Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Zatrzymać się w ciszy przed Panem

Z Ewangelii według Świętego Mateusza

Gdy Jezus wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie.

A oto zerwała się wielka burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: «Panie, ratuj, giniemy!»

A On im rzekł: «Czemu bojaźliwi jesteście, ludzie małej wiary?» Potem, wstał, rozkazał  wichrom i jezioru, i nastała głęboka cisza.

A ludzie pytali zdumieni: «Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne?» (Mt 8, 23-27)

Jak często ta sytuacja z dzisiejszej Ewangelii przypomina to, co dzieje się w naszym sercu… To obraz strapienia, które nas dotyka. Burze, które stają się czasem naszym udziałem są czymś obiektywnym, jednak to, co sprawia, że urastają one często do rangi czegoś, co nas zatopi i zwycięży, to już owoc złudzenia, że Boga przy nas nie ma.

Z drugiej strony boimy się rzeczywistości, z którą przychodzi nam się zmagać. Czasem wpadamy w wewnętrzne roztrzęsienie lub wręcz panikę bo wciąż to samo: bo kolejny dzień, w którym nam coś nie idzie, bo znowu, ktoś odniósł się do nas nieżyczliwie, bo nadal brak perspektyw na lepsze jutro itd. I znów patrzymy na to, z czym się zmagamy wyłącznie z ludzkiego punktu widzenia. Nie dostrzegamy, że Jezus jest przy nas. Wprawdzie On nie przychodzi w burzy – używając komentarza z Pierwszej Księgi Królewskiej [por. 1 Krl 19,11]. On jest z nami w łodzi naszego życia. Jest w naszym sercu o czym przypomina nam modlitwa serca, której ścieżką podążamy. Przychodzi w ciszy, którą ta modlitwa tworzy.

I choć nasze wołanie do Pana Boga, tak jak wołanie uczniów obecnych w łodzi może być modlitwą wiary, to najważniejsze jest, abyśmy w modlitwie dotarli do momentu, w którym przestajemy mówić.

Bóg przecież nie potrzebuje naszych słów. On zna każde poruszenie w ludzkiego serca.

Kapitalne jest dla mnie świadectwo św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Gdy zasypiała na modlitwie, miała do siebie o to pretensje i oskarżała się, aż dotarła do przekonania, że Bogu to w ogóle nie przeszkadza. Mało tego, wtedy wreszcie Jezus mógł mówić, bez przeszkód, wprost do jej serca.

Na pytanie postawione Jezusowi przez uczonego: „Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?”, Jezus odpowiada: „Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jedyny” (Mk 12,28). To niezwykłe, że w chwili, gdy przestajemy mówić a zaczynamy słuchać Boga, łatwiej także zaczynamy ufać Bogu. Medytacja monologiczna uświadamia nam że zarówno Bóg jak i ja potrzebujemy naszego zamknięcia ust, bo inaczej słuchamy samych siebie na modlitwie.

„Zatrzymaj się w ciszy przed PANEM i Jemu zaufaj” – powie Psalmista (Ps 37,7)

Pierwszą zatem sprawą jest: ZATRZYMAĆ SIĘ!

Pozwolić wszystkim pilnym sprawom, żeby odeszły. Zatrzymać gonitwę myśli, troski. Psalm 139 to niezwykłe świadectwo takiego zaufania. „Panie, przenikasz i znasz mnie (…) choć jeszcze nie ma słowa na moim języku, Ty, Panie już znasz je w całości.” To wcale nie jest łatwe, ale modlitwa monologiczna uczy nas właśnie takiego mówienia wszystkim naszym sprawom: POCZEKAJCIE! W tej chwili jest coś ważniejszego od was! Jest KTOŚ ważniejszy od was!

Druga sprawa: CISZA. Fascynuje mnie ten dzisiejszy fragment Ewangelii, bo za każdym razem próbuję sobie wyobrazić czym była owa „głęboka cisza”, która nastała po wypowiedzeniu słów Jezusa. To jest ta cisza, którą próbujemy odnaleźć w modlitwie monologicznej. Tu także Jezus jest tym, który wypowiada swoje słowo. Na tym słowie opiera się przecież nasza medytacja. A zatem cisza, która przychodzi, jako owoc tego słowa jest Jego darem, jest Jego łaską.

Nie chodzi nawet o brak dźwięków z zewnątrz. Chodzi o tę ciszę, która rodzi się, gdy mimo hałasu świata, odnajduję ją w sobie, w moim sercu. Nie zawsze mamy luksus otoczenia się ciszą w miejscu medytacji, dlatego trzeba byśmy prosili Pana o ciszę w swoim sercu a On jej udzieli jako swojego daru.

I sprawa trzecia: JEEMU ZAUFAJ!

Księga Przysłów w rozdziale 3,5 mówi: „Z całego serca Panu zaufaj, nie polegaj na swoim rozsądku”. Ciągle wracamy do kwestii myśli, które przychodzą w czasie modlitwy. Modlitwa monologiczna zaprasza nas, abyśmy odtrącali przychodzące myśli jako rozproszenia. Ktoś może mieć wątpliwości: „Czy nie odganiam w ten sposób myśli, które właśnie podsuwa mi Bóg?” Może powinienem przyjrzeć się im spokojnie. Zaufajmy, że Bóg ma o wiele lepsze rozeznanie sytuacji, niż my i jeśli jakaś myśl jest dobra i pochodzi z Jego natchnienia, cisza modlitwy monologicznej nie tylko jej nie zniszczy, ale pozwoli by ona jeszcze mocniej zakorzeniła się w naszym oczyszczonym przez ciszę sercu i wróciła ze zdwojoną siłą w innym czasie.

Medytacja monologiczna jest szkołą ćwiczenia się w słuchaniu a cisza jest przestrzenią w której pozwalamy słowu Bożemu docierać do naszego serca. To jedyna droga do tego, by to słowo mogło naprawdę realnie przemieniać nasze życie i umacniać naszą wiarę.  Św. Paweł pisze „Przeto wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś co się słyszy, jest słowo Chrystusa.” (Rz 10,17). Pozwólmy zatem by słowo Chrystusa, które w czasie medytacji wybrzmiewa w naszych sercach uciszało nasze wewnętrzne burze, przynosząc głęboką ciszę, w której możemy doświadczyć obecności Boga.

Kto jest godzien?

Jezus powiedział do swoich apostołów:

«Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.

Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał.

Kto przyjmuje proroka jako proroka, nagrodę proroka otrzyma. Kto przyjmuje sprawiedliwego jako sprawiedliwego, nagrodę sprawiedliwego otrzyma.

Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę, powiadam wam, nie utraci swojej nagrody». (Mt 10, 37-42)

Od zawsze Kościół przypominał, jak wielką wartością jest rodzina. To w niej uczymy się relacji międzyludzkich, umiłowania dobra wspólnego, to w rodzinie przekazujemy wiarę.

Papieże i święci powtarzają cały czas, że jeśli załamie się przekaz wiary w rodzinie, bardzo trudno będzie go odbudować. To samo odnosi się również do życia społecznego. To w rodzinie uczymy się solidarności i patriotyzmu. Dlatego tak wiele wysiłku Kościół wkłada w dowartościowanie małżeństwa i rodziny nie godząc się na różnego rodzaju wariacje oferowane przez nowe trendy myślowe?

Pewne światło na tajemnicę życia rodzinnego rzucają dzisiejsze czytania.

W pierwszym tekście przyglądamy się prorokowi Elizeuszowi, który w imieniu Boga odpowiada na głębokie pragnienie posiadania potomstwa. Bóg pragnie szczęścia człowieka. Tym szczęściem dla Szunemitki było dziecko, którego długo oczekiwała. Wiele par małżeńskich doświadczyło czegoś podobnego w swoim życiu. Gdy wszystkie możliwe sposoby leczenia zawiodły, często uciekali się do wstawiennictwa świętych, licząc, że Bóg odpowie na pragnienie potomstwa, jakie małżonkowie noszą w swoim sercu. I znam wiele małżeństw, które otrzymały tę łaskę, choć lekarze byli co do spełnienia ich marzeń sceptyczni.

Z drugiej jednak strony we fragmencie z Ewangelii według św. Mateusza Pan Jezus kieruje do nas bardzo jednoznaczne słowa na temat życia rodzinnego: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”.

Chyba tylko raz Jezus mówi w Ewangelii z taką stanowczością, że ktoś nie jest Go godzien. I ciekawe, że mówi to właśnie w odniesieniu do miłości rodzinnej.

Czy więzy, które łączą nas z Jezusem, mogą być silniejsze niż więzy rodzinne? Otóż nie tylko mogą, ale i są!

Dzieje się tak dlatego, że miłość Boga jest zawsze pierwsza. To ona jest źródłem naszej miłości do żony, męża, dzieci, rodziców. Wierzymy, że oni zostali nam podarowani z Bożej miłości. Dlatego miłość Boga, która jest pierwszą miłością nigdy nie może zagrażać innym miłościom, skoro jest ich źródłem. Ona je porządkuje zgodnie ze starą maksymą Ojców Kościoła, mówiącą, że kiedy Chrystus będzie na pierwszym miejscu w naszym życiu, wszystko inne – a więc nasze relacje i nasza miłość do innych będzie na właściwym.  

Ta nasza miłość do Jezusa jest pierwsza również nie dlatego, że jest doskonała, ale dlatego, że jest pierwsza w porządku łaski, jaką otrzymujemy i która uzdalnia nas do kochania w ogóle. O tym przypomina nam drugie czytanie. Nowość życia otrzymanego w chrzcie przekracza ramy ziemskiej miłości, nawet tak głębokiej jak miłość rodzicielska. Tutaj na ziemi nigdy nie pojmiemy do końca, jak wielka jest miłość Boga ku nam, że gotów jest oddać za nas swoje życie. Dzięki ofierze Syna Bożego i w Nim stajemy się nową rodziną. Owocem Jezusowego Krzyża jest stworzenie więzi łączących nas z Bogiem tak silnych, że nic nie może ich zniszczyć.

Ktoś zapyta: No jak to, a grzech? Czy nie niszczy więzi łączących nas z Bogiem?

Święty Paweł twierdzi, że w sakramencie chrztu świętego nasz „stary człowiek”, zniewolony przez grzech, został razem z Jezusem ukrzyżowany, zostaliśmy wręcz pogrzebani razem z Jezusem Chrystusem, abyśmy mogli tak, jak On po swoim zmartwychwstaniu, kroczyć w nowości życia, w życie odnowione przez Ducha Świętego. Chrzest jest więc tajemniczym zaktualizowaniem w naszym życiu misterium życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Chrzest czyni nas wolnymi od zniewolenia przez grzech. Oczywiście to jedynie umożliwienie nam przez Boga życia nowym, sprawiedliwym życiem na wzór Jezusa. Ostatecznie wyboru czy chcemy żyć takim przemienionym życiem musimy dokonać sami. Lecz nigdy już, bez względu na to jak ciężki grzech byśmy popełnili nie przyniesie on tak tragicznych skutków jak grzech pierwszych rodziców a Bóg nigdy już się nas się nie wyrzekanie jako swoich dzieci.

Z żywej wiary w Jezusa rodzi się cud nowego życia, cud życia dziecka Bożego, którego piętna nikt i nic nie może wymazać z naszej duszy. Nawet ktoś, kto wyrzekłby się Jezusa.

Być godnym Jezusa, to znaczy starać się Go kochać nade wszystko.

Bycie uczniem Jezusa wymaga od nas radykalnej zmiany naszej mentalności. Zobaczmy, że przykazanie miłości, które Jezus uznaje za najważniejsze: ukochania Boga całym sercem, całą duszą, ze wszystkich naszych sił – nie pozostawia złudzeń. Bóg nie zadowala się częściowym uwzględnianiem Jego obecności w naszym życiu.

Gotowość wzięcia krzyża oznacza zgodę na Jego wolę, która nie zawsze jest lekka, łatwa i przyjemna. Często wymaga zaparcia się siebie, zanegowania własnego widzimisię, realizowania tylko swoich własnych planów i wygodnictwa. Bóg stawiając takie wymagania robi to z troski o nas samych. Chce nam uświadomić, że najczęściej zapieramy się Jezusa ze strachu o samych siebie i o to, że Bóg pokrzyżuje nasze życiowe plany i że – po ludzku sądząc coś przez to stracimy.

Tymczasem prawda jest taka, że trzymając z Bogiem nie da się stracić, nawet wówczas, gdy coś po ludzku nam się nie uda. Za to tracąc Boga, tracimy tak naprawdę wszystko, nawet wówczas, gdybyśmy z perspektywy świata wiele zyskali.

Jezus przestrzega nas dziś przed iluzją życia łatwego, życia bez krzyża. Tak łatwo uciekać nam od naszych obowiązków, od trudnych ludzi, od trudnych spotkań. Tak łatwo buntować się wobec bólu, wobec cierpienia. Pasja Mela Gibsona jest dlatego tak trudna, że ukazuje, jak straszna jest samotność cierpiącego Boga, który do końca i mimo wszystko kocha tych, za których oddaje swoje życie.

Pokusa chrześcijaństwa bez krzyża jest w dzisiejszych światach bardzo silna – przestrzega papież Franciszek. Lecz taka droga jest zawsze drogą letniego chrześcijaństwa, bez silnej wiarę, bez wszystko uzasadniającej miłości do Boga. Na takiej drodze jednak trudno doświadczyć cudów działania Bożej mocy a jeszcze trudniej być świadkiem Chrystusowej radości i nadziei wobec naszego świata.

Ciasna brama modlitwy monologicznej

Jezus powiedział do swoich uczniów:

Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!» (Mt 7, 6. 12-14)

Już Jan Kasjan nauczając o modlitwie monologicznej mówił, że przypomina ona raczej przeciskanie się wąską ścieżką i ciasną bramą. Jest tak dlatego, że modlitwa ta wymaga od nas porzucenia bagażu wielu naszych nawyków i przyzwyczajeń w modlitwie i choć pozornie wydaje się prostą modlitwą, to ostatecznie często oznacza drogę zmagania się z tym, co chce nas z tej drogi zawrócić. Bowiem również w modlitwie ulegamy często pokusie tego, że to my winniśmy kontrolować jej przebieg i że to my jesteśmy tymi, którzy przecierają drogi modlitwy. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie: prawdziwa modlitwa jest zawsze wyrazem zawierzenia się i zgody na to, że Bóg poprowadzi nas tam, gdzie On chce.

Mistrz Eckhart – przedstawiciel mistyki nadreńskiej – komentując słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii, że ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują, odnosi te słowa do poszukiwania w modlitwie Jezusa, gdyż to On sam nazwie siebie w Ewangelii Bramą. I przeciwnie – naucza Eckhart – kroczenie szeroką bramą i przestronną drogą jest niczym innym, jak szukaniem w modlitwie własnego „ja”, dlatego w konsekwencji obranie takiej drogi nie może prowadzić na manowce życia duchowego.

Większość naszego życia poświęcamy na odmianę czasowników: „chcieć”, „mieć”, „robić”. Tymczasem zapominamy, że żaden z nich nie ma naprawdę głębokiego znaczenia, jeśli nie nabierze wymiary transcendentnego. Mistrz Eckhart mówi, że esencją prawdziwego życia duchowego jest czasownik: ”być”. I tego być mamy się nieustannie uczyć, bo ono stanowi nasze podobieństwo do Boga, który przedstawia się imieniem: JESTEM. Jezus chce by doświadczenie bycia i to bycia naprawdę stało się naszym udziałem. Często przez pokusę nieustannej chęci robienia czegoś, świadomość bycia gdzieś nam umyka.

Mistrz Eckhart przestrzegał swojego ucznia Henryka Suzo: „ucz się rezygnować z nadmiernej aktywności, z nieustannego robienia czegoś na rzecz zwyczajnego bycia”.

Takiego zwyczajnego bycia pragnie nas uczyć modlitwa monologiczna. To modlitwa, która chce nas wyrwać tak powszechnej presji działania na rzecz nie-działania a właśnie świadomego bycia: bycia wobec Boga, wobec siebie i wobec otaczającej nas rzeczywistości.

Uczy nas, że świadome bycie może stać się dla nas chwilą wytchnienia i nieco innego spojrzenia na świat. Jak ktoś to ładnie określił: „Modlitwa monologiczna – wyspa spokoju w pędzącym strumieniu czasu, która pozwala nam na chwile wytchnienia, na to by po prostu być!”

Jest to modlitwa, która zmusza nas do zatrzymania się w biegu naszego życia i skupienia należnej uwagi na tym, co najważniejsze. Dlatego ma moc dotknąć naszego serca.

Wspomniany już Henryk Suzo w swojej Księdze Mądrości Przedwiecznej mówi o czterech wskazówkach, jakich udzieliła mu owa Przedwieczna Mądrość:

  1. Trzymaj się z dala od ludzi. Nie chodzi tu jednak o ucieczkę przed światem, ale o równowagę między naszym światem wewnętrznym a zewnętrznym, gdyż często na korzyść zaangażowania w ten drugi zaniedbujemy ten pierwszy wymiar naszego życia.

  2. W czasie medytacji zostaw wszystko za sobą i bądź wolny od wszelkich myśli i wyobrażeń. Modlitwa winna być swego rodzaju „kuracją odwykową” dla duszy i dla umysłu, po to by stały się one wolne dla spraw istotnych.

  3. Uwolnij się od wszystkiego, co może być balastem w modlitwie, co może ci przynieść zastój i smutek: od przywiązań i wszystkiego, co za sobą wleczemy, obojętnie czy chodzi o dobra materialne czy duchowe a nade wszystko trzeba, abyś gruntownie uwolnił się od samego siebie. Tylko taka postawa pozwoli zanurzyć się w bezdennej przestrzeni, w której mieszka Tajemnica.

  4. Bacz, abyś tej Tajemnicy nie stracił z oczu. W każdym czasie kieruj swoje spojrzenia i serce ku Bogu, ku Jego spojrzeniu. Niech nieustanna pamięć o Bogu będzie dla ciebie miarą i środkiem do celu.

Tym czterem wskazówkom powinny być podporządkowane wszystkie ćwiczenia duchowe. Najważniejsze jednak – jak pisze Suzo – jest konkretnie przeżywane życie, tu i teraz.

Modlitwa monologiczna to ćwiczenie zostawiania za sobą wszystkiego, co trzeba porzucić na rzez jednego wezwania, na którym skupiamy się w tej modlitwie, które jest dla nas ową drogocenną perłą, o której mówi dzisiejsza Ewangelia i przepustką do doświadczenia kontemplacji, gdzie uczymy się świadomości nieustannego bycia przed Bogiem, której nic i nikt nie będzie mógł nam odebrać.

Nie musimy się bać!

Jezus powiedział do swoich apostołów:

«Nie bójcie się ludzi! Nie ma bowiem nic skrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie w świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach.

Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież bez woli Ojca waszego żaden z nich nie spadnie na ziemię. U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na głowie. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli.

Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie». (Mt 10, 26-33)

Choć Jezus zapewnia o Bożej opiece i nagrodzie, która czeka na wytrwałych uczniów, dzisiejsza Ewangelia może niepokoić. Opowieści o prześladowaniach jakoś nie pasują do klimatu długo wyczekiwanych wakacji. Z chęcią posłuchalibyśmy czegoś przyjemniejszego.

Tak często życie zasypuje nas złymi wiadomościami. Czy przynajmniej Ewangelia, skoro jest Dobrą Nowiną nie powinna przynosić dobrych wieści?

Jednak Jezus nie chce kusić swoich uczniów z tanim entuzjazmem. On jest Prawdą, zatem nie może przemilczeć niebezpieczeństw, jakie czekają każdego, kto nie tylko decyduje się iść drogą Ewangelii, ale też odważnie i bezkompromisowo chce przyznawać się do Jezusa przed światem. Wierność Ewangelii, niezrozumienie a nierzadko i cierpienie z powodu wierności Bożemu Słowu, ale też doświadczenie Bożej opieki stanowią nierozdzielną trójcę.

Warto, żebyśmy o tej logice pamiętali zarówno w jesiennej szarudze, i na słonecznej plaży. Ona uchroni nas od lęku przed koniecznością nieustannej walki (zarówno tej w wymiarze wewnętrznym, jak i zewnętrznym) i trudnościami, które nie są wyjątkowym dodatkiem do naszej wiary, ale naturalną konsekwencją bycia uczniami Jezusa.           Na szczęście nie do nich należy ostatnie słowo, ale do Boga, który zawsze upomina się o swoich przyjaciół.

Ale czytania dzisiejszej niedzieli zarysowują nam również jeden z podstawowych momentów egzystencjalnych: oto człowiek, żyjąc, oswaja świat, buduje w nim swoje miejsce, wiążąc się przeróżnymi relacjami z tym, co napotyka w owym świecie; a jednak niezależnie od swoich wysiłków wszystko to zaczyna mu się dramatycznie wymykać.

A wówczas pojawia się doświadczenie bólu utraty – od utraty stanu posiadania, przez utratę poczucia stabilności i bezpieczeństwa, aż po utratę przyjaźni, miłości, życia…

Dobra, którymi się cieszymy w tym świecie okazują się często takie kruche, sama zaś myśl o możliwości ich utraty zasiewa w naszych sercach i umysłach lęk i poczucie zagrożenia.

Grzeszność, którą w sobie nosimy, objawia się tym, że często próbuje nas skupić nas na samych sobie i na sprawach tego świata, jak też na lęku przed ich utratą – mechanizm ten dostrzegł już Seneka, rzymski pisarz i filozof gdy radził: „Pamiętaj odrzucać niepokój płynący z rzeczy i w każdej z nich widzieć to i tylko to, co w niej naprawdę jest. Należy zdzierać maski nie tylko z ludzi, ale i z rzeczy, i przywracać im prawdziwe oblicze”.

Jezus w Ewangelii idzie o wiele dalej: „Nie bójcie się tych, co zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą!”.

Innymi słowy Jezus zapewnia, że zło tego świata nie może nas pokonać, jeśli nie damy mu dostępu do naszej duszy!

„Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle!”

Istnieje wielkie duchowe niebezpieczeństwo, które polega na tym, że jeśli zamkniemy się w waszym strachu o sprawy ciała, zdrowia, o stabilność i bezpieczeństwo naszego skrzętnie budowanego świata, to możemy przeoczyć to, co najważniejsze – samego Boga obecnego i działającego w naszym życiu, a utrata Jego to utrata wszystkiego, to piekło…

Jezus zatem przywraca ludziom i rzeczom prawdziwe oblicze, zdziera z nich maski nakładane przez grzeszność, która zawsze zniekształca nasz sposób widzenia.

Robi tak jednakże nie po to, aby nauczyć nas postawy stoickiego spokoju wobec świata.

Jezus chce nas nauczyć patrzeć na świat w postawie zaufania Ojcu, w którego rękach jesteśmy, który przenika nas, zna wszystkie nasze kroki i czuwa nad nami tak troskliwie, że nawet włosy na naszych głowach są policzone.

Dla Boga każda i każdy z nas jest kimś ważnym, dlatego nie musimy się bać!

Niech to zdanie będzie dla nas prawdą, którą zabierzemy dziś w naszych sercach i której pozwolimy kształtować nasz sposób myślenia, wolny od lęków, którymi świat i pan tego świata tak bardzo chcą nas zniewolić.

Bóg, który wzywa do doskonałości

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził.

A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych.

Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?

Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski». (Mt 5, 43-48)

Dobrze przeżywane życie religijne powinno być traktowanie holistycznie, czyli całościowo. Nie powinno zaniedbywać żadnego z istotnych wymiarów ludzkiego życia. Ciało, dusza i duch (psychika) wpływają wzajemnie na siebie. Gdy boli mnie ząb, to automatycznie mam kiepskie samopoczucie – a i motywacja do ożywionego życia duchowego spada. Dopóki zęba nie wyleczę, modlitwa, której towarzyszy ból fizyczny będzie dla mnie udręką. Podobnie jest z bólem emocjonalnym, gdy jest silny wpływa na moją modlitwę.

Często pół żartem pół serio traktuje się słynne powiedzenie św. Tomasza z Akwinu, który ukuł tezę, że „Łaska buduje na naturze” a z przymrużeniem oka dodawał: „a najlepiej buduje wówczas, gdy ta natura jest wyspana i najedzona”. W tym żartobliwym powiedzeniu jest jednak zawarta wielka mądrość. Bowiem troska o życie duchowe to troska o wszystkie trzy sfery ludzkiego życia.

Dzisiaj Jezus zapraszając nas do miłości dotyka spraw najważniejszych, a jednocześnie najtrudniejszych, czyli naszych relacji z innymi. Te realizują się w naszych postawach wobec innych, w naszych emocjach, które inne osoby w nas budzą. Ważne, aby ich nie lekceważyć, bo to wszystko, co staje się naszym doświadczeniem w relacjach z innymi przynosimy także na modlitwę. Zdefiniowanie kogoś, jako nieprzyjaciela często rodzi w nas silne emocje. Już Ewargiusz z Pontu przestrzegał, że te mogą stać się dla nas przeszkodą w modlitwie. Zwłaszcza, że modlitwa serca z natury będzie nas konfrontowała z tym wszystkim, co przynosimy w naszym sercu na modlitwę.

Na liście siedmiu grzechów głównych, które komentuje Ewargiusz z Pontu jako namiętne myśli (logismoi) znajdują się dwa grzechy, które same w sobie nie są grzechami. Są nimi gniew i zazdrość. Dlaczego nie są grzechami? Ponieważ są emocjami, a emocje, jak naucza Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie 1767 nie są dobre ani złe, nie mogą podlegać ocenie moralnej, a co za tym idzie – nie mogą być postrzegane jako grzech. Dlaczego zatem gniew i zazdrość, mimo że są uczuciami, widnieją na liście siedmiu grzechów głównych? Ponieważ czyny, których możemy dokonywać pod ich wpływem, mogą być grzeszne. Mogą, ale nie muszą!

Życie emocjonalne wymaga również pewnej czujności a tej bez wątpienia pragnie nas uczyć przestrzeń ciszy, która towarzyszy modlitwie monologicznej. Choć emocje nie powinny być przez nas postrzegane jako dobre lub złe, musimy pamiętać, że to nasza wolna wola ma nad nimi panować. Niejednokrotnie emocje puszczone „samopas” sprawiały, że traciliśmy nad nimi kontrolę. Sprawiają wówczas, że nasze postrzeganie świata może być nieco wykrzywione, a decyzje, które podejmujemy pod ich wpływem mogą prowadzić do grzechu.

Nierzadko zdarza się i tak, że naszą relację z Bogiem budujemy na emocjach. To także postawa przed która przestrzegają mistrzowie życia duchowego. (Ewargiusz z Pontu, św. Jan od Krzyża)

Doświadczenie medytacji monologicznej, które konfrontuje nas z naszym wnętrzem pozwala nam odkrywać dwie prawdy: Pierwsza polega na tym, że każdy z nas nosi w sobie głód Boga, który nas otwiera na Jego poszukiwanie, Jego obecność i Jego miłość. Dzieje się tak, bo człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga jako ontycznie bardzo dobry i ukierunkowany na bycie z Nim. Z tego wynika wyraźnie, że człowiek ze swej natury, a nie z wyboru, jest dobry i antropologicznie „niedomknięty”, otwarty na Boga. Ten wymiar duchowego podobieństwa do Boga jest zasadniczym wymiarem życia ludzkiego i nie można go wykluczać, co najwyżej zagłuszyć, ale dzieje się to zawsze ze szkodą dla człowieka.

Druga prawda, którą odkrywamy a raczej doświadczamy w medytacji monologicznej, to odkrycie, że ja – człowiek jestem jednocześnie rozbity, pęknięty, w stanie ciągłej dysharmonii będącej skutkiem grzechu.

Owocem medytacji a konkretnie towarzyszącego jej słowa, które jest nośnikiem łaski jest to, że ona powoli, ale trwale porządkuje w nas to, co nieuporządkowane. Szerzej ten proces opisuje w swoich książkach jezuita ojciec Jalics. Dlatego medytacja jest doświadczeniem, w którym odwołując się do podobieństwa do Boga, które w sobie nosimy powierzamy się bez zastrzeżeń działaniu łaski, która jako jedyna może w nas uporządkować, to co nieuporządkowane, począwszy od naszego serca, które jest zawsze źródłem porządku i towarzyszącego mu pokoju, lub chaosu z towarzyszącym mu niepokojem.

„Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” – oczekiwanie Jezusa względem nas sformułowane w dzisiejszej Ewangelii wydaje się jakąś utopią. Zdajemy  sobie dobrze sprawę z naszej niedoskonałości. By jednak nie zwątpić w to, że Jezus nie może się mylić potrzebujemy ciągle powrotu do źródła, do prawdy, że nosimy w sobie obraz i podobieństwo Boże. A to oznacza, że doskonałość Boża jest w jakiś sposób w zasięgu naszych możliwości. Choć oczywiście zawsze jest bardziej owocem łaski działającej  w nas niż naszych wysiłków. Wchodząc w ciszę medytacji pozwólmy zatem działać Bożej łasce, realizując Boży zamysł wobec nas.