Medytacja, zwłaszcza medytacja monologiczna, to nic innego jak właśnie chęć nieustannego trwania przy Chrystusie, gdyż jej formuła rodzi się z pragnienia odpowiedzi na zachętę do modlitwy nieustannej. I bez wątpienia w Modlitwie Jezusowej wielu odnalazło właśnie taka realną odpowiedź i doświadczenie zanurzenia w nieustanną modlitwę, która jest niczym innym jak włączeniem w nurt żywej relacji z Bogiem. Ten nurt przepływa przez nasze serce jako obecność Ducha Świętego. Modlitwa Jezusowa uczy nas jak trwać w nieustanny zjednoczeniu serca i w świadomości życia przed Bogiem.

Simone Weil napisze, że: „Jedynym pragnieniem człowieka wierzącego powinno być pragnienie by mieć serce skierowane ku Bogu, co jest drogą do posiadania Boga w sposób doskonały”.

Medytacja to próba urzeczywistnienia tego pragnienia. Właśnie dlatego określana jest czasem mianem „modlitwy serca”, gdyż w modlitwie tej odkrywamy prawdę, że w relacji do Boga najważniejsza jest postawa serca. Nie umniejsza ona walorów rozumu, ale uświadamia nam, że sercem możemy pojąć i przyjąć znacznie więcej, również to, czego rozum nie ogarnia. Co więcej jak pisała wspomniana Simon Weil: „dla serca wiele prawd duchowych jest bardziej rzeczywistych niż dla rozumu”.

Wiara to doświadczenie pragnienia przenikniętego przez miłość.

Medytacja jest sposobem urzeczywistnienia tego pragnienia. Pragnienia, które jest pragnieniem wzajemności Boga i człowieka. Pięknie to wybrzmiało w ostatniej sobotniej konferencji s. Rachel, kiedy to omawiając spotkanie Samarytanki z Jezusem powiedziała nam, że tamto spotkanie było spotkaniem dwóch pragnień.

Jezus nie przychodzi do nas w modlitwie w pozycji silniejszego, który chce nam coś dać i w ten sposób czuje się kimś spełnionym. On przychodzi do człowieka by prosić o dar kogoś, kto sam z siebie nic nie ma. Chrystus w modlitwie prosi nas o miłość, choć doskonale wie, że potrafimy Mu ofiarować miłość tylko w takim wymiarze, w jakim sami ja od Niego przyjmiemy. Modlitwa staje się prawdziwa właśnie dlatego, że wymaga wzajemności. Bóg przychodzi, aby dać nam miłość. Ktoś mógłby sądzić, że Bogu to wystarcza. Jest wszechmocny, więc nie musi o nic prosić. Wystarczy mu, że daje. Ale prawdziwa relacja nie opiera się na samym dawaniu. Prawdziwa relacja opiera się na wzajemności.

I tutaj znowu przywołam zdanie Simon Weil: „Bóg nie jest wszechmocny, przez to, że jest Stwórcą. Ale jest wszechmocny w tym sensie, że zrzeka się tej władzy nad wolą człowieka. Zna skutki tego aktu i pragnie ich”.

Bóg nie chce nas zmuszać do wzajemności. To odwzajemnienie ze strony człowieka jest jego wolna wolą, mimo iż wszystko, co ma i tak otrzymał od Boga. Bóg ofiarowuje nam swoją miłość, ale to do mnie należy decyzja czy ją przyjmę i ją odwzajemnię. Miłość Boga jest prawdziwa właśnie dlatego, że potrzebuje wzajemności i szanuje wolność człowieka.

Bóg obdarowując nas prosi nas o wzajemność i w tym otwarciu na Jego dar i odwzajemnieniu wyraża się cały sens modlitwy. Oddychać Imieniem – to nic innego jak przyjmować i dawać i w ten sposób uczyć się przeżywać całe nasze życie, które realizuje się między darem a ofiarą.

Zaproszeni na ucztę

Jezus w przypowieściach mówił do arcykapłanów i starszych ludu: „Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. (Mt 22, 1-2)

Kiedy słuchamy dzisiejszej Ewangelii można odnieść wrażenie, że Pan Jezus opowiada nam baśń: jest król,  jest uczta weselna, jest przystrojona sala, orkiestra w pogotowiu, nowożeńcy czekają – tylko goście nie przyszli. Jezus posługuje się taką formą opowieści, aby przekazać nam prawdę o rzeczywistości Bożego Królestwa, która wymyka się naszej percepcji.

Za każdą jednak baśnią kryje się coś więcej. Właśnie dlatego przemawia ona zarówno do dzieci, jak i dorosłych, bo każdy może odnaleźć w niej ważną dla siebie prawdę. W każdej z Jezusowych przypowieści możemy odnaleźć trzy wymiary: sens dosłowny, sens alegoryczny i wreszcie sens moralny. Odnalezienie tych trzech wymiarów uczy nas jak dobrze korzystać z ewangelicznych opowieści dla rozwoju naszej wiary.

Przypowieść nawiązuje do uczty, która jest symbolem Królestwa Bożego, które jest jak najbardziej rzeczywiste. To królestwo nie zaczyna się po śmierci!!! Stajemy się jego obywatelami przez przyjęcie chrztu świętego. To królestwo kieruje się pewnymi prawami – te prawa to przykazania, to zasady, które znajdujemy w Ewangelii, zaś sposobem respektowania tych zasad jest nasze życie wiarą.

Wreszcie uczta to Eucharystia. Zaproszeni pierwotnie goście – to członkowie Narodu Wybranego. Ci zaś, którzy w końcu przyszli na ucztę, oznaczają tych, którzy przyjęli Ewangelię, gdy została ona odrzucona prze Izraelitów . Niestety opowieść Chrystusa nie dla wszystkich kończy się happy endem.  Przypowieść bowiem kończy się dosyć dramatycznym opisem wyrzucenia jednego z gości. Człowiek bez szaty weselnej – bo o nim tu mowa – nie oznacza tych, którzy nie zostali zaproszenia na ucztę, gdyż jak wiemy zaproszenie Boga do zbawiania jest powszechne i jest skierowane do wszystkich ludzi bez wyjątku.  

Człowiek bez szaty weselnej jest symbolem człowieka, którzy wypacza sens Ewangelii i banalizuje swoją wiarę. Chrystus chce przestrzec przed taką postawą, gdyż przyjęcie daru wiary a następnie zlekceważenie tego daru niesie ze sobą poważne konsekwencje dotyczące nie tylko doczesnych wyborów, ale i wieczności.

Ta dzisiejsza Ewangelia jest wiec w sensie moralnym wezwaniem do troski o swoją wiarę. Jednym z wyrazów tej troski jest zdaniem Chrystusa uczestniczenie w Eucharystii (której symbolem jest uczta weselna). Podkreślmy to raz jeszcze: UCZESTNICZENIE a nie tylko przychodzenie na Eucharystię. Przenieśmy to na język naszego codziennego życia: wyobraźmy sobie, że ktoś zostaje zaproszony na obiad do przyjaciół. Przychodzi, ale nie chce nic jeść. Jak czuli by się gospodarze? Tymczasem, czy my często tak właśnie nie postępujemy?

Słowa powtarzane za każdym razem przez kapłana przed Komunią świętą nie pozostawiają złudzeń: „Błogosławieni (szczęśliwi), którzy zostali zaproszeni na ucztę Baranka”; zaproszeni by w niej uczestniczyć a nie przyjść i postać w kościele 40 minut. Człowiek bez szaty weselnej i jego los są przestrogą przed obojętnością w podejściu do Eucharystii.

Może ona być dwojaka. Pierwszy rodzaj, to zlekceważenie w ogóle Chrystusowego zaproszenia! Nie idę na Mszę, bo mam ważniejsze i ciekawsze sprawy: działka, zakupy, wizyta u znajomych…

Drugi typ obojętności dotyczy tych, którzy chodzą na Mszę, ale nie doceniają wielkości tego daru i mimo obecności na Mszy świętej nie przystępują do Komunii. Możemy domyślać się tylko przez analogię do rzeczonego obiadu, jak czuje się Pan Bóg, który zaprosił nas na Eucharystię, co więcej zapłacił za wyprawienie tej uczty najwyższą cenę a zaproszeni mówią: zrobię Ci łaskę – przyjdę, ale nie skosztuję niczego z przygotowanych przez Ciebie darów!

Oczywiście może nam się zdarzyć, że potkniemy się o jakiś kamień grzechu i wyjątkowo nie będziemy mogli przystąpić do Komunii świętej. Ale jeśli czynię to notorycznie, lub przystępuję do Komunii świętej tylko raz czy dwa razy w roku będąc na niemal wszystkich Mszach świętych, to Chrystus zdaje się pytać: Jak to świadczy o twojej wierze!? Święty Augustyn mówił, że przyczyna takiego stanu rzeczy jest brak w nas prawdziwej tęsknoty za Bogiem! (przykł. Peru)

Warto pamiętać, że w tym małym kawałku Chleba Chrystus daje nam całego siebie – swoją Miłość, swoja obecność, swoja łaskę. Daje nam go, tak jak ktoś kochający daje kwiaty, których wartość właśnie na tym polega, że są przesiąknięte miłością. Odrzucić ten dar, to tyle co odrzucić Chrystusową miłość.

Panie naucz nas modlić się…

Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów».(Łk 11, 1)

Nikt, nawet największy z chrześcijańskich mistyków czy nauczycieli modlitwy nie nauczy nas lepiej się modlić niż Chrystus. Dlatego prośba uczniów Chrystus jest wciąż aktualna i powinna być naszą prośbą.

Modlitwę możemy pojmować jako myśli lub uczucia wyrażone słowami, ale to tylko jeden ze sposobów modlitwy.

W tradycji chrześcijańskiej od samych jej początków (można się tutaj odnieść do apostołów: Pawła, Jana czy Jakuba) to modlitwa kontemplacyjna jest uważana za najgłębszy wymiar zjednoczenia z Bogiem a jednocześnie za modlitwę, która jest darem Bożym. Święty Paweł określi taką modlitwę, jako spojrzenie czystej wiary.  Jest to modlitwa, która wprawdzie może wyjść od słowa, zwłaszcza zasłuchania w słowo Boże, ale jej owocem jest otwarcie serca i umysłu i całego naszego jestestwa na Boga, który zawsze pozostanie dla nas Najwyższą Tajemnicą istniejącą ponad to, co myślimy, czujemy czy możemy wyrazić słowami.

Ponieważ Bóg jest duchem, jak podkreśli św. Jan Apostoł toteż można oddać Mu cześć jedynie w Duchu. Ponieważ Bóg jest Tajemnicą, otwarcie na tę Tajemnicę jest możliwe tylko i wyłącznie dzięki  łasce. To ona pozwala nam bardziej doświadczyć niż pojąć prawdę,  że wszechmogący i transcendentny (czyli przewyższający wszystko Bóg)  jest jednocześnie w nas, bliższy niż tchnienie, myślenie czy nasze wybory, bliższy niż sama nasza świadomość.  

Panie naucz nas modlić się… Jak często ta prośba staje się przedmiotem naszej modlitwy?

A czego pragnie nas przede wszystkim nauczyć Chrystus?

Przede wszystkim tego, że nie możemy szukać na modlitwie ani dóbr materialnych, ani nawet dóbr duchowych. Prawdziwa modlitwa jest bezinteresownym aktem miłości i wiary. Winniśmy po kolei zapominać o sobie i stopniowo dochodzić do aktu całkowitego oddania i zawierzenia się Bogu, czego przykład znajdujemy w Chrystusie; czyli do tej dyspozycji ducha, do jakiej Jezus doszedł w Ogrojcu.

Modlitwa Jezusa uczy nas świadomości nieustannego bycia w obecności Bożej, otwartości na Jego łaskę i aktu wiary – czyli całkowitego zdania się na Jego wolę i Jego prowadzenie. Jest jeszcze oczywiście akt miłości, bo bez niej nie ma możliwości bezwarunkowego zaufania i powierzenia się komuś. Takiej modlitwy uczy na właśnie Jezus.

Jeśli spoglądamy na te poszczególne wymiary modlitwy nie mamy złudzeń, że nie jesteśmy w stanie ich zrealizować o własnych siłach. Możemy to zrobić jedynie zdając się na Bożą łaskę.

Źródłem modlitwy kontemplacyjnej (a wiec modlitwy, która ma za cel przede wszystkim coraz ściślej jednoczyć nas z Bogiem), jak i wszystkich metod prowadzących do niej, jest Bóg, który zamieszkuje w nas. Być człowiekiem modlitwy, to nieustannie odkrywać tę żywą obecność Boga w nas, pogłębiać świadomość życia w tej obecności, która z kolei ma nas prowadzić do pogłębienia naszej relacji z  żyjącym w nas Bogiem. Człowiek modlitwy to ten, kto żyjąc tą świadomością dąży by ta relacja z Bogiem obecnym w jego sercu była każdego dnia coraz głębsza i głębsza, oparta o wiarę, wzajemną przyjaźń i miłość, aż do momentu, w którym będziemy mogli powiedzieć za św. Pawłem: „Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”, lub za św. Charbelem: „Nie mam już swojej wolo, bo moja wola jest wolą Chrystusa”.

Myślenie i działanie

W końcu, bracia, wszystko, co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie: jeśli jest jakąś cnotą i czynem chwalebnym, to miejcie na myśli.
Czyńcie to, czego się nauczyliście, co przejęliście, co usłyszęliście i co zobaczyliście u mnie, a Bóg pokoju będzie z wami. (Flp 4,8-9)

Czy można współczuć Bogu? Bogu, który jest przecież wszechmocny, dobry, pełen miłości… Wydaje się zatem, że nie ma powodu, by współczuć Bogu.

A przecież to właśnie pieśń współczucia śpiewa dziś prorok dla swojego przyjaciela, w którym bez trudu rozpoznajemy Jahwe. Izajasz w pierwszym czytaniu ze smutnym liryzmem opisuje niewdzięczność, jaka spotkała Boga ze strony Jego ukochanej winnicy, Izraela. A zatem okazuje się, że można Bogu współczuć! Można Mu współczuć człowieka – tej słabej, niewdzięcznej istoty z jej grzechem, egoizmem i uporem.

Kiedy jednak użalimy się nad zdradzonym Bogiem, to szybko się okazuje, że nie nad Nim właściwie płaczemy, ale nad tymi, którzy zlekceważyli Jego miłość i troskę. To oni są biedni i godni politowania! Jednak gdybyśmy zatrzymali się tylko na płaczu i ubolewaniu nad grzechem rozminęlibyśmy się z tym o co naprawdę chodzi. Płacz nad grzechem i zdrada Boga ma sens jedynie wtedy, gdy prowadzi do przemiany serca i do nawrócenia. Inaczej jest w sensie zbawczym bezowocny.

Czasem wydaje nam się, że grzech to tylko czyn, jakiś akt woli, wybór, który przynosi takie a nie inne konsekwencje. Tymczasem św. Paweł zwraca uwagę na rzecz wydawałoby się banalną – że na jakość naszego postępowania  na istotny wpływ jakość naszych myśli. Jeśli będzie w nich dość sprawiedliwości, czystości i dobra – obecnych jako ważne dla nas wartości – wtedy będą one łatwiej przekładać się na nasze życie. Innymi słowy: jeśli w naszych myślach będzie wystarczająco dużo miejsca dla tego, co piękne, dobre i prawdziwe, to taki będzie stawał się nasz świat. I odwrotnie, jeśli w naszych myślach będziemy pielęgnowali i podsycali złe emocje, złe obrazy, to wcześniej czy później wpłyną one na nasz ogląd rzeczywistości i nasze postępowanie, czyniąc świat wokół nas gorszym. Św. Paweł nie jest naiwny i nie twierdzi, że myślenie o rzeczach pięknych jest warunkiem wystarczającym do tego, aby świat stawał się piękny. Napomina nas jednak, mówiąc, że sfera myśl jest odzwierciedleniem tego, co nosimy w sercu i ma ogromny wpływ na nasze wybory, jak również na to, jak odpowiadamy na Boże natchnienia.

Dobrym sprawdzianem naszego sposobu myślenia jest obraz ukazany nam przez Chrystusa w dzisiejszej Ewangelii.

Bezczelność, buta i poczucie bezkarności robotników winnicy rodzi w nas wewnętrzny protest. Czy gdybyśmy byli na miejscu gospodarza nie rozprawilibyśmy się z najemnikami dużo wcześniej? Może nas zatem konfundować naiwność właściciela winnicy, który z nadzieją na zmianę postawy najemników naraża życie własnego syna. Gdyby jakiś polityk, nauczyciel lub przedsiębiorca postępował podobnie w swojej dziedzinie, słusznie zarzucilibyśmy mu brak wyobraźni i odpowiedzialności.

Tymczasem w Bożym porządku – na który wskazuje ta przypowieść – często to, co po ludzku słusznie uchodzi za głupie i słabe, okazuje się prawdą, która ma moc zdolną uzdrowić nasz chory świat. Sile panoszącego się zła przeciwstawione zostaje orędzie o dobroci Boga, przebaczeniu i miłosierdziu. Jan Paweł II w 2002 r. w Krakowie na Błoniach, mówiąc o współczesnych przejawach „misterium nieprawości”, wskazał jako lekarstwo „świadectwo skromnej zakonnicy”, przez które „Chrystus niejako wchodzi w nasze czasy”. Podobnie w miejscu, w którym wydawało się, że bezpowrotnie zapomniano o wszelkich odruchach miłości, dobrowolna śmierć Maksymiliana Kolbe staje się znakiem, że Bóg ostatecznie zwycięża w człowieku, który Mu zaufał.

To nic, że przejawy zwycięstwa królestwa Bożego wydają się tak bardzo niepozorne. Wierzący potrafi je dostrzec dzięki światłu, które daje mu Ewangelia.

I może właśnie ta pełna ufności otwartość na przejawy obecności Bożej, jakże skromne w tym świecie, ma być jednym z owoców, o które upomni się Chrystus na końcu, gdy będzie oceniał plon naszego życia.

Wówczas prawdziwymi przegranymi okażą się ci, którzy uporczywie będą się trzymali złudzeń o własnej przewadze zbudowanej na władzy, kłamstwie, poczuciu bezkarności i mocy doczesnych układów i bogactwa.

Przemija bowiem postać tego świata. Czy ktoś tego chce czy nie.

Jedyne, co pozostanie na wieczność, to to, co zrodziło się z naszego dobra miłości i miłosierdzia.

Różaniec do granic

Idąc tropem dzisiejszej Ewangelii można stwierdzić, że Polska staje się dziś przez kilka godzin wielkim Wieczernikiem, gdzie już nie apostołowie, ale rzesze współczesnych uczniów Chrystusa trwają na modlitwie razem z Maryją. Łączymy się w modlitewnym czuwaniu z rzeszą ludzi zgromadzonych w ponad trzystu kościołach stacyjnych na terenie 22 diecezji na obrzeżach Polski w intencji o pokój dla Polski i całego świata. „Różaniec do granic” jest kontynuacją ubiegłorocznej Wielkiej Pokuty, która na Jasnej Górze zgromadziła 150 tys. osób. Tegoroczna modlitwa połączy ponad milion osób. Obywa się w górach, na plażach Bałtyku, a nawet na kilku polskich lotniskach. Stref modlitwy jest ok. czterech tysięcy.

Skąd pomysł tej modlitwy?

To przede wszystkim chęć odpowiedzi na prośbę Matki Bożej z objawień fatimskich, których setną rocznicę przeżywamy. Dla nas – Polaków dodatkową okazją jest 140. rocznica objawień w Gietrzwałdzie. Chodzi o to, aby „odwrócić na chwilę głowy od tego, co nas przytłacza w rzeczywistości naszego kraju, polityki oraz od tego, co dzieje się za naszą zachodnią i wschodnią granicą i zwrócić nasze serca i myśli do Boga” przez serce i ręce Matki. „Składamy w Macierzyńskie ręce Maryi w tej modlitwie wszystkie potrzeby czasu, w którym żyjemy. Polityka jest jedną z tych płaszczyzn, ale nie jest to działanie polityczne, tylko duchowe. Jest to prośba o to, aby Stwórca dał odpowiednie natchnienie ludziom odpowiedzialnym za wszystkie przestrzenie, w których żyje i pracuje człowiek”.

„Drugą intencją tej wielkiej modlitwy jest prośba  o ochronę chrześcijańskiej wiary w Europie. Ta intencja to także przypomnienie – tym którzy już o tym zapomnieli – na jakich fundamentach została zbudowana cywilizacja europejska i na jakich fundamentach pragnęli budować już nieco bliższą nam czasowo Unię Europejską jej ojcowie założyciele. Wychodzimy do świata z tym, co mamy najbardziej wartościowego: naszą wiarą i historią oraz naszą niezwykłą od wieków relacją z Matką Bożą, Królową Polski. To jest skarb naszego narodu, chcemy się nim podzielić z innymi krajami Europy – świadectwem, pamięcią i modlitwą

Modlitwa różańcowa jest modlitwą, o którą prosi sama Matka Boża. I właśnie dlatego jest to modlitwa tak skuteczna, bo stoi za nią autorytet słowa i obietnica Matti Najświętszej. O jej skuteczności zaświadcza historia nie tylko Polski, ale i wielu innych krajów Europy a także świadectwa zapisane na kartach dziejów setek sanktuariów maryjnych rozsianych zarówno po Europie jak i pi świecie.

Ta dzisiejsza modlitwa niesie w sobie niezwykła symbolikę: Najmłodsi z różańcami w dłoniach staną do modlitwy wzdłuż granicy na Westerplatte.

– To bardzo symboliczne, że właśnie dzieci odmówią różaniec w miejscu, gdzie rozpętało się chyba największe piekło XX wieku, to właśnie na Westerplatte rozpoczęła się II wojna światowa. To będzie znak – modlitwa niewinnych dzieci jest jak światło, które rozświetla mrok. Strefami modlitwy w ramach „Rożańca do granic” będą głównie plaże Morza Bałtyckiego. Są także osoby, które zaplanowały modlitwę w górach, wspinając się na ich szczyty lub na rzekach, jak chociażby na Bugu, gdzie kajakarze i wędkarze utworzą łańcuch z ludzi będących na swoich łodziach na wodzie. Nie wspominamy już o licznej grupie pielgrzymów, która na te modlitwę udaje się w najdalsze, przygraniczne zakątki Polski. Modlitwa ta ogarnia także wspomniane już porty lotnicze: w Warszawie, w Poznaniu, w Gdańsku, Olsztynie, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Wrocławiu i Rzeszowie.

Do tej wielkiej modlitwy włączają się również wspólnoty i parafie poza granicami kraju: miedzy innymi w Wielkiej Brytanii, ale też w Stanach Zjednoczonych, w Ameryce Południowej i Australii.

Dlaczego Różaniec?

Myślę, że najlepiej na to pytanie odpowie Ta, która sama prosi o jego odmawiania – Matka Boska. To właśnie Ona w wielu swoich objawieniach potwierdza szczególną moc tej modlitwy. Między innymi składając obietnice, że:

  1. Ktokolwiek będzie Mi służył przez odmawianie Różańca, otrzyma wyjątkowe Łaski.

  2. Obiecuję moją specjalną obronę i największe Łaski wszystkim tym, którzy będą odmawiać Różaniec.

  3. Różaniec stanie się groźną bronią przeciwko Piekłu, zniszczy, pomniejszy grzechy, zwycięży heretyków.

  4. Przez odmawianie Różańca otrzymacie wszystko, o co prosicie.

  5. Wszystkich, którzy odmawiają Różaniec, będę wspomagała w ich potrzebach.

  6. Otrzymałam od mojego Boskiego Syna obietnicę, że wszyscy obrońcy Różańca będą mieli za orędowników wszystkich mieszkańców Nieba w czasie ich życia i w godzinę ich śmierci.

To tylko niektóre z obietnic, jakie składa Maryja w swoich objawieniach prosząc o odmawianie modlitwy różańcowej a już same wyżej wymienione wystarczą jako motywacja, aby tej modlitwy nigdy nie zaniechać!

Bł. Honorat Koźmiński, wielki orędownik modlitwy różańcowej zwykł mawiać, że: „Gdyby Polacy bez przerwy odmawiali Różaniec w Gietrzwałdzie, nie musieliby walczyć o wolną Polskę, mieliby ją bez walki wolną. Całkowite i bez najmniejszych zastrzeżeń oddanie się Matce Bożej jest najdoskonalszą, najpewniejszą i najkrótszą drogą do świętości, czyli do doskonałego zjednoczenia się z Jej Boskim Synem, Jezusem Chrystusem”.

Zaś św. Maksymilian M. Kolbe przypominał, że „różaniec, to najprostsza droga do świętości i do nieba, Każda zaś droga, w której pomniejszamy rolę Maryi  zubaża naszą wiarę i naraża nas na stopniową jej utratę”.

Myślę, że każda i każdy z nas mógłby dodać do powyższych stwierdzeń swoje osobiste świadectwo skuteczności modlitwy różańcowej. Zwłaszcza, że Różaniec to nie tylko modlitwa, to prawdziwa szkoła kontemplacji, a więc praktyki tak bardzo odpowiedniej na współczesne czasy, gdyż jak zwykł mawiać nieżyjący już niemiecki teolog Karl Rahner: „Chrześcijanin XXI wieku, albo będzie kontemplatykiem, albo nie ostoi się wobec zagrożeń, jakie staną się jego udziałem w tym stuleciu”.

Oddajmy na koniec głos wielkiemu apostołowi modlitwy różańcowej, św. janowi Pawłowi II, który mówił: „Różaniec pomaga nam wzrastać w przeżywaniu w duchu chrześcijańskiej wiary i ufności naszej codzienności a zwłaszcza chwil trudnych i momentów duchowych zmagań, gdyż  ma szczególną zdolność wprowadzania w głębię naszego serca źródła radości i światła, boleści i chwały, ale również dlatego, że jest Różaniec jest modlitwą rodzącą niezwykłe owoce miłości miłosiernej, jakich Chrystus pragnie nam udzielać przez pośrednictwo swojej i naszej umiłowanej Matki”.

Nie oznacza to bynajmniej, że Różaniec jest zawsze prostą modlitwą. Jej odmawianie oznaczać może niejednokrotnie zmaganie, ale przecież nikt nie może zaprzeczyć temu, że autentyczna, żywa wiara wyraża się w trudzie codziennej modlitwy. Kto przestaje się modlić, powoli duchowo obumiera, zatracając to, czego Ewangelia każe nam strzec, jak drogocennej perły…

Każdy, kto odkrył wartość modlitwy różańcowej doskonale wie, że jest ona bezcennym skarbem, dla tych zaś, którzy jeszcze nie zaczęli modlić się na różańcu jest on ciągle skarbem do odkrycia.