Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Sposoby miłości Boga

Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować. Nikt nigdy Boga nie oglądał. Jeżeli miłujemy się wzajemnie, Bóg trwa w nas i miłość ku Niemu jest w nas doskonała. Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam. Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim. (1 J 4,11-12. 16)

Bóg na wiele sposobów pokazuje człowiekowi, że go kocha. Jednak dla wielu osób wierzących miłość Boża jest pojęciem abstrakcyjnym a przecież to jeden z fundamentów życia duchowego i jego jakości. Wiele osób szczerze wyznaje, że nie noszą w sobie pewności Bożej miłości, a zatem nie potrafią opierać na niej swojego życia począwszy od życia modlitwy a skończywszy na budowanych w oparciu o tę miłość relacjach – domagającą się widzenia w drugim człowieku obecności Chrystusa.

Problem leży w tym, że powód takiego braku leży zawsze po stronie człowieka, który nie chce albo nie potrafi zauważyć przejawów Bożej miłości, albo też istotną trudność stanowi dla niego otwarcie i przyjęcie nie tylko prawdy, że Bóg kocha go bezgranicznie, ale i samej miłości jako doświadczenia. A przecież jak napisze już we wstępie autor listu do Hebrajczyków: Bóg w historii na różne sposoby przekonywał człowieka o swojej miłości, po to by w ostatnim akcie tej historii powiedzieć o niej przez swojego Syna. [por. Hbr 1, 1-2].

A św. Jan doda: „W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On pierwszy nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy” (1 J 4,10). Bóg mógł nas odkupić na wiele sposobów, ale wybiera drogę, którą jest ziemskie życie Jego Syna, przepełnione miłością aż do oddania za nas swojego życia. A to wszystko uczynił dlatego, aby przyciągnąć do siebie nasze ludzkie serca, czułe z natury na najmniejsze dobro, na najmniejszy dowód przyjaźni. Bóg ukochał nas miłością odwieczną, a szczyt tej miłości wyraża się w Jego ofierze złożonej za nas na krzyżu. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13).

Innym dowodem miłości Boga ku nam jest także to, że Pan Jezus, jako dowód swojej miłości ustanowił Eucharystię, w której wypełnia swoją obietnicę: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Św. Bernard kontemplując obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, zastanawiał się, jak Bóg, będący Panem nieba i ziemi, mógł zostawić nam siebie w cząstce chleba, oddając się człowiekowi do całkowitej dyspozycji? Jak Bóg mógł zgodzić się na tak dalece posuniętą bezbronność, narażać się na profanację, wzgardę, zbezczeszczenie? Dla wielu osób kłóci się to z pojęciem majestatu Boga. Tymczasem św. Bernard słyszy od Chrystusa, że jedynym powodem jest Miłość.

Arcybiskup Nowego Jorku Fulton Sheen napisał kiedyś, że podobnie jak nie możemy prowadzić ziemskiego życia, o ile się nie odżywiamy, tak również nie możemy prowadzić życia duchowego, o ile nie będziemy przyjmować pożywienia które je umacnia. Tym pokarmem jest modlitwa i Eucharystia – która stanowi szczyt modlitwy. Zarówno jedna jak i druga wiążą nas z Chrystusem więzią łaski i choć pozornie jest ona niewidoczna, to możemy odczuć skutki jej działania w swoim życiu.

Medytacja monologiczna to jedna z form modlitwy, których jest wiele, tak jak wiele jest dróg którymi człowiek podąża do zjednoczenia z Bogiem. Bóg bowiem lubi różnorodność. I choć jest pomimo swej pozornej prostoty wymagającą formą modlitwy, to wydaje się najbardziej zbliżać nas do postawy proroków, Maryi a wreszcie samego Jezusa, dla których tym, co karmiło i umacniało ich głęboką relację z Bogiem było wsłuchiwanie się w Jego słowo. W tym słowie bowiem najmocniej – poza wcieleniem – możemy odkryć prawdę o Bożej miłości do nas i co więcej pozwolić by słowo, które ma moc przemawiania wprost do ludzkiego serca przekraczało granice naszego racjonalnego i często osądzającego umysłu po to, by zanurzyć nas w samo doświadczenie Bożej miłości. Taka jest też rola medytacji monologicznej, tym bardziej, że mamy tę szczególna łaskę, że możemy trwać na tej modlitwie w obecności Chrystusa obecnego w Najświętszym Sakramencie a wiec nie tylko słuchać Jego słowa, które przemawia do naszego serca, przez powtarzane z wiarą i miłością wezwanie, ale i patrzeć na Tego, który nieustannie i z miłością na nas spogląda.

Odpowiedź na wezwanie

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: „Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon”.

Skoro usłyszał to król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz.

Ci mu odpowiedzieli: „W Betlejem judzkim, bo tak napisał prorok:

A ty, Betlejem, ziemio Judy,

nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy,

albowiem z ciebie wyjdzie władca,

który będzie pasterzem ludu mego, Izraela”.

Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: „Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon”. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę.

A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę.

A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do ojczyzny. (Mt 2,1-12)

Czego dowiadujemy się w Święto Objawienia Pańskiego z Ewangelii? Najpierw słyszymy o Herodzie, królu Judei. Przeraziła go wiadomość o nowym królu żydowskim. W dążeniu do utrzymania władzy chwyta się spisków i podstępów, chociaż nie pomaga mu to w przypilnowaniu wędrowców z obcego kraju.

O mędrcach też się nieco dowiadujemy. Przyszli we trzech, podążając za gwiazdą. Tajemniczy Mędrcy (czy jak inni chcą: Magowie), ludzie niewątpliwie światli i uczeni, odkrywają silne wezwanie, by pójść odszukać Tajemniczą Postać: Króla? Zbawiciela? Mędrca? Sami jeszcze dokładnie nie wiedzą.  Wiemy, że znali przepowiednię, której zaufali, dlatego wyruszyli do zupełnie nieznanej ziemi.

W Ewangelii pojawiają się także Dziecię i Jego Matka Maryja. W Święto Objawienia Jezus nie jest nawet wymieniony z imienia. Ale to właśnie On jest centralną postacią.

O Herodzie pewnie nikt by nie wiedział, gdyby nie przypadek, że akurat rządził jakąś mało znaczącą rzymską prowincją, gdy Jezus przyszedł w niej na świat.     O mędrcach nawet dziś niewiele wiemy. Skąd przyszli? W jaki sposób poznali przepowiednię o królu żydowskim? Dlaczego zamiast się zdziwić widokiem dziecka narodzonego w nędznych warunkach, rozpoznali w nim w króla?

Wszystko, co zostało opisane w dzisiejszej Ewangelii, dzieje się tylko i wyłącznie dlatego, że jest tam Dziecię. I na tym polega istota Jego Objawienia.

Przeżywamy tajemnicę wcielenia. Cieszymy się przyjściem Zbawiciela na świat. Czy jednak wystarczy fakt, że Bóg przyjął ludzkie ciało? Czy wystarczy Jego narodzenie?

Potrzebna jest jeszcze odpowiedź człowieka. Każdy dar, każda łaska a szczególnie ta, która chce przynieść człowiekowi zbawienie domaga się przyjęcia i odpowiedzi na nią. Nie jakiejkolwiek odpowiedzi, ale odpowiedzi właściwej. Odpowiedzi bowiem mogą być różne.

Pamiętamy o odpowiedzi jakiej udzielili pasterze. Dzisiaj słyszeliśmy o odpowiedzi mędrców ze Wschodu – przyszli do Betlejem, oddali pokłon i ofiarowali swoje dary. To są właściwe odpowiedzi.

Mamy także zapowiedź innej odpowiedzi. Oto Herod przerażony jest wieścią o narodzonym Królu. Wiemy czym się to skończy – bezsensowną rzezią betlejemskich dzieci.

Mamy zatem z jednej strony miłość i oddanie a z drugiej nienawiść i chęć mordu.

Jest jednak trzecia odpowiedź. Myślę, że najbardziej pospolita. Ta odpowiedź to… obojętność.

Urodził się Zbawca świata. Bóg przyszedł do człowieka. Ale są tacy, których to „ani ziębi, ani grzeje”, choć św. Jan ujmie to trochę delikatniej: „nie przyjęli Go”.

W podobny sposób można przeżywać całe doświadczenie wiary i religijności.

Ewangelia dzisiejsza ukazuje nam zatem trzy postawy wobec prawdy: postawę Mędrców, którzy w rzeczywistości ziemskiej odnajdują ślady Boga i podążają za nimi, poszukując sensu; postawę Heroda, który boi się prawdy, gdyż Bóg stanowi zagrożenie dla jego władzy i wolności; i trzecią postawę – biernego obserwatora, któremu się wydaje, że wiele wie, ale który za tą prawdą nie podąża. Taki bezruch może być przyczyną duchowej śmierci człowieka, choć on sam może sobie z tego nie zdawać sprawy. Zanim jednak potępimy Heroda czy tych, którzy obojętnie reagują na przyjście na świat Zbawiciela, pomyślmy także, czy i w naszych poszukiwaniach prawdy, w naszym przezywaniu wiary nie ma czasem lęku, że Bóg zabierze nam wolność, albo że coś stracimy, godząc się na to, aby to On i jego wola były reżyserami naszego życia?

Uroczystość Objawienia Pańskiego powinna być dla nas dniem, w którym zadajemy sobie pytanie, czy nie przestaliśmy poszukiwać prawdy? Czy nie zgodziliśmy się na rutynę i nie zadowoliliśmy się otrzymanymi już kiedyś odpowiedziami w sprawach najważniejszych? Czy pozwalamy, by nasza wiara była dla nas światłem w codziennym poszukiwaniu? Może ten dzień będzie okazją do odnalezienia tego światła wiary na nowo!? Do odkrycia, że Bóg objawia się w świecie i w naszym życiu nie według naszych scenariuszy, ale według swojego scenariusza i woli. Nie przez to, że coś dla nas robi, albo czegoś nie robi, ale przez to, że z nami jest. Jego obecność jest największym darem, jaki możemy od Niego otrzymać. Tylko czy potrafimy ten dar przyjąć i nań właściwie odpowiedzieć?

Maryja i droga serca

Na początku było Słowo,

a Słowo było u Boga,

i Bogiem było Słowo.

Ono było na początku u Boga.

Wszystko przez Nie się stało,

a bez Niego nic się nie stało,

co się stało.

W Nim było życie,

a życie było światłością ludzi,

a światłość w ciemności świeci

i ciemność jej nie ogarnęła.

Przyszło do swojej własności,

a swoi Go nie przyjęli.

Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli,

dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi [J 1, 1-5.7]

Kiedy patrzymy na przedstawienie Maryi jako Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus na ręce warto ów obraz odnieść do naszej chrześcijańskiej codzienności. Fundamentem relacji Maryi i Jezusa jest miłości i wiara.

Obraz Maryi tulącej do piersi swoje dziecko to jedno z piękniejszych przedstawień miłości. Nie bez przyczyny Dzieciątko Jezus na obrazach zazwyczaj znajduje się z lewej strony Matki, aby w ten wizualny sposób skrócić drogę serca do serca.

Kiedy rozważamy tajemnice Wcielenia wiemy, że w porządku chronologicznym najpierw było serce Jezusa pod sercem Matki. Litania do Serca Pana Jezusa opisuje to jednym prostym zdaniem: „Serce Jezusa w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone, zmiłuj się nad nami”. Już to wezwanie jest wyznaniem wiary Kościoła w akt wcielenia Syna Bożego, jak również w to, że Maryja, tak jak każda kobieta, mogła tę Jezusową, synowską obecność odczuwać i rozpoznawać. To także ważny symbol dla każdego chrześcijanina. Bóg, który przez wcielenie wchodzi w historię świata pozwala na to, abyśmy przez wiarę i miłość mogli rozpoznawać i odczuwać obecność Boga w swoim życiu.

By móc odpowiedzieć miłością na miłość, potrzeba wcześniej doświadczyć i odczytać właściwie zamysły Jezusowego Serca skierowanego ku nam. Serce Jezusa ukształtowane pod sercem Maryi to także znak uniżenia Boga, któremu tak mocno zależy na człowieku, że jest gotów podejmować różne działania, posługiwać się różnymi drogami, by dotrzeć do ludzkiego serca. Właśnie ta droga może symbolizować to, co określamy „modlitwą serca”. Próbując najprościej zdefiniować czym, jest modlitwa serca można określić ją jako trwanie „serce przy sercu”. Człowiek zanurzony w modlitwie z całą wiarą i miłością trwa swoim sercem przy sercu Boga, które w Jezusie zawsze bije z miłości do człowieka i dla niego. Medytacja, to nic innego jak otwieranie się w porządku łaski na tę miłość.

Cała tajemnica Wcielenia, którą przez miniony tydzień świętowaliśmy mówi nam o tej drodze, do przejścia której jesteśmy zaproszeni, jak Maryja.

Bóg zaprasza nas, tak jak Ją, byśmy przyjęli Jego słowo i abyśmy wsłuchując się w nie uwierzyli i odczuli Jego miłość do nas, po to abyśmy mogli następnie rodzić jego owoce w naszym życiu przemienionym mocą tego słowa, mocą łaski wiary i miłości.

Warto jednak wspomnieć także o trudnościach, które stają się udziałem człowieka modlitwy.  Przychodzą one podobnie jak w życiu Maryi, gdy doświadcza zagubienia Jezusa w świątyni. To także ważna dla nas lekcja, która koresponduje z rzeczywistością, jakiej doświadcza się niejednokrotnie w życiu duchowym, a mianowicie: braku odczuwania bliskości Boga. Jeśli jednak Bóg dopuszcza takie momenty, dzieje się tak dla oczyszczenia i przygotowania człowieka na inne, głębsze przeżywanie relacji z Bogiem.

Można powiedzieć, że doświadczenie Maryi przeżywającej tajemnicę Wcielenia, to droga życia opartego o duchowość serca. Medytacja monologiczna jako jedna z form modlitwy serca zaprasza nas także do wejścia na tę drogę a w praktyce także do dzielenia się własnym doświadczeniem wiary wyrastającym z tej modlitwy. Choć trzeba nam pamiętać,  Serce Jezusa, którego miłość pragniemy odkrywać w tej modlitwie jest i pozostanie dla nas zawsze tajemnicą, która nas przerasta i onieśmiela.

Theotokos

Pasterze pospiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu.

A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali.

Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu.

A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane.

Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki. (Łk 2,16-21)

Nowy rok. Kolejny. Mamy nadzieję, że będzie szczęśliwy, dobry, że dzieci będą się dobrze uczyć, wszyscy będą zdrowi, będzie dobra praca…

Nie ma jednak wątpliwości, że to, jak przeżywamy życie i jak patrzymy na różne wydarzenia, w dużej mierze zależy od naszego spojrzenia na rzeczywistość. W świecie pełnym zabiegania, powszechnego braku czasu, wirtualnych relacji, łatwo zgubić to, co naprawdę najważniejsze. Może właśnie dlatego Kościół nowy rok kalendarzowy rozpoczyna z Maryją.

Jeśli u progu Nowego Roku patrzymy na Nią, to może dlatego, że jesteśmy zaproszeni do spoglądania na życie i na różne wydarzenia z takiej perspektywy jak Ona patrzyła. Kiedy Maryja staje przed wyzwaniem jakim bez wątpienia jest Boże Macierzyństwo, Ona  pyta się Pana Boga, jak to się stanie, a nie pyta o to, czy to jest możliwe, bo dla Niego nie ma nic niemożliwego.

Maryja uczy nas swoją postawą zawierzenia w to, że dla Boga naprawdę nie ma rzeczy niemożliwych, ale chce nas nauczyć też tego, byśmy w tym wszystkim, co nas spotka, potrafili rozpoznać i rozeznać znaki czasu, wezwania, rady, zachęty i przestrogi naszego Pana Jezusa Chrystusa. Abyśmy umieli usłyszeć to, czego On – nasz Zbawiciel i Mistrz życzy sobie od nas, a niekoniecznie – my do Niego.

Kiedy w czytaniu z Księgi Liczb jest mowa o „życzeniach”, jakie ma składać Izraelitom Aaron, czytamy tam: „Niech cię Pan błogosławi i strzeże, niech rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy łaską”. Warto jednak uświadomić sobie, że w tych życzeniach nie chodzi jedynie o powodzenie w ziemskich sprawach, ale przede wszystkim o zbawienie. Sensem błogosławieństwa w tekście hebrajskim jest stworzenie człowiekowi szansy na życie w jedności z Bogiem – bo tylko to może dać pełnię życia i szczęścia. Bóg chce powiedzieć swoim dzieciom, że wszystko, co je spotka i z czym będą się zmagać, jest dla nich szansą na umocnienie więzi z Nim. Błogosławieństwo, które daje Bóg, jest szansą, ale to od człowieka zależy, czy i jak z niej skorzysta czy też tę szansę przegapi.

I tutaj znowu przychodzi nam z pomocą Maryja. Święty Łukasz, opisując postawę Maryi podkreśli, że: „Zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu”.

Tylko zatrzymanie się nad życiem, próba spojrzenia na nie z innej perspektywy i przeżycie własnych problemów z Bogiem pozwala zobaczyć, że oprócz zmęczenia, bólu, nudy i rutyny jest też miłość, dobro, piękno. Zachowywanie wszystkich spraw i rozważanie ich z Bogiem jest szansą na prawdziwe życie, na rozwinięcie skrzydeł. Tak właśnie zrobili pasterze. Przyszli uwielbić Boga, i dzięki tej postawie dostrzegli w ubogim żłobie Jego autentyczną obecność.

Pozornie może nam się wydawać, że uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki nie ma nic wspólnego z praktyką naszego życia. Gdy jednak pomyślimy, że Maryja stała się Matką Boga za sprawą Jego wybrania a nie swoich zasług, to powiem Wam, że Bóg w Chrystusie wybrał także „nas przez założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem”.

Jeśli zgodzimy się na Boże działanie w swoim sercu, będziemy coraz bardziej – jak Maryja – doświadczali, że On pierwszy nas umiłował i łatwiej będzie nam tę miłość zanieść innym, rodząc Chrystusa w swoich dzieciach, opowiadając im Ewangelię, ucząc modlitwy, wychowując, aby się stały Jego wiernymi uczniami. Kiedy żyjemy świadomością miłości Boga nie mamy już problemów, by zapomnieć o modlitwie,  bo to oznaczałoby, że zapominamy o rozmowie z kimś, kto nas kocha. A z kolei przez swoją pamięć o Bogu będziemy potrafili przypomnieć o Nim tym, którzy w zabieganiu się oddalili od Niego i zapomnieli o Nim i być może osunęli się w ciemność grzechu lub zwątpienia.

Bóg kształtował Maryję przez całe jej życie. Fakt, że porodziła Zbawiciela, stanowił zaledwie etap Jej ziemskiego pielgrzymowania. Powołanie do przyjaźni z Bogiem w naszej codzienności nie jest szczytem, ale częścią Twojej i mojej drogi, konsekwencją Twojego chrześcijaństwa. „Tak” powiedzianego na chrzcie.

Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki przypomina nam, że Bóg wchodzi w naszą ludzką rzeczywistość nie jako ktoś obcy, z zewnątrz, ale jako ktoś bliski. Na dowód tego przyjmuje ludzkie ciało i rodzi się jak każdy człowiek. Przypomina nam o sobie i pokazuje, że można na świat patrzeć inaczej, nie tylko po ludzku, ale Jego oczami. Z takim spojrzeniem nie tylko każdy rok, ale i każdy dzień będzie dla nas szczęśliwy. Bo będzie szansą na spotkanie i budowanie jeszcze głębszej więzi z Nim.

Święta Rodzina

Rodzice Jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie. Lecz On im odpowiedział: Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi. (Łk 2,41-52)

Dzisiaj często możemy usłyszeć stwierdzenia typu: „Już nic nie jest w stanie mnie zdziwić”, albo: „Wcale nie jestem zaskoczony, to było do przewidzenia”. Może dlatego nas, dorosłych tak wiele różni od dzieci w ich podejściu do świata. Mały człowiek stale odkrywa tajemnice świata i stale wydaje się być nim zadziwiony i zafascynowany, a nam starszym wydaje się, że już wszystko wiemy, wszystko widzieliśmy, wszystkiego doświadczyliśmy.  Przypatrując się dziecku najczęściej w jego twarzy można odkryć zaskoczenie, zdziwienie, fascynację. I nie potrzeba wielkich rzeczy by pojawiła się taka reakcja ze strony dziecka. „Życiowych doświadczeń może być wiele, ale jak smutne jest życie, gdy już nic nie jest w stanie zadziwić człowieka” – pisał ks. Jan Twardowski.

Ponad dwa tysiące lat temu, wielu było takich, którzy dziwili się patrząc na małe Dziecię w betlejemskim żłobie, słuchając tego, co o nim mówili pasterze i inni szczęśliwi goście Świętej Rodziny. Jak mieli się nie dziwić, skoro najpierw odwiedził ich anioł, a następnie na własnej skórze przekonali się, że wszystko, co opowiedział, było prawdą. Jednak zdaje się, że współcześnie anioł zostałby inaczej potraktowany – być może jako zbiorowa halucynacja, zaś ubogimi rodzicami z dzieckiem niewielu by się przejęło. A przecież wokół nas dzieje się tyle cudów codzienności zasługujących na zadziwienie. Tylko kto potrafi je dostrzec?

Święta Rodzina, która dziś staje przed nami w centrum liturgii jest dla nas wzorem zarówno zadziwienia jak i zatroskania, bycia rodziców dla dziecka.

To ciekawe, że Maryja i Józef – choć wiedzieli, że ich Syn jest spełnieniem Bożych obietnic składanych przez wieki przez proroków, to mimo wszystko nie dawali Mu forów. Nie ma ani cienia wywyższania się z tego powodu, że to w ich rodzinie przyszedł na świat oczekiwany Zbawiciel, czy też w drugą stronę: nie ma ani krzty zaniedbania, zostawienia Go samemu sobie wynikającego z przekonania, że skoro to Boży Syn, to Bóg się o Niego zatroszczy. Widać również w życiu Świętej Rodziny ogromną pokorę wobec Bożych tajemnic oraz wobec daru macierzyństwa i ojcostwa. Gdyby Jezus nie został w świątyni, dużo mniej wiedzielibyśmy o miłości Maryi i Józefa do Niego.

Kiedy odczytuję słowa dzisiejszej Ewangelii, przychodzi mi na myśl bardzo konkretne słowo: normalność. Mówimy dziś o Świętej Rodzinie, ale on uczy nas, że świętość kształtuje się w normalności, nie wśród fajerwerków i w tym, co nadzwyczajne. W normalnej, zdrowej rodzinie, wzajemna troska członków danej rodziny, odpowiedzialność rodziców za dzieci, pokora i cierpliwość wobec dzieła wychowania i daru rodzicielstwa, ale i szacunek do rodziców są po prostu tak normalne, jak to, że doba to dzień i noc. Nikt nie wynosi się ponad drugiego; wszystko, co istotne dokonuje się w spokoju, w atmosferze miłości i szacunku.

Św. Jan Bosko zwykł mawiać: ‘”Dom to nie jest miejsce gdzie mieszkasz, dom to miejsce, gdzie jesteś rozumiany i gdzie starasz się rozumieć innych”. Warto pytać siebie: czy nie brakuje nam dzisiaj w naszych domach tej umiejętności i chęci zrozumienia i otwartości na innych?

I jeszcze jednej umiejętności często nam dziś bardzo brakuje. Właściwie bez niej nie da się zrealizować pozostałych ważnych cech tworzących dobry klimat rodzinny. Dzisiaj bardzo łatwo przyjmujemy to, co oferuje krzykliwy świat, gorzej jest natomiast ze słuchaniem drugiego człowieka, nie mówiąc już o słuchaniu Boga, który w najbardziej delikatny sposób do nas przemawia. Jak więc się zadziwić, skoro nie mamy czasu słychać tego, co najważniejsze, co przede wszystkim zasługuje na zadziwienie?

Warto zrobić sobie szybki rachunek sumienia: Czy w tej materii zasłuchania w Boga i w drugiego człowieka nie mamy sobie nic do zarzucenia? Czy z własnej winy nie pozwalamy rosnąć w sobie trudnościom albo wątpliwościom w relacjach z ludźmi i z Bogiem? Może większość z nich w ogóle nie pojawiłaby się, gdybym otwartym sercem słuchał słowa Bożego? Może zawikłania w życiu rozwiązałyby się, gdybyśmy częściej otwierali dla Boga na swoje uszy, rozum, serce? Może sytuacje, w których trudno nam zrozumieć Boże działanie wynikają z tego, że zamiast słuchać Go, wolę przyłożyć ucha jedynie do tego, co o Nim szepcze świat? Jak często nawet my – chrześcijanie – wolimy słuchać stereotypów na temat Boga zamiast wsłuchiwać się w samego Boga mówiącego do nas przez swoje słowo?

Nikt nie potrafił słuchać Jezusowego słowa tak, jak Maryja – Matka Słowa, które stało się Ciałem. Warto zatem prosić Maryję, aby nauczyła i nas takiego słuchania, które wiernie zachowuje w sercu Boże słowo i pozwala by z niego wyrastała nasza życiowa mądrość.