Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Odejmowanie, otwartość i kontemplacja

Jeśliście razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadując po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. Gdy się ukaże Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale.

Zadajcie więc śmierć temu, co jest przyziemne w waszych członkach. (Kol 3,1-5)

Czy istnieje jakaś Boska recepta na „zadanie śmierci temu, co przyziemne w nas”? Żyjemy w czasie niebywałego postępu technologicznego, który sprawił, że zaczęliśmy bardziej ufać nieograniczonym możliwościom, jakie wydaje się dawać nauka i technika. Można powiedzieć, że to, co eschatologiczne, cały ten cudowny wymiar życia wewnętrznego zostaje skutecznie zakrzyczany przez to, co zewnętrzne, na czym tak często skupiamy nasza uwagę. To sprawia, że przeciętny współczesny człowiek a także przeciętny chrześcijanin staje się zagoniony, nerwowy, niecierpliwy i oderwany od swojego wnętrza, na wsłuchiwanie się w które nie ma już po prostu czasu.

Poczucie oddzielenia od Boga, na które skarży się wielu współczesnych ludzi, to po prostu wynik natłoku myśli i emocji, które nas atakują. Niemiecki teolog Karl Rahner już w XX wieku przewidując taka sytuację pisał, że jedynym antidotum na wyobcowanie człowieka epoki szybkiego rozwoju techniki jest kontemplacja. Bez tej praktyki człowiek współczesny nie poradzi sobie z wielością napięć, które się w nim pojawiają.

Jest takie piękne stwierdzenie znanego pisarza Marka Twain’a, który pod koniec swojego życia stwierdził ze smutkiem: „Jestem starym człowiekiem i miałem mnóstwo problemów. Większość z nich nigdy się nie wydarzyła”. Ileż to problemów, które sami stwarzamy w naszych głowach nigdy się nie realizuje, ale skutecznie odbiera nam życiową energię i generuje niepotrzebne lęki odbierając radość życia, której jako uczniowie Chrystusa powinniśmy być świadkami.

Czasy obecne wydają się stawiać przed nami – ludźmi wiary i modlitwy bardzo konkretne wyzwanie by wrócić do prostoty, do czystości serca i ubóstwa, które jest radykalnym odrzuceniem tego, co próbuje zająć w nas (naszym myśleniu i sercu) miejsce Boga. Kontemplatywny wymiar życia o czym pisał już w średniowieczu Mistrz Eckhart, to proces ogołacania i porzucania tego, co nieistotne dla naszego życia i zbawienia. „Szukajcie tego, co w górze nie tego, co na ziemi” – prosi dziś św. Paweł w Liście do Kolosan. Jezusowi w Ewangelii nigdy nie zależało na tym, żebyśmy więcej osiągnęli czy zdobyli, ale byśmy bardziej zaufali. Zaufać Bogu i zaufać życiu i tego, czego Bóg chce nas przez nie nauczyć. Ale to wymaga umiejętności odpuszczania.

W praktyce medytacji trzeba nam nieustannie wracać do obrazu Maryi. Jej postawa pokazuje, że to do czego Pan Bóg nas zaprasza to wytworzenie w sobie pewnego rodzaju pustki i otwartości na przyjęcie Jego Słowa (Jego woli). A potem na zaufaniu, że On doprowadzi w nas dobre dzieło, które rozpoczął z chwilą chrztu świętego, jeśli Mu na to oczywiście pozwolimy. Maryja uczy nas „zejścia” z głowy do serca najpierw w modlitwie a potem w życiu. Nasza głowa determinuje to czego naprawdę szukamy a nasze myślenie sprawia często, że zaufanie wydaje się niepotrzebne. Mając swoje własne odpowiedzi na pytania nie potrzebujemy Boga o ile On nie jest  się w stanie dostosować do naszych planów, wyobrażeń i odpowiedzi. Potrzebujemy własnego umysłu, własnej pewności i samodzielnie wysuniętych wniosków. Obecnie wszystko – również religia – zyskuje prywatny charakter a zbytni indywidualizm prowadzi do ekscentryczności i arogancji. Tymczasem zaufanie, które jest domeną serca nie zaś racjonalnego umysłu przypomina nam, że nie potrafimy ułożyć swojego życia w taki sposób, abyśmy nie potrzebowali w nim Boga.

Przypomnijmy na koniec raz jeszcze przywoływane już słowa Mistrza Eckharta: „Prawdziwa duchowość ma więcej wspólnego z odejmowaniem niż z dodawaniem”. Tego właśnie uczy nas medytacja. Uczy, że powinniśmy oderwać się od przeszłości i przyszłości, od niepotrzebnego zamartwiania się, od lęków, które w sobie nosimy, od natłoku myśli, po to by być kimś tu i teraz i po to by nie przegapić tajemnicy chwili obecnej, w której jest obecny i przez którą działa Bóg.

Miłość czy nienawiść

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: ”Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem.
Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.
Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw, a nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy patrząc na to zaczęliby drwić z niego: »Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć«.
Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.
Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”.  (Łk 14,25-33)                                  

Czasem siłą napędową do podążania za Jezusem są entuzjazm i emocje. Jezus jest jednak realistą i wie, że to za mało, by stać się Jego uczniem.

Przypomina to trochę relację między kobietą i mężczyzną: gdy jesteśmy zakochani, towarzyszą nam silne emocje, dowiadujemy się o drugim człowieku samych dobrych rzeczy, widzimy przed sobą niemal idealną osobę bez żadnych wad. Jednak ten stan nie trwa długo. Jeśli para zakochanych chce zbudować prawdziwą i głęboką więź, musi w swojej relacji odkryć coś głębszego i trwalszego.

Podobnie jest z życiem chrześcijańskim. W podążaniu za Jezusem naprawdę chodzi o bycie uczniem otwartym na głos Mistrza. Ale żeby stać się uczniem, potrzebna jest miłość. Święta Katarzyna ze Sieny mówiła, że dusza jest stworzona z miłości. Nasza dusza jest zdolna kochać i pragnąć Boga. Nie można jednak zapomnieć o tym, że miłość, to coś więcej niż nawet największe i najszlachetniejsze porywy serca, ale codzienna wierność dotycząca konkretów naszego życia.

Tym bardziej niedorzecznie w perspektywie miłości, o której mówimy zdają się brzmieć słowa Jezusa o tym, by mieć w nienawiści ojca i matkę, żonę, męża a nawet siebie… Chrystus sam wzrastał złączony więzami rodzinnymi. Otoczony miłością Maryi, czuł się przywiązany do Matki. Trwałe i piękne były jego przyjaźnie, jak ta z domem Marii, Marty i Łazarza. Zgromadził przy sobie uczniów, zaufał im i włączył do współpracy w zbawieniu świata. Nazywając przyjaciółmi, nie wyrzekł się żadnego z nich, choć zawiedli. Chrystus odsłania Oblicze Boga, który JEST w relacji do człowieka. Czy zatem Bóg – Filantropos, jak nazywa się Chrystusa na Wschodzie, który błogosławi prześladowców, uczy miłości, rozbraja nienawiść, a nieprzyjaciół czyni braćmi, mógłby nas namawiać do nienawiści?

Co Chrystus zatem miał na myśli, gdy wypowiada mocne słowa z dzisiejszej Ewangelii?

Używając paraboli charakterystycznej dla języka Bliskiego Wschodu, Jezus przestrzega przed relacjami pozbawionymi ostatecznego źródła w Bogu. Owo „wyrzeczenie się” wszystkiego dla Boga, którego domaga się Jezus pozwala odkryć, że zarówno ludzie jak i to czym się posługujemy nie są naszą własnością, lecz darem. Jeśli takie rozumienie „nienawiści” zastosujemy do słów Pana Jezusa, oznaczałoby to, iż kto chce być Jego uczniem, powinien bardziej niż swoich najbliższych krewnych miłować Chrystusa. Dlaczego? 

Przyjaźń z Chrystusem jest źródłem miłości i siły, także w relacjach z ludźmi. Ktoś powie: po co mi Ewangelia, sam wiem, jak mam kochać żonę i bliskich, nie mam z tym żadnych problemów. Być może nie mamy z tym problemów, do czasu. Miłość do bliskich również potrafi być wyzwaniem i dlatego potrzebujemy umocnienia i światła do podejmowania mądrych i dobrych decyzji. Jednak „pierwszą miłością” powinien być Jezus, Bóg. Dopiero w Nim możemy kochać wszystkich „właściwie”. Dopiero w Nim, który jest źródłem miłości, nasza miłość może być głęboka, dojrzała, prawdziwa.

Inną sprawą jest to, że miłość ma różne odcienie…

Inaczej kochamy Boga, inaczej siebie, rodziców, dzieci, przyjaciół, czy ludzi przypadkowo spotkanych.

Puenta dzisiejszych rozważań jest taka: Droga z Jezusem wymaga radykalnych decyzji i cięć. Nie można iść za Nim połowicznie. „Kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”. Naśladowanie Jezusa wyklucza wszelkie półśrodki, kompromisy, ustępstwa na rzecz wygodnego życia. Wymaga przemiany hierarchii wartości.

Poza dyskusją jest „być nad mieć”. Ale „mieć” także wymaga refleksji. Oczywiście, nie chodzi o to, byśmy rezygnowali z wszystkiego, „pozostawiając działanie Panu Bogu”, ale raczej o to, byśmy mądrze gospodarowali posiadanymi dobrami. Dobra materialne nie mogą stać się bożkiem w naszym życiu.

Droga z Jezusem wymaga wytrwałości, duchowego realizmu i odwagi. Wytrwałość i realizm ilustrują je dwie przypowieści Jezusa: o człowieku, który założył fundament wieży, ale nie miał środków, by ją wykończyć oraz o królu, który przed rozpoczęciem wojny obmyśla strategię zapewniającą zwycięstwo.

Trzecią cechą życia wewnętrznego jest odwaga. Błędem jest lęk, myślenie negatywne i pokusa rezygnacji. Negatywne myślenie połączone z lękiem i brakiem strategii życiowej prowadzi do klęski. Zamiast rozwoju, pojawia się stagnacja lub regres.

Co dominuje w moim życiu: „być czy mieć”? Czy w moim życiu nie stosuję półśrodków i kompromisów? Co jest moją „pierwszą miłością”? Warto zadawać sobie te pytania, bo one podpowiedzą nam jak jest jakość naszego kroczenia za Jezusem.

Nieustanna pamięć o Bogu

«Nawróćcie się – powiedział Piotr – i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego. Bo dla was jest obietnica i dla dzieci waszych, i dla wszystkich, którzy są daleko, a których powoła Pan Bóg nasz». Ci więc, którzy przyjęli naukę Ewangelii, zostali ochrzczeni. (…) Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwie. [Dz. 2, 38-39. 42-43]

Autor Dziejów Apostolskich ujawnia pewne napięcie, które było odczuwalne już od pierwszego pokolenia chrześcijan – wskazując na cztery filary, na których wsparta jest wiara chrześcijanina: trwanie w nauce Kościoła, wspólnota, Eucharystia i modlitwa.

To nie jest tak, że winniśmy te filary wartościować wedle stopnia ważności. Autor Dziejów Apostolskich chce nam uświadomić, że wszystkie one są wobec siebie komplementarne a brak czy niedostatek jednego z nich będzie rzutował na pozostałe i w konsekwencji na jakość przeżywanego przez nas życia wiary.

To na czym pragniemy się skupić w naszych wprowadzeniach do medytacji to przede wszystkim modlitwa.

We wszystkich czasach tradycja biblijna uznawała modlitwę za charyzmat, który został człowiekowi powierzony: modlitwa jest bowiem pierwszą powinnością człowieka wiary budującą jego relacje z Panem Bogiem. Nie zawsze możemy studiować Pismo Święte czy Tradycję, nie zawsze możemy uczestniczyć w Eucharystii, ale zawsze możemy się modlić, o czym przypomina św. Paweł w Liście do Tesaloniczan [por. 1 Tes 5,17]. Nakaz nieustannej modlitwy dopełnia on poleceniem: „Przeto czy jecie czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie”[1 Kor 10, 31-33].

Święty Paweł zachęcając do takiej postawy odwołuje się przede wszystkim do dyspozycji ludzkiego serca, które ma się ćwiczyć w pamięci o Bogu, w nieustannej świadomości życia w Jego obecności. Wówczas siłą rzeczy wszystko uczymy się odnosić do Boga a jednocześnie serce pamiętające o Bogu uczy się polegać na Duchu Świętym, na Jego natchnieniach. W ten sposób wyrabia się w człowieku wiary postawa uważności i czujności.

Uważność, to nic innego, jak zakotwiczenie naszej woli w Bogu.

Chrystus zachęca nas w Ewangelii według św. Łukasza w rozdziale 18., by modlitwa odbywała się w nas w sposób nieustanny [por. Łk. 18, 1.21.26], co z pewnością było Jego domeną. Bez wątpienia modlitwa nieustanna jest w nas dziełem Ducha Świętego, jak o tym pisze św. Izaak Syryjczyk: „Kto nosi w sobie Ducha Bożego, udzielając Mu gościny w swym sercu i duchu, staje się świątynią Ducha Świętego. Czy je, czy śpi, czy czuwa, modlitwa lgnie do jego duszy. Proste poruszenia jego ducha są milczącymi głosami, które w tajemnicy wznoszą swą psalmodię ku Niewidzialnemu”.

Tej prostoty, o której pisze Izaak uczymy się na medytacji, powtarzając w rytmie oddechu jedno wezwanie, które kształtuje w naszym sercu uważność przekładającą się następnie na resztę naszego życia; uważność, która pozwala nam żyć świadomością, że Bóg zawsze jest obok nas, bez względu na to, co robimy. 

Dobrze jest zastosować radę Izaaka Syryjczyka, który pisze: „Poszukuj i odkryj sam, co dla ciebie znaczy modlić się ustawicznie. Przyzywaj Ducha, który w tobie mieszka i który od środka wspiera twoja modlitwę”.

Ostatnie miejsce

Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. I opowiedział zaproszonym przypowieść, gdy zauważył, jak sobie wybierali pierwsze miejsca. Tak mówił do nich: ”Jeśli cię kto zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by czasem ktoś znakomitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Wówczas przyjdzie ten, kto was obu zaprosił, i powie ci: »Ustąp temu miejsca«; i musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce.
Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. Wtedy przyjdzie gospodarz i powie ci: »Przyjacielu, przesiądź się wyżej«; i spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony”. 

Do tego zaś, który Go zaprosił, rzekł: ”Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych.

A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych”. [Łk 14,1.7-14]

 

W latach 80. pojawiła się reklama walkmanów, której slogan brzmiał: „Załóż słuchawki, żeby nie przeszkadzać innym”.

Sądzę, że gdyby hasło wymyślano dzisiaj, brzmiałoby odwrotnie: „Załóż słuchawki, żeby inni tobie nie przeszkadzali”. To charakterystyczne dla kultury, która w centrum stawia samorealizację. Mam prawo do, ma być po mojemu, w każdej dyskusji chcę zająć stanowisko, mieć ostatnie słowo. Inni mają się dostosować, Bóg także.

Tymczasem Jezus w Ewangelii dzisiejszej mówi na, że: Najlepszym miejscem jest miejsce ostatnie, a najlepszymi gośćmi są ci, którzy na ogół są traktowani jako ostatni. W jakiej wielkiej opozycji do mentalności tego świata stoi ten Jezusowy sposób myślenia! Zdaniem Chrystusa faktyczne wywyższenie prowadzi przez uniżenie się i przez bezinteresowność. Bo prawdziwym wywyższeniem człowieka jest postawa Miłości, oparta na bezinteresownej służbie. I ta postawa daje nam szczęście, jakiego nic innego dać nam nie może. Nie da się jednak doświadczyć prawdziwości tych słów, jeśli nie uczynimy tego w praktyce.

Znany polski dominikanin ojciec Joachim Badeni dawał piękną i prostą radę: „Jedynej śmierci, jakiej należy pragnąć, to śmierć własnego »ja«, śmierć egoizmu, starego człowieka”. Mówiąc innymi słowy tradycja chrześcijańska, czerpiąca z ducha Ewangelii kładzie nacisk na wolność w Bogu, którą się osiąga przez uwolnienie się z egoizmu, samolubnych żądań, pragnienia dominowania nad innymi. W takiej postawie „zajmowania ostatnich miejsc” tkwi przekonanie, że jeśli człowiek wyrzeknie się swojej własnej woli, będzie prowadzony bezpośrednio przez Boga i Bóg będzie poruszał nim we wszystkim. Człowiek wówczas zapomina o sobie, ale nie po to, żeby siebie zniszczyć, czy żeby zakwestionować swoja wartość, ale by zyskać.

To jeden z ewangelicznych paradoksów, których prawdziwości – jak wspomniano –  nie da się sprawdzić inaczej niż wprowadzając tę zasadę w życie.

Kolejna propozycja Jezusa wydaje się również niezrozumiała. Do szczęścia ma prowadzić taki rodzaj posługi, w której nie możemy liczyć na ludzką wdzięczność. Za taką postawę ma być największa nagroda.

Najpiękniejsza jest taka służba, która nie zobowiązuje do odpłaty i o której wie tylko Bóg. Choćby wówczas, gdy ranią słowa bliskiej osoby, a ty to cierpienie ofiarowujesz za nią. Taką służbę można znaleźć, znosząc jakąś trudną osobę w otoczeniu i nie odpłacając jej pięknym za nadobne, lecz modlitwą i miłością, które ubogacają i rozwijają wewnętrznie nie tylko tę osobę, ale i nas samych.

Oznaką prawdziwego nawrócenia jest radość z małości.

Święci doskonale znali te Boże upodobania, dlatego tak bardzo chcieli być przy Jezusie, że nawet za cenę wzgardy. Prawdziwa wolność jest bowiem niezależna od ludzkich opinii, ziemskich sukcesów czy niepowodzeń.

Dla Boga „nikt” oznacza „ktoś”, „ostatni” staje się „pierwszy”, a „nic nie warty” oznacza „najwartościowszy”.

Jeśli więc czujesz się czasem niezauważony i wzgardzony, a ludzkie słowa potrafią cię dotkliwie zranić, to wiedz, że właśnie wtedy masz największe prawo do Jezusowych ramion. Jesteś bardzo ważny, ponieważ najważniejsi są dla Boga ci, którzy dla świata są nieważni.

Medytacja – spojrzenie ku wnętrzu

Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. [Mt 6,6]

Pan Jezus wyraźnie mówi o ubóstwie modlitwy, zresztą nie tylko w powyższym fragmencie, ale i ucząc swoich uczniów modlitwy zaskakuje nas ubóstwo i zwięzłość formy. Obraz modlitwy, który Jezus przywołuje w swoim programowym „Kazaniu na Górze” jest bardzo sugestywny. Miał on być z pewnością przeciwstawieniem znanego z życia obrazu modlitwy „na pokaz”, którą uprawiali faryzeusze. Niestety taka pokusa modlitwy „na pokaz” czy to przed Bogiem czy to przed ludźmi drzemie w wielu osobach, jako konsekwencja grzechu pychy. Niejednokrotnie wydaje nam się, że im więcej słów wypowiemy do Boga, tym modlitwa będzie owocniejsza i skuteczniejsza. Tymczasem Bóg patrzy na serce! O czym przypomina prorok Samuel: „nie tak bowiem człowiek widzi, jak widzi Bóg, bo człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce”[1 Sm 16,7]. Współczesny świat, szybki i pełen reklam utwierdza nas niestety w takim patrzeniu, na zatrzymywaniu się na tym, co powierzchowne, bo brakuje czasu na to by spojrzeć na wiele spraw głębiej. Dlatego trzeba nam nieustannie wracać do rady jaką daje nam Jezus w tym krótkim, przywołanym dzisiaj fragmencie Kazania na Górze: by przychodząc na modlitwę zamknąć drzwi naszego serca. Taka postawa sugeruje, że przy zamkniętych drzwiach nie można patrzyć na zewnątrz. Ta rada pięknie współgra z doświadczeniem św. Augustyna, którego wspomnienie dzisiaj przeżywamy, a który w swoich Wyznaniach odnotowuje: „Późno Cię ukochałem, Piękności dawna i zawsze nowa! Późno Cię ukochałem! We mnie byłeś, ja zaś byłem na zewnątrz i na zewnątrz Cię poszukiwałem. Sam pełen brzydoty, biegłem za pięknem, które stworzyłeś. Byłeś ze mną, ale ja nie byłem z Tobą”. Dlatego warto iść za radą Augustyna, który potwierdzając słowa Jezusa każe nam szukać Boga i zjednoczenia z Nim w tym, co wewnętrzne. Tenże sam św. Augustyn wyznaje: „Przynaglony do wniknięcia w siebie, wszedłem za Twym przewodnictwem do wnętrza mego serca. Mogłem to uczynić, bo „stałeś się dla mnie Wspomożycielem”. Ważne jest w tym doświadczeniu również to, że nie jesteśmy w nim sami. Człowiek, który szuka Boga może mieć pewność, że jest wsparty Bożą mocą i łaską, gdyż Bogu bardziej zależy na tym, żebyśmy Go znaleźli niż nam. Ważne jest tylko, by nie zabrakło nam woli szukania i przylgnięcia do Niego. Ważne jest jednak również to, że trzeba byśmy mieli świadomość tego, co w tym poszukiwaniu nam zagraża i staje się przeszkodą w naszych poszukiwaniach. O tym także zaświadcza patron dnia dzisiejszego: kto bowiem na modlitwie skupia się na niepotrzebnych myślach, uczuciach, obrazach, które mimowolnie przychodzą i odrywają go od istoty modlitwy, czy też problemach życiowych nie jest jeszcze – używając słów Ewangelii – w swojej izdebce. Brak mu poniekąd dyspozycji do dobrej, głębokiej i owocnej modlitwy. Nie chodzi o to, aby modlitwa odrywała nas od życia, gdyż stanowi jego integralną część. Chodzi jednak o to – jak pisze ojciec Franz Jalics – aby modlitwa była doświadczeniem, które łączy nas ze światem wewnętrznym i rozkoszowaniem się religijnym krajobrazem właściwym dla naszej duszy niż patrzeniem na zewnątrz ku świtu zewnętrznemu, z którego trudno dostrzec to co właściwe dla naszej psychiki i ducha [por. Droga Kontemplacji, Franz Jalics SJ, s.43].

Raz jeszcze zaznaczmy, że w modlitwie nie chodzi o wypieranie uczuć, odrzucanie naszego życia, ale o to, aby zagłębiają się w sferę ducha znaleźć tam siły i motywacje dla jego właściwego rozwoju i wzrostu zgodnego z duchem Ewangelii, motywacje i siły, których próżno byłoby szukać na zewnątrz, bo ich właściwym źródłem jest nasza dusza, w której spotykamy Boga i Jego łaska, która działa w naszym wnętrzu i stamtąd wytryskuje ku życiu zewnętrznemu. Przywołajmy na koniec raz jeszcze słowa św. Augustyna:

 „Wszedłem i zobaczyłem jakby oczyma mej duszy, ponad tymiż oczyma, ponad moim umysłem Światło niezmierne.(…) Szukałem drogi, dzięki której mógłbym trwać w zjednoczeniu z Tobą, i nie znajdowałem, dopóki nie przylgnąłem do Pośrednika między Bogiem a ludźmi, Człowieka Jezusa Chrystusa, który jest ponad wszystko, Bóg błogosławiony na wieki” [Wyznania].

Niech zatem medytacja będzie wejściem w ten świat naszego wnętrza, otwarciem się na światło jakiego udziela nam Bóg i pragnieniem jeszcze mocniejszego przylgnięcia całym naszym sercem i całym naszym życiem do Jezusa Chrystusa.