Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Oddajcie Bogu, co Boskie

Uczeni w Piśmie i starsi posłali do Jezusa kilku faryzeuszów i zwolenników Heroda, którzy mieli pochwycić Go w mowie. Ci przyszli i rzekli do Niego: Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i na nikim Ci nie zależy. Bo nie oglądasz się na osobę ludzką, lecz drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? Mamy płacić czy nie płacić?

Lecz On poznał ich obłudę i rzekł do nich: Czemu Mnie wystawiacie na próbę? Przynieście Mi denara; chcę zobaczyć.

Przynieśli, a On ich zapytał: Czyj jest ten obraz i napis?

Odpowiedzieli Mu: Cezara.

Wówczas Jezus rzekł do nich: Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.

I byli pełni podziwu dla Niego. (Mk 12,13-17)

Człowiek ze swej natury jest istotą pytającą. Ale pytania można zadawać z różnych motywów: po to, aby znaleźć prawdę; po to, aby pogłębić swoją wiedzę,  czy rozwikłać jakiś problem… Można też pytać w celu przysłowiowego „dokopania” komuś, skompromitowania lub postawienia drugiego człowieka w niekomfortowej sytuacji… Uczeni w Piśmie z dzisiejszej Ewangelii stawiają pytanie, które wcale nie ma się przyczynić do ich duchowego rozwoju, lecz tylko do zastawienia swoistej pułapki na Mistrza z Nazaretu.

Dzisiejsza Ewangelia jest swego rodzaju przestrogą a zarazem pytaniem o czystość naszych intencji w posługiwaniu się słowem. Ta przestroga dotyczy szczególnie nas – chrześcijan, których wiara rodzi się właśnie ze wsłuchiwania się w słowo. Na ile wsłuchując się w słowo Boże sami stajemy się jego odbiciem, rezonujemy tym słowem w naszym myśleniu czy sposobie postępowania? Taki jest bowiem cel modlitwy monologicznej: pozwolić się na tyle przeniknąć słowu, w które wsłuchujemy się w medytacji, aby ono nas wewnętrznie przemieniało rodząc w nas nowy – Jezusowy – sposób myślenia i patrzenia.

Sytuacja, w której rozmówcy z dzisiejszej Ewangelii stawiają Jezusa wydaje się bez wyjścia. Jeśli opowie się za płaceniem podatku można będzie Go oskarżyć o kolaborację z okupantem, jeśli odmówi konieczności płacenia stanie w roli buntownika wobec ustanowionego przez Rzymian porządku. Ale jak pisze św. Paweł w drugim liście do Tymoteusza na szczęście „Słowo Boże nie uległo skrępowaniu” (2 Tm 2,9) i świat, choć często ucieka się do manipulowania słowem w celu osiągnięcia swoich korzyści nie ma mocy skrępowania jednego słowa – Słowa Bożego! Dlatego jeśli chcemy być wolni od skrępowania naszego sposobu myślenia i mówienia przez mentalność świata trzeba byśmy nieustannie wsłuchiwali się w słowo Boże.

Jak powiedziano wcześniej człowiek ze swoje natury lubi zadawać pytania. Adresatem tych pytań jest nie tylko człowiek, ale często i Bóg. W doświadczeniu medytacji rezygnujemy z zdawania pytań na rzecz wsłuchiwania się w słowo i to, co ono samo chce nam powiedzieć. Nie chcemy krępować słowa Bożego lecz zgodzić się na to, aby to ono przejęło rolę naszego przewodnika zarówno w życiu duchowym jak i w codziennym życiu.

Krótka odpowiedź Pana Jezusa udzielona wysłannikom saduceuszy jest swego rodzaju normą pragnącą wprowadzać ład w nasze często rozchwiane życie: „Zatem oddajcie cesarzowi to, co cesarskie, ale Bogu oddajcie to, co Boże”. Na monecie jest wizerunek cesarza. Ale w każdym z nas jest wizerunek Boży. Jeśli we mnie i w tobie jest wizerunek Boży, zatem my sami jesteśmy Boży. Dlatego winniśmy oddać Bogu to, co Boże. To znaczy oddać mu samych siebie!

I to właśnie czynimy w medytacji. Pragniemy oddawać się Bogu bez warunków i bez zastrzeżeń a medytacja pragnie uczyć nas przenosić to doświadczenie w nasze codzienne życie.

Jeśli jesteśmy stworzeni na obraz Boży i mamy Bogu oddawać samych  siebie, to znaczy, że nie wolno nam stawać się niewolnikami rzeczy, czy w szerszym znaczeniu niewolnikami świata i jego sposobu myślenia.

Bóg jest Miłością. Jeśli zatem jesteśmy stworzeni na obraz Boży, to również dla nas miłość powinna być naszą pierwszą wytyczną życiową i najważniejszym motywem naszego postępowania. W ten sposób żyjąc na świecie oddamy światu to, co najlepsze, czego ma prawo spodziewać się on po uczniach Chrystusa, pozostając jednocześnie wewnętrznie wolnymi.

Paraklet i nasze „ja”

Wieczorem w dniu zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, choć drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: «Pokój wam!» A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.

A Jezus znowu rzekł do nich: «Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam». Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: «Weźcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane». (J 20, 19-23)

Wydaje się, że bardzo trudno jest zbliżyć się do tajemnicy Ducha Świętego. Właściwie nie ma On nawet swego imienia, choć jest osobą – jedną z osób Trójcy Świętej. Mówimy o Nim po prostu: „Duch Święty”. Jeśli więc Duch pozostaje dla nas często tak nieuchwytny, to z pewnością nie dlatego, że jest od nas daleko, ale dlatego, że jest zbyt blisko nas. Jak oddech, o którym ledwie pamiętamy, a bez którego nie byłoby życia.

Czy istnieje zatem jakaś droga, która mogłaby w sposób pewny doprowadzić nas do prawdy o Duchu Świętym?

Niech próbą odpowiedzi będzie  historia, której świadkiem byłem jakiś czas temu w banku. Stałem w kolejce do okienka, gdy w pewnym momencie w drzwiach ukazał się uśmiechnięty od ucha do ucha, wsparty na lasce staruszek, który zakrzyknął: „Dzień dobry państwu. Kto ostatni?”. Ponieważ ja byłem tą osobą, skinąłem ręką, która staruszek z radością uścisnął mówiąc: „Grabulka!” Następnie pełnym pogody ducha głosem zaczął opowiadać, że ma 94 lata, zamierza dożyć setki i w oczekiwaniu na załatwienie bankowych spraw uraczył obecnych mnie jeszcze kilkoma opowieściami, wywołując tym uśmiech na twarzach wszystkich. Klimat radości promieniujący od starszego pana udzielił się wszystkim.

Dlaczego przywołuję tę historię? Ponieważ przybycie jednej osoby zmieniło całkowicie charakter bankowej sali. Przez staruszka o lasce, lekko przygłuchego, zbliżającego się do kresu życia – wszedł w obecnych nowy powiew radości i ożywienia.

Tak właśnie jest z tajemniczym gościem, którym jest Duch Święty. Pojawia się, nie wiadomo skąd, a Jego przybycie zmienia wszystko, napełnia nowym życiem te miejsca i obszary w nas, które pozostają w uśpieniu, lęku i marazmie. Tak stało się z Apostołami, którzy siedzieli zamknięci w Wieczerniku.

Święty Jan Ewangelista przedstawia Ducha Świętego jako dar Jezusa zmartwychwstałego, obdarowującego uczniów darami, które zmieniają w ich życiu dosłownie wszystko. To dar odpuszczania grzechów, dzięki któremu człowiek może się nieustannie zanurzać w Bożym miłosierdziu. To dar języków, dzięki któremu nieuczeni ludzie mogą opowiadać Ewangelię wszystkimi językami i we wszystkich językach głosić Boża chwałę. To dar radości, którą Jego uczniowie będą dzielić się ze wszystkimi napotkanymi na swojej drodze, nawet w obliczu prześladowań i w niebezpieczeństwie śmierci.

Apostołowie znów doświadczyli, że Boga nie da się posiadać, że On ciągle wyprzedza i przekracza nasze pomysły. To dosyć niewygodne, bo wymaga zgody na to, że nie wszystko mamy pod kontrolą, choć świat próbuje nas przekonać – z różnym skutkiem – że jest inaczej.

Duch Święty uczy nas nowej wizji jedności, która zaczyna się tam, gdzie najpierw szanujemy różnorodność, choć zupełnie inaczej niż czyni to świat.

Żyjemy dzisiaj w świecie, który ma obsesję na punkcie oryginalności i niepowtarzalności. Im bardziej coś jest niezwyczajne, niespotykane, a najlepiej szokujące swoją nowością i odrębnością, tym lepiej. Taka musi być sztuka, taka musi być popkultura, technologia i – co najważniejsze – taki musi być człowiek. Jeśli jesteś zwyczajny, niczym się nie wyróżniasz i nie idziesz za nowymi trenami, to nic nie znaczysz. Oczywiście nie chodzi o oryginalność dla samej oryginalności, chodzi o odkrycie własnego „ja”, własnej niepowtarzalnej tożsamości, czegoś wyjątkowego, co jest w każdym gdzieś głęboko schowane. Pozostaje tylko pytanie: czy gdzieś w tym przymusowym sileniu się na oryginalność, w podążaniu za ciągle zmieniającymi się trendami bardziej nie gubimy własnej tożsamości i niepowtarzalności niż je odnajdujemy?  Że odnajdujemy własne „Ja”, ale raczej to fałszywe, które świat za wszelką cenę pragnie w nas podtrzymać, nie mające kontaktu z naszą prawdziwą wartością, jaką wpisał w nas Bóg i dlatego szukająca sztucznych sposobów jej podtrzymywania.

Paradoks myślenia świata polega na tym, że obok zgodny na oryginalność często zaprzecza on samemu sobie bo twierdzi jednocześnie, że lepszy świat zbudujemy tylko wtedy, kiedy „ty” staniesz się taki, jak ja chcę, żebyś był i kiedy „twój sposób myślenia” stanie się odbiciem mojego sposobu myślenia.

I choć z pozoru komplement, że jest się oryginalnym może brzmi to całkiem nieźle, słowo Boże mówi na ten temat zupełnie coś innego.

Jezus przez wiele dni zapewniał nas w Ewangelii, że Duch Święty po Jego odejściu do nieba nie będzie mówił niczego od siebie, tylko będzie powtarzał po Synu Bożym. Nie da ludziom nic oryginalnego i swojego, ale weźmie z tego, co Jezusowe i tym będzie ich obdarzał. Co ciekawe, z Jezusem sprawa miała się bardzo podobnie. Wielokrotnie powtarzał, że mówi tylko to, co usłyszał od Ojca, i robi tylko to, co widział u Ojca. I że to wypełnianie woli Ojca jest Jego pokarmem i największą radością. Jak to powiedział jeden z biblijnych komentatorów: „ Czytając te słowa można odnieść wrażenie, że w Trójcy Świętej sami plagiatorzy i odtwórcy. Żadnej oryginalności i innowacyjności”.

Ale właśnie dlatego zarówno Jezus, jak i Duch Święty są tak fascynujący i zadziwiający jak nikt inny na świecie. Bo „prawdziwa prawda”, jej oryginalna wersja, jest tylko jedna. Ma ona swoje źródło w Bogu Ojcu, który jest początkiem wszystkiego, jest stwórcą każdego bytu, a więc wszystkie pomysły pochodzą od Niego. I tylko ktoś, kto szuka w Nim, może znaleźć swoją oryginalność i wyjątkowość. Swoje niepowtarzalne i prawdziwe „ja”. A jednocześnie tylko ten, kto szuka w Nim może uwolnić się od zniewalającego dyktatu zmieniających się mód i filozofii świata. Jak powie Chrystus: „Poznacie prawdę a prawda was wyzwoli”. A prawda jest tylko jedna i tylko jedno jest jej źródło – Pan Bóg. Jakże inaczej brzmią wobec tej rzeczywistości słowa jednego ze współczesnych, popularnych i liberalnych filozofów mówiącego, że: „Dla nas jedyną przeszkodą do osiągnięcia pełnej wolności jest prawda!”

Kto zatem szuka w świecie prawdy o sobie, znajdzie jedynie skrawki tego, kim naprawdę jest. Kto szuka u Boga, nie przestanie się dziwić, jak niezwykłym jest dziełem, bo twórczość i kreatywność Boga Ojca nie mają końca, więc każdy Jego byt i każde Jego dzieło są niepowtarzalne.

Może warto zatem na końcu zadać sobie pytanie: Jak przeżyć tę dzisiejszą uroczystość, żeby nie była pustym wydarzeniem? Najpierw spróbujmy zaprosić Ducha Świętego do swojego życia i przyjmijmy to, że przyjdzie w sposób zaskakujący, tak jak sam będzie chciał, a wtedy spróbujmy pójść za Jego natchnieniami. Nie stawiajmy Mu granic – dobrze na tym wyjdziemy!

Owocem Ducha może być tylko nowe i przemienione życie.

Relacja z Bogiem

W czasie Ostatniej Wieczerzy Jezus, podniósłszy oczy ku niebu, rzekł:

«Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś. A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa.

Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które Mi dałeś do wykonania. A teraz Ty, Ojcze, otocz Mnie u siebie tą chwałą, którą miałem u Ciebie wpierw, zanim świat powstał.

Objawiłem imię Twoje ludziom, których Mi dałeś ze świata. Twoimi byli i Ty Mi ich dałeś, a oni zachowali słowo Twoje. Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek Mi dałeś, pochodzi od Ciebie. Słowa bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś. (J 17, 1-9)

„A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa.”. Życie wieczne to znajomość Jezusa. Chodzi tu jednak o znajomość w znaczeniu biblijnym, a więc nie tylko o zdobycie odpowiedniej ilości wiedzy czy informacji na Jego temat, ale o bardzo konkretną więź osobową. Jezus mówi nam, żeby osiągnąć życie wieczne to konieczne jest nasze zjednoczenie z Ojcem i Synem. To, co tworzy tę osobistą więź, relację z Jezusem, to świadomość tego, że nie ma mnie bez Niego. I to w sensie dosłownym, gdyż to On jest źródłem mojego życia. Święty Paweł w Liście do Kolosan pisze o tym wprost: „On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie” (Kol 1,15-17) a następnie doda: „On podtrzymuje wszystko słowem swej potęgi” (1,3).

Ale też – jak podkreślał to św. Jan Paweł II – nie mogę być sobą w prawdziwym tego słowa znaczeniu bez Chrystusa. Przypomnijmy te znane słowa z jego pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny z 1979 roku, wypowiedziane w stolicy: „Bez Chrystusa człowiek nie może zrozumieć ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie”.

A zatem można powiedzieć, że jednym z fundamentów budowania osobistej więzi z Bogiem jest świadomość, że Go po prostu potrzebujemy. Brak tej świadomości sprawia, że zaczynamy tę wieź lekceważyć.

Nie da się budować głębokiej relacji żyjąc z kimś  na dystans czy jedynie mijając się z nim i wymieniając zdawkowe „Dzień dobry” i „Do widzenia”. Mamy relację z Jezusem wówczas, kiedy do Niego odnosimy nasze życie, gdy włączmy Go do naszej codzienności, gdy spędzamy z Nim czas. Medytacja jest doświadczeniem, które nie tylko tworzy przestrzeń spotkania, ale pozwala wsłuchiwać się w słowo i otwierać się na łaskę. Ale być w relacji z Jezusem, to także patrzeć na własne życie przez pryzmat Jego życia, Jego nauczania, Jego Osoby. Bez tego warunku trudno nam będzie rozpoznawać Jego obecność w naszym życiu.

Spoglądać na własne życie przez pryzmat Jezusa i Jego Ewangelii to nade wszystko uwierzyć, że możemy żyć inaczej i że to pragnienie nie jest jedynie w sferze naszych marzeń. Jezus całym swoim życiem i nauczaniem pragnie nas zaprosić do zajęcia postawa prostoty. Prostota z kolei rodzi w nas większą wrażliwość na znaki obecności Boga w świecie i w drugim człowieku. Jak również uzdalnia nas do większej radości dzielenia się z innymi w duchu miłości.

Oczywiście są różne rodzaje prostoty. Istnieje prostota niebezpieczna – bezkrytyczna i oderwana od wszystkiego i druga prostota – spokojna, mądra, cierpliwa, niepamiętliwa innymi słowy święta. To właśnie tego rodzaju prostoty uczy nas Chrystus.

Prostota pozwala nam także wychodzić poza nasze wyobrażenia o Bogu, żeby dowiedzieć się naprawdę, kim jest Bóg. A nikt poza Jezusem nie nauczy nas prawdy o Bogu. I jak sam mówi czyni to najskuteczniej od strony wewnętrznej, do strony serca. Stąd modlitwa serca, choć pozornie jest ciszą, to jest to cisza przenikniętą obecnością i działaniem Ducha Świętego. Doskonale wiedzą o tym ludzie głębokiej modlitwy, którzy o Panu Bogu potrafią powiedzieć więcej niż wytrawni teologowie a już z pewnością potrafią Go lepiej zrozumieć. A przecież nikt inny poza Nim nie nauczy nas patrzeć na życie dalej i głębiej. A takie jest spojrzenie wiary. My jednak ulegamy często pokusie ograniczenia naszego patrzenia do tu i teraz, do jakichś naszych utylitarnych pragnień. A przecież święty Paweł mówi: „Jeśliście więc razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu”. [Kol 3, 1-3]

Życie ukryte w Bogu i świadomość takiego życia, to jeden z najpiękniejszych owoców zażyłej relacji z Chrystusem.

Doświadczenie medytacji pragnie nas nieustannie zanurzać w tę świadomość a im jest ona głębsza tym łatwiej wszystko, co się wydarza w naszym życiu również odnieść do Jezusa.

Jest jeszcze jeden aspekt, o którym nie wolno zapomnieć: Głęboka relacja z Jezusem uwalnia nas od nas samych, od zbytniego koncentrowania się na własnych sprawach. Nadmierne skupienie się na sobie jest owocem grzechu w nas.  Relacja z Jezusem uczy nas odpuszczania wszystko tego, co niekonieczne, co nas często wiąże w wymiarze tak duchowym, psychicznym czy materialnym. Jedynie przy Jezusie mamy szansę stać się naprawdę wolnymi ludźmi, co podkreśla sam Jezus w rozmowie z faryzeuszami: „Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni” [J 8,36]. Wolność jest w nas, choć tak trudno nam uwierzyć, że jeśli jest ona prawdziwa, to zawsze jest bardziej działaniem łaski niż owocem naszego poszukiwania wolności.

Jak już niejednokrotnie wspominaliśmy prawdziwe życie wiary to w dużej mierze sztuka odpuszczania. W życiu duchowym nie chodzi o to, abym więcej osiągnął, ale abym bardziej zaufał. Medytacja monologiczna, tak jak każda modlitwa kontemplacyjna uczy nas właśnie takiego odpuszczania sobie, by bardziej zaufać Bogu. Jak zachęca ojciec Franz Jalics SJ musimy uczyć się zgody na to, bo przekazywać ster naszego życia w ręce Boga a my winniśmy pozostać uważny na to, czego On pragnie cię nauczyć prowadząc nas przez życie. Im bardziej będziemy zgadzali się na to, żeby nasze życie podporządkować woli Bożej, tym bardziej nasze życie będzie stawało się kontemplacyjne i Jezusowe.

Nie rozsiadajmy się zazbytnio w pociągu życia

Jedenastu uczniów udało się do Galilei, na Górę Oliwną, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami:

«Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata». (Mt 28, 16-20)

Kiedyś jeden z moich współbraci w kapłaństwie mówiąc kazanie z okazji Uroczystości Wniebowstąpienia Pańskiego zaprosił zgromadzonych w kościele by pozwolili sobie na puszczenie wodzy fantazji i wyobrazili sobie, że jadą pociągiem. Do przedziału wchodzi pasażer. Siada. Otwiera walizkę. Wyciąga z niej obrus i kładzie na małym stoliku pod oknem. Następnie stawia tam wazonik z kwiatkiem. Myślimy sobie: „Może chce sobie umilić podroż!?” Kiedy zabiera się za wieszanie firanek w oknie zaczynamy czuć się niepewnie. Ale kiedy rozpoczyna przybijanie obrazków na ścianach wzywamy obsługę pociągu albo zmieniamy przedział obawiając się, że mamy do czynienia z wariatem.

Jest dla nas bowiem oczywiste, że w ten sposób nie zachowuje się człowiek podróżujący pociągiem, z którego wysiądzie za parę godzin.

A jednak ten obraz to nasze życie pokazane w krzywym zwierciadle. Bo nierzadko zachowujemy się podobnie, jak rzeczony pasażer, gdy przesadnie próbujemy się urządzić na tym świecie, w którym jesteśmy ledwie kilkadziesiąt. Jakbyśmy zapomnieli o tym, że nasz prawdziwy dom jest w Niebie.

Przypomina nam o tym właśnie tajemnica Wniebowstąpienia Pańskiego, w której Chrystus Pan jako pierwszy wyruszył w drogę do Domu Ojca. (Choć może nie jako pierwszy, bo w Starym Testamencie jest postać, która – jak sugeruje Pismo Święte – została wzięta do niema. Kto to?)

Pamięć o tym, że naszym celem jest Niebo nie zwalnia nas oczywiście z troski o ten świat, a zwłaszcza o współtowarzyszy drogi: Jesteśmy odpowiedzialni za to, by wskazywać sobie nawzajem drogę zbawienia i pomagać sobie tą drogą iść, choć przyznać musimy w pokorze, że moglibyśmy się nierzadko lepiej wywiązywać z tego zadania.

Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego w 2006 roku spędzał w naszej ojczyźnie papież senior Benedykt XIV i komentując słowa z dzisiejszego pierwszego czytania skierowane przez anioła do Apostołów: „Dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?” (Dz 1, 1), w piękny sposób mówił o tych dwóch aspektach naszej egzystencji. Stoimy na ziemi, a więc tu tworzymy dobro, zarówno w sferze materialnej, jak i przede wszystkim w sferze duchowej. Jednocześnie jednak nie możemy sobie pozwolić na to, by stracić z pola widzenia Niebo, bo to jest właściwa perspektywa człowieka wierzącego, otwierająca przed nim najwspanialszy, nieskończony horyzont wiecznego życia i szczęścia. To z tej perspektywy, która przewartościowuje całe jego życie ma on także patrzeć na doczesność i codzienność.

Kiedy rozważałem dzisiejsze czytania, pomyślałem o różnicy między zakochaniem a miłością. Zakochanie to czas, kiedy nam się wydaje, że spotkaliśmy osobę, która uczyni nas szczęśliwym, miłość natomiast zaczyna się z chwilą podjęcia decyzji, że to ja chcę uczynić tę osobę szczęśliwą. W konsekwencji to już nie moje plany i wizje są najważniejsze. Gotowy jestem zrezygnować ze swoich marzeń na rzecz dobra innej osoby. Jest to droga nie tylko do dojrzałej relacji, ale także do osobistego wzrostu i szczęścia.

Przywołuję to doświadczenie, bo dzisiaj widzimy, jak zmienia się relacja uczniów do Pana Jezusa.

Gdy apostołowie towarzyszyli Jezusowi przez trzy lata w Jego publicznej działalności mieli mnóstwo wyobrażeń na Jego temat i oczekiwań co do Niego. Jako dobrzy Żydzi marzyli o wyzwoleniu i pomyślności Izraela, jako zwykli ludzie pragnęli własnego szczęścia. Jezus Mesjasz i Król miał im to zapewnić. Jego śmierć pogrzebała te nadzieje, ale Jego zmartwychwstanie na nowo przywróciło oczekiwania.

Stąd zasadne wydaje się pytanie uczniów, które słyszymy w pierwszym czytaniu: „Czy to wtedy przywrócisz królestwo Izraela?”

Ale wszystko to zmienia się w uczniach, gdy otrzymują Ducha Świętego. Pogodzili się z myślą, że Jezus nie jest Mesjaszem z ich marzeń, który odnowi polityczny byt.

I kiedy w końcu porzucili swoje wizje, byli w stanie głosić Chrystusa nawet za cenę własnego życia.

I choć Jezusa nie było już pomiędzy nimi, nagle doświadczyli prawdziwej bliskości z Nim. W każdym miejscu współdziałał z nimi. Wcześniej jedynie mogli zobaczyć, jak uzdrawia i czyni cuda; teraz mogli doświadczyć, jak działa przez ich własne ręce.

Otwierając się na prawdziwego Jezusa, zaczęli żyć miłością, a nie złudzeniami. To jest także zadanie dla nas, które przenosi nas na zupełnie inny poziom wiary.

Na tym polega paradoks Wniebowstąpienia. Wydaje się, że aby zasiąść po prawicy Ojca, Jezus odszedł z tego świata. Ale to nieprawda.

W chwale niebieskiej Jezus jest jeszcze bliżej nas. Niebo nie jest daleko, jest rzeczywistością, którą możemy w pewnym wymiarze urzeczywistnić już tu i teraz przez wiarę i miłość.

Duch Święty, jeśli  się na Niego otworzymy, zstępuje właśnie po to, aby zanurzyć nas tę Bożą rzeczywistość i przekonać, że wszystko w naszym życiu jest miejscem Boga i  przestrzenią Jego obecności i działania.

On żyje w nas

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Teraz idę do Tego, który Mnie posłał, a nikt z was nie pyta Mnie: „Dokąd idziesz?” Ale ponieważ to wam powiedziałem, smutek napełnił wam serce. Jednakże mówię wam prawdę: Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Paraklet nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, to poślę Go do was.

On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie. O grzechu – bo nie wierzą we Mnie; o sprawiedliwości zaś – bo idę do Ojca i już Mnie nie ujrzycie; wreszcie o sądzie – bo władca tego świata został osądzony». (J 16, 5-11)

Jezus mówi, że smutek napełnił serca uczniów, gdy usłyszeli o Jego bliskim odejściu. Nie wyobrażają sobie życia bez Niego. Bez Boga człowiek nie wie dokąd zmierza i nie potrafi nawet zrozumieć kim jest, jak nauczał św. Jan Paweł II, którego stulecie urodzin wspominaliśmy wczoraj.

Czy możemy powiedzieć o sobie, że również nie wyobrażamy sobie życia bez Jezusa? Moim zdaniem to fenomenalna definicja chrześcijanina: „Człowiek, który nie wyobraża sobie życia bez Jezusa”. Dlatego szuka Go w Eucharystii, w modlitwie, w Słowie Bożym, w codzienności.

A jednak Jezus mówi, że „Pożyteczne jest dla was moje odejście”. Czasem możemy przeżywać takie chwile w swoim życiu, w których subiektywnie wydaje się nam, że Jezus jest nieobecny? Czasem jednak takie doświadczenie staje się owocem działania łaski. Mam na myśli doświadczenie ciemnej nocy zmysłów czy ciemnej nocy ducha, które są pewnymi etapami na drodze duchowego wzrostu i zjednoczenia z Bogiem. Choć są „trudną łaską”, to służą tak koniecznemu na naszej duchowej ścieżce oczyszczeniu i poszerzeniu wolności naszego serca, abyśmy jeszcze bardziej mogli oprzeć się tylko na łasce Bożej.

Jezus pragnie dla nas zawsze więcej. Taka jest logika Ewangelii. Taka jest logika miłości.  Chwile naszej samotności i opuszczenia mogą stać się czasem szczególnej łaski. Nie mniej Jezus zapewnia nas, że Jego Duch jest zawsze z nami.

Jezus śpieszy z wyjaśnieniem tego dlaczego miałoby być pożyteczne Jego odejście: „Bo jeżeli nie odejdę Pocieszyciel nie przyjdzie do was, a jeżeli odejdę poślę Go do was”.

To wyjaśnienie bardzo intryguje. Bo dlaczego fizyczne odejście od nas Pana Jezusa było warunkiem obdarzenia nas Duchem Świętym? Ojcowie Kościoła na to pytanie odpowiadali bardzo prosto. Kiedy Pan Jezus był z nimi fizycznie, można Go było widzieć, słuchać, oglądać Jego cuda, można było stawiać Mu pytania. Niektórzy mieli nawet to szczęście, że się z Nim zaprzyjaźnili.

Istniała jednak pewna nieprzekraczalna granica, której nawet ludzie najbliżsi Panu Jezusowi nie mogli usunąć. Mianowicie jako widzialny człowiek, Pan Jezus nawet dla przyjaciół był kimś z zewnątrz. Dopiero kiedy odszedł do Ojca mógł posłać Ducha Świętego, który ostatecznie usuwa tę oddzielającą nas od Niego granicę, sprawiając, że On żyje w nas.

Zstępując w nasze serca, Duch Święty czyni nas jedno z Jezusem. Sprawia, że Chrystus jest w nas, a my w Nim. Dzięki Duchowi Świętemu z nami może stać się to samo, co z Apostołem Pawłem, który mógł prawdziwie powiedzieć: „Żyję ja, ale już nie ja żyję, żyje we mnie Chrystus”.

Tylko Duch Święty może nam pomóc poznać do końca prawdę o Bogu. Ale jest On też najlepszym naszym formatorem i duchowym Przewodnikiem.

Doświadczenie medytacji jest szczególną okazją by otworzyć się na działanie Ducha Świętego, którego Jezus posyła w swoim słowie na którym opieramy się w praktyce medytacji, ale pozwala nam również doświadczyć obecności i działania Ducha Bożego w nas. Duch Święty jest tym, który staje się przewodnikiem dla naszej medytacji, uczy nas posłuszeństwa i wiernego podążania za słowem w głąb tajemnicy spotkania, które dokonuje się w naszym sercu poprzez praktykę medytacji, pogłębiając naszą relację z Bogiem. Im głębsze staje się nasze życie duchowe, tym bardziej możemy dostrzec, że pogłębia się nasza wewnętrzna wrażliwość na działanie Ducha Świętego i Jego natchnienia. Duch Święty chroni nas też od zamieszania, które próbują wnieść w naszą praktykę różnego rodzaju rozproszenia. Medytacja, w której opieramy się bardziej na powierzeniu się działaniu Ducha niż na własnych wysiłkach umacnia w nas też świadomość Jego nieustannej obecności. Ta świadomość z kolei sprawia, że łatwiej odnajdywać nam obecność Boga w naszej codzienności, bo nie musimy Go już szukać na zewnątrz, ale wnosimy go nieustannie w nasze życie, we wszystko, co robimy, bo On zawsze jest w nas i przez nas działa.