Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Rozdarte serce

Jezus powiedział do swoich uczniów:

„Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął! Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie.

Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej”. (Łk 12,49-53)

Co to za ziemia, o której mówi Jezus? Możemy oczywiści w znaczeniu ogólnym mówić o całym świecie. Nie szukając jednak daleko można powiedzieć, że ziemią tą jest przede wszystkim moje serce, a ogólniej rzecz biorąc: moje życie. Taka odpowiedź ratuje nas trochę przed zbyt ogólnikowym słuchaniem tej Ewangelii, trochę przez szybę – jak nie rzadko to ma miejsce, z bezpiecznej pozycji obserwatora, którego ona dotyczy, ale może w mniejszym stopniu niż innych. Takie słuchanie Ewangelii z pewnego dystansu jest bardzo kuszące: można się wymądrzać, wmawiać sobie, że dotyczy ona bardziej innych niż mnie, ba nawet wskazać ich palcem, a jednocześnie samemu skutecznie zamknąć się na ten „ogień”, którego Chrystus pragnie mam udzielić, który pragnie w nas zapalić, na ogień Ducha Świętego, na moc Dobrej Nowiny, która jest zawsze świeża i zawsze aktualna dla każdego, kto potrafi słuchać nie tylko umysłem, ale i sercem.

Jezus mówi w niej do każdej i każdego z nas, że przyszedł rzucić ogień na ziemię mojego serca. Ciekawe jest to rozróżnienie: przyszedł rzucić i pragnie, by on zapłonął. Nie dzieje się to od razu – ziemia musi się najpierw zapalić.

Dlatego zasadne jest postawienie sobie pytania: Czy Jezus Chrystus, Jego Ewangelia i Jego dzieło w ogóle mnie interesują? Czy po latach słuchania Ewangelii, którą przecież dobrze znam pozwalam się jeszcze jej zapalać?

Fakty jakie są każdy widzi, bo prawdy nie da się ostatecznie oszukać. Nawet jeśli zepchnie się ją do wygodnej podświadomości, to i tak będzie nas drażniła, podobnie jak mądre pytania, które stawiamy.

Warto pytać siebie też o czas – ile go rzeczywiście a nie w marzeniach, mam dla Jezusa: na modlitwę, na adorację, medytację, na wsłuchanie się w moje pragnienia, nadzieje, na to czy są zbieżne z pragnieniami i marzeniami Jezusa o mnie i czy mój sposób myślenia, po latach słuchania Ewangelii jest też bliższy Jezusowemu sposobowi myślenia?

Lepszym rozwiązaniem od użalania się nad swoją małą wiarą, brakiem czasu na modlitwę jest „dać się zapalić”! To jest ogień, który nie niszczy, ale pozwala się ogrzać. Owszem wypala to co złe, ale konserwuje to co w nas dobre.

Jezus mówi dziś też niepokojące słowa: że nie przyszedł dać ziemi pokoju, ale rozłam. A my przecież tak często kojarzymy Jezusa ze pokojem, z łagodnością. Czy to błąd?

I znów możemy na to popatrzeć w wymiarze bardziej ogólnym lub bardziej osobistym.

Warto sobie w takich sytuacjach uświadomić, że Chrystus nie przyszedł do świata idealnego, ale skażonego grzechem, a Jego celem nie było oskarżanie albo potępienie ludzi, ale ich zbawienie, czyli wyzwolenie z czasem wygodnego, a czasem bardzo bolesnego uwikłania w zło, wyprowadzenie z niewoli poplątanych interesów, egoistycznej miłości czy utajonej pod płaszczykiem szczytnych słów pogardy wobec bliźnich. Człowiek napełniony Duchem Bożym nie przestaje kochać tych, których naraża na dyskomfort moralnego i duchowego niepokoju. Podziały zawsze będą dramatem, ale sens będą miały tylko o tyle, o ile będą przybliżały do Jezusa i do Jego Królestwa. W dążeniu do Chrystusowego porządku żaden człowiek nie jest przeciwnikiem, choć niektórzy w takiej roli się stawiają odrzucając Jezusową Ewangelię i widząc w niej zagrożenie dla swojej wolności.

Ale spróbujmy spojrzeć na Jezusowe słowa znów bardziej osobiście. I znów odnieść je do tej ziemi jaką jest moje serce i moje życie.

Być może Jezusowi chodzi o to, że moje serce jest podzielone. Czy często tak właśnie nie jest?

Przecież wszyscy mówią, a doświadczenie to potwierdza, że nie można żyć podwójnym życiem, z rozdartym sercem, że to donikąd nie prowadzi. Chrystus potwierdza tę prawdę także w innym miejscu Ewangelii przypominając, że „nie można służyć dwom panom” [Mt 6,24]. Tymczasem rozdarcie między wyborem Chrystusa a życiem po swojemu jest czymś, co może dotknąć każdego. Taka jest kondycja ludzkiego serca: „zdradliwszego niż wszystko inne i niepoprawnego” – jak trzeźwo zauważa prorok Jeremiasz [por. Jr 17,9]. Rozłam jednak nie jest drogą przyniesioną przez Jezusa. Może w takim razie lepiej zgodzić się na walkę aż do ostatniego tchu, „aż do przelewu krwi”, niż obrażać się na swoją niedoskonałość. Ostatecznie to Jezus jest Tym, który wygrał wszystko, wpierw zgadzając się na rozdarcie swojego serca na krzyżu z miłości do nas. Pozwólmy, by On nas nieustannie zapalał tą miłością, która jest silniejsza niż ludzka słabość, niż grzech, niż największe nawet rozdarcie i ma moc  uzdrawiać wszystko.

Wpatrując się we Wniebowziętą

W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę.

Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała:

„Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana”.

Wtedy Maryja rzekła:

Wielbi dusza moja Pana,

i raduje się duch mój w Bogu, Zbawcy moim.

Bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy.

Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą

wszystkie pokolenia.

Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.

Święte jest imię Jego.

A Jego miłosierdzie na pokolenia i pokolenia

Nad tymi, którzy się Go boją.

Okazał moc swego ramienia,

rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich.

Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych.

Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił.

Ujął się za swoim sługą, Izraelem,

pomny na swe miłosierdzie.

Jak obiecał naszym ojcom

Abrahamowi i jego potomstwu na wieki. (Łk 1,39-56)

Mam takie wewnętrzne przekonanie, że dzisiejsza uroczystość jest możliwa tylko dlatego, że Chrystus ma władzę nad wszystkim, także nad śmiercią, która – jak mówi św. Paweł – zostanie pokonana jako ostatnia.

W życiu Maryi Jezus królował w całej pełni. Dlatego Ona została wzięta z ciałem i duszą do nieba i ma udział w Jego panowaniu. To perspektywa, która rozciąga się także przed nami, ale nie ma ku temu innej drogi jak ta, by pozwolić królować Chrystusowi w naszym sercu i w naszym życiu. Wtedy zostaniemy w to królowanie włączeni razem z naszą Matką.

Maryja doszła do pełnego zjednoczenia z Panem Wszechświata przez posłuszeństwo Jego woli i w ten sposób pokazuje nam, jak my możemy też uczestniczyć w tej rzeczywistości Bożego Królestwa. Bo królowanie Boga nigdy nie jest zaborcze, nie dystansuje się od człowieka. Życie Maryi jest najdoskonalszym obrazem panowania Boga: On w Jezusie Chrystusie zwycięża grzech i śmierć, co najpierw objawia się w niepokalanym poczęciu Maryi, w które wierzymy, zaś dopełnia się w Jej wniebowzięciu. Jeśli pozwolimy Bogu zająć takie miejsce w naszym życiu, jakie pozwoliła zająć Jemu Maryja, to będziemy tak samo wolni, gdyż moc Boża łaska będzie nam pozwalała zwyciężać grzech i tak samo w pełni uczestniczyć w królewskiej godności, bo przecież tak królewska i kapłańska godność jest nam dana w sakramencie chrztu świętego, jak napisze św. Piotr w swoim Pierwszym Liście: „Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem [Bogu] na własność przeznaczonym, abyście ogłaszali dzieła potęgi Tego, który was wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła, wy, którzyście byli nieludem, teraz zaś jesteście ludem Bożym, którzyście nie dostąpili miłosierdzia, teraz zaś jako ci, którzy miłosierdzia doznali” [1P 2, 9-10].

Dzisiaj wiemy i  świętujemy tę prawdę, że Maryja, będąc w niebie, troszczy się o nas i wstawia się za nami jako Królowa, żebyśmy mogli w naszym życiu, przez wiarę i posłuszeństwo woli Bożej mogli urzeczywistnić Boże Królestwo, do życia którym zostaliśmy powołani a kiedyś do Niej dołączyć w królestwie niebieskim. Dlatego dzisiaj pomyślmy o wszystkim, co nam przeszkadza w całkowitym zjednoczeniu z Chrystusem – o naszych grzechach, zwłaszcza tych, które się powtarzają; o wstydzie przed przyznaniem się do wiary i o lęku przed Bogiem, przed oddaniem Mu całkowitego panowania nad naszym życiem, gdyż często brakuje nam całkowitego zaufania do Niego, a co za tym idzie zgody na całkowite powierzenia się Jemu, które było cechą i wyborem Maryi. Pomyślmy o tym wszystkim i pozwólmy (gdyż jest to kwestią jedynie naszej woli i chęci), by panował w naszym życiu Chrystus. Ponieważ sami jesteśmy słabi i grzeszni, prośmy Maryję, by pomogła nam przejść drogę, którą Ona przeszła przed nami i teraz króluje razem z Bogiem w niebie.

Czcząc Niepokalaną i myśląc o Wniebowziętej, wznosimy głowę, i możemy wyprostowani spoglądać w niebo, które jest celem naszych dążeń, bo możemy mieć udział w zwycięstwie Maryi. Potyczki, często przegrane zmagania nic nie znaczą, jeśli zawierzymy się jej macierzyńskiej opiece. Ona jest rękojmią naszego zbawienia, w Jej życiu Bóg okazał swoją moc, obdarzając Ja pełnią łaski a dzisiaj przez Jej pośrednictwo pragnie te łaski zsyłać nam, przypominając, że ostatecznie to ona – zgodnie z wizją Apokalipsy – ściera głowę szatana, przypominając nam, że choć jest on groźny, butny i pyszny, to ostatecznie wobec Niej i tych, którzy zawierzyli Jej pieczy swoje życie pozostaje bezsilny.

Medytacja jako doświadczenie pustyni

Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: «Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco!». Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na miejsce pustynne, osobno. (Mk 6, 31-32)

Dzisiejszy komentarz do medytacji piszę w Afryce. Pisząc spoglądam przez okno, z którego aż po horyzont rozciąga się pustynia. Można by zatem rzec, że temat rozważań narzuca się sam, tym bardziej, że – jak o tym już nie raz mówiliśmy – praktyka medytacji mocno wpisuje się w duchowość pustyni.

Obraz pustyni był w moim doświadczeniu duchowym zawsze ważnym aspektem. Najpierw za sprawą jednego z moich ulubionych pisarzy chrześcijańskich – Carlo Carretto – ze zgromadzenie Małych Braci od Jezusa, który swoimi „Listami z Pustyni” a następnie bardzo intensywnymi rekolekcjami pod charakterystycznym tytułem „Pustynia w mieście” zainspirował mnie tym rodzajem duchowości. A potem w seminarium, gdzie za ojca duchownego otrzymałem w darze (choć czasem to był trudny dar) kapłana, który będąc miłośnikiem duchowości Małych Braci Karola de Focould sam spędził wśród nich rok na pustyni.

Pustynia jako metafora służy zobrazowaniu wielu tematów z zakresu duchowości. Jednym z nich jest bez wątpienia temat medytacji chrześcijańskiej, która doskonale wpisuje się w duchowe doświadczenie pustyni.

Kiedy czytamy opisy pustyni jawi się ona przede wszystkim jako miejsce nieurodzajne, w pewnym sensie niebezpieczne, będące środowiskiem wrogim dla życia. A jednak Izajasz prorokując by pustynia napełniła się weselem a spieczona ziemia – zazieleniła (por. Iz 35,1-2) pokazuje, że pustynia może mieć także wymowę pozytywną.

Kiedy skupimy się na biblijnych opisach pustyni, to dostrzeżemy, że jest ona, przede wszystkim, miejscem zmagań, gdzie dokonuje się nawrócenie i oczyszczenie, gdzie walka z nieprzyjaznym środowiskiem staje się symbolem osobistej walki o panowanie nad sobą i zwycięstwo nad demonami. Jest ona również miejscem, gdzie doświadcza się bogatych i pozytywnych przeżyć, jak spotkanie Mojżesza z Bogiem w gorejącym krzewie na górze Synaj (por. Wj 3,2) czy Eliasza, który dostrzegł Stwórcę w „dźwięku łagodnej ciszy”, czy w szmerze łagodnego powiewu na górze Horeb (1 Krl 19,12).

Ale jak pisze w książce p. t. „Listy z pustyni” wspomniany już Carlo Carretto: „Pustynia jest miejscem osobistej odnowy i odświeżenia, nie tylko w sferze duchowej, ale także fizycznej i emocjonalnej”. Daje świadectwo, że czas spędzony na pustyni (choćby był to jeden dzień) jest dobroczynny dla całego człowieka. Wiele osób,  nie tylko duchownych, wpisane mają w swój duchowy program spędzenie na pustyni przynajmniej jednego dnia w miesiącu. Przykładem takiej praktyki jest kard. Robert Sarah – obecny Prefekt Kongregacji Doktryny Sakramentów, znany w Polsce ze swoich książek i głoszonych tu rekolekcji, który każdego miesiąca spędza na odosobnieniu, które nazywa swoją pustynią trzy dni w miesiącu, jadąc tam jedynie z Pismem Świętym w ręku i spędzając ten czas na modlitwie. Podobne doświadczenie jest wpisane w duchowość Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich, których Siostry i Bracia spędzają w ramach „pustyni” jeden dzień w tygodniu. Znam także małżeństwa, które wyjeżdżają (oczywiście oddzielnie) na taki dzień pustyni i dają zgodne świadectwo, że ten czas spędzony w odosobnieniu jest intensywnym „ładowaniem duchowych akumulatorów”.

Ale pustynia kojarzy się z jeszcze jednym doświadczeniem, które uświadomiłem sobie bardzo mocno właśnie w tym roku a które wprost łączy się z kwestią duchowości. Mam na myśli fakt, że pustynia zmusza człowieka do poważnie rozumianej refleksji ekologicznej. W małym domku, który zamieszkuję jest wyryty napis: „For a better World” a donosi się do korzystania z wody, której tutaj po prostu nie ma. Świadomość barku tego podstawowego dobra woła o rozwagę i ludzką mądrość w posługiwaniu się naturalnymi dobrami, które dał nam Bóg, tak, aby starczyło ich dla innych. Na pustyni zupełnie inaczej rozumie się słowa jakie Bóg w Księdze Rodzaju kieruje do pierwszych ludzi: „Czyńcie sobie ziemię poddaną.” Stwórca dając nam w darze miłości Ziemię i jej zasoby przypomina nam, że jej czyste i delikatne piękno wymaga opieki i współpracy ze strony ludzi, jeżeli ma przetrwać i służyć kolejnym pokoleniom. Widok pustyni za oknem przypomina mi o zagrożonym środowisku (można ten obraz odnieść zarówno do środowiska zewnętrznego jak i wewnętrznego) i właśnie dlatego oba te środowiska powinny zajmować najwyższe miejsce na liście spraw, o które nieustannie troszczy się człowiek wiary. Dlatego, że odniesienie do środowiska zewnętrznego dokładnie wpisuje się w relacje potrójnej miłości: do Boga, do drugiego człowieka i do samego siebie. Takiego właśnie odniesienia uczy pustynia.

Pustynia – jak zwykł mawiać wspomniany już Mały Brat od Jezusa – prowadzi do poznania samego siebie a przez to doświadczenie do spotkania z Bogiem w takiej rzeczywistości, jaką ona jest naprawdę a nie jakiej byśmy sobie życzyli. Oczywiście mówiąc o pustyni mamy na myśli pewien symbol, który nie koniecznie oznacza miejsce geograficzne o takiej nazwie. Pustynia jest to jakiekolwiek miejsce odosobnienia i ciszy, gdzie możemy stanąć twarzą w twarz z głębokimi pytaniami dotyczącymi nas samych i naszego życia, w tym naszej relacji do Boga.

Przykład Chrystusa, ale też wielu duchowych autorytetów pokazuje, że jest to wymiar niezbędny dla naszego duchowego rozwoju. Warto pytać, czy w naszej duchowej wędrówce jest czas i miejsce na tę duchową przestrzeń, którą moglibyśmy określić jako nasze osobiste doświadczenie pustyni?

Największy skarb

Jezus powiedział do swoich uczniów:

Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo.

Sprzedajcie wasze mienie i dajcie jałmużnę! Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie niszczy. Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze.

”Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie. A wy podobni do ludzi, oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci; aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał. Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie. A to rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie”.

Wtedy Piotr zapytał: Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich?

Pan odpowiedział: Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielił jej żywność? Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce.

Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,32-48)

Największym skarbem chrześcijanina jest miłość Boga, a źródłem pokoju jest pamięć o tej miłości,  o tym, że mamy w niebie Ojca, który nas kocha. Chrześcijanin pomimo trudów i przeciwności nie załamuje się, nie traci nadziei, ponieważ wierzy, że jest w rękach miłosiernego Boga Ojca. Ludzie, który rzeczywiście odkryli przez Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym, że Bóg jest ich Ojcem i żyją tą prawdą i pamiętają o Bożej miłości, mają w sobie coraz więcej pokoju, harmonii i stabilności. Jeżeli ta miłość nas ogarnia, wypełnia nasze wnętrze, to choćby wokół nas świat się walił, będziemy mieć pokój, a nawet swoistą wewnętrzną radość.

Dzisiaj uczę się odczytywać sens tych ewangelicznych słów przez pryzmat ludzi Afryki, wśród których dane było mi się znaleźć w te wakacje. Są biedni, niewiele mają, wielu  z nich mieszka w warunkach, które my uznaliby za tragiczne, bez dostępu do bieżącej wody, czy prądu. A jednak są szczęśliwi i bogaci w pełną pokoju radość. Mają coś, czego nam – chrześcijanom zachodniej Europy – zdaje się coraz częściej brakować.

Aby odczytać sens dzisiejszej Ewangelii, trzeba się zatrzymać na pierwszym i ostatnim jej zdaniu. Pierwszy werset zawiera trzy fundamentalne elementy: przekazuje słowo pociechy, określa jej źródło i wskazuje na miłość Boga ku nam. Świadomość tych trzech elementów sprawia, że wspólnota (choćby była zaledwie małą trzódką) się umacnia i działa, żyje zgodnie ze swoją tożsamością (której źródłem jest udział w Królestwie samego Boga), aby rozwijać otrzymany dar miłości.

Dziś słowo otuchy jest skierowane przede wszystkim do tych uczniów Jezusa, którzy są prześladowani. Ale nie tylko! To nie jest iluzja, Bóg mówi: „Nie bój się”, bo nawet to, co małe i słabe, co po ludzku niepozorne, ma moc głoszenia Królestwa Bożego i jest umiłowane przez Ojca. A przeznaczeniem uczniów jest ścieżka zbawienia i świętości.

„Nie bój się!” mówi Bóg do nas, w których jest tyle mniejszych i większych, często bezzasadnych lęków. To one między innymi są przeszkodą do tego, abyśmy naszym życiem głosili Królestwo Boże, które jest już pośród nas, abyśmy z odwagą przyznawali się przed innymi do Chrystusa i do wiary.

Skoro Jezus daje nam swoje Królestwo, to co innego może nas zajmować? Własne życie, wygoda, nasz czas, nasze emocje? Otrzymaliśmy dar o wiele ważniejszy: Ojciec przez Syna daje nam w posiadanie swoje Królestwo. Czuwajmy więc. To czuwanie polega na tym, abyśmy przekazywali sobie lampę wiary i nadziei.

Słudzy z dzisiejszej Ewangelii nie wiedzieli, o której godzinie ich pan powróci. Nie mogli nastawić budzika i pójść spać. Podobnie Abraham nie wiedział, jak będzie przebiegała jego droga do Ziemi Obiecanej: „Wyszedł nie wiedząc dokąd idzie.” Przodkowie Izraela nie domyślali się kiedy nastąpi chwila wyzwolenia z niewoli egipskiej, które Bóg obiecał… Oni wszyscy nie wiedzieli. Lecz wierzyli. „Wiara jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy” – przypomina dziś autor Listu do Hebrajczyków [Hbr 11,1]. Wiara pozwala na mocy Bożego Słowa, które jest potężną gwarancją przyjąć za pewnik rzeczywistość, której jeszcze nie mas, której nie widać. Lecz czy potrafimy zaufać temu słowu tak jak zaufał mu Abraham, Mojżesz czy inni przed nami? Czy pozwalamy, by moc tego słowa przezwyciężała nasze obawy i nasze niedowiarstwo? Są w naszym życiu sytuacje, których nie rozumiemy. Nie mamy dokładnych wskazówek i harmonogramu Bożego działania. Pozostaje czasem zrobić kolejny krok w ciemności, mając za pochodnię jedynie wiarę i Boże Słowo.

Bóg nam zaufał i dał się nam poznać, pozostawiając nam swoja łaskę i Słowo. Niech zatem nas prowadzi Boże pocieszenie i błogosławieństwo.

Zejść z głowy do serca

Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: „Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha”. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem.

Na to zbliżyli się do Niego uczniowie i prosili: „Odpraw ją, bo krzyczy za nami”. Lecz On odpowiedział: „Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela”.

A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: „Panie, dopomóż mi”.

On jednak odparł: „Niedobrze jest brać chleb dzieciom i rzucać psom”.

A ona odrzekła: „Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołu ich panów”.

Wtedy Jezus jej odpowiedział: „O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz”. Od tej chwili jej córka została uzdrowiona. (Mt 15,21-28)

„Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida!” W dzisiejszej Ewangelii słyszymy prośbę wypowiedzianą słowami kobiety z Kanaanu. Jest to dokładnie to samo wołanie, które było modlitwą niewidomego spod Jerycha i które stało się kanwą Modlitwy Jezusowej.

Jest to modlitwa, która uświadamia nam, że każda i każdy z nas stoi przed Jezusem jak żebrak proszący o Jego uwagę i o Jego miłosierdzie. Można powiedzieć, że miłosierdzie Boga to pierwsza i Jedyna łaska, która jest nam potrzebna. Może właśnie dlatego Kościół uczynił to wołanie fundamentem jednej z najważniejszych modlitw, którą od wieków modlą się każdego dnia tysiące wyznawców Chrystusa.

Może się czasem zdarzyć, że podobnie jak ta kobieta z dzisiejszej Ewangelii trafiamy na mur obojętności Boga. Nie ma w odpowiedzi konkretnego słowa, ani znaku. Pozornie nie ma odpowiedzi. Wydawać się nam może, że Bóg milczy. Oczywiście jest to zawsze doświadczenie subiektywne. Niemniej warto, abyśmy w takich chwilach korzystali z lekcji jaką daje nam bohaterka dzisiejszej Ewangelii albo niewidomy spod Jerycha. Byśmy nie przestawali wołać z wiarą: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną, grzesznikiem.” Ta modlitwa, stając się modlitwą nieustanną posiada niezwykłą moc przemiany naszego serca, które skupione na tym wołaniu odwraca się od trapiących go trosk a jednocześnie pogłębia swoje oddanie i związek z Jezusem, gdyż wie, że jedynie do Niego może oczekiwać pomocy.

W naszym doświadczeniu modlitwy często łapiemy się na tym, że mechanicznie powtarzamy wyuczone formuły, jednak myślami jesteśmy gdzieś indziej. Wiele osób skarży się, że trudno im skupić się na modlitwie.

Modlitwę Jezusową jako formę medytacji monologicznej określa się często mianem modlitwy wewnętrznej. Fenomenem tej praktyki jest to, że potrafi przemienić właśnie to z czym w modlitwie mamy często największy problem. A czyni to przez prosty zabieg. Nie często zdajemy sobie sprawę, że źródłem rozproszeń jest wielość myśli, które towarzyszą naszej modlitwie, to generuje różne wyobrażenia, które spontanicznie pojawiają się w naszej głowie, odciągając ją od rzeczywistej treści modlitwy. W modlitwie monologicznej ograniczamy się do ubóstwa jednego słowa/wersetu. Taka praktyka sprawia, że przestajemy zatrzymywać się nad sensem wyrazów, bo właściwie nie ma nad czym, a nasza głowa z czasem zaczyna podążać za sercem. Ta prosta praktyka ułatwia nam trwanie przed Bogiem. Im bardziej będzie ono cierpliwe i wytrwałe zobaczymy, że z czasem moc słowa/wersetu wypowiadanego w sercu pokona zupełnie nasze rozproszenia i wprowadzi nas w doświadczenie, które Mistrz Eckhart nazywa „misterium obecności”

Niestety żyjemy w świecie, w którym do naszego umysłu dociera zbyt wiele bodźców, co sprawia, że nasz umysł jest rozbiegany i za każdym razem powrót do tego, aby był on zwrócony jedynie ku Bogu jest trudne. Można powiedzieć, że to cena jaką płaci współczesny człowiek za to, że jego umysł staje się więźniem informacji, za którymi sam świadomie lub nieświadomie podąża. Stąd główną mądrością Modlitwy Jezusowej jest nieustanne powracanie do powtarzania w sercu modlitewnego wezwania kiedy się tylko da, co sprawia, że nasz umysł idąc za sercem nieco mniej oddala się od Boga, a przez to jest nie tylko mniej rozproszony w codziennym życiu, ale i żyje mocniej świadomością obecności przed Bogiem, zamieniając tym samym na modlitwę również inne czynności, które stają się naszym udziałem, zgodnie z dewizą św. Pawła Apostoła: „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” [1 Kor 10,31]. Jest to przecież ten sam św. Paweł, który w Liście do Tessaloniczan wzywa: „Módlcie się nieustannie”. [1 Tes 5,17]. Uświadamia nam w ten sposób, że modlitwa to coś więcej niż aktywność naszego rozumu. Gdyby tak było spełnienie wezwania Apostoła nie byłoby możliwe w praktyce. Święty Paweł doskonale wiedział, że modlitwa jest bardziej postawą wobec Boga i nie ogranicza się jedynie do intelektu, że ważniejsze w tej postawie jest serce i jego dyspozycja niż intelekt.  Nie znaczy, że rozum nie jest ważny. Ala jak zwykł mawiać ojciec Jan Bereza OSB: dla nas ludzi Zachodu konieczne jest praca nad tym, aby zejść z głowy do serca. I choć to krótki dystans, przebycie go wymaga częstokroć sporo czasu i wysiłku. Jest to jednak konieczne, jeśli człowiek chce prawdziwie „być” przed Bogiem nie tylko w modlitwie, ale i w życiu.