Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Sprawy ostateczne

Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, Jezus powiedział: «Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony».

Zapytali Go: «Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy to się dziać zacznie?»

Jezus odpowiedział: «Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: „To ja jestem” oraz: „Nadszedł czas”. Nie podążajcie za nimi! I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw „musi się stać”, ale nie zaraz nastąpi koniec».

Wtedy mówił do nich: «„Powstanie naród przeciw narodowi” i królestwo przeciw królestwu. Wystąpią silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie.

Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie mógł się oprzeć ani sprzeciwić.

A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie spadnie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie». (Łk 21, 5-19)

Dzisiejsze czytania niosą w sobie znamię spraw ostatecznych. Ze Starego Testamentu czytamy fragment Księgi Malachiasza. Prorok mówi o dniu palącym jak piec, o dniu sądu dla niesprawiedliwych i słońcu sprawiedliwości dla czczących imię Boga. Z Drugiego Listu do Tesaloniczan, w którym jest mowa o okolicznościach powtórnego przyjścia Chrystusa, czytamy fragment sprowadzający nas na ziemię, abyśmy „pracując ze spokojem, własny chleb jedli” (2 Tes 3, 12). Ewangelia Łukasza wspomina przede wszystkim o potrzebie wytrwałości w każdym czasie, a zwłaszcza podczas wojen i prześladowań. „Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie” (Łk 21, 19).

Z jednej strony czasy ostateczne, koniec wszystkiego, dzień sądu, o których nie wiemy, kiedy nastąpią; z drugiej trzeźwe i spokojne mówienie o pracy i codziennej wytrwałości. W życiu i doświadczeniu chrześcijanina obie te rzeczywistości powinny być złączone, choć pozornie wydaje się to trudne do pogodzenia. Istnieje wszak niebezpieczeństwo rozdzielenia ich i przyjęcia jednej z dwóch postaw: pierwszą cechuje to, że ulega się wszelkiego rodzaju zapowiedziom końca świata, choć chrześcijanin nie powinien poddawać się sugestiom różnych mistyfikatorów czy jasnowidzów. Inna skrajność polega na tym, że człowiek tak bardzo zaangażowany jest w sprawy doczesne, że zupełnie obce staje się mu myślenie o sprawach ostatecznych, choć od chrześcijanina powinno wymagać się, że wobec niewiadomej godziny końca życia na ziemi, powinien być zawsze na nią gotowy. Sergio Quinzio w niezwykłej książce Przegrana Boga przypomniał słowa Kafki o tym, że Mesjasz nadejdzie, gdy nikt już nie będzie na Niego czekał. Stąd też zasadne wydaje się pytanie Chrystusa: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”

Dzisiaj wydaje się, że dominuje ta druga z wymienionych postaw: iż w tak powszechnym dziś zabieganiu łatwo zapominamy o naszej śmierci. A przecież – jak trzeźwo zauważył stary mnich – mamy tylko dwie pewne chwile naszego życia: chwilę obecną i moment śmierci. I warto sobie uświadomić, że z perspektywy życia duchowego to są też dwa momenty, w których możemy spotkać przychodzącego Jezusa. Przy czym warto pytać czy z powodu ogromnego tempa życia również chwila obecna nie przelatuje nam zbyt często przez palce?

„Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, Jezus powiedział: «Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony»” (Łk 21, 5-6).

Zdarza się czasem, że popadamy w przesadny zachwyt nad tym, co piękne, szlachetne, co cieszy oko i buduje ducha. Wiele jest przecież wokół nas wielkich dzieł, które inspirują i zdumiewają swoim rozmachem. Również w każdym z nas znajdują się takie przestrzenie, które napawają nas dumą; coś, za sprawą czego zyskujemy uznanie innych. Wydawać by się mogło, że właśnie w nich ukryty jest nasz skarb i że na tym można poprzestać.

Tymczasem Jezus mówi, że zachwyt nad tym, co widzialne, nie jest najistotniejszy, ponieważ nawet z tego, co wydaje się nam najszczytniejsze i najszlachetniejsze, „nie zostanie kamień na kamieniu” (por. Łk 21, 6b). Wszystko, co budujemy i tworzymy, w co się angażujemy – także nasze ambicje i wysiłki – okaże się o tyle trwałe, o ile położymy pod to mocny fundament. Innymi słowy, jeśli będą one oparte na wierze i chęci dawania świadectwa, o które upomina się dzisiaj Chrystus – przetrwają.

Święty Paweł wielokrotnie podkreślał bazując na własnym doświadczeniu, że czas obecny jest czasem próby. Zatem w doświadczenie wiary wpisane jest to, że musimy zostać wypróbowani, nie tylko przez naszych wrogów czy prześladowców, ale również przez rodziny, braci i przyjaciół, którzy zakwestionują nasze decyzje i wybory. To jest właśnie ta próba, która ma moc zawalenia najbardziej solidnych murów naszych osiągnięć, by odsłonić fundament – prawdziwą wartość budowli naszego życia i tego, na czym tak naprawdę to życie opieramy.

„Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie” (Łk 21, 19). Nasza wielkość nie zależy wyłącznie od liczby naszych zasług. Jej fundament leży o wiele głębiej: w naszej ufności Jezusowi. Prawda jest taka, że Zły, chce niszczyć to, co stworzył Bóg a pierwszą rzeczą w którą uderza jest właśnie ufność i nadzieja, którą pragnie usunąć z serc ludzi wierzących.

Jezus poucza też swoich uczniów, aby nie przerażały ich nawet wojny, ale też aby pomimo zła nie ustawali w czynieniu pokoju i dobra wokół siebie.

Chrystus wszedł w świat rozdarty wojnami i do takiego świata posyła w każdym pokoleniu swoich uczniów. Niejednokrotnie trudno jest odpowiedzieć dobrem na zło, przebaczeniem na przemoc, ale chrześcijanin, to ktoś, komu nie wolno popadać w rezygnację, nawet jeśli inni to robią, bo widzą wokół siebie tyle zdającego się wszystko dominować zła.

Nie jest jednak tak, że jako ludzie wierzący mamy się niczego nie bać. Jezus mówi wprost: powinniśmy się bać zatracenia własnej duszy. Ten strach nie ma nas jednak paraliżować, lecz motywować do dbałości o życie w łasce, o głęboką relację z Chrystusem. Nie jest to relacja jak każda inna, lecz więź szczególna, najważniejsza w naszym życiu. Jezus zapewnia, że jeżeli tylko wybieramy Go dzień po dniu, aby na relacji z Nim budować nasze życie – On sam stanie się dla nas ratunkiem i schronieniem w obliczu największych prześladowań i oszczerstw.

Jako wspólnota Kościoła wierzymy, że Chrystus ponownie przyjdzie w chwale. Wówczas ujawni to, co teraz jest dla naszych oczu zakryte; ukaże zamysły serc, odkryje ów prawdziwy fundament naszego życia, owoce naszego głoszenia i świadectwa.

Obyśmy mogli wówczas powiedzieć za św. Pawłem: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale i wszystkim, którzy umiłowali pojawienie się Jego”. (2 Tm 4, 7- 8)

Trzeba mieć by dać

Jezus powiedział:

«Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: „Pójdź zaraz i siądź do stołu”? Czy nie powie mu raczej: „Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił”? Czy okazuje wdzięczność słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”». (Łk 17, 7-10)

Jezus znowu proponuje nam solidną „rewolucję” w sposobie myślenia. Na ogół bowiem wyświadczając komuś dobro myślimy, że zyskujemy zasługi, bądź wyrządzamy komuś łaskę. Stąd często oczekujemy w zamian za nasze dobro lub naszą ofiarność wdzięczności a przynajmniej docenienia. Tymczasem by ofiarować komuś miłość trzeba ją najpierw otrzymać. Można by zatem powiedzieć, że nie dajemy nigdy od siebie, ale czerpiemy z tego, co otrzymaliśmy od Boga lub od innych. Przypomina mi się motto książki, której współautorem jest o. Maksymilian Nawra OSB, gdzie pisze: „Dzielę się tym, co otrzymałem”.

Jest to ten sam sposób myślenia, który w swojej słynnej maksymie charakteryzuje o. Richard Rohr, który mówi, że „doświadczenie wiary chrześcijańskiej jest bardziej odejmowaniem niż dodawaniem, zgodą na tracenie niż na zyskiwanie”. W tę tezę doskonale wpisuje się dzisiejsza Ewangelia, albo innymi słowy ta teza dobrze wpisuje się w ewangeliczne myślenie, które pragnie zaszczepić w nas Chrystus. Jezus zaprasza nas do takiego właśnie patrzenia na nasze życie – jak na dar, z wdzięcznością. Możemy oczywiście zamknąć się na dar i go odrzucić, zarówno ten, który chce nam ofiarować człowiek, jak i ten, który chce nam podarować Bóg. Jeśli jednak godzimy się już przyjąć dar, a zwłaszcza dar miłości, to trzeba pamiętać, że jeśli otrzymanej miłości nie dajemy innym, to ona umiera. Człowiek, który bierze miłość, ale nie rozdaje jej, utwierdza się w postawie duchowego egoizmu a jego serce podobne jest do worka bez dna.

Medytacja jest doświadczeniem otwartości na łaskę i na miłość Chrystusa, która przychodzi zawsze wraz z Jego obecnością i słowem. W medytacji to Chrystus przez swoje słowo staje się naszym Sługą, który wypełnia nas swoją miłością, po to, abyśmy mogli z niej czerpać zarówno dla siebie jak i dla innych. Stąd tak konieczna jest w medytacji postawa otwartości i wdzięczności. Otwartości, by móc jak najlepiej otworzyć się na Bożą łaskę i wdzięczności, by mieć w sobie poczucie, że wszystko, co otrzymujemy jest darem. Kiedy będziemy o tym pamiętać łatwiej będzie nam dzielić się owocami, które praktyka medytacji zaszczepia i rozwija w naszym życiu.

Pomyśl o wieczności

Podeszło do Jezusa kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: «Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: „Jeśli umrze czyjś brat, który miał żonę, a był bezdzietny, niech jego brat pojmie ją za żonę i niech wzbudzi potomstwo swemu bratu”. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy pojął żonę i zmarł bezdzietnie. Pojął ją drugi, a potem trzeci, i tak wszyscy pomarli, nie zostawiwszy dzieci. W końcu umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę».

Jezus im odpowiedział: «Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania.

A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa o krzewie, gdy Pana nazywa „Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba”. Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją».(Łk 20, 27-38)

Pośród piękna jesiennych liści, rodzi się pytanie – o umieranie. Jeśli w umierających liściach widzimy piękno i nie budzi to lęku lecz zachwyt, to dlaczego z podobnym zachwytem nie przyjmujemy ludzkiego przemijania?

W przywoływanym każdej niedzieli wyznaniu wiary, czyli  CREDO powtarzamy: „Wierzę w zmartwychwstanie ciała”. Listopadowe odwiedziny cmentarzy u większości nawiedzających je pozostawiają refleksje o rozłące z drogimi zmarłymi i nierzadko rodzą pytania: Na czym polega zmartwychwstanie? Jak będzie po drugiej stronie? Czy spotkamy tam żonę, męża, dzieci, rodziców? To pytania, które często nasuwają się nam, gdy myślimy o końcu…

Z podobnymi dylematami przyszli do Jezusa Saduceusze. Trudno powiedzieć czy byli naprawdę ciekawi, choć nie wierzyli w zmartwychwstanie, czy jedynie chcieli – jak niejednokrotnie dotąd – wystawić Jezusa na próbę, ośmieszając przeciwne ich przekonaniom poglądy?

Zwróćmy uwagę na to, że również dzisiaj niewiara w zmartwychwstanie jest często spotykana wśród ludzi, podobnie jak niewiara w Boga. I równie często próbuje się argumenty strony przeciwnej czyli wierzących zbić lub ośmieszyć. Ale również wśród wierzących rozmowy o życiu wiecznym są rzadkim tematem a gdy już się pojawiają, to często w tonie żartobliwym. Tymczasem to temat bardzo poważny, bo dotyczy tego, co jest (a przynajmniej powinno być) celem naszego życia, nadającym sens wszystkim innym jego aspektom.

Jako ksiądz miałem przywilej towarzyszenia wielu ludziom, gdy odchodzili z tego świata. To mi uzmysłowiło, że w obliczu śmierci pytamy zazwyczaj o dwie kwestie: Po pierwsze, spoglądamy w przeszłość i pytamy, ile warte było nasze życie? Św. Jan od Krzyża napisał, że u kresu naszych dni będziemy sądzeni z tego, jak i czy naprawdę kochaliśmy!? 

Okazuje się jednak, że to pierwsze pytanie nie jest wystarczające, nadchodząca śmierć każe nam również patrzeć w przyszłość, by zapytać: dokąd zmierzamy, co będzie po drugiej stronie? Można powiedzieć, że podobnie jak w całym naszym życiu, jak i w obliczu tego, gdy odchodzimy z tego świata, szukamy nadziei.

W dzisiejszej Ewangelii Jezus naucza nas, że przez śmierć idziemy do życia. Idziemy do zmartwychwstania, choć życie zmartwychwstałych jest odmienne od tego na ziemi, bo jest pełnią życia w Bogu.

Jezus odpowiadając na pytanie saduceuszy odwołuje się do historii Mojżesza, któremu Bóg przedstawiając się powiedział, że jest On Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba, potwierdzając tym samym, że oni wciąż żyją. Nasz Bóg jest zatem Bogiem żywych a nie umarłych.

Jak komentował to św. Jan Paweł II wjendej z audiencji środowych: „życie człowieka po śmierci, podobnie, jak życie doczesne pochodzi z miłości Boga. Miłość oznacza pozostawanie w relacji. To właśnie ta relacja jest podstawą naszego doczesnego życia i wiary w życie po śmierci. Jeśli Bóg kocha mnie a ja Jego, to ta relacja miłości jest podstawą naszego trwania na wieki, gdyż Bóg kochając chce by osoba kochana była z Nim na zawsze”.  I dodaje: „Bóg stworzył człowieka jako całość z duszą i ciałem i kocha nas w całości, więc i w całości nas ocali, czyli wskrzesi.

To właśnie ta miłość Boga chroni nas przed unicestwieniem. I wlewa w nas moc zdolną przezwyciężyć śmierć, podobnie jak została ona przezwyciężona przez Chrystusa.

Nasze zmartwychwstałe ciała będą tymi samymi ciałami, które mamy tu na ziemi, choć przemienionymi, co także potwierdza św. Paweł (por. 1 Kor 15, 35-58). To, co będzie cechowało ten nowy sposób życia to fakt, że nie będzie już zepsucia ani śmierci, że skończy się wszelkie cierpienie i kuszenie a każdy zostanie napełniony łaską w takim stopniu, w jakim umiłował Boga. Będziemy zatem o niebo bardziej niż teraz podobni do Boga, nie przed odcieleśnienie ludzkiej natury, ale raczej przez jej ubóstwienie i uduchowienie.

Jak jednak wyzbyć się lęku przed śmiercią i przemijaniem?  Na to pytanie pięknie odpowiada kard. Robert Sarah: „Chrystus zwyciężył śmierć, ofiarowując się całkowicie Ojcu. <<W Twoje ręce oddaję ducha Mego>> – mówi Chrystus w chwili poprzedzającej swoją śmierć. Oto tajemnica! Jeżeli nie zawierzymy Bogu jak dzieci, Jemu pozostawiając naszą przyszłość, nigdy nie zdołamy uczynić gestu całkowitego oddania się, jaki stanowi istotę wiary. A tylko bezgraniczne powierzenie się Chrystusowi ma moc uzdrowienie naszych lęków”.

Św. Augustyn pisał: „niespokojne jest ludzkie serce dopóki nie spocznie w Tobie, Boże”. Zawierzenie się Bogu z ufnością jest właśnie tą drogą, która przynosi pokój naszemu sercu, eliminując często doskwierające nam lęki.

Nasze obawy umniejsza też fakt, że po tamtej stronie ujrzymy ponownie tych, których kochaliśmy. Oczywiście ta miłość też zostanie przemieniona, bo w relacjach ludzkich zawsze pozostaje jakiś brak, niedosyt, tęsknota. Jedynie miłość Boga jest w stanie zaspokoić wszystkie nasze głody, pragnienia, aspiracje czy tęsknoty.

Kiedy zanurzymy się w komunii z Bogiem i w Jego odwiecznej miłości – bo na tym właśnie polega zbawienie – to nie tyle żadne inne miłości nie będą nam już potrzebne do szczęścia, ile ostateczne szczęście w pełni odnajdując w Bogu i Jego miłości, również  w tej miłości i komunii z Bogiem odnajdziemy innych ludzi, którzy wraz z nami i z Bogiem dzielili miłość już w tym życiu.

Dobiegający końca rok liturgiczny zaprasza nas do spojrzenia w wieczność. Święta Teresa z Lisieux powiedziała na łożu śmierci: „Nie umieram, ja wstępuję w życie”. Prośmy, abyśmy i my potrafili spoglądać w tamtym kierunku bez lęku i z nadzieją.

Medytacja jako doświadczenie odnalezienia

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A pewien człowiek, imieniem Zacheusz, który był zwierzchnikiem celników i był bardzo bogaty, chciał koniecznie zobaczyć Jezusa, któż to jest, ale sam nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić.

Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Zszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: «Do grzesznika poszedł w gościnę».

Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie».

Na to Jezus rzekł do niego: «Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł odszukać i zbawić to, co zginęło».(Łk 19, 1-10)

Refleksja nad Ewangelią ostatniej niedzieli i „odnalezieniem” Zacheusza przyniosła pewną myśl dotyczącą doświadczenia medytacyjnego, jako zgody na to, by dać się odnaleźć Jezusowi i zaprosić go do swojego domu i swojego serca, gdzie Jezus pragnie się zatrzymać przez swoje słowo.

Medytacja jest w pewnym sensie poszukiwaniem Jezusa. Niemniej medytacja monologiczna wymaga od tego, kto ją praktykuje pewnego przesunięcia akcentów w stosunku do spopularyzowanej w Kościele Zachodnim medytacji dyskursywnej (np. ignacjańskiej). O ile w tej drugiej stawiamy na intelekt, wyobraźnię i aktywność medytującego w tym poszukiwaniu, o tyle w medytacji monologicznej (niedyskursywnej) stajemy bardziej w postawie gotowości, by zostać odnalezionymi przez Chrystusa, który przychodzi do nas w swoim słowie a konkretnie w jednym wezwaniu, które towarzyszy tej formie medytacji. Z tego względu medytacja monologiczna zmusza nas do porzucenia tego, do czego często jesteśmy przywiązani: pewnych schematów naszego myślenia, dyktatu naszego intelektu a co za tym idzie naszego „ja” i pewnego rodzaju duchowości nastawionej na naszą – ludzką aktywność na rzecz pewnej bierności wobec działania słowa i łaski, której ono jest nośnikiem.

Naturalnie medytacja jest drogą wiary, zakłada więc że nastąpiło już odnalezienie Chrystusa w wierze. Odnosząc się jednak do słynnego stwierdzenia Teilharda de Chardin, że „Jezus jest odwiecznym odkryciem” wiemy, że chrześcijaństwo jest doświadczeniem, w którym dokonuje się nieustanne odnajdywanie Boga. Jednym słowem w chwili kiedy uświadamiamy sobie, że znaleźliśmy Chrystusa musimy rozpocząć dalsze poszukiwania, gdyż jak pisze Jean Guitton w swojej książce Mój testament filozoficzny: „Z chwilą kiedy człowiek przestaje szukać, traci to, co już znalazł”. Innymi słowy im więcej się znajduje tym bardziej powinno się szukać. Zresztą sam Chrystus zachęca: „Szukajcie a znajdziecie” (Mt 7,7).

Kto odpowiada na tę zachętę Chrystusa nigdy nie może stanąć na stanowisku, że nie musi już dalej szukać. Na szlaku wiary wraz z każdym odnalezieniem pojawiają się nadzieje na nowe odkrycia…

Każda medytacja jest takim rodzajem zacheuszowej ciekawości. Jest chęcią spotkania Chrystusa, który przechodzi przez nasze miasto i nasze życie. Tylko wówczas, gdy będziemy nastawieni z ciekawością na spotkanie Jezusa mamy szansę rozpoznać Jego głos, który mówi do nas pomimo zgiełku, w który często jesteśmy zanurzeni. Słowo Jezusa jest słowem, które się nie narzuca z zewnątrz, ale dochodzi do nas od wewnątrz, dotyka naszego serca, spotyka się z nami w największej intymności naszego bytu. Jest to słowo, o którym Merton pisze, że „nie musi się narzucać, przekonywać czy indoktrynować, ale prowokuje przebudzenie, prowadzać do wolności. Jest to słowo, które nie szuka poklasku, ale domaga się zharmonizowania z rytmem naszego serca”.

Na koniec warto powiedzieć, że w doświadczeniu wiary szuka się nie po to aby więcej wiedzieć, ale bardziej kochać. Dlatego właśnie medytacja monologiczna dotyczy bardziej serca niż intelektu. Kto spotyka Jezusa nie koniecznie staje się bardziej inteligentny, ale staje się zakochany. To nie ktoś, kto wie by wywyższać się ponad innych, ale ktoś kto kocha, by lepiej służyć.

Bóg, który pragnie zatrzymać się w naszym domu

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A [był tam] pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Zszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. 9 Na to Jezus rzekł do niego: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”. (Łk 19, 1-10)

Nikt nie jest postawiony poza nawiasem Bożego miłosierdzia. Miłosierdzie Boga poszukuje nieustannie zagubionych na drogach życia. Dziś tym odnalezionym przez miłosierdzie Boga jest wbrew wszelkiemu oczekiwaniu zwierzchnik celników, bogaty Zacheusz, człowiek, który jest znienawidzony przez mieszkańców Jerycha za swoją współpracę z rzymskim okupantem. Z pewnością nie mógł on liczyć, że zostanie przez kogoś zaproszony, by móc z czyjegoś okna oglądać tłum z przybyłym właśnie do miasta Jezusem w środku. Dlatego nie bacząc na względy ludzkie wybiera wspięcie się na drzewo, by móc przynajmniej z daleka zobaczyć Jezusa.

Moglibyśmy zapytać: Dlaczego Zacheusz chciał tak bardzo zobaczyć Jezusa? Czego się spodziewał? Były w nim ciekawość, oczekiwanie oraz wielka determinacja w pokonaniu przeszkód na drodze do zrealizowania swojej ciekawości. Z pewnością nie przypuszczał, że będzie to punkt zwrotny w jego życiu. Ale są takie spotkania, które potrafią zmienić człowieka radykalnie. Za nimi zawsze stoi Bóg, nawet jeśli wydaje się nam, że to przypadek. Pomyślmy o takich spotkaniach w naszym życiu.

Zacheusz w najśmielszych planach nie mógł przewidzieć, że Jezus zatrzyma się pod drzewem w koronie którego się ukrył – to pierwsza niespodzianka dla tego celnika. Drugą było to, że Jezus znal jego imię i wreszcie trzecia, że zaprosił go do spotkania twarzą w twarz, czym wywołał zgorszenie otaczającego Go tłumu. Bóg często daje więcej, niż oczekujemy, zaskakuje nas swoją hojnością. „Dziś muszę się zatrzymać w twoim domu” – mówi do Zacheusza. Jezusowi chodziło jednak nie o doraźną przygodę i osobliwość, która idzie pod prąd opinii publicznej, ale o szczere nawrócenie grzesznika. Jezus swoim zaproszeniem skierowanym do Zacheusza dotyka tego, co głęboko ukryte jest w sercu tego człowieka, o czym Zacheusz może już dawno zapomniał, o czym Bóg jednak nigdy nie zapomina. Tym czymś jest ukryta w sercu człowieka tęsknota za Bogiem, za darem Jego miłosierdzia i przebaczenia.

Spojrzenie Jezusa nie zatrzymuje się na tym, co zewnętrzne. Jezus wnika w głębię, w serce, w najskrytsze motywacje. Spojrzenie Jezusa zawsze wydobywa to, co w człowieku najpiękniejsze. Objawia jego możliwości. Zacheusz nie jest tylko celnikiem i grzesznikiem, ale przede wszystkim człowiekiem o wielkim i wrażliwym sercu, co tylko Jezus potrafił dostrzec pod pozorami zewnętrznej niewrażliwości. Trzeba tylko dać mu szansę, uwierzyć w niego, zaakceptować takim, jaki jest, zamiast osądzać i potępiać. Każdy „Zacheusz” w głębi serca jest dobry i zdolny do największej miłości.

To nam uświadamia, że w każdym, nawet najbardziej zagubionym człowieku i największym grzeszniku jest pierwotne pragnienie i tęsknota za Bogiem.     I to pragnienie pozostaje, dręczy, niepokoi… Pozycja społeczna, zgromadzone pieniądze, rzeczy materialne,… nic nie może go zagłuszyć.

A Bóg zawsze odpowiada na to pragnienie, pod warunkiem, że człowiek ma odwagę się do niego przyznać…

Zacheusz wykorzystał tę daną mu przez Boga szansę. Stąd kolejną niespodzianka, która zaskakuje już wszystkich: celnik nawraca się czynem, wykraczającym daleko poza wymogi nakazów Prawa Mojżeszowego.

Można powiedzieć, że jesteśmy w tej scenie świadkami bardzo dyskretnego cudu. „Panie, połowę mego majątku oddaję ubogim” – to jest właśnie moment cudu, moment zmiany serca i zmiany myślenia Zacheusza. Nie wiemy, co działo się w jego sercu, ale możemy to poznać po owocach. Zacheusz sam wie, co powinien robić. Jezus nie daje mu żadnych wskazówek, pouczeń. Sama obecność Chrystusa powoduje radykalną przemianę, nakłania do dobrych postanowień. Im bliżej jesteśmy Boga, tym wyraźniej widzimy jaki powinniśmy postępować. Spotykając Jezusa Zacheusz staje się wewnętrznie wolny. Odrzuca to, co dotąd wydawało mu się absolutną racją bycia, co było jego niewolą. Wyrywa się ze swego duchowego zamknięcia, ze swego osobliwego „więzienia”, z którego sam nigdy by się nie wyzwolił. Myślę, że nawet więcej – sam nie znalazłby w sobie nawet dość odwagi, by taką próbę podjąć. Jezus otwiera bramy jego duchowego więzienia, uwalnia go i sprawia, że już nie potrzebuje do życia ani materialnego bogactwa ani prestiżu, ani niczego innego. Zrywa pęta tej niezwykle subtelnej formy bałwochwalstwa, które polegało na pokładaniu ufności w czymś, co nie jest Bogiem

Sens całego zdarzenia wyjaśnia sam Jezus tłumacząc, że na miłosierdzie Boże, które dotknęło Zacheusza, odpowiedział on miłosierdziem.

Spróbujmy jednak odnieść sens tej Ewangelii do naszego życia. Każda Eucharystia to wejście Jezusa do naszego życia, do naszych spraw, do naszego miasta. Przygnieceni ciężarem grzechów i zmęczeni życiem często nie widzimy przechodzącego obok Jezusa lub zakażeni pychą patrzymy na Niego z daleka. Wydaje nam się czasem, że nic nie możemy zrobić…

Tymczasem Jezus bardzo pragnie zatrzymać się w naszym domu, przyjść do naszego serca, jeszcze raz powiedzieć nam o swojej miłości, ofiarować nam zbawienie i przebaczenie grzechów. Bo taki jest Bóg, który nie patrzy tylko na to, co zewnętrzne. To ten sam Bóg o którym napisze Jan w Ewangelii, że tak bardzo umiłował człowieka, że posłał mu swojego Syna Jednorodzonego, aby ten uwierzywszy w Niego, nie zginął, ale miał życie wieczne (por. J 3, 16).

Ten Syn jest ucieleśnieniem Bożego miłosierdzia,  które pragnie odszukać i ocalić to, co zginęło.

To jest właśnie Dobra Nowina. Jeśli czujesz się zagubiona czy zagubiony; jeśli życie z jakiegoś powodu przestało dawać ci radość, spełnienie i sens; jeśli tkwisz w martwym punkcie i nie bardzo wiesz w którą stronę zrobić krok. Bądź pewna/-y, że Jezus cię szuka. I ocali. Jeśli tylko pozwolisz Mu się odnaleźć i otworzysz się na Jego miłość i łaskę. Ostatecznie tylko On może Cię uratować, tak jak uratował Zacheusza.