Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Aeropag – medytacja – adorajca

Kochani,

jak zapewne wiecie w nadchodzącym tygodniu 6 – 14 października 2018 z racji odbywających się w par. MB Częstochowskiej misji, w które zaangażowane są Wspólnoty Jerozolimskie nie będzie spotkania medytacyjnego we środę 10 października, za to zapraszamy do wspólnej adoracji, która trwać będzie w Kościele Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich nieustannie przez cały czas trwania misji.

Również inną formę przyjmie nasze comiesięczne – sobotnie spotkanie medytacyjne (13.10.2018). Będzie ono w stałym miejscu, ale ponieważ będzie miało charakter otwarty rozpocznie się o godz. 10.00 dłuższym wprowadzeniem w tematykę medytacji monologicznej. po którym będzie okazja do praktyki medytacji.

I trzecie zaproszenie – Aeropag – spotkanie w dialogu z osobami, którym nie do końca po drodze z Kościołem. Zapraszamy do wspólnej rozmowy i dzielenia sie świadectwem wiary – wtorek – 9.10.2018 godz. 19.30 w Bibliotece Publicznej przy ul. Czerniakowskiej 178 A 

Medytacja i „teologia straty”

Hiob tak odpowiedział swoim przyjaciołom: „Ja wiem, że to prawda. Czy człowiek jest prawy przed Bogiem? Umysł to mądry, a siła potężna. Nie widzę Go, chociaż przechodzi: mija, a dostrzec nie mogę. Kto Mu zabroni, choć zniszczy? Kto zdoła powiedzieć: «Co robisz?» Jakże ja zdołam z Nim mówić? Dobiorę wyrazów właściwych? Choć słuszność mam, nie odpowiadam i tylko błagam o litość. Proszę Go, by się odezwał, a nie mam pewności, że słucha”. (Hi 9,1-12.14-16)

Ten tekst z Księgi Hioba przypomniał mi piękne świadectwo, które usłyszałem podczas jednej ze spowiedzi z ust osoby medytującej, która odnosząc doświadczenie medytacji do swojej aktualnej  życiowej sytuacji – pewnej ciemności, która stała się jej udziałem powiedziała, że dzięki medytacji udaje się jej przetrwać obecny kryzys, bo jest on tak podobny do doświadczenie medytacji, gdzie idąc w ciemności mocno trzyma się jednego światła, które przychodzi wraz ze powtarzanym w rytmie oddechu wezwaniem i nie pozwala się w tej ciemności zgubić.

Hiob, którego słowa, z dzisiejszego czytania mszalnego pozwoliłem sobie przywołać jest dla mnie wielkim teologiem uczącym „teologii straty” bez popadania w zwątpienie a zwłaszcza bez utraty zaufania do Boga pomimo trudnych okoliczności życia.

Stwierdzenie Hioba mówiące o Bogu: „Umysł to mądry a siła potężna” można wprost odnieść do doświadczenia modlitwy monologicznej, gdzie świadomie rezygnując z pewnej aktywności intelektualnej pragniemy oprzeć się jedynie na mądrości płynącej ze Słowa. I każdy, kto zaufa tej Bożej mądrości zawartej w powtarzanym w rytmie oddechu Imieniu Jezus ma szansę doświadczyć prawdy, że to właśnie ono jest źródłem naszej mądrości i potężną siłą mająca moc przemieniać i uzdrawiać nasze serca i nasze życie.  Basil Pennington – cysters, przyjaciel i biograf Thomasa Mertona pisał w swojej książce Modlitwa prowadząca do środka, że „Radykalność wezwania towarzyszącego modlitwie monologicznej polega na tym, że przynosi ocalenie tym, którzy się otwierają na jego przyjęcie, aż do samego korzenia swego bytu – całkowicie i bez zastrzeżeń. Ale my ponieważ jesteśmy często połowiczni, nie dopuszczamy, aby słowo Jezusa przeniknęło nas do samych korzeni i dlatego ta modlitwa nie przynosi w naszym życiu takich owoców, jakie mogłaby…”

Dalej mówi Hiob: „Nie widzę Go, chociaż przechodzi: mija, a dostrzec nie mogę”. To także słowa, które wprost nawiązują do doświadczenia medytacji monologicznej, modlitwy, która może stać się na pewnym etapie doświadczeniem ciemności, w której jedyne co pozwala nam trwać jest słowo przy jednoczesnym braku wszelkich innych odczuć dających nam namiastkę „widzenia” i pewności, że Bóg jest blisko. Oczywiście te namiastki, które są naszym udziałem w doświadczeniu modlitwy jak emocje, radość czerpana z modlitwy i towarzyszącego jej słowa a do których zwykliśmy przywiązywać tak wielką wagę są subiektywne, ale kiedy zostaną nam odebrane, tak że na pewnym etapie nie towarzyszą żadne odczucia rodzi nasz niepokój. To pokazuje jak bardzo bywamy do tych pseudo-oparć w modlitwie przywiązani. Oczyszczenie z nich jest jednak doświadczeniem koniecznym w procesie oczyszczenia naszej modlitwy i naszej wiary.

Dalej Hiob stawia pytanie: „Jakże ja zdołam z Nim mówić? Dobiorę wyrazów właściwych?” Czasem mamy świadomość, że nasze słowa są tak nieadekwatne do majestatu Boga, przed którym stajemy. Próbujemy szukać słów najlepszych i najlepiej wyrażających to, co przeżywamy. I tu z pomocą przychodzi nam słowo Boże. Można powiedzieć, że Bóg będąc nauczycielem naszej modlitwy sam dobiera za nas słowa, przychodząc z pomocą naszej słabości. Tak np. dzieje się w przypadku modlitwy brewiarzowej. Ostatecznie jednak i tak żadne słowo modlitwy nie będzie nigdy bardziej adekwatne niż Imię Jezus – to bowiem w Nim najpełniej dokonała się odpowiedź na miłość Boga. Za każdym razem, gdy to Imię czynimy treścią naszej modlitwy – jak w medytacji monologicznej – wpisujemy się w tę Jezusową odpowiedź daną Ojcu w wierze  i miłości.

I wreszcie Hiob konkluduje swój wywód słowami: „Choć słuszność mam, nie odpowiadam i tylko błagam o litość”. Każdy z nas ma swoje racje, swoje przekonania, swoją mądrość, ale też każdy, kto staje w prawdzie wobec tajemnicy Boga ma świadomość, że to wszystko – jak powie św. Paweł można uznać za śmieci. Dlatego najwłaściwszą postawą w porządku łaski, z jaką mogę stanąć przed Bogiem jest postawa, którą zawierają słowa Modlitwy Jezusowej: „Panie Jezu Chryste, Synu Bożej, ulituj się nade mną grzesznikiem.”

Dwa kroki ku wiarygodności

Jan powiedział do Jezusa: „Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z: nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodził z nami”.
Lecz Jezus odrzekł: „Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami. (Mk 9,38-43)

Dzisiejsza Ewangelia wzywa nas do otwartości. Jak czeto jesteśmy podobni do uczniów Chrystusa, zabraniającym komuś, kto nie należał do grona Dwunastu czynić cudów w imię Jezusa. Jak czeto podobna sytuacja powtarza się w  naszym życiu zarówno w wymiarze świeckim jak i religijnym.  Ekskluzywizm jest cechą, która sprawia, że sama przynależność do jakiejś grupy czy wspólnoty sprawia, że krytycznie patrzę na działania tych, którzy doi tej wspólnoty nie należą. Wieloletnie doświadczenie działania w ramach dialogu międzyreligijnego nauczyło mnie doceniać działania tych, którzy choć nie należą do mojej wspólnoty wyznaniowej, to bardzo często mają zbieżne poglądy i w codzienności walczą o podobne wartości. „Kto nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”. Łatwo postawić kogoś po przeciwne stronie, przykleić mu łatkę „innego”, z którym mnie niewiele łączy, uczynić z niego przeciwnika jeszcze zanim wsłuchamy się w jego racje i intencje. Tylko po co?

Słowo dialog, dzisiaj odmieniane przez różne przypadki ma w rzeczywistości tak niewiele wspólnego z dialogiem. Widać to na płaszczyźnie ludzkiej, ekumenicznej, międzyreligijnej o polityce już nie wspominając. A szkoda, bo gdyby było w nas więcej otwartości, która proponuje dziś Jezus w Ewangelii, więcej gotowości wsłuchania się w racje i intencje drugiego człowieka, śmiem twierdzić – choć może jestem w tym względzie niepoprawnym optymistą – że nasze życie byłoby dużo łatwiejsze, bo koniec końców w wielu aspektach aż tak bardzo nie różnimy się od siebie, jak często chcemy to zademonstrować jedynie z powodu dotkliwie raniącego nas ościenia pychy czy egoizmu, które w sobie nosimy.

Jeden z moich ulubionych autorów. Sławomir Mrożek w cyklu rysunków „Kazanie na górce”  zamieszcza ciekawe stwierdzenie: „Nie pytaj, czyja to wina. Na pewno nie Twoja”.

Biało–czarne widzenie rzeczywistości, które moim skromnym zdaniem staje się domeną naszych czasów nie jest, niestety jedynie domeną polityków. Niełatwo spotkać człowieka, który potrafi z prostotą przyznać się do swoich błędów, wziąć odpowiedzialność za konsekwencje swoich czynów, nie uciekać przed skutkami swoich wyborów. Równie rzadkim ptakiem jest osoba, która zechce dostrzec i uznać, więcej nawet ucieszyć się i pochwalić sukcesy ludzi, z którymi nie sympatyzuje, którzy nie są „z naszych”. Zamiast tego na porządku dziennym spotykamy plotkarstwo, obmowę i oczernianie, czy tak popularny dzisiaj w Internecie hejt, jakby mówienie dobrze o kimś stało się niemodne.

Już Thomas Merton w Pasji pokoju. Eseje zaangażowane. Pisał: „Żyjemy w świecie, gdzie słowa coraz bardziej się dewaluują, a ludzie stają się coraz mniej wiarygodni”. A przecież pisał to w dobie, gdy nie było jeszcze wszechobecnego Inetrnetu, który jakość słowa i odpowiedzialność za nie obniżył w sposób niewiarygodny.  

Na szczęście mamy jeszcze inne Słowo, niezmienne, choć i to współczesny człowiek rad byłby zniekształcić proponując nowe i coraz bardziej dziwaczne jego interpretacje. Mam na myśli oczywiście Słowo Boże. To przeznaczone na ostatnią niedzielę września proponuje nam dokładnie odwrotną perspektywę. Wskazuje drogę człowieka, któremu można zaufać.

Pierwszym krokiem ku wiarygodności jest wypracowanie w sobie obawy przed zgorszeniem. Człowiek odpowiedzialny za swoje czyny i słowa ma świadomość, że każdego dnia oddziałują one na rzesze innych ludzi. Stąd powinien nosić w sobie pewnego rodzaju obawę się, czy jego postępowanie nie uderza w kogoś innego. Tak łatwo przychodzi nam wieszać „kamień młyński” na cudzej szyi. Tymczasem przekonanie i praktykę, że  ze złem trzeba walczyć, ale należy odnieść – zdaniem Jezusa – przede wszystkim do siebie. Czy jest w nas coś z tej postawy, którą dosyć obrazowo rysuje dziś Jezus: Wolę sam coś stracić, niż żyć ze świadomością zgorszenia innych, a przede wszystkim maluczkich – ludzi może jeszcze małej i słabszej wiary niż ta, która ja noszę w swym sercu. Ewangelia uczy, że wobec tych, których wiara jest jeszcze słaba i chwiejna powinniśmy być raczej bardziej wyrozumiali i wrażliwi niż krytyczni.

Drugim krokiem ku wiarygodności jest dostrzeganie w ludziach dobra. Pamiętam, jak przed wielu dziesięciu laty  dostałem swój pierwszy brewiarz, stary, używany i otworzyłem go na pierwszej stronie. Było tam umieszczone jedno proste zdanie napisane odręcznie piórem, może wcześniejszego użytkownika tego brewiarza : „Szukaj w ludziach dobra”. To proste zdanie wydało mi się tak takie na miejscu i potem wielokrotnie i na różne sposoby potwierdzone treścią odmawianych w Liturgii Godzin psalmów.   Szukać w ludziach dobra, umieć cieszyć się tym dobrem i uczyć się ciągle i ciągle od nowa tego spojrzenia na człowieka, które jest udziałem i darem Boga, który nie przejmuje i którego nie ogranicza jak często nas naszą przynależność konfesyjna, partyjna, towarzyska ani żadna inna. Bóg, którego serce jest otwarte i który pragnie wlać tę otwartość w nasze serca i w nasze głowy mówiąc: „Kto nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”.

Stają przed nami dwie drogi: ta proponowana przez Pana Jezusa na kartach Ewangelii i ta propagowana przez media ukazujące bohaterów życia politycznego i gospodarczego. Tertium non datur.

Medytacja i duchowe ubóstwo

Jezus zawołał Dwunastu, dał im moc i władzę nad wszystkimi złymi duchami i władzę leczenia chorób. I wysłał ich, aby głosili królestwo Boże i uzdrawiali chorych.

Mówił do nich: „Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy; nie miejcie też po dwie suknie. Gdy do jakiego domu wejdziecie, tam pozostańcie i stamtąd będziecie wychodzić. Jeśli was gdzie nie przyjmą, wyjdźcie z tego miasta i strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo przeciwko nim”. (Łk 9,1-6)

Przyznam szczerze, że miałem dzisiaj dubium do którego z tekstów dzisiejszej Liturgii Słowa odnieść się we wprowadzeniu. Bo zarówno Ewangelia jak i czytanie z Księgi Przysłów niosą w tym względzie swoją mądrość. Nie mówiąc już o Psalmie responsoryjnym, który mówi: „Twoje słowo, Panie, jest wieczne, niezmienne; oświeca mą drogę” (por. Ps 119)

Jezus mówi dziś do uczniów: „Nie bierzcie nic na drogę…” To wezwanie, które dla mnie odnosi się wprost do modlitwy monologicznej, jaką jest nasza medytacja. Podejmując praktykę tej formy modlitwy nie bierzemy na drogę dosłownie nic, poza Słowem, które pochodzi od Boga; ani dotychczasowego doświadczenia, które często nie przystaje do tej formy modlitwy, ani wyobrażeń, ani ludzkich zabezpieczeń w postaci jakichś teorii modlitwy czy gotowych tekstów, do których można by się odnieść.

NADA – Nic, jak określiłby to św. Jan od Krzyża.

To modlitwa, w której wyrzekamy się intelektualnej analizy, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni w codziennym życiu i modlitwie myślnej. Ale trzeba się również wyrzec w niej mechanicznego czy magicznego traktowania tej jednej formuły, którą obieramy za werset, który towarzyszy nam w drodze tej modlitwy.

Zasada modlitwy monologicznej jest przede wszystkim zasadą serca i tak długo, dopóki nie pozwolimy, aby przez wytrwałe ćwiczenie jej istota zeszła z umysłu do serca tak długo modlitwa ta będzie nam przynosiła raczej zmaganie i ból niż radość i pokój, którego jest źródłem.

Celem tej modlitwy jest bowiem od zawsze podtrzymywanie stałej pamięci o Bogu.  A źródłem takiej pamięci – podobnie jak pamięci o człowieku, którego kochamy – jest serce a nie umysł. Dlatego gdy tęsknimy, za kimś kogo kochamy czynimy to niezależnie od tego, czy nasz umysł jest czymś zajęty, czy też nie. Gdy źródłem tej modlitwy stanie się serce szybko dostrzeżemy, że znika już typowa dla umysłu sprawa rozproszeń, bo jest to modlitwa, która wspiera naszą pracę wewnętrzną i współgra z nią. Pogłębia też wewnętrzne milczenie poprzez uwalnianie umysłu od myśli i wyobrażeń właśnie dlatego, że przestrzenią jej rozwoju i wzrostu jest duchowe ubóstwo. „Nie bierzcie nic na drogę…”

Abba Makary, zapytany kiedyś: „Jak powinniśmy się modlić?” odpowiedział: „Nie trzeba na modlitwie dużo słów, lecz serca zwróconego ku Bogu”. Żyjmy z Bogiem jak z przyjacielem w każdej chwili. Miejmy żywą wiarę, która polega, że łączy nas z Nim dosłownie wszystko: praca, odpoczynek, cierpienie, smutek, radość, przygotowywanie obiadu, lektura książki czy wypicie kawy. Modlitwa monologiczna uczy nas, że wszystko to możemy robić w obecności Boga i na Jego chwałę. Nie przejmujmy się, że są to rzeczy z pozoru prozaiczne. Bo czy taka nie jest miłość? Ona przecież przejawia się w drobiazgach. Na tym właśnie polega żywa wiara, ona uczy nas dostrzegać Boga we wszystkim i poprzez wszystko. „Oto właśnie, co uczyniło moje życie niebem na ziemi: wierzyć, że Byt, który się zwie Miłością przebywa w nas o każdej porze dnia i nocy i że wzywa nas do życia w Jego obecności” (Jan Kasjan)

Pozwólmy się tej świadomości Jego Obecności ogarniać i prowadzić.

List Ojca Opata Prezesa Benedyktyńskiej Kongregacji Zwiastowania do naszej wspólnoty

 

Kochani Przyjaciele,

Jestem ogromnie wdzięczny każdej i każdemu z Was za życzliwość, wsparcie, gratulacje, modlitwy i zrozumienie mojej nowej funkcji w świecie benedyktyńskim. Z pewnością będę musiał przyzwyczajać się do prawdy, że z większą odpowiedzialnością idzie w parze większa samotność, dlatego tym bardziej jest dla mnie znaczące, że mam świadomość, iż towarzyszą mi ludzie, którzy mnie wspierają swoją modlitwą i dobrze mi życzą. Bardzo Wam dziękuję.

Zakres zadań jakie podjąłem jest duży. Towarzyszenie wielu wspólnotom benedyktyńskim na całym świecie (poza Australią na szczęście), będzie wymagało dużego zaangażowania i poświęcenia prawie całego mojego czasu temu zadaniu. Mimo tego, nie chcę rezygnować z prowadzenia Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej w Lubiniu, ani towarzyszenia grupom z Lubińskiej Wspólnoty Grup. Nie będę mógł tego robić w takim zakresie jak dotychczas, ale będę się starał utrzymywać stały kontakt z każdą ze wspólnot rozsianych w różnych miastach Polski.

Jak wiecie, w naszej lubińskiej rodzinie grupy są bardzo różne. Wśród nich Warszawska Wspólnota z Jeruzalem jest jedną z najbardziej zorganizowanych i otoczonych duchową opieką. Odczuwam wielką radość i wdzięczność dla ks. Marka, s. Rachel za towarzyszenie Wam w drodze. Środowisko Jeruzalem jest też dla Was żyzną glebą liturgii i monastycznego klimatu, na której możecie dzięki Bogu i życzliwości sióstr i braci wzrastać. Jestem z Was dumny i zawsze bardzo się cieszę obserwując Wasz duchowy wzrost i pielgrzymowanie.

W naszej rodzinie są jednak grupy, które nie mają ani księdza, ani duchowego wsparcia, a miejsce gdzie się spotykają jest im jedynie udostępniane. Dla nich moja obecność jest często jedyną okazją do duchowych rozmów, tak indywidualnych, jak i w grupie i doświadczenia prowadzenia na drodze.

Wszyscy w lubińskiej rodzinie trwamy na drodze mimo wszystko, dzięki wzajemnemu wsparciu.
Próbuje odpowiedzieć na potrzeby wielu, ale nie zawsze mi się to udaje. Czuję się odpowiedzialny za wszystkie grupy i dlatego czasem muszę dokonać wyboru, gdzie jestem bardziej potrzebny. Grupa z Olsztyna przeżywa w październiku swoją 10 rocznicę istnienia. Niestety termin ich rocznicowej sesji pokrywa się z Waszym przyjazdem do Lubinia. Ważne, abym w tych dniach był z nimi, tym bardziej, że będę tam jedynym kapłanem. Dlatego nie będę mógł z Wami spotkać się w lubińskim klasztorze. Bardzo proszę Was o zrozumienie.

Moja nieobecność podczas Waszego pobytu w Lubiniu nie jest zatem spowodowana jakąś sprawą drugorzędną i nie świadczy o tym, że unikam spotkania z Wami. Mieliśmy okazję wspólnie przeżyć w tym roku sesję w Samporze. Chodzi tylko o to, że w Olsztynie będę bardziej im potrzebny, a niestety trudność polega na tym, że obecnie jest dla mnie niemożliwe, znaleźć jakiś dodatkowy termin w moim kalendarzu.

Lubiń był, jest i ufam nadal będzie Waszym duchowym domem. Zawsze jesteście tu mile widziani i zawsze Was zapraszam. W przyszłości, choć będę się starał sesję warszawską w Lubiniu poprowadzić, może się tak zdarzyć, że Opat Prezes będzie musiał wyjechać i może znów się rozminiemy. Proszę, niech moja obecność nie będzie dla Was kryterium przyjazdu, bądź nie, do benedyktyńskiego klasztoru. Wszyscy tutaj znajdujemy swoje korzenie monastycznej modlitwy monologicznej. Sam lubiński rytm sesyjny jest dla nas dużym skarbem, który warto odświeżać w swojej praktyce.
Z całego serca dziękuję Siostrze Rachel za gotowość wsparcia i dobre serce. Nie martw się benedyktyńscy mnisi tylko tak strasznie wyglądają. 

Wam wszystkim dziękuję za zrozumienie i wspólne siedzenie na lubińskiej sali. Będę o Was pamiętał, na różnych salach medytacyjnych świata, a w najbliższym czasie w Mrągowie.

Wieli pokłon szacunku
Maksymilian Nawara OSB
Wasz brat na drodze