Po wyjściu Judasza z Wieczernika rzekł Jezus: «Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony. Jeżeli Bóg został w Nim otoczony chwałą, to i Bóg Go otoczy chwałą w sobie samym, i to zaraz Go chwałą otoczy. Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami.
Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali». (J 13,31-33a. 34-35)
Na chwilę przed Wniebowstąpieniem Jezus mówi do nas: „Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami”. Ale zanim odejdzie zostawia nam zadanie do wykonania…
Często bywa, że skupiamy się w naszym rachunku sumienia na wielu drobnych uczynkach, a lekceważymy te, które w Ewangelii są najważniejsze. Wyrzucamy sobie na przykład rozproszenie na modlitwie, a jednocześnie jesteśmy zimni i obojętni na los innych. To pokazuje, że nie zawsze rozumiemy, jakie ma być nasze chrześcijańskie życie. I nic dziwnego – nie jest to proste zadanie!
Jezus nam mówi, że mamy kochać naszych bliźnich, tak „jak On nas umiłował”. Tym samym to, co było już dostatecznie trudne, stało się wręcz niemożliwe do wykonania. On nas ukochał do tego stopnia, że opuścił swoją boską kondycję, aby poznać cierpienie, zdradę, śmierć. Jak możemy kochać tak samo?
Przykazanie: „tak jak Ja was umiłowałem”, to nie tylko przykład do naśladowania. To pokazanie nam źródła, z którego musimy zaczerpnąć, jeśli przynajmniej chcemy próbować dorastać do tej miłości, którą On nam nieustannie daje i która pochodzi od Niego. Jeśli spróbujemy szukać tego źródła miłości gdziekolwiek indziej, lub próbować kochać o własnych siłach, będziemy się nieustannie potykać o niezdolność naszego kochania, albo wręcz egoizmu
Na wszystko jest właściwy czas. Niczego nie da się przyśpieszyć, wymusić na sobie pobożnym życzeniem. A zwłaszcza nie da się tego zrobić w życiu duchowym! Psalmista modli się: „nie gonię za tym, co wielkie, albo co przerasta me siły (…) wprowadziłem ład i spokój do mojej duszy (Ps 131). Stąd, po słowach: „abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem”, apostoł Jan spoczął na piersi Mistrza, by wsłuchiwać się w Jego serce. Zasłuchany w bicie Jezusowego serca – Jan dojrzewa.
Jan robi dokładnie to, o czym przed chwilą pisał psalmista: Na czas najtrudniejszej lekcji, jaką miała być Pascha (Męka i śmierć Mistrza) on schronił się w Bogu. Może właśnie dzięki temu mógł wytrwać do końca, pod Krzyżem, gdy innym zabrakło sił. Jakże inną postawę reprezentowali Piotr i Judasz, którym wydawało się, że lepiej wiedzieli… Byli zapatrzeni w swoją własną wizję drogi, swoją własną wizję Mesjasza.
Nie posłuchali jak Jan, gdy Jezus przestrzegał: „Beze Mnie nic uczynić nie możecie” (J 15, 5). Wiemy, czym się skończyło przekonanie o samodzielności i „dojrzałości” Piotra, który chciał pójść tam, gdzie Chrystus.
Myślę, że ta dzisiejsza Ewangelia jest dla nas ważną lekcją, w którą jak Jan musimy wsłuchać się nie tylko uszami, ale i sercem.
W życiu duchowym, w życiu wiary, w dojrzewaniu do wymagań ewangelicznej miłości nie da się samodzielnie dorosnąć: Tak jak dziecko dojrzewa otoczone bezpieczeństwem i siłą miłości rodziców, tak chrześcijanin ma szansę dojrzeć tylko wówczas, gdy stanie się dzieckiem – które pozwoli się otulić miłością i łaską Boga.
Piotr ostatecznie poszedł tam, gdzie Jego Pan, ale po swojej dojmującej porażce, po zaparciu się Mistrza i po Zmartwychwstaniu jest to już zupełnie inny Piotr – pokorny; umocniony paschalnymi wydarzeniami i darem Ducha Świętego. Jest to Piotr, któremu do głowy nie przyjdzie, że może zrobić coś, bez pomocy Bożej łaski…
Dzisiaj tak wiele mówi się o kryzysie, który dotyka Kościół. Może zrodzić się wówczas pokusa, by przestać trwać w wierze, albo w innym wypadku by nie tyle wytrwać, ile przetrwać. Tak się budzą nasze wielkie i małe sposoby radzenia sobie z różnymi sytuacjami, w których to nam się wydaje – tak jak kiedyś Piotrowi czy Judaszowi – że wiemy lepiej niż Chrystus, jak je rozwiązać. I próbujemy to robić po swojemu, nie pytając Chrystusa, jak to rozwiązać?…
A prawda jest taka, że jest tylko jedna droga, do przezwyciężenia każdego kryzysu wiary, zarówno tego osobistego, jak i wspólnotowego – jest to droga, którą wskazuje nam św. Jan: jeszcze mocniej przylgnąć do Chrystusa!
Każda inna droga i każde inne rozwiązanie w życiu chrześcijanina, które nie rodzi się ze wsłuchiwania się w Serce Zbawiciela prowadzi donikąd.
Jezus tak mówił: „Ten, kto we Mnie wierzy, wierzy nie we Mnie, lecz w Tego, który Mnie posłał. A kto Mnie widzi, widzi Tego, który Mnie posłał.
Ja przyszedłem na świat jako światło, aby każdy, kto we Mnie wierzy, nie pozostawał w ciemności. A jeżeli ktoś posłyszy słowa moje, ale ich nie zachowa, to Ja go nie sądzę. Nie przyszedłem bowiem po to, aby świat sądzić, ale by świat zbawić.
Kto gardzi Mną i nie przyjmuje słów moich, ten ma swego sędziego: słowo, które powiedziałem, ono to będzie go sądzić w dniu ostatecznym. (J 12,44-50)
Kontynuując w dzisiejszym wprowadzeniu do medytacji poruszony ostatnio wątek zmagań o wyciszenie wewnętrznego hałasu, który wydaje się jednym z największych wrogów medytacji zaczerpnijmy naukę z pewnej książki, która została wydana przez wydawnictwo oo. Benedyktynów w Tyńcu p. t. „Biblia jak pocisk. Jak walczyć z myślami? – Ewagriusz z Pontu.”
Nie mam bowiem wątpliwości, że Ewargiusz był niedoścignionym mistrzem w sporze z natrętnymi myślami, które atakowały go gdy chciał się modlić. W czasie pobytu na pustyni walki duchowe, toczone przez Ewagriusza, nie tylko nie ustały, ale wręcz przeciwnie, nasiliły się.
Jak opisuje to Palladiusz – współczesny Ewargiuszowi pustelnik z Antiochii: „Pewnego razu demony tak bardzo doświadczały go pokusą nieczystości, że – jak nam później powiedział – przyszła mu do serca myśl: „Bóg mnie opuścił››; i całą noc spędził na modlitwie stojąc w cysternie z wodą, nagi, w środku zimy, aż jego ciało stało się twarde jak kamień. Innym razem gnębił go duch bluźnierstwa i spędził czterdzieści dni bez wchodzenia pod dach celi, aż całe ciało pokryło się robactwem niczym nierozumne zwierzę”.
Ewagriusz doszedł do wniosku, że główna walka toczy się w myślach człowieka, w sferze mniej lub bardziej niezaspokojonych pragnień czy ambicji. Problem nie leży w samych grzechach, ale w pierwszym rzędzie w walce o wyeliminowanie demonicznych podszeptów, myśli (gr. logismoí), które prowadzą do niegodziwych czynów.
Pokusa, zła myśl, musi zostać wpierw rozpoznana. Interesujące nas dzieło może być użyte jedynie w sytuacji, w której w sposób jasny jesteśmy w stanie odróżnić dobro od zła. Poprzez myśl rozumiemy tutaj pewną zakorzenioną w nas strukturę pojmowania i opisywania rzeczywistości oraz reakcji na zachodzące wokół nas wydarzenia.
Ewagriusz mówił, że tych schematów myślenia jest osiem: obżarstwo, nieczystość, chciwość, gniew, smutek, acedia, próżna chwała i pycha. Każdy z nich jest śmiertelnie niebezpieczna i może doprowadzić do zguby. Brzmi to przerażająco: zło, pomimo tego, że jesteśmy świadomi jego destrukcyjnej mocy, może się okazać czymś tak atrakcyjnym, że nie wystarczy sama ludzka wola, żeby się go ustrzec. Chcąc przemienić swoje myślenie, czyli nawrócić się, gdyż biblijnie rzecz ujmując nawrócenie jest ni mniej ni więcej tylko przemianą myślenia, należy mieć oparcie w czymś, co pomoże przełamać złe schematy myślenia i działania. W tej właśnie chwili wkracza Słowo Boże ze swoją mocą, ukazującą świat taki, jakim jest w istocie. Ewagriusz wyjaśnia:
Wypada nam, gdy szykujemy taką kampanię, przywdziać zbroję duchową (por. Ef 6,11.13) i pokazać, że do ostatniej kropli krwi jesteśmy gotowi walczyć z grzechem (Hbr 12,4), niszcząc złe pokusy i wszelką pychę powstającą przeciw poznaniu Boga (por. 2 Kor 10,5) oraz starając się nie człowieka, ale jego sposób myślenia postawić przed trybunałem Chrystusa (2 Kor 5,10). Człowiek bowiem może odwrócić się od grzechu tylko wówczas, gdy odwróci od pokusy i grzechu swój umysł. Jezus nie pozostawia wątpliwości, że to z wnętrza naszego pochodzą nasze grzechy.
Dlatego Ewagriusz wzywa do oczyszczenia naszego umysłu: przy czym umysł oznacza dla niego esencję tego, czym Bóg obdarzył człowieka lub kim człowiek ma być lub w Bogu spodziewa się zostać. Różnica polega na wewnętrznej przemianie i przejściu o stopień wyżej: już nie ulegamy złym schematom, nie myślimy tak, jak jesteśmy przyzwyczajeni, lub tak jak nas do tego prowokuje świat, ale wszystko staramy się oprzeć na Bożym Słowie. Wymaga to nie tylko regularnej lektury Pisma Świętego i życia nim, ale także ascezy – wyrzekania się tego, co złe, a wybierania tego, co dobre. Ewargiusz proponuje tzw. metodę antyretyczna, która staje się praktyczną metoda przekraczania naszego złego sposobu myślenia, którego często stajemy się niewolnikami
Jezus powiedział:
”Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy”. (J 10,27-30)
Na początek przepraszam, że się powtarzam, ale zawsze, ilekroć jest niedziela Dobrego Pasterza przypomina mi się opowieść starego mnicha, która sama w sobie jest pięknym kazaniem i nieustannie mnie wzrusza:
Wśród wielu uczestników wieczornego spotkania dyskusyjnego na temat wiary organizowanego co miesiąc wśród paryskiej inteligencji byli obecni znany aktor i sędziwy kapłan. Zmęczeni dyskusją uczestnicy poprosili aktora, aby zarecytował coś dla odprężenia. Artysta zapytał obecnych, co chcieliby usłyszeć? Zaproponowano recytację psalmu 23. Autor przyjął propozycję z radością, postawił jednak pewien warunek, że gdy skończy recytację, ten sam psalm wypowie obecny wśród nich ksiądz. Zmieszany kapłan przystał na propozycję. Artysta zaczął więc piękną recytację, wypowiadając słowa psalmu dźwięcznie z zaangażowaniem. Gdy skończył salon pełen ludzi rozbrzmiał oklaskami.
Następnie artysta zwrócił się do księdza:
– Teraz ojca kolej.
Kapłan wstał i drżącym głosem zaczął wypowiadać słowa: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego; pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach, prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę…”
Gdy skończył wśród zgromadzonych zaległa absolutna cisza: nikt nie klaskał, panowało milczenie.
Po chwili ciszę przerwał głos aktora recytującego wiersz przed księdzem: „Przyjaciele! Teraz rozumiecie, dlaczego chciałem by ksiądz powiedział ten psalm po mnie. Ja co najwyżej mogłem swoją recytacją poruszyć wasze uszy, lecz nie potrafiłem jak mój następca podbić waszych serc. Różnica bowiem polega na tym, że ja znam jedynie psalm, a on zna Pasterza”.

Czwarta niedziela wielkanocna przynosi czytania ukazujące jak Słowo Boże i obietnica Królestwa stają się udziałem pogan. W Antiochii Paweł i Barnaba zachęcają nawróconych Żydów i prozelitów do wytrwania w łasce Bożej. Gromadzą na słuchaniu Słowa Bożego całe miasto. To ściąga na nich zazdrość, prześladowanie, wygnanie z granic miasta…
Lecz te prześladowania stają się ostatecznie błogosławieństwem, bo dają początek drodze, która przed oblicze apokaliptycznego Baranka zaprowadzi nieprzeliczone tłumy – z każdego narodu, z wszystkich pokoleń, ludów i języków. Tłumy idące z ucisku i męczeństwa…
Jezus Dobry Pasterz. Choć biblijne opowieści zdają się traktować o owcach, to wyraźnie obraz ten miał ukazać ludzką więź między Pasterzem i owcami. Pasterz to nie administrator ani księgowy. Nie ktoś, kto ocenia jakość futra i długość wełny, przelicza kilogramy możliwej do uzyskania baraniny, produkcję mleka czy ilości możliwych do wytworzenia oscypków. Pasterz z przypowieści Chrystusa jest raczej ojcem i matką, bratem i siostrą każdego. Zwłaszcza Ten Pasterz, który przekracza granice gatunku i przepaść dzielącą stworzenie od Stwórcy, stając się Barankiem.
On może mówić naszym głosem, dzielić nasz los aż do śmierci. To Baranka na apokaliptycznym tronie widzi św. Jan. Bóg rozciągnie swój namiot nad zbawionymi. „Nie będą już łaknąć ani nie będą pragnąć(…) i każdą łzę otrze Bóg z ich oczu”
„Jesteśmy Jego własnością Jego ludem,
owcami Jego pastwiska”
Nie jesteśmy owczą masą, wymiennymi pionkami na szachownicy historii. Nie wierzmy w znany slogan, że „nie ma ludzi nie zastąpionych”. Z Bożego punktu widzenia nasza osobowość, tożsamość, nasze ja jest niezastąpione. Powołani jesteśmy do jedynej w swoim rodzaju relacji i bliskości z Pasterzem, do słuchania Jego głosu i pójścia za Nim. Każda i każdy z nas ma swoje imię. Chrystus – Dobry Pasterz zwraca się do nas po imieniu a my możemy rozpoznać Go po głosie, tak jak Maria Magdalena w poranek wielkanocny poznała Nauczyciela, gdy zawołał ją po imieniu – Mario…
Wejście w osobową relację z Jezusem, to zgoda na to, aby On wprowadził nas w misterium Jego relacji z Ojcem, w misterium pełnego zaufania dialogu miłości.
A to oznacza, że już tu na ziemi żyjąc darem Zmartwychwstałego możemy żyć pełnią tego Życia, które potrafi zaspokoić najgłębsze pragnienia i tęsknoty.
Słuchać Jego głosu – to kontemplować Słowo Boże, to przyjmować je nie tylko rozumem, ale nade wszystko sercem, bo to w nim rodzi się pragnienie wypełniania Jego woli.
Poznać głos Pasterza możemy jedynie poprzez doświadczenie zasłuchania sercem pełnym miłości.
A wówczas bez względu na to co nasz spotka: radość i szczęście czy też „utrapienie, ucisk czy prześladowanie, niebezpieczeństwo czy miecz” – nikt nas nie wyrwie z Jego ręki i z ręki Ojca, z którym jest jedno.
Pan jest naszym Pasterzem! Pozwólmy Mu zatem, aby z właściwą sobie delikatnością i cierpliwością uczył nas umiejętności wsłuchiwania się w Jego głos, odwagi pójścia za Nim, i otwartości na co dzień na Jego miłość i łaskę.
W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa.
Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi da Niego: „Nie mają już wina”.
Jezus Jej odpowiedział: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?”
Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.
Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary.
Rzekł do nich Jezus: „Napełnijcie stągwie wodą”. I napełnili je aż po brzegi.
Potem do nich powiedział: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu”. Oni zaś zanieśli.
A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”.
Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie. (J 2, 1-11)
Mam takie przeświadczenie, że im dłużej medytuję, tym mniej potrafię mówić o medytacji. Oczywiście mogę powiedzieć jak się medytuje (że siadamy z wyprostowanym kręgosłupem, staramy się wytrwać w bezruchu przez cały czas trwania medytacji, można przymknąć lekko oczy, oddychamy spokojnie i głęboko, ale naturalnie, nie wymuszając oddechu a następnie w rytm oddechu zaczynamy powtarzać w sercu modlitewne wezwanie. Nie zastanawiamy się nad nim. Powtarzamy i słuchamy. Poddajemy się jego działaniu…)
Ale to tylko aspekt techniczny. Z tych prostych zasad nie dowiemy się czym jest medytacja. To tak jak z Bogiem: im więcej o Nim mówimy tym łatwiej rozminąć się z prawdą o Nim. Może teologowie, którzy piszą opasłe książki o Bogu nie zgodzili by się ze mną, ale im dłużej żyję, im dłużej jestem księdzem i z faktu wykonywanej przeze mnie roli mówię o Bogu, tym bardziej skłaniam się to tego o czym pisał autor Obłoku niewiedzy. Według niego nie możemy pojąc rozumem rzeczywistości jaka jest Bóg, bo wcześniej ogarnie nas ciemna chmura niewiedzy. „Radzę ci – pisze – byś wszedł w tę chmurę, czul się w niej jak w domu i zaczął ćwiczyć się w milczącym zawierzeniu.” Jednocześnie autor tego traktatu mistycznego przestrzega, że chcąc się zanurzyć w tę chmurę powinniśmy porzucić wszystkie myśli, pojęcia i obrazy. Musimy być wolni, by dać się ogarnąć innej rzeczywistości.
Im dłużej medytuję tym bardziej medytacja jawi mi się jako misterium, tajemnica. Ponieważ nurkuję, to lubię porównywać tę rzeczywistość z doświadczeniem nurkowania. Można komuś wyjaśnić technikę nurkowania, to co powinien robić a czego unikać, by uniknąć czyhających niebezpieczeństw, ale nie da się przekazać słowami doświadczenia zejścia pod wodę, gdzie zostajesz dosłownie pochłonięty przez ciszę i bezmiar oceanu, przy którym człowiek czuje się taki malutki.
Przeżywamy dzisiaj w Warszawie uroczystość Matki Bożej Łaskawej, Patronki stolicy. Najczęściej Maryja kojarzy nam się z dwoma ewangelicznymi obrazami: albo gdy stoi pod Krzyżem Jezusa, albo ze sceny Zwiastowania. Dzisiaj, gdy w scenie z Kany Galilejskiej m owi do sług: „Zróbcie wszystko cokolwiek Jezus wam powie”, to jest to polecenie, które wyrasta z Jej „Tak” powiedzianego Bogu w chwili zwiastowania i konsekwentnie ponawianego w całym Jej życiu. Prosząc sługi by byli posłuszni słowu Jezusa Maryja dzieli się sowim osobistym doświadczeniem. Ona wie, że na posłuszeństwie i na zaufaniu słowu Boga nie można się zawieść. I podobnie jest z doświadczeniem medytacji. Odwołujemy się w niej do słowa – do Imienia Jezus. Powierzamy się temu słowu z zaufaniem i wiarą, że na nim nie można się zawieść.
W literaturze mistycznej często możemy spotkać przestrogę, żeby nie szukać zbyt natarczywie. Do szukania i formułowania oczekiwań pobudza nas często nasze ego, co kończy się czeto tym, że nic nie znajdujemy. W medytacji nie chodzi o to, żeby coś znaleźć a raczej o to, żeby dać się znaleźć, tu i teraz.
Wytrwajmy zatem przez najbliższe dwadzieścia minut, ciesząc się samym trwaniem w obecności Boga, „w którym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”. Niech wewnętrzna cisza, do której prowadzi nas recytacja słowa będzie naszym TAK, powiedzianym Bogu i tajemnicy, w doświadczenie której pragnie nas On prowadzić.
Jezus ukazał się znowu nad Morzem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: ”Idę łowić ryby”. Odpowiedzieli mu: ”Idziemy i my z tobą”. Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie złowili.
A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus. A Jezus rzekł do nich: ”Dzieci, czy nie macie nic do jedzenia?”. Odpowiedzieli Mu: ”Nie”.
On rzekł do nich: ”Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie”. Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć.
Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: ”To jest Pan!”. Szymon Piotr, usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę, był bowiem prawie nagi, i rzucił się w morze. Reszta uczniów dobiła łodzią, ciągnąc za sobą sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko, tylko około dwustu łokci. A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli żarzące się na ziemi węgle, a na nich ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: ”Przynieście jeszcze ryb, któreście teraz ułowili”. Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości sieć się nie rozerwała. Rzekł do nich Jezus: ”Chodźcie, posilcie się!”. Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: ”Kto Ty jesteś?”, bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł, wziął chleb i podał im, podobnie i rybę. To już trzeci raz, jak Jezus ukazał się uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał.
A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?”
Odpowiedział Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”.
Rzekł do niego: „Paś baranki moje”.
I powtórnie powiedział do niego: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?”
Odparł Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”.
Rzekł do niego: „Paś owce moje”.
Powiedział mu po raz trzeci: „Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?”
Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: „Czy kochasz Mnie?” I rzekł do Niego: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do niego Jezus: „Paś owce moje.
Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz”.
To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to rzekł do niego: „Pójdź za Mną!” (J 21,1-19)
Wielki Post za nami, prawie już o nim zapomnieliśmy pomimo tylu starań i postanowień. Święta – piękne, rodzinne także już za nami. Minął tydzień, dwa, do Niedzieli Miłosierdzia jakoś się trzymamy, a potem wracamy na stare śmieci i ewentualnie ruszymy się z nich na początku następnego Wielkiego Postu, co gorliwsi może w Adwencie. Spróbujmy potraktować tę trzecią niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego jako sprawdzian – Jezus pyta nas o miłość. Przez Wielki Post, przez Święta Paschalne powinno w nas być trochę więcej miłości. Chrześcijaństwo zaczyna się wtedy, kiedy człowiek staje i mówi: chcę kochać dobrych i złych, przyjaciół i nieprzyjaciół; chcę zło zwyciężać dobrem; chcę moje życie oprzeć na ewangelicznych wartościach, pomimo całej słabości, która wciąż przypomina mi, jak bardzo do tych wymagań stawianych przez Ewangelię nie dorastam…
Jak donosi Jan ewangelista tej nocy Piotr i jego towarzysze nic nie złowili… Tak jak my doświadczali trudności, porażek, życiowych zakrętów.
Chociaż Piotr przedstawiany jest jako rybak, trudno się oprzeć wrażeniu, że nie był mistrzem w swoim fachu. Na kartach Ewangelii spotykamy go zwykle w sytuacji, w której połów mu nie wychodzi. Tymczasem pojawia się Jezus, który podobno był cieślą, a nie rybakiem, i prosi by zarzucili sieci raz jeszcze, w konkretnym miejscu. Uczniowie zaufali Jezusowi i zarzucili sieci z prawej strony łodzi. Połów przerósł ich najśmielsze oczekiwania. Pan w jednym momencie zmienił wszystko.
Ta historia pełna jest symboli. Ewangelista oryginalnie łączy cudowny połów z wielkanocnym posiłkiem. Dwa wydarzenia – tak ważne u początku powołania Piotra – nadają nowy sens jego życiu i posłannictwu. W swoim zmaganiu nie jest sam. Jest z nim Chrystus, w środku doświadczenia jego słabości.
Piotr przeszedł bardzo długą drogę odkrywania własnego powołania. U początku odkrywania tego powołania były słowa Piotra: „Odejdź ode mnie, Panie, bom jest człowiek grzeszny” (Łk 5, 8).
Dlatego być może ważniejsze od cudownego połowu jest to, co dzieje się po chwili: „Spowiedź” pierwszego papieża, dialog, jaki Jezus prowadzi z nim na brzegu jeziora. Trzykrotnie pyta Piotra o miłość. W języku biblijnym cyfra trzy jest symboliczna; trzy razy Piotr wyparł się Jezusa, ale też trzykrotnie powiedział: Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Parafrazując, moglibyśmy dopisać do tych słów jeszcze takie: Ty znasz moje serce i choć jest w nim dużo lęku i słabości, ale powierzam je Tobie, bo ufam, że tylko Ty Panie możesz je przemienić. Wyznanie Piotra nad jeziorem Tyberiadzkim, to jedno z najpiękniejszych wyznań Ewangelii.
Ta scena pokazuje, że źródłem naszego powołania jest miłość Jezusa. To On jako pierwszy wyznał swoją miłość do nas podczas ostatniej wieczerzy, a potem potwierdził ją, umierając na krzyżu. Tak jak wobec Piotra, tak i wobec każdego z nas aktualne są Jego słowa: „Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara. Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci” (Łk 22, 32).
Całe zakończenie Ewangelii św. Jana, czyli rozdział 21, to dziękczynienie za wspólnotę Kościoła i osobiste powołanie każdego z uczniów Chrystusa, a zatem również każdej i każdego z nas.
Św. Jan odnotuje w Ewangelii: „Jest ponadto wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, a które gdyby je szczegółowo opisać, to sądzę, że cały świat nie pomieściłby ksiąg, jakie trzeba by napisać” (J 21, 25).
Wśród tych rzeczy, o których pisze Jan jest także historia wiary i przyjaźni z Chrystusem każdej i każdego z nas, historia naszego chrześcijaństwa, historia, którą wciąż piszemy naszym życiem.