Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Świadek

Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza.

Jednakże matka jego odpowiedziała: „Nie, lecz ma otrzymać imię Jan”.

Odrzekli jej: „Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię”. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać.

On zażądał tabliczki i napisał: „Jan będzie mu na imię”. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się. zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: „Kimże będzie to dziecię?” Bo istotnie ręka Pańska była z nim.

Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem; a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem. (Łk 1,57-66.80)

Jak oceniłbyś (oceniłabyś) życie św. Jana Chrzciciela? Znakomita większość z nas wie o nim dużo, bo to postać wielokrotnie przywoływana w ciągu roku liturgicznego

Był pierworodnym dzieckiem starych rodziców. Zapewne więc nie doświadczył dużo rodzicielskiego ciepła i tej troski, jaka mogą dać młodzi i pełni energii rodzice; możliwe też, że z powodu podeszłego wieku rodziców szybko został sierotą. Zresztą bardzo szybko usunął się od ludzi i żył samotnie na pustkowiu. Pustelnik, asceta, skromne ubranie i jeszcze skromniejsze wyżywienie. Widział i piętnował grzech, wzywał ludzi do nawrócenia. Gdy przychodzili do niego nie patyczkował się z nimi, jego kazania były w stylu: „Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona.” (Mt 3,10a) Nigdy nie założył rodziny. Co myślał to mówił. Niezależnie czy to był szewc, żołnierz czy król. Nie owijał rzeczy w bawełnę. Mówił prosto i bezkompromisowo. Jezus dając o nim świadectwo wypowiada nie zwykłe słowa: „Spośród narodzonego z niewiast nie było większego od Jana…” (Łk 7,28)

Taki był Jan Chrzciciel.

Zapłacił za swoją bezkompromisowość najpierw uwięzieniem a potem śmiercią. Bez sądu i dowodu winy przyszli i zamordowali go. 

Jak ocenisz jego życie? Przeżył je dobrze czy zmarnował? Miał być wielki a umiera mając zaledwie trzydzieści lat, z których większość przeżył w ukryciu, na pustyni. To pokazuje jak nasze pojęcie wielkości rozmija się z tym, co wielkie jest w oczach Boga. Nam wielkość zazwyczaj kojarzy się z doczesnością, z prestiżem, osiągnięciami, majętnością i możliwościami. Dla Boga miarą wielkości człowieka jest jego pokora. „Trzeba aby On wzrastał a ja się umniejszał” – to słowa św. Jana Chrzciciela wypowiedziane w kontekście Chrystusa, którego spotkał i na którego wskazał jako na Baranka Bożego, słowa ukazujące program na życie tego wielkiego Proroka czasów przełomu.

Jak zatem ocenić Jego życie?

Różne mogą być odpowiedzi, bo różne możemy mieć w głowie zasady, wedle których postępujemy. Jeśli żyć będziemy według przysłowia „pokorne ciele dwie matki ssie” albo „wchodząc między wrony musisz krakać jak i one”, to zapewne nie wybierzemy Jana Chrzciciela za patrona i ideał do naśladowania. Nie weźmiemy swojego małego dziecka czy wnuka na kolana, i nie opowiemy dziecku o życiu Jana Chrzciciela, i nie powiemy mu, że warto żyć tak jak on, że dobrze go naśladować.

Pytanie czy św. Jan Chrzciciel może być jeszcze znakiem na dzisiejsze czasy konformizmu, będąc jednocześnie wzorem uczciwości, bezkompromisowości i szacunku dla prawdy?

Nie znaczy to, że nie możemy zmienić swoich poglądów i przekonań. Możemy, pytanie tylko za jaka cenę to robimy?

Nie znaczy to również, że mamy się wszędzie z ludźmi wykłócać o to czyja prawda jest prawdziwsza. Tak naprawdę w ogóle nie powinniśmy się kłócić, bo emocje, które biorą górę w kłótniach nigdy nie są dobrym doradcą. Święty Jan Chrzciciel przypomina nam swoją postawą, że jeśli jesteśmy ludźmi wiary powinniśmy być znakiem tej wiary i zasad, które z niej wynikają; znakiem ewangelicznej bezkompromisowości. Być znakiem, to być człowiekiem, który ciągle jest gotowy stanąć do obrony zasad i prawdy. Nawet za cenę szyderstwa i odrzucenia. Nawet za większą cenę.

Historia zbawienia zna wiele przykładów takich osób: Prorok Izajasz, który mówi o sobie, że Bóg: „Ostrym mieczem uczynił jego usta. Uczynił zeń mnie strzałę zaostrzoną…” (por. Iz 49,2)

Król Dawid był takim człowiekiem, o którym Bóg mówi: „Znalazłem Dawida, syna Jessego, człowieka po mojej myśli, który we wszystkim wypełni moją wolę.” (Dz 13,22b)

Prorok Eliasz, którego postać przypomniała nam liturgia ubiegłego tygodnia, będący wedle słów Chrystusa pierwowzorem św. Jana Chrzciciela, o którym Biblia daje świadectwo w słowach: „Prorok jak ogień a słowo jego płonęło jak pochodnia” (Syr 48,1).

Również czasy Nowego Testamentu rzucają światło na wiele takich postaci: św. Paweł, dla którego najważniejsze było głoszenie prawdy w imię Chrystusa, za wszelką cenę. Także wielu znanych nam świętych, doskonale wpisuje się w tę postawę. Można by ich imiona wymieniać dziesiątkami…

Oni wszyscy jednak przyjmując taka postawę czynili to e względu na Chrystusa, który będąc na świecie reprezentował taką postawę, przypominając jeszcze na chwilę przed śmiercią, że po to się narodził i przyszedł na świat, aby dać świadectwo prawdzie. (por. J 18,37)

Jako chrześcijanin jestem wezwany, aby Go w tej postawie naśladować. Pytanie tylko czy to robię?

Cisza w modlitwie

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6,1.5-6)

Z racji tego, że mija rok od śmierci ojca Karola Meissnera, mnicha benedyktyńskiego z klasztoru w Lubiniu, który to klasztor można powiedzieć dzięki jego inicjatywie i zabiegom został uratowany przed likwidacją, znanego rekolekcjonisty zaangażowanego szczególnie w duszpasterstwo rodzin, autora wielu książek chcemy dzisiaj przywołać tę postać, także na prośbę osób, które nie maiły szczęścia go poznać a także dlatego, że ta pamięć – jak powiedziałem tydzień temu – po prostu mu się należy!

Jakiś czas temu pojawiła się na rynku (także polskim) nowa książka kard. Roberta Saraha, prefekta Kongregacji do spraw Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, zatytułowana „Moc milczenia – przeciw dyktaturze hałasu”. Kiedy po raz pierwszy wziąłem ja do ręki pomyślałem właśnie o ojcu Karolu, który gdy byłem jeszcze w seminarium prowadził dla nas rekolekcje o roli milczenia w modlitwie. Rekolekcje niezwykłe, z których do dzisiaj wiele treści pamiętam, może dlatego, że wyrastały bezpośrednio z osobistego doświadczenia ojca Karola, którym się dzielił. Pamiętam też wielkie wrażenie, jakie na mnie sprawiło to, że kiedy prowadził z nami dialog – a mówił przecież do młodych ludzi – traktował nas z wielką powagą i szacunkiem. Nigdy tez nie zapomnę, że rozpoczynając swoje głoszenie – on doświadczony już mnich i człowiek powiedział: „przepraszam na wstępie, że będę mówił do was nieobciążony znajomością rzeczy”. Ta niezwykła skromność, to także cecha tego benedyktyńskiego mnicha.

Generalnie podczas rekolekcji mówił do nas o sile milczenia i ciszy w życiu nie tylko alumna, kapłana, ale i każdego człowieka. Cisza bowiem jest zawsze zaproszeniem skierowanym do nas przez Boga a to dlatego, że jak mówił Św. Jan od Krzyża cisza jest pierwszym językiem Boga. I jeśli chcemy nauczyć się rozmawiać z Bogiem musimy nauczyć się języka ciszy, języka milczenia, w którym Boże słowo może wybrzmieć z właściwą sobie mocą.

Niestety współcześnie żyjemy w dyktaturze hałasu (to określenie, którego używa w swojej książce kard. Sarah, jak również pamiętam używał go ojciec Karol). Współczesnemu człowiekowi cisza wydaje się bardzo obca. Więcej: współczesny człowiek często boi się ciszy a to dlatego, że – jak mówił ojciec Karol – cisza jest dla nas trudna, niepokoi nas, wręcz czujemy się niezręcznie, gdy zapada ona na dłużej. Dlatego próbujemy się wyrwać z jej objąć i uciec w pozornie bezpieczny świat dźwięków, który wydaj się być bardziej naturalnym dla nas środowiskiem.

Dlatego każde spotkanie i rozmowa z Nim potrzebują postawy wewnętrznej ciszy i milczenia. Ale jak to zrobić w dzisiejszym świecie?

Wbrew pozorom jest to doświadczenie, które nosimy w sobie a które trzeba nam na nowo odkryć. Wszak – jak mówił ojciec Karol – nasze życie zaczyna się od przebywania przez dziewięć miesięcy w świecie ciszy – w łonie mamy (otoczeni cisza i miłością). Myślę, że to dobry obraz medytacji: w niej także jesteśmy zaproszeni do wejścia w ciszę, która jest Obecnością; miłującą Obecnością.

Podobnie wystarczy, że wyjedziemy na łono natury, do lasu, w góry i po pewnym czasie odkrywamy niezwykłą moc ciszy: duchową i terapeutyczną moc.

Cisza pozwala nam odkrywać, że na pierwszym miejscu w naszym życiu jest Ktoś/Coś innego niż to, co zwykle mamy pokusę tam stawiać. To właśnie dlatego bez ciszy niemożliwa jest autentyczna modlitwa, w której to Bóg będzie na pierwszym miejscu, w której chodzi o to by bardziej Go słuchać, niż zagadywać.

To właśnie dlatego – jak mówił ojciec Karol – nasza modlitwa bywa nieskuteczna, bo brakuje w niej ciszy. A to sprawia, że przestajemy rozumieć Boga i Jego działanie, że rozmijamy się z Jego mową.

Co więcej bez ciszy również nie poznamy najgłębszej prawdy o samych sobie. To drugi, nie mniej ważny aspekt ciszy. Nie poznając zaś samych siebie nie mamy szans  by odkryć tego, co jest Bożą wolą dla nas.

Wreszcie bez ciszy – zdaniem ojca Karola – nasze życie pozostaje przezywane tylko powierzchownie, bo odbiera nam okazję do refleksji nad naszym życiem i naszymi działaniami. Jest to postawa, która rodzi niebezpieczeństwo, że będziemy ślizgali się jedynie po powierzchni życia, pozostając ciągle na zewnątrz tego, co naprawdę istotne. Albowiem im trudniej znaleźć nam ciszę prowadzącą do harmonii i modlitewnego milczenia w naszym sercu tym bardziej będzie się to przekładało się na resztę naszego życia.

Dlatego trzeba, abyśmy nieustanne ćwiczyli się w poszukiwaniu wewnętrznej ciszy. I medytacja chce nam w tym pomagać.

Znaleźć schronienie w Bogu

Jezus powiedział do tłumów: Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz zapuszcza sierp, bo pora już na żniwo. (Mk 4,26-34)

Mówił jeszcze: „Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki powietrzne gnieżdżą się w jego cieniu”.

W wielu takich przypowieściach głosił im naukę, o ile mogli ją zrozumieć. A bez przypowieści nie przemawiał do nich. Osobno zaś objaśniał wszystko swoim uczniom.

Każdy człowiek szuka schronienia. Każdy pragnie poczucia bezpieczeństwa. Pytanie tylko, gdzie go szukamy?

Niektórzy widzą je w pieniądzach, które pozwalają o wiele spraw się nie martwić i dają pewność, że cokolwiek się wydarzy, uda się to ogarnąć, bo pieniądze wszystko mogą załatwić.

Inni szukają go w zdobywaniu pozycji, uznania w oczach innych, bo skoro mnie szanują, to znaczy, że jestem potrzebny i ważny.

Jeszcze innym wystarczy skromne spokojne życie dające stabilizację i bezpieczeństwo w zwykłej codzienności.

Wreszcie znakomita większość szuka poczucia bezpieczeństwa i schronienia w kochającej osobie, której obecność, miłość i troska są czymś bezcennym.

Chociaż wszystko to jest rzeczywiście ważne i dobre, to doskonale wiemy, że nie jest niezniszczalne; że nie daje 100- procentowej gwarancji bezpieczeństwa.

Pieniądze mogą przepaść, a nawet jeśli nie, to ciągłe życie w strachu, żeby tak się nie stało, kładzie się cieniem na poczuciu schronienia. Wiadomo też, że są wartości, których się za nie kupi: prawdziwego szczęścia, zdrowia, długiego życia…

Uznanie ze strony innych daje moc satysfakcji, ale doskonale wiemy, że to, jacy jesteśmy w oczach innych, nie wystarcza i że bardzo łatwo i w krótkim czasie z obiektu zachwytu stać się możemy przedmiotem pogardy.

Spokojne i uporządkowane życie też w każdej chwili może się zawalić, choćbyśmy nie wiem jak próbowali uniknąć wszelkich nieszczęść i niebezpieczeństw.

O miłości drugiego człowieka nie trzeba chyba już nawet mówić, bo choć potrafi być potężna i wierna, jednocześnie może być niepewna i nieprzewidywalna, wszak zbudowana jest na naszej słabości i egoizmie, dlatego potrafi też boleśnie ranić. Tak więc, choć staramy się to wszystko zdobyć, ciągle nie mamy wystarczająco pewnego schronienia.

Gdzie zatem szukać bezpieczeństwa, które będzie trwałe i niezawodne?

Dzisiejsze czytania dają nam bardzo jasną odpowiedź na te poszukiwania w obrazie wielkiego drzewa, które staje się schronieniem dla wszelkich stworzeń. Tym drzewem jest królestwo niebieskie, a ono jest oczywiście niczym innym jak samym Bogiem. To On jest Królestwem. To o nim mówi św. Augustyn przekonując, że jak długo nasze serce nie spocznie w Nim, czyli nie znajdzie w Nim schronienia, tak długo pozostanie niespokojne.

Również mądrość Starego Testamentu zachęca nas do szukania schronienia w Panu Bogu:

W Tobie, Panie, ucieczka moja,
Niech wstydu nie zaznam na wieki.
Wyzwól mnie i ratuj w swej sprawiedliwości,
Nakłoń ku mnie swe ucho i ześlij ocalenie.

Bądź dla mnie skałą schronienia
I zamkiem warownym, aby mnie ocalić,
Bo Ty jesteś moją opoką i twierdzą,
Ty, mój Boże, jesteś moją nadzieją. [Ps 71, 1-3]

Wzywam Cię, bo Ty mnie wysłuchasz, o Boże! 
Nakłoń ku mnie Twe ucho, usłysz moje słowo. 
Okaż miłosierdzie Twoje, 
Zbawco tych, co się chronią 
przed wrogami pod Twoją prawicę. 
Strzeż mnie jak źrenicy oka; 
w cieniu Twych skrzydeł mnie ukryj. [Ps 17, 6-8]

I choć wiara w Niego i Jego działanie w tym świecie może się wydawać malutkim ziarenkiem, którego nie widać, to ma w sobie moc najpewniejszego schronienia, którego nic nie przemoże. Skąd możemy czerpać tę pewność? Z faktu, że Pan Bóg, który jest Miłością będzie zawsze z miłością troszczył się o nas. Mamy pewność, że skoro jest On dobry i nas kocha, nie będzie nam skąpił żadnej łaski, która jest nam potrzebna do dobrego i szczęśliwego życia, jeśli tylko uwierzymy i będziemy chcieli znaleźć poczucie bezpieczeństwa w Nim i ufnym zawierzeniu Mu naszego życia. 

Pozostaje jednak bardzo proste pytanie: Czy jako człowiek wiary szukam swojego schronienia właśnie w Bogu?

Modlitwa przekraczająca schematy

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. (Mt 5,17-19)

Pan Jezus odnosi się dzisiaj do przykazań, o których św. Jan powie w swoim liście, że są miarą miłości Boga: «Albowiem miłość względem Boga polega na spełnianiu Jego przykazań, a przykazania Jego nie są ciężkie» (1J 5,3). Zachowywanie przykazań Bożych jest świadectwem, że kochamy Go w czynach a nie tylko w wymiarze emocjonalnym. Św. Jan uświadamia nam, że nie nasza modlitwa jest największą miarą naszej miłości do Boga, ale przykazania (choć oczywiście modlitwa jest ważna, bo bez niej zasady wyrażone w przykazaniach nie zakorzeniłyby się w naszym sercu, nie stałyby się zasadami miłości). Do tej pedagogicznej mocy modlitwy odwołujemy się także w medytacji.

Spośród wielu form modlitwy, które są dostępne dla przeciętnego, praktykującego chrześcijanina na naszych spotkaniach pragniemy wdrażać się w medytację monologiczną, czy jak kto woli Modlitwę Serca, której jedną z from jest Modlitwa Jezusowa. Moja przygoda z tą formą modlitwy trwająca już trzy dekady utwierdza mnie w przekonaniu, że to modlitwa najbardziej prosta i uniwersalna, co nie znaczy najłatwiejsza. Jej prostota polega na tym, że możemy się dzięki niej modlić bez zbędnych słów i myśli. Inną kwestią jest to, że taka forma modlitwy pozwala nam trwać przed Bogiem, być w Jego obecności w niemal dowolnej chwili dnia. Jak wspominałem kiedyś: modliłem się nią, jadąc tramwajem do szkoły średniej (podróż w jedną stronę zajmowała mi 40 minut), żeglując, chodząc po górach, wykonując jakaś pracę nie wymagającą zbytniego zaangażowania umysłowego, także jeżdżąc rowerem. Czasem łączę tę modlitwę z adoracją Najświętszego Sakramentu, bo ułatwia wejście w bycie tu i teraz przed Bogiem.

Jest to modlitwa dla tych, którzy preferują w ciszy i spokoju trwać u stóp Pana, podobnie jak ewangeliczna Maria. Mam serdecznych znajomych – małżeństwo, które uprawia nordic walking. Dzielili się ostatnio doświadczeniem, że te chwile marszu są one dla mich nie tylko okazją do wypoczynku, ale też czasem dającym wspaniałe warunki do praktykowania Modlitwy Jezusowej.

Nie wiem jakie jest Wasze doświadczenie tej modlitwy, ale skupienie na jednym, którego ta forma modlitwy uczy pozwala też dostrzegać, że odpowiedzi ze strony Boga są zawsze bardzo konkretne i objawiają się w małych, nieraz pozornie błahych sprawach. Medytacja monologiczna bardzo wyczuwa nasz zmysł wiary na dostrzeganie takich małych rzeczy.

Inną ważnym owocem, jaki dostrzegam jest to, że dzięki medytacji zmienia się też głębia i intensywność pozostałych modlitw – modlitwy brewiarzowej czy Mszy świętej.  Dzięki ćwiczeniu uważności medytacja monologiczna pozwala wejść mocniej w doświadczenie danej modlitwy, bez konieczności walki z atakującymi rozproszeniami. Zresztą modlitwa ta nauczyła mnie, że nie same rozproszenia są najistotniejsze, bo one – ze względu na intensywność życia i tak się będą pojawiały – ważniejsze jest to, jaką przyjmiemy wobec nich postawę. Jeśli będzie właściwa i nie będzie traktowała ich zbyt poważnie, dając im przez to siłę, ich natarczywość i intensywność się zmniejszy. Jest jeszcze jeden owoc tej modlitwy, sądzę, że również ważny. Uczy nas ona przełamywać strach przed tym, co nieznane w modlitwie; czego nie możemy kontrolować a to z kolei uczy nas zaufania w prowadzenie nas w doświadczeniu modlitwy przez Ducha tam, kędy On chce. Jak zwykł mawiać brat Morris: „Bóg będzie działał w naszym życiu modlitwy tylko na tyle, na ile pozwolimy Mu działać”. Im bardziej próbujemy kontrolować przebieg naszej modlitwy, tym mniej pola zostawiamy w niej działaniu Ducha Świętego.

Medytacja monologiczna zaprasza nas do wyzbycia się utartych schematów modlitwy i choć na początku może to być trudne, z czasem pozwoli nam ona wypłynąć na głębię przynosząc owoce, jakich sami się często nie spodziewamy.     W końcu jak mówił znany nauczyciel medytacji chrześcijańskiej Johannes Lotz SJ: „Skoro modlitwa jest wejściem w świat Boga, który zawsze pozostaje dla nas tajemnicą musimy zgodzić się na to, że również o modlitwie podobnie jak o Bogu nieskończenie więcej nie wiemy niż wiemy a zatem wszelkie próby kontrolowania jej i zrozumienia jej prawidłowości za pomocą rozumu – jeśli nie zdecydujemy się na akt wiary, który będzie dla nas skokiem w nieznany i nieograniczony świat – spełzną na niczym”. [Wprowadzenie do medytacji]

Między grzechem a posłuszeństwem woli Boga

Na to Jezus rzekł: „Któż jest moją matką i którzy są braćmi?” I spoglądając na siedzących wokoło Niego rzekł: „Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką”. (Mk 3,33-35)

Jakiś czas temu przeczytałem książkę José Saramago „Miasto ślepców”. Jest to opowieść o mieście, którego mieszkańcy z niewiadomego powodu tracą wzrok. Powszechna ślepota powoduje, że rozpadają się cywilizowane normy zachowań, pojawiają się agresja, nieufność i strach.  I choć powieść jest fikcją literacką i miejscami bywa mocna, to jednak opisane w niej mechanizmy są wstrząsającym i głęboko przenikającym czytelnika studium kondycji ludzkiej. Dowodzi to prawdziwości tezy, że cywilizacja ludzka, jak i samo człowieczeństwo są bardzo delikatne i kruche.

Przypomniała mi się ta książka, kiedy przeczytałem wczoraj czytania z dzisiejszej niedzieli.

W Księdze Rodzaju widzimy nieco podobny świat po grzechu pierworodnym. W oczy rzuca się rozerwana wspólnota, zarówno z Bogiem, jak i z drugim człowiekiem. Grzech także zaślepia człowieka. Adam doświadcza swojej nagości i doznaje lęku. Jest bezradny i bezbronny. Traci poczucie odpowiedzialności za swe czyny. Nie widzi konsekwencji swoich wyborów. O wszystko obwinia Boga: to Ty postawiłeś przy mnie tę niewiastę, a teraz chcesz mnie ukarać.

Ale nagi Adam chowa się nie tylko przed Bogiem. Zagrożeniem dla niego jest też drugi człowiek. Zranione pożądliwością serce nie kieruje się już wyłącznie ku dobru. W relacji przestaje liczyć się już dar i miłość, ale rodzi się pytanie, jakie korzyści mogę z niej mieć dla siebie, nawet kosztem drugiej osoby?

Na szczęście ta scena nie jest ostatnim słowem. W swojej rozpaczy Adam się myli. Bo już w raju, w chwilę po grzechu pierworodnym pan Bóg zapowiada nadejście nowej Ewy i nowego Adama, którzy swoim życiem a zwłaszcza posłuszeństwem woli Bożej przywrócą właściwy porządek w relacji z Bogiem i z drugim człowiekiem. Słowami: „Oto jest moja matka, a to są moi bracia” (Mk 3, 34) – Jezus ustanawia swoją nową rodzinę opartą już nie na więzach krwi, nie na zasadach prawa, ale na mocy swojego Słowa i łaski, które zdolne są uczynić nas dziećmi Bożymi, tymi, którzy narodzili się z Boga (por. J 1, 12-13).

Od tej chwili to postawa wobec Jezusa decyduje o byciu wewnątrz lub na zewnątrz tej nowej społeczności, którą Jezus powołuje do życia, jako Kościół. Można zająć postawę reprezentowaną przez uczonych w Piśmie, którzy odrzucają Bożą miłość i zamykają się na łaskę, jako argumentu używając niedorzecznego stwierdzenia, że Jezus działa mocą złego ducha. Można też przyjąć postawę Maryi – Nowej Ewy, która mówiąc „fiat” składa z zaufaniem swoje życie w ręce Boga, tym samym otwierając się w pełni na Jego miłość i łaskę.

Chrystus – nowy Adam ukazuje na nowo wartość miłość, bezinteresowności i dobra, które odtąd mają kształtować życie i tożsamość Jego sióstr i braci. I skoro one wciąż istnieją, mimo że wydają się tak bezbronne wobec zagrożeń tego świata, to znaczy, że On naprawdę zwyciężył świat. To znaczy, że nie musimy się bać, bo nawet jeśli codzienność wystawia naszą miłość na wiele prób i zagrożeń zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych, to jeśli codziennie świadomie i z wiarą będziemy wypowiadać słowa modlitwy, której uczy nas sam Jezus „I nie wódź nas na pokuszenie”, to przekonamy się, że Bóg ma moc nas obronić przed tym, co staje się dziś zagrożeniem dla naszej miłości i dobra. Oczywiście kuszeni będziemy do końca naszego życia, ale nawet gdy diabeł może zmiażdżyć mi pietę, nie wolno nam zapomnieć, że Chrystus – Nowy Adam już zmiażdżył mu głowę.