Gdy Jezus modlił się na osobności, a byli z Nim uczniowie, zwrócił się do nich z zapytaniem: ”Za kogo uważają Mnie tłumy?”.
Oni odpowiedzieli: ”Za Jana Chrzciciela; inni za Eliasza; jeszcze inni mówią, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał”.
Zapytał ich: ”A wy, za kogo Mnie uważacie ?”. Piotr odpowiedział: ”Za Mesjasza Bożego”. Wtedy surowo im przykazał i napomniał ich, żeby nikomu o tym nie mówili. I dodał: ”Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie”.
Potem mówił do wszystkich: ”Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa”. (Łk 9,18-24)
Oglądając telewizję lub słuchając radia wiele razy mamy do czynienia z różnego rodzaju sondażami czyli badaniami opinii publicznej. Pytania są bardzo różne: mogą dotyczyć naszych prywatnych spraw, ale też życia publicznego – popularności idoli, polityków, czy naszego zdania na inny temat…
Można by powiedzieć, że Jezus w dzisiejszej Ewangelii również przeprowadził wśród swoich uczniów sondaż opinii publicznej. Pyta: „Za kogo uważają Mnie tłumy? Nie było to pytanie zupełnie bez sensu, gdyż w Izraelu opinia o Mesjaszu, który ma nadejść kształtowała się przez wieki pobudzając ludzką wyobraźnię, często nie przystając do obrazu Mesjasza ukazanego w Biblii.
Jezus jednak w swoim pytaniu idzie dalej. Pyta swoich uczniów: „A wy za kogo Mnie uważacie?”. W poprzednim pytaniu Jezus pytał o opinie innych, łatwo więc było udzielić różnych odpowiedzi – jak różni są ludzie. Drugie pytanie jest już pytaniem o osobisty stosunek każdego z uczniów do Jezusa: „A Ty Piotrze, Filipie, Jakubie, Andrzeju, Bartłomieju, Janie, Mateuszu… za kogo Mnie uważasz?” Odpowiedź na takie pytanie nie jest prosta. Taka odpowiedź zobowiązuje. Nic więc dziwnego, że uczniowie nie rwą się już do odpowiedzi. Czyni to za nich Piotr. Odpowiedź, która pada to swoiste wyznanie wiary Piotra. Wyznanie, które jest świadectwem jego osobistej relacji do Chrystusa.
I dzisiaj moglibyśmy zadać ludziom pytanie, za kogo uważają Chrystusa. Odpowiedzi znów byłyby różne. Niektórzy zresztą wciąż to robią by prowadzić badania, by układać statystyki. Jezusowi jednak nie zależy na statystykach, gdyż to nie one określają rzeczywistość Bożego królestwa. Prawdziwego poziomu wiary nie mierzy się bowiem statystykami.
Jezus podobnie jak dwa tysiące lat temu uczniom, tak i dzisiaj nam zadaje pytanie: „A TY ZA KOGO MNIE UWAŻASZ?”. Mimo upływu czasu, nie straciło ono niczego ze swej aktualności! Wobec tego pytania nie można przejść obojętnie. Trzeba na nie odpowiedzieć. I nawet, jeśli na to pytanie podobnie odpowie wiele osób, to i tak najważniejsze jest to, że to będzie MOJA odpowiedź. Nie mogę patrzeć na to, co powiedzą inni, mój kolega, sąsiad, brat czy siostra, matka czy ojciec. Nie mogę patrzeć na to, czy moja odpowiedź będzie się innym podobała czy też nie. Moja odpowiedź na to pytanie, to wybór. I Jezus te nasze wybory szanuje. Jeżeli Go nie wybiorę, pozwoli mi, jak miłosierny Ojciec marnotrawnemu synowi pójść swoją drogą – zawsze jednak będzie czekał na mój powrót. Jeżeli natomiast, jak Piotr, wyznam Mu swoją wiarę, pomoże mi kroczyć w mojej drodze zbawienia, choć nie ukrywa, że jest to droga niełatwa, że jest to droga Krzyża.
W kościołach kartuzów, umieszczano dewizę tego zakonu: STAT CRUX DUM VOLVITUR ORBIS (Krzyż stoi, chociaż kręci się świat). Krzyż jest pierwszym i centralnym symbolem naszej wiary. Stoi pośrodku wszystkiego, przede wszystkim pośrodku naszego życia. Krzyż ten został postawiony przez chrzest również w naszych sercach jako przypomnienie, że to za nas Jezus oddal życie. A to oznacza, że każda i każdy z nas jest wart miłości Jezusa.
Św. Augustyn pisał: „Męka Chrystusa ma moc kształtowania całego naszego życia!” Odsłanianie znaczenia krzyża w naszym życiu to dojrzewanie w wierze, nadziei i miłości.
Duchowość chrześcijańska bierze swój początek właśnie z doświadczeniu krzyża i zmartwychwstania. Oczywiście my po ludzku nie mamy odwagi by wziąć krzyż i by tracić swoje życie dla Chrystusa, dlatego potrzebujemy modlitwy, sakramentów, potrzebujemy wspólnoty Kościoła, z których możemy czerpać moc potrzebną do wypełnienia tego zadania.
„Jeśli kto chce iść za Mną, niech weźmie krzyż swój i Mnie naśladuje”. Znamy te wielkie słowa. Po co je powtarzać? Bo często zbyt pobieżnie je odczytujemy. Nie zapominajmy, że Chrystus wypowiedział je przerywając modlitwę, czego nigdy wcześniej nie robił. To znak, że było to wezwanie wielkiej wagi. Nie chodzi o niejedzenie słodyczy, czy rezygnację z telewizji w Wielkim Poście. Jezus mówi, jak możemy stać się do Niego podobni. Jak – słowami św. Pawła przyoblec się w Chrystusa – by stać się Jego odbiciem w świecie.
Dlatego Chrystus nie przestanie pytać swoich uczniów: „A wy za kogo Mnie uważacie?”. Nie przestanie też pytać mnie i Ciebie. Na różne sposoby, cicho i delikatnie zadaje nam to pytanie każdego dnia poprzez nasze wybory i decyzje. Dlatego każdego dnia na nowo musimy potwierdzić nasz wybór, bo tylko na nim, jak na twardej opoce możemy budować prawdziwie chrześcijańskie życie.
Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. [Mt 5,5-6]
W ostatnim komentarzu do medytacji odwołując się do nauczania znanego niemieckiego teologa – Karla Rahnera mówiliśmy o tym, że dzieli on modlitwę na „modlitwę codziennością” i „modlitwę w codzienności”. Spróbowaliśmy sobie przybliżyć czym jest modlitwa codziennością w rozumieniu Rahnera. Odwołując się do słów św. Pawła z 1 Listu do Koryntian, który zachęca byśmy modlili się całym naszym życiem a więc wszystkim, co robimy, uświadamiamy sobie, że codzienne życie jest prawdziwym miejscem nie tylko naszej chrześcijańskiej egzystencji, ale i modlitwy. A to oznacza, że wszystkie nasze dążenia, praca, relacje, lektura książki jest miejscem naszego codziennego spotkania z Chrystusem. To właśnie wśród spraw najbardziej prozaicznych na tej ziemi, powinniśmy uświęcać się, służąc Bogu i ludziom.
To nam też uświadamia, że świat, w którym żyjemy nie jest zły, bo jest owocem rąk Bożych i dlatego sam w sobie powinien być miejscem wdzięczności o oddawania Bogu chwały, pomimo iż naszymi postawami i grzechami zdarza nam się to piękno zasłaniać. Mówiliśmy sobie również, że świadomość iż pragniemy Bogu ofiarować jak najlepsze dary chroni nas od prób wykręcenia się od uczciwego, codziennego zaangażowania w rzeczywistość i to, co robimy, gdyż każda bylejakość w życiu chrześcijanina sprzeciwia się woli Boga.
Chrystus wzywa was, abyśmy Mu służyli z zaangażowaniem tam, gdzie jesteśmy i w tym, co robimy, ucząc nas jednocześnie odkrywania tego, że istnieje coś świętego, Bożego, ukrytego w sytuacjach najbardziej prozaicznych i każdy z nas jest zaproszony aby to odkrywać.
Innymi słowy – jak pisze Karl Rahner – nasze powołanie to zmaterializować życie duchowe pośród zwykłej codzienności. Sprawia to, że możemy ustrzec się pokusy – tak częstego prowadzenia podwójnego życia przez chrześcijan: z jednej strony życia wewnętrznego – życia w relacji z Bogiem, a z drugiej, innego i oddzielonego od duchowości – życia rodzinnego, zawodowego i towarzyskiego, pełnego małych, ziemskich spraw.
Jak pisze Rahner: „Uczeń Chrystusa nie może prowadzić podwójnego życia, bo nie możemy stać się schizofrenikami, skoro chcemy być chrześcijanami: istnieje jedno, jedyne życie, ustanowione z ciała i duszy, i takie ma być — z duszy i ciała — święte i pełne obecności Boga. Boga niewidzialnego spotykamy w rzeczach jak najbardziej widocznych i materialnych”. I dodaje: „Nie ma innej drogi: albo potrafimy spotkać Pana w naszym codziennym życiu, albo Go nie spotkamy nigdy” [Modlitwa na całe życie, 1984]. Jak wspomnieliśmy takiej postawy uczy nas medytacja monologiczna ucząca angażować nasze serce w odpowiedź do zachęty o nieustanną modlitwę.
Rahner jednocześnie pisze o modlitwie codziennością, która jest o tyle piękna, co może też rodzić pewne duchowe niebezpieczeństwa związane z absolutyzowaniem tej formy modlitwy. Możemy dojść bowiem do fałszywego wniosku, że skoro modlę się wszystkim, to już nie muszę przeznaczać wyjątkowych chwil na bycie sam na sam z Bogiem. Dlatego nieodzowna jest także tzw. modlitwa w codzienności. Teolog porównuje to do miłości małżeńskiej: Nie wystarczy gdy będę wysyłał mojej żonie miłosne wyznania za pośrednictwem listów czy sms-ów. Są one bardzo miłe lecz jako uzupełnienie. Muszę znajdować czas na bycie sam na sam z żoną, by móc osobiście wyszeptać jej do ucha „Kocham cię!” Przez słuchawkę telefoniczną te słowa brzmią inaczej. Podobnie jest w ludzkiej relacji z Bogiem. Wspaniale jest, gdy mamy intencje ofiarowania Bogu wszystkiego, całego naszego dnia, ale potrzebne są także chwile bycia z Bogiem sam na sam. To chwile nie tylko większego zjednoczenia, ale i szansa na głębsze zasłuchanie się w Jego słowo, którą rzadko daje nam zaangażowanie w inne aktywności. Chrystus – co do którego nie możemy mieć wątpliwości – że był zjednoczony z Bogiem jak nikt inny w swojej codzienności, również uczy nas swoim przykładem, że trzeba znajdować czas bycia sam na sam z Bogiem. Innymi słowy „modlitwa w codzienności”, która jest czasem poświęconym tylko Bogu i niczemu więcej jest nieodzowna by pogłębiać i ukierunkowywać również tę modlitwę, która określamy mianem „modlitwy codziennością”. I na zaproszenie do tej formy modlitwy również nasza medytacja pragnie stawać się jak najpełniejszą odpowiedzią.