Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Habemus Abbas!!!

OTO ZWIASTUJĘ WAM RADOŚĆ WIELKĄ – MAMY NOWEGO PREZESA BENEDYKTYŃSKIEJ KONGREGACJI ZWIASTOWANIA!

W DZISIEJSZYCH WYBORACH W SUBIACO OJCIEC MAKSYMILIAN NAWARA OSB Z KLASZTORU W LUBINIU ZOSTAŁ WYBRANY OPATEM PREZESEM – CZYLI PO POLSKU PRZEŁOŻONYM GENERALNYM KONGREGACJI ZWIASTOWANIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY, DO KTÓREJ NALEŻĄ TEŻ POLSKIE KLASZTORY. POLECAMY NASZEGO DROGIEGO OJCA OPATA PREZESA WASZEJ MODLITWIE!

Otwórz się!

Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu.

Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka, a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: „Effatha”, to znaczy: „Otwórz się”. Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić.

Jezus przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali.

I pełni zdumienia mówili: „Dobrze uczynił wszystko. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę”.(Mk 7,31-37)

Fenomen głębi Bożego Słowa polega na tym, że można odkrywać jego treść na różnych poziomach. Nie inaczej jest z dzisiejszą Ewangelią o uzdrowieniu głuchoniemego. Pierwszy poziom, to jej brzmienie dosłowne, czyli opowieść o Jezusie, który dobrze czynił wszystko, nawet głuchym przywracał słuch i niemym mowę (por. Mk 7,37). W ten sposób na Jezusie spełniają się słowa, które usłyszeliśmy dzisiaj w pierwszym czytaniu z ust proroka Izajasza: „Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą”.

Ta prawda, którą formułuje ewangelista Marek przypomina nam, że Pan Bóg nie jest nigdy źródłem cierpienia i choroby, choć człowiek ma zwyczaj oskarżać Pana Boga o to, że zsyła na niego takie doświadczenia. Owszem może On dopuszczać cierpienie (jak w przypadku biblijnego Hioba), ale to rozważanie na inną okazję, dlaczego tak jest. Niemniej Bóg, który objawia w Chrystusie swoją troskę o człowieka jest nie sprawcą a ratunkiem w cierpieniu zarówno fizycznym i duchowym.

Ale dzisiejszą Ewangelię możemy też odczytywać w sensie zaproszenia do otwarcia się na Jezusa i na Jego zbawcze Słowo. Gdy człowiek dorosły przygotowuje się na przyjęcia sakramentu chrztu świętego, jednym z jego elementów jest właśnie obrzęd „Effata”, mający kandydatowi do chrztu „otworzyć uszy” na słuchanie Słowa Bożego i „otworzyć usta” na głoszenie tego, co usłyszał.

Szkoda, że tak mało uświadamiamy sobie, że to Effatha z dzisiejszej Ewangelii dotyczy każdej i każdego z nas, wszyscy bowiem potrzebujemy całkowitego otwarcia się na Słowo Boże i gotowości aby za nim pójść. Niestety, cała rzesza chrześcijan, naszych braci i sióstr, staje często w pozycji zamknięcia na Słowo Boże, lub traktujących je wybiórczo: to przyjmę, bo mi się podoba, ale to, co Chrystus mówi w innym miejscu, to już nie, bo to nie na nasze czasy… Również często pozwalamy, by to słowo, które Bóg do nas kieruje było zagłuszane przez wciskający się do naszych głów i serc krzyk współczesnego świata.

Święty Paweł napisze, że „wiara rodzi się ze słuchania”. Można by zatem zaryzykować również tezę odwrotną: „Im mniej i im rzadziej wsłuchujemy się w słowo Boże, tym bardziej nasza wiara marnieje”

Jeden z moich kolegów – kapłanów opowiadał mi, że narzeczeni, którzy zamierzali zawrzeć związek małżeński zapytali czy w czasie ślubu nie można by zamiast Ewangelii przeczytać fragmentu z „Małego Księcia”. Warto pytać siebie: „Jak ja otwieram się na Boże Słowo?”

Możemy wreszcie odczytywać to dzisiejsze wezwanie „Effatha” w sensie społecznym, otwarcia się na drugiego człowieka. Światowa Organizacja Zdrowia w swoim ostatnim raporcie określiła chorobą początku XXI wieku – samotność! Dotąd zwykliśmy traktować ją jako przyczynę wielu niepokojących współczesnych zjawisk jak depresje, czy rosnąca ilość samobójstw. Obecnie „izolacja” człowieka staje się chorobą samą w sobie i to w czasach coraz tańszych lotów, coraz szybszych pociągów, posiadanych przez niemal wszystkich komórek, całej masy portali społecznościowych czy różnej maści komunikatorów. Tymczasem wszystkie one stają się paradoksalnie narzędziami do coraz lepszej izolacji, bo łatwiej jest im rozmawiać ze sobą przez ekran, niż, na przykład, przy stole. Ludzie zdają się zapominać, że potrzebują osobowego spotkania, zarówno na poziomie ludzkim (z żywym człowiekiem) jak i duchowym 9z żywym Bogiem), bo bez tego nie ma prawdziwego rozwoju

Opowiadała mi jedna z misjonarek pracujących na Filipinach, że tam wchodząc do pociągu ludzie szukają zawsze towarzystwa innych pasażerów, bo nie wyobrażają sobie podróżować samotnie. U nas odwrotnie, wchodząc do tramwaju, czy pociągu szukamy wolnego miejsca, gdzie moglibyśmy usiąść i zapatrzyć się w ekran swojego smartfonu czy tabletu. Niestety, bardzo często przypominamy sobie o drugim człowieku, dopiero wtedy, gdy jest nam potrzebny, gdy znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia. A przecież już na początku księgi Rodzaju Bóg mówi: „nie jest człowiekowi dobrze, gdy jest sam”

Czy zatem nie dla nas jest ta dzisiejsza Ewangelia, dla nas, tak często nie mających czasu dla Boga i dla drugiego człowieka? Effatha – to znaczy: „otwórz się”, mówi nam dzisiaj Chrystus. Warto zapytać: „jakiego rodzaju otwarcia potrzebuję dzisiaj najbardziej: Na Boga i Jego słowo, na drugiego człowieka, a może na samego siebie.

Nie-dojrzałość w wierze

Nie mogłem, bracia, przemawiać do was jako do ludzi duchowych, lecz jako do cielesnych, jak do niemowląt w Chrystusie. Mleko wam dawałem, a nie pokarm stały, boście byli nie-mocni; zresztą i nadal nie jesteście mocni. Ciągle przecież jeszcze jesteście cieleśni. Jeżeli bowiem jest między wami zawiść i niezgoda, to czyż nie jesteście cieleśni i nie postępujecie tylko po ludzku? (1 Kor 3,1-9)

Czasem mamy taka pokusę by móc o sobie powiedzieć, że jesteśmy już dorośli w wierze, dojrzali. Tymczasem św. Paweł mówi, że jak długo nie będziemy mocni mocą, która opiera się jedynie na Bogu i zaufaniu do Niego, jak długo będzie w nas pokutował brak jedności (zarówno tej w wymiarze wewnętrznym jak i zewnętrznym), jak długo będziemy nosili w sobie złe emocje, będziemy podzieleni czy zazdrośni tak długo daleko nam do duchowej dojrzałości.

Może to i lepiej – pomyślałem sobie – bo jednak od dziecka wymaga się mniej. Szczególnie św. Teresa od Dzieciątka Jezusa zachęca nas byśmy nigdy nie wyrastali z poczucia Bożego dziecięctwa, bo jest to postawa, która bardziej nas uczy zaufania do Boga. Bycie dorosłym, dojrzałym (także w sensie duchowym) rodzi chęć uniezależnienia się, samodzielności a przecież w życiu duchowym takie pragnienie niezależności niechybnie prowadzić będzie do pychy a zatem de facto jest zaprzeczeniem prawdziwej duchowej dojrzałości.

To „mleko”, o którym pisze św. Paweł w odróżnieniu od „stałego pokarmu” jakim jest cała mądrość Boża” jest tak naprawdę odesłaniem do prostoty, która cechowała głoszenie Ewangelii w czasach apostolskich. Dobra metoda nauki to taka która jest prosta i zrozumiała. Zresztą mądrość Boża – będąca synonimem dojrzałości duchowej – jest darem, którego może nam udzielić jedynie Bóg. Dla jednych ta prosta i zrozumiała metoda to kerygmat. Dla Ojców Pustyni z kolei to dążenia do tzw. „czystej modlitwy”, czyli modlitwy wolnej od obrazów, myśli, rozważań, niekończących się analiz. Ich zdaniem taka modlitwa jest winna być preludium, bo wyostrza duchowe zmysły pomagając zanurzyć się w Bogu. Bez względu jednak czy będziemy mówili o kerygmacie i słowie Bożym, z którego on wyrasta, czy też o dążeniu do czystej modlitwy wszystkie one wymagają ciszy i skupienia.

Myślę, że truizmem jest powiedzenie, że modlitwa lubi samotność. Nie chodzi o to, że modlitwa neguje wspólnotę, ale ostatecznie zawsze będzie ona czymś bardzo osobistym i indywidualnym, nawet wówczas, gdy będzie przeżywana we wspólnocie. Nie mniej człowieka, który chce się modlić nie może nigdy przytłaczać samotność. To nie przez przypadek Jezus gdy naucza o modlitwie w Kazaniu na Górze mówi: ”gdy chcesz się modlić wejdź do swojej izdebki, która jest w ukryciu”. Sam zresztą dawał wielokrotnie przykład (jak chociażby w dzisiejszej Ewangelii), że nad ranem, gdy jeszcze było ciemno udawał się w samotności na górę, aby się modlić”. A to dlatego, że właśnie w samotności jesteśmy najbardziej sobą (zarówno w tym pozytywnym jak i negatywnym znaczeniu).

Wychowywałem się w czasach, kiedy podwórka pola były przestrzenią niekończących się zespołowych gier, wspólnie wymyślanych zabaw, a także ulicznych rywalizacji i bijatyk. Wszystko było potrzebne. Bywały dni, że praktycznie od rana, aż do wieczora przebywałem z rówieśnikami. Ale pamiętam już z tamtych czasów, że bycie we własnym kącie w domu, gdzie znajdowałem maleńką przestrzeń odosobnienia było tym, co wnosiło wielką równowagę do mojej codziennej aktywności. Wielu bohaterów z moich lat młodzieńczych nosiło w sobie pewien rys samotności, która była dla mnie synonimem niezależności. Później to samo doświadczenie niezależności odnalazłem w praktyce medytacji, właśnie takiej o jakiej pisali Ojcowie Pustyni, gdzie nic nie było narzucone, gdzie najważniejsze było bycie, bez konieczności tworzenia obrazów, przywoływania myśli.

Kiedyś ktoś zadał mi pytanie: „Czy w życiu kapłańskim nie czujesz się samotny?” Pamiętam wówczas, że odpowiedziałem: Nie, bo jak kocham moją samotność!” Dzisiaj podpisuję się cały czas pod tym wyznaniem, dodają tylko, że w tej samotności nigdy nie jestem sam.

Spodobały mi się słowa, które kiedyś Thomas Merton wypowiedział podczas jednej z wygłaszanych przez siebie konferencji będąc jeszcze mistrzem nowicjatu w klasztorze w Gethsemani, ale już z perspektywy doświadczenia życia pustelniczego: „Jestem przekonany, że ludzie najlepiej żyją ze sobą w pewnym oddaleniu. Nadmiar fizycznej bliskości niszczy relacje, zdrową odrębność, zabija głębię, zagłusza też kontakt z samym sobą i z Bogiem. W skrajnych przypadkach wywołuje także agresję. Wystarczy spojrzeć na przeludnione osiedla, z potężnymi betonowymi ścianami…”

Medytacja to zaproszenie do pewnego rodzaju oddalenia. Oddalenia od zgiełku zewnętrznego świata, również w miarę możliwości od zgiełku świata wewnętrznego, po to by w doświadczeniu pewnego rodzaju samotności osobistej modlitwy odkryć, że nigdy nie jesteśmy sami; że nasze serce jest miejscem obecności Osoby która nas kocha – Boga.

Taka modlitwa, jak już wspomniano wyostrza duchowe zmysły pomagając zanurzyć się w Bogu, gdyż dopiero z tej perspektywy uczymy się widzieć więcej, dalej, głębiej. Uczymy się dostrzegać, że Boga w zasadzie nie potrzeba szukać, bo On jest tu, i zawsze tu był. Jeśli tego nie dostrzegłem, to dlatego, że nasz duchowy wzrok był niejako na uwięzi.

Wchodząc w medytację pozwólmy, aby ona uczyła nas otwierać oczy na tę Bożą obecność i by prawda o tym, że „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” stawała się coraz bardziej rzeczywistością naszego codziennego życia.

Zadbać o wewnętrzną stronę

«Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumiejcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym».  (Mk 7, 21-23)

Jezus nie pierwszy raz w swej polemice z faryzeuszami i uczonymi w Piśmie „punktuje” fałszywą religijność. Warto zatrzymując się na dzisiejszym przesłaniu ewangelicznym zapytać siebie, czy przypadkiem mocne słowa Jezusa nie dotyczą także mnie!?

To, do czego głównie odnosi swój zarzut to pewnego rodzaju niekonsekwencja, albo używając mocniejszego terminu: hipokryzja, brak równowagi między czynami a sercem, oddzielanie sfery zewnętrznej od wewnętrznej, separację serca od moralności i prawa. Jezus mocno podkreśla, że nie to, z czym stykamy się na zewnątrz czyni człowieka nieczystym. Ważniejsze jest wnętrze. W sercu człowieka rodzi się grzech i to, co określa moralną wartość ludzkiego czynu. O wartości człowieka świadczy nie to, co zjada, z kim się spotyka, jak ubiera, czego dotyka. O wartości człowieka decyduje to, kim jest, co myśli, czego pragnie, do czego dąży, jak żyje…

Pokutuje w nas często przekonanie, że gdyby otaczający nas świat był lepszy, my też bylibyśmy lepsi – ale taki sposób myślenia, to tylko szukanie usprawiedliwienia dla zła, którego się dopuszczamy. Chrystus przestrzega nas przed życiem w niewoli, której często nie dostrzegamy. Łatwo zrzucić winę na ludzi wokół nas, na „takie a nie inne czasy, w których żyjemy”, na  „taki klimat”. Nasza pycha i zarozumiałość bronią się, jak tylko potrafią. A samousprawiedliwienie umie się posłużyć wszystkim: społecznym przyzwoleniem, odwiecznymi zwyczajami, cechami wrodzonymi, znakiem zodiaku, a nawet religijnością.

Jezus wywraca nasze myślenie do góry nogami i przypomina, że grzechy, które wylicza, pochodzą z wnętrza człowieka, z jego serca, a nie z zewnętrznych okoliczności. Mówiąc to, Jezus chce nam przypomnieć o odpowiedzialności, z której nic nie może nas zwolnić. Nie chce, byśmy byli zakładnikami głupoty otępiającej sumienie i umysł. Wszak to właśnie ona demonizuje rzeczywistość, której się boimy: Nie bierz, nie kosztuj, nie dotykaj (por. Kol 2, 21).

Faryzeusze byli bardzo rozsądni. Precyzyjnie dopasowali Boże Prawo do swojej wizji życia. Skupili się na zewnętrznych gestach, na ludzkich tradycjach, ale zapomnieli przy tym o wnętrzu i sercu.

Jezus dokładnie wie, że prawdziwe życie z Bogiem to coś o wiele więcej niż wykonywanie rytualnych gestów i zachowywanie przepisów. Wymaga ono przemiany serca, którą zapowiadał Bóg już przez proroka Ezechiela: „Dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, zabiorę wam serca kamienne, a dam wam serca z ciała”. To dzieło Pana Boga w nas. To On zaszczepia w nas swoje słowo, to On daje Ducha.

Zaufajmy św. Jakubowi, który pisze: „Przyjmijcie w duchu łagodności zaszczepione w was słowo, które ma moc zbawić dusze wasze. Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie”. Wtedy doświadczymy, że Słowem Boga naprawdę możemy żyć. A nawet więcej – że możemy żyć bez Niego.

Zło rodzi się wtedy, gdy przestajemy słuchać słowa Bożego, które kiedyś kardynał Jean Danielou nazwał „najlepszą instrukcją obsługi życia i świata”. Posługujemy się stworzonymi rzeczami w niewłaściwy sposób gdy używamy ich niezgodnie z celem, którym jest dobro i miłość Boga i bliźniego. Konsekwencje, dobre lub złe, mają źródło w naszych decyzjach.

Ewangelia to zasada wolności chrześcijańskiej wobec całej natury. To, co stworzone, jest dobre, gdyż jest dziełem Boga oddanym w nasze ręce. Fundamentem dobra i zła jest nasze serce – oświecone miłością lub zaćmione egoizmem. W każdym z nas jest wolność decyzji. To skarb złożony przez Boga w naszym sumieniu. Skarb, który musimy umieć docenić i obronić.

Psalmy i kontemplacja

Swego czasu, gdy byłem jeszcze katechetą w szkole średniej popularne było rozpoczynanie lekcji religii modlitwą do Ducha Świętego. Ja wówczas poprosiłem uczniów, aby w ramach modlitwy na rozpoczęcie lekcji przygotowywali psalm, który uprzednio otrzymali. Bywało nawet, że jeśli psalm zawierał niewiele wersetów niektórzy uczyli się go na pamięć. Potem niektórzy z uczniów mówili, że wracają do tych psalmów zamiast tradycyjnej modlitwy, bo one lepiej oddają to, co w rożnych chwilach przeżywają. Z psalmami zresztą jest tak, że odmawiane wielokrotnie pozwalają, by niektóre z ich wersetów zapadły w pamięć, wracając w zupełnie nieoczekiwanych momentach jako akt strzelisty lub swoista mantra, którą powtarza się wielokrotnie w sercu.

Od blisko trzydziestu lat modlę się psalmami w ramach codziennej Liturgii Godzin, do której zobowiązani są księża i osoby konsekrowane. Przechodziłem w tym czasie różne okresy od radosnego wypełniania tego oficjum, przez okresy posuchy i zniechęcenia aż do okresu, w którym obecnie jestem i w którym po prostu odmawianie psalmów daje mi poczucie szczęścia i chwilowego oderwania się od codziennego biegu rzeczywistości. Dziś mogę zaświadczyć, że psalmy rzeczywiście mają moc przemieniać życie i kształtować sposób patrzenia. Mogą stać się modlitwą, która jest przestrzenią wolności, wprowadzającą pewną równowagę w rytm dnia.

Nie mam też wątpliwości, że dzięki medytacji nauczyłem się uważności, która sprawia, że dzisiaj mogę wnikać w głębię treści, które niosą psalmy i niemal każdego dnia odkrywać ich aktualność.

Lubię często wracając myślami do wezwania: „Zachowaj mnie Boże, bo chronię się do ciebie”. (Ps. 16,1) To wezwanie, wydaje mi się tak bardzo uniwersalne, bo podobnie w swojej modlitwie mają muzułmanie, czy buddyści, choć ci ostatni schronienia tego szukają w Buddzie, sandze i dharmie.

Lubię też słowa Psalmu „Przenikasz i znasz mnie Panie, Ty wiesz, kiedy siedzę i wstaję…” (Ps. 139, 1-2), bo one zawsze pozwalają mi na nowo wejść w kontemplację prawdy, o której tak pięknie piszą Dzieje Apostolskie, że „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”. (Dz 17,28)

Patrząc z perspektywy czasu sądzę, że psalmy mają w sobie coś, co sprawia, że im dłużej się człowiek nimi modli tym większą budzą w nim sympatię i przekonanie, że w nich znaleźć można modlitwę na każdą okazję. A przecież są one Słowem Bożym, więc czy można modlić się lepiej niż wówczas, gdy odwołujemy się w modlitwie właśnie do wersetów natchnionych Bożą mądrością.

Lubię też gdy psalmy otrzymują nowe życie tłumaczone przez rożnych poetów lub artystów – śpiewaków. To sprawia, że można je przeżyć jeszcze raz w zupełnie inny sposób. To niezwykłe, że mimo iż zostały napisane tyle wieków temu wciąż stanowią inspirację dla tak wielu osób.

Kiedy modlę się psalmami uświadamiam sobie, że są one jak most, który łączy historię z teraźniejszością, Izrael z Kościołem. To niesamowite kiedy uświadamiam sobie, że modlę się tymi samymi słowami, którymi modlił się król Dawid, Maryja, Józef, Jezus i pokolenia chrześcijan.

Kiedy zanurzam się w recytację psalmów widzę oczyma wyobraźni setki mniszek kontemplacyjnych w klasztorach rozsianych po całym świecie, które może nie czytają zbyt wiele współczesnej literatury, nie oglądają telewizji, ale są wierne jednej księdze – Liturgii Godzin (Brewiarzowi) która kształtuje ich prostą i pokorną mądrość.

Mam też często przed oczyma postać św. Jana Pawła II, który czy to w bazylice na Wawelu, czy też w grocie betlejemskiej zatrzymał się by pomodlić się brewiarzem trwając w głębokiej kontemplacji zapisanego tam przedwiecznego słowa.

Wreszcie kiedy modlę się psalmami wiem, że nigdy nie jestem sam, bo tymi samymi strofami modlą się w tej samej chwili, w wielu krajach na różnych szerokościach geograficznych kapłani, siostry i bracia zakonni i wielu świeckich, którzy odkryli w tej modlitwie swą drogę. Wypowiadając werset za wersetem Jutrzni, Godziny Czytań czy Nieszporów widzę ich oczyma wyobraźni i mam świadomość, że tworzymy jedna wielką wspólnotę modlitwy i miłości. Możemy nie znać swoich imion, możemy nie rozumieć swoich języków, ale to co nas łączy to wiara i modlitwa tymi samymi słowami. Modlitwa, która wprowadza w obecność samego Boga, „bo gdzie dwaj lub trzej zebrani są w  imię Moje, tam ja jestem pośród nich” (Mt 18,20).

Najbardziej jednak lubię gdy w Psałterzu znajduję „swój” psalm, który odpowiada temu, co przezywam w danej chwili. To jak odpowiedź ofiarowana przez Boga, na pytanie, którego wprawdzie nie zadałem, ale wiem, że nie muszę, bo „Bóg jest większy od mojego serca i  wie wszystko” ( 1 J 3,20) i wie też jak ukoić swoim słowem rozkołatane ludzkie serce, jak wlać w nie nową nadzieję. Wówczas zatrzymuję się nad tym psalmem, zamykam oczy i pozwalam by zamknięte w nim słowo Boże dotykało mojego serca, lecząc w nie i przynosząc nowy powiew Ducha. Tak często Słowo Boże zawarte w psalmach staje się dla mnie furtką do kontemplacji. To są te chwile, w których w praktyce sprawdza się stwierdzenie, że „żywe jest słowo Boże i skuteczne” (Hbr 4,12). Wystarczy się w nie wsłuchać, zatrzymać wobec głębokiej prawdy, którą objawia i pozwolić się jej nieść przez ciszę aż do odkrycia, że w tym słowie jest Bóg, który „kładzie na mnie swą rękę” (por Ps. 139,5)