Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja kontemplacyjna

Medytacja kontemplacyjna (do której zalicza się medytacja monologiczna), w przeciwieństwie do medytacji opartej na myśleniu i uczuciach (np. medytacji ignacjańskiej), jest prostym trwaniem, obecnością wobec Boga. Jest to ta forma modlitwy, która dowartościowuje bycie. To co w doświadczeniu tej formy modlitwy wydaje się najważniejsze to: patrzenie, słuchanie i zachęca do większej uważności i wrażliwości towarzyszącej tym dwóm postawom. Medytacja ignacjańska wychodzi od rozważania prawd, słów i doktryny. „Kontemplacja, jeśli tak można powiedzieć, jest bardziej intymna. Wymaga większego zaangażowania i skracania dystansu”. Subtelna różnica, która się tutaj pojawia polega na tym, że dzięki pracy wyobraźni możemy przeżywać „współczesność żywego Jezusa” – jak mówił ojciec Jacek Bolewski SJ; możemy próbować odnajdywać siebie w scenach ewangelicznych po to, aby później owoce medytacji odnieść do naszego codziennego życia. W medytacji kontemplacyjnej w mniejszym stopniu niż podczas medytacji angażujemy intelekt – po to by nad myślenie przedłożyć bycie i smakowanie obecności Boga w którym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy.

Doświadczenie to pięknie opisuje słynny teolog Jean Daniélou w swojej książce „Trójca Święta i tajemnica egzystencji”:

„Wówczas jakby odkrywamy, że samo istnienie oznacza dla nas zasadniczo pozostawanie w stałym związku ze Źródłem, zanurzanie się i odnawianie w Nim. I dobrze czujemy, że to właśnie czynimy,  kiedy powracamy do swojego wnętrza w modlitwie. Nie po to aby odnaleźć siebie, ale po to, aby odnaleźć to trynitarne Źródło, z którego nieustannie wypływa wszystko, czym jesteśmy, jak ze źródła tryskającego bez końca. Dlatego właśnie jesteśmy sobą zawsze i tylko wtedy, kiedy odnajdujemy siebie w Bogu. W Nim żyjemy i jesteśmy. To wtedy, kiedy odnajdujemy się w Nim, odnajdujemy też samych siebie. Tylko tam odnajdujemy prawdę o tym, kim jesteśmy. Kiedy stajemy się obcy Bogu, przez barak naszego stałego związku z Nim, stajemy się obcy sami sobie”.

Cała dynamika kontemplacji zaczyna się od tajemnicy Trójcy Świętej i naszego odniesienia do Niej. Kontemplacja jest zaproszeniem dzięki której za sprawą łaski danej możemy zajrzeć w sekrety życia Boga. To wymaga osobistego zaangażowania naszego serca, choć i tak pozostaje dla nas tajemnicą działania Ducha Świętego w nas. Od doświadczenia tajemnicy działania Ducha Świętego w kontemplacji jesteśmy następnie zaproszeni by przejść do historii naszego życia po to, aby dzięki doświadczeniu kontemplacji uczyć się szukać w naszej historii tajemnicy Boga.

Praktyka medytacji uświadamia nam, że w życiu potrzebujemy jednego i drugiego: kontemplacji i zanurzenia w codzienną aktywność i że oba te doświadczenia stanowią continuum. Błędem jest umieszczanie modlitwy (medytacji, kontemplacji) w sferze sacrum zaś naszej codziennej aktywności koniecznej do realizowania powierzonych nam zadań w sferze profanum. Takie rozdzielenie tych nierozdzielnych w istocie rzeczy nas gubi.  Jeśli rozerwie się ten związek, łatwo nam zatracić się zatraci się w poczuciu, że nasze życie jest w jakimś sensie oddzielone od Boga dopóki nie połączymy go z Nim przez jakieś praktyki religijne. Takie podejście dla człowieka wiary jest nie do przyjęcia.

Medytacja jest pomostem między wielkimi ideami, jakie nosimy w sercu a prozą życia codziennego. W medytacji jednym z istotnych kroków jest wejście w siebie, by znaleźć w nas bijące źródło, jakim jest obecność Boga w świątyni naszego serca, aby z tego doświadczenia wyciągnąć jakiś pożytek duchowy dla naszej codzienności. Celem każdej modlitwy nie jest zatrzymanie się na wyobrażeniach o Jezusie, ale spotkanie z żywym Chrystusem obecnym w nas. Dlatego medytacji kontemplacyjna chce się wznieść poza rozum, który często bywa przeszkodą, bo chce wszystko definiować, czyli poniekąd ograniczać, na rzecz spotkania z Bogiem w naszym wnętrzu, które zawsze będzie przekraczało pojęcia naszego intelektu, gdyż jest nade wszystko tajemnicą miłującej obecności, której rozumowo nie potrafimy do końca pojąć.

Niewiasta obleczona w słońce

Świątynia Boga w niebie się otwarła i Arka Jego Przymierza ukazała się w Jego świątyni. Potem ukazał się wielki znak na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. (Ap 12,1)

Rozpoczynając komentarz do przeżywanej dziś uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej chciałbym żebyśmy zaczęli trochę medytacyjnie, od zamknięcia na chwilę oczu…  Doświadczenie medytacji podpowiada, że paradoksalnie zamknięte oczy pozwalają nam widzieć dalej i piękniej, otwierają nasze serca na Boga i drugiego człowieka, pozwalają na podróżowanie po ścieżkach, którymi chce nas prowadzić Duch Święty.

Kiedy już zamkniecie oczy postarajcie się przywołać w pamięci najpiękniejsze chwile Waszego życia:

– cudowny rodzinny wyjazd, zdaną maturę czy obroniony egzamin magisterski, dzień ślubu  – dni, w których na świat przychodziły Wasze dzieci i głos pielęgniarki: „macie państwo pięknego syna, córkę … moje gratulacje”;

– przywołajcie teraz w pamięci jakiś piękny widok: o zachód słońca nad morzem; ośnieżone, górskie szczyt; spokojny wieczór nad jeziorem…;

– przypomnijcie sobie Wasze dzieciństwo … beztroskę, radość i zabawy tak wciągające, że człowiek zapominał o istnieniu czasu;

– święta Bożego Narodzenia i radosne spotkanie przy wigilijnym stole w domu dziadków … choinkę, ciepło kaflowego pieca, niezapomniane prezenty, … bliskość tych, którzy mnie kochają i których kocham ja.

Małe chwile radości, wesela i szczęścia…

Po tym ćwiczeniu otwórzcie oczy.

Czemu miało służyć to ćwiczenie? Idąc tropem znanego chrześcijańskiego pisarza Gilberta Chestertona wspomnienia takie dają po trosze okazję, by przez krótką chwilę zasmakować namiastki nieba.  „To trochę tak – pisze w jednym ze swoich opowiadań Chesterton – jakby dane nam było spojrzeć na niebo przez dziurkę od klucza”.

Przypomniało mi się to dawno przeczytane przeze mnie opowiadanie Chestertona, które wprawdzie nie dotyczyło dzisiejszej uroczystości Wniebowzięcia NMP, ale dotyczyło nieba, którego ta uroczystość dotyka. Pisząc o namiastce Chesterton ma świadomość, że tak naprawdę nieba da się z niczym porównać. No może z wyjątkiem doświadczeń mistyków, których przeżycia w jakimś sensie przybliżały ich do tej rzeczywistości. Próbując odnieść nasze najszczęśliwsze przeżycia do doświadczenia nieba to trochę tak, jakby chcieć mierzyć ze sobą kroplę wody i bezmiar oceanu. A jednak każdy z nas nosi w sobie jakieś wyobrażenie nieba (bracia muzułmanie nie tylko wyobrażają sobie ale i mówią o tych nadziejach przedstawiając bardzo konkretne obrazy J), bo przecież ostatecznie niebo to cel naszych dążeń i czy chcemy czy nie gdzieś w głębi serca nosimy obraz tego celu, ku któremu zmierzamy. I chociaż wierzymy słowom św. Pawła, który mówi: ”Że ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani ludzki język nie zdoła wyrazić tego, co Bóg przygotował tym, którzy go miłują”, to warto jest od czasu do czasu zastanowić się nad tematem nieba, warto jest rozglądać się wokół siebie i szukać okien szeroko otwartych na wieczność, poprzez które dobiega do nas nieustannie płynące do nas wezwanie stwórcy, który przypomina nam jak pisze Święty Josemaría:

„Niebo jest celem naszej ziemskiej drogi. Poprzedził nas na niej i wyczekuje u celu Jezus Chrystus wraz z Najświętszą Maryją Panną i świętym Józefem — którego tak bardzo czczę — z Aniołami i Świętymi, którzy wciąż zdają się do nas mówić: «Człowieku kieruj swe spojrzenie ku górze! Nie zostałeś stworzony po to, aby wbijać wzrok w ziemię! Szukaj tego, co w górze! Oto twoje powołanie! »; «Otwórz duszę Bogu, ponieważ tylko On może być fundamentem twojej nadziei i twego pragnienia zbawienia; «Pan, który jest wszechmocny i miłosierny, użycza nam odpowiednich środków do osiągnięcia zwycięstwa»; «Nasza droga jest drogą Bożą — Jezus jest drogą, prawdą i życiem. W Nim mamy pewność, że ta droga prowadzi do wiecznej szczęśliwości, jeśli tylko od Niego nie odstąpimy» (NC 219-220).

To piękne rozwinięcie słów św. Pawła Apostoła z Listu do Kolosan: „Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi”. (Kol 3,2) Pytanie tylko czy tak jest? Czy nie mamy zbyt często wzroku utkwionego właśnie w ziemię, w doczesność i przez to gdzieś umyka nam cel naszego powołania, przez pryzmat którego dopiero właściwie możemy spoglądać na otaczająca nas rzeczywistość?

Dzisiejsza uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej zachęca nas do tego, abyśmy oderwali się na chwilę od naszych codziennych prac i obowiązków i abyśmy spojrzeli tam, gdzie znajduje się kres naszej doczesnej pielgrzymki.

Mija blisko siedemdziesiąt lat od chwili w której papież Pius XII ogłosił dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny.  Dziś z perspektywy czasu można by rzec, że nie przez przypadek ta teologiczna prawda właśnie w tym czasie dojrzała do tego, aby stać się obowiązującą katolików prawdą wiary na progu współczesnej nam epoki telewizji, lotów kosmicznych, odczytania ludzkiego genomu, niespotykanego dotąd rozwoju nauki i techniki. Jak pisał w jednej ze swoich książek znany rosyjski pisarz i reżyser filmowy Andriej Tarkowski: „ten wielki postęp, którego wszyscy jesteśmy świadkami, który nie przestaje nas ciągle zachwycać, kusi nas oderwaniem naszego spojrzenia od tego, co w życiu człowieka jest najważniejsze, najbardziej istotne – od zbawienia duszy”.

Maryja, Jej droga życia, Jej posłuszeństwo Bożemu słowu i woli jest nam dana jako wzór na współczesne czasy wewnętrznego rozdarcia człowieka, „na czasy niemalże całkowitej apostazji narodów, które przez całe wieki chlubiły się swą chrześcijańską wiarą”, które na chwałę Boga wznosiły romańskie i gotyckie kościoły a dzisiaj sprzedają je za bezcen przerabiając na kluby, galerie, puby…

Przywoływany przeze mnie już nie raz na tym blogu Karl Rachner prorokował, że „chrześcijanin XXI wieku będzie albo kontemplatykiem, albo go w ogóle nie będzie”.

Właśnie w tym czasie  Maryja jawi na m się jako szczególna mistrzyni życia duchowego, wskazując nam nie tylko swoim życiem drogę, ale też jako Ta, która z perspektywy nieba nieustannie nas wspiera w naszej duchowej wędrówce, gdyż jest Tą, która podejmuje nieustanną walkę ze Smokiem, który chce pożreć Jej dzieci..

Można powiedzieć śmiało, że dzisiejsza uroczystość przypomina nam, że pośrodku niepewności, która cechuje naszą ludzka rzeczywistość, Jej matczyna miłość oraz głęboka wiara, stały się zapowiedzią domu, który jest nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie (por. 2 Kor 5, 1).

W kontekście tej nieustannej duchowej walki ojciec św. Benedykt XVI w jednej ze swoich wypowiedzi przypomniał nam prawdę o tym, że „Kościół ze swej natury jest także kościołem wojującym, że jest on wspólnotą ludzi, którzy wewnętrznie zjednoczeni z Bogiem, w imię posłuszeństwa Ewangelii, w imię posłuszeństwa nauce Jezusa Chrystusa są wezwani do tego, aby podjąć walkę w obronie chrześcijańskich wartości. Naszym orężem w tym starciu musi być łaska Boża, wiara, modlitwa, rozum, kultura osobista, fachowa wiedza, duchowa i materialna ofiara”. Każdy, kto dzisiaj świadomie rezygnuje z tego oręża, ryzykuje przegranie największej bitwy swojego życia – bitwy o niebo.

To niezwykłe, że w czytaniach z dzisiejszej uroczystości zderzają się dwa tak bardzo wydawałoby się odmienne obrazy: Obraz ukoronowanej Królowej nieba i obraz walczącej ze smokiem Niewiasty. Ale te wydawałoby się sprzeczne ze sobą wizje przypominają nam nieustannie, że duchowa walka, to zadanie, które stoi przed każdym, kto wybrał drogę naśladowania Chrystusa. Niewiasta walcząca ze smokiem przypomina nam, że duchowa walka, to wyzwanie, które czeka nas wszystkich, bez wyjątku. Niewiasta wniebowzięta przypomina nam natomiast, że w tej walce nie jesteśmy sami i że idąc Jej drogą wierności Bogu, pomimo tego iż pozostajemy jeszcze w świecie mamy już udział w ostatecznym zwycięstwie Jej Syna, który wzywa nas byśmy nigdy nie stracili ufności w to, że On zwyciężył świat! (por. J 16,33)

Świat nie kocha świętych

„Człowiek święty to piękny umysł i piękne serce” – zwykł mawiać św. Maksymilian Maria Kolbe, którego postać dzisiaj wspominamy. Czy można zaryzykować stwierdzenie, że świętość jest właściwą miarą człowieka i jego człowieczeństwa? Oczywiście nie jest to miara, jaka posługuje się współczesny świat. Słowo „święty” dziś prawie nie funkcjonuje w powszechnym języku. Świętość i świętych próbuje się zamknąć jedynie w kościele i to tak, aby za dużo o nich nie mówić poza nim. Dlaczego? Bo święci wciąż budzą niepokój, stają się swoistym wyrzutem sumienia dla tych, którzy wyparli ze swojej pamięci duchowy wymiar życia. Niestety, obecne czasy charakteryzuje dość swobodny stosunek do tej najwspanialszej perspektywy, którą Bóg oferuje człowiekowi – świętości i wieczności. Współczesny człowiek woli  hołdować zewnętrznej stronie życia. I nawet jeśli wnętrze wydaje mu się godne zainteresowania, to zwykle z innych pobudek niż dojrzewanie do świętości. Słyszałem ostatnio wypowiedź jednej z nowoczesnych gwiazd, która stwierdziła: „Jaki sens jest dbać o jakąś duszę, której nikt nie widział!?”

Wydaje się, że współczesny świat nie kocha świętych, ba nawet nimi pogardza, ale paradoksalnie ich potrzebuje.
Co nam chce powiedzieć taki święty jak Maksymilian? Kościół ustanowił go patronem rodzin. Ktoś mógłby pomyśleć, że to jakieś nieporozumienie. W powszechnym przekonaniu życie zakonne (bezżenne) i życie rodzinne wydają się być zupełnie przeciwstawne. A jednak skarga skazańca z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, skazańca którego Maksymilian nie znał – bo w tamtych warunkach nie było nazwisk były tylko numery sprawiła, że pozornie anonimowy więzień z numerem obozowym 16670 zgodził się oddać życie za innego więźnia z numerem 5659 tylko dlatego, że temu drugiemu żal było jego żony i dzieci, którymi nie będzie się miał kto zaopiekować jeśli on umrze. Tym anonimowym więźniem był Franciszek Gajowniczek, który nie tylko przetrwał obóz, ale mógł dać świadectwo tego heroicznego wyboru, jakiego w tak nieludzkich i odartych z godności warunkach dokonał św. Maksymilian. Uratował nie tylko jednego człowieka, ale i szczęście rodzinne. To właśnie ten czyn stał się motywem do ogłoszenia św. Maksymiliana patronem rodzin. Inny święty – Jan Paweł II ogłaszając go patronem rodzin powiedział: „Ogniska rodzinne potrzebują dziś takiego patrona, świętego, bezkompromisowego, uczącego jak w codziennym życiu odkrywać wolę Bożą, w czasach, w których rodzina staje w obliczu wielkich zagrożeń i niebezpieczeństw, które na nią czyhają. Głównym zagrożeniem nie są – jak mogłoby się wydawać – rozwody, aborcja, in vitro, eutanazja czy związki jedno-płciowe. To tylko bolesne konsekwencje pogaszonych ognisk rodzinnych. Głównym zagrożeniem jest brak wiary, brak nadziei na dobra nieprzemijające, brak zapalonej pochodni miłości będącej fundamentem rodzinnego życia”.
„Nie mamy w sobie wiary, choć mówimy, że wierzymy. Nie mamy nadziei, bo nasza nadzieja ogranicza się do doczesności. Nie kochamy, czerpiemy tylko przyjemności z życia, zapominając, że miłość to ofiara składana w ukryciu i życie zgodnie z Boskim prawem” – pisał św. Maksymilian Maria Kolbe.
Potrzebni są nam dzisiaj święci, którzy nam o tym przypominają a czasem maja odwagę wbrew współczesnemu konformizmowi nam te braki wypomnieć. Potrzebni są po to, aby uświadamiać nam, że prawo tworzone przez człowieka bez odniesienia do prawa Bożego i naturalnego nie służy afirmacji człowieka ani jego prawdziwej wolności.
„Chcę uratować człowieka. Chcę uratować jego rodzinę” – powiedział św. Maksymilian w dniu, w którym zgodził się zastąpić miejsce współwięźnia w bunkrze głodowym oświęcimskiego obozu. Czy to powiedzenie nie powinno być mottem Kościoła i każdego chrześcijanina na dzisiejsze czasy? Zwłaszcza czasy, które pod szczytnymi hasłami walki o wolność, nowe prawa i nowe obyczaje przestały się interesować prawdziwym dobrem człowieka i rodziny.  
Życie świętych przypomina nam, że człowiek jest w pełni człowiekiem gdy stara się budować swoje człowieczeństwo na miarę i podobieństwo Boga. Święci przypominają nam, że powołaniem człowieka jest stać się ikoną Boga na ziemi. Czy jednak częściej nie jest tak, że staje się on karykaturą Tego, którego obraz w sobie nosi? Święci stają się przestrogą, że pozbawienie człowieka wiecznych aspiracji prowadzi w konsekwencji do jego degradacji. „Bo człowiek odarty z najistotniejszego elementu swojej osobowości – świętości – nie potrafi już mieć nadziei na lepsze jutro! A taki człowiek na nic i na nikogo nie czeka” – mówi abp. Fulton Sheen.
Święci, których świat nie kocha i często wydaje mu się, że ich nie potrzebuje mogą okazać się ostatnimi bohaterami w walce o ocalenie tych pogardzanych dzisiaj wartości, które chronią nasze człowieczeństwo.
Ostatni list Św. Maksymiliana Marii Kolbego do swojej Matki z obozu w Oświęcimiu.
15 czerwca, w czasie kiedy doświadczał bicia, głodu i upokorzeń, o. Maksymilian wysłał do matki swój jedyny list z obozu. Jest to jego ostatnia zachowana korespondencja:
Moja Kochana Mamo,
Pod koniec miesiąca maja przyjechałem z transportem do obozu w Oświęcimiu. U mnie jest wszystko dobrze.
Kochana Mamo, bądź spokojna o mnie i o moje zdrowie, gdyż dobry Bóg jest na każdym miejscu i z wielką
miłością pamięta o wszystkich i o wszystkim. Byłoby dobrze przed moim następnym listem nie pisać do mnie,
ponieważ nie wiem, jak długo tu pozostanę.
Z serdecznymi pozdrowieniami i pocałunkami.
Rajmund Kolbe

Chleb życia

Jam jest chleb życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata”. (J 6,50-51)

Odwiedzając kiedyś mojego kolegę pracującego na podwarszawskiej parafii w Lesznie miałem okazję porozmawiać z pewnym mężczyzną z zawodu akrobatą cyrkowy i nauczycielem w tej dziedzinie ze słynnej szkoły cyrkowej w Julinku, która znajduje się właśnie blisko Leszno. Mówiąc o swoim doświadczeniu wyznał, że: „Ciągle mnie dziwi, to, że wszyscy mnie oklaskują, bo wydaje im się, że gdy wykonuję te skoki i salta na wysokości, jestem bohaterem. Ale prawda jest taka, że prawdziwymi bohaterami są ci, którzy łapią akrobatów wykonujących trudne ewolucje. Jedyne, co ja muszę zrobić, to wyciągnąć ręce i ufać, że tam na miejscu będzie ten, który ma mnie pochwycić”.

To wyznanie jest dobrym obrazem dla naszej relacji z Bogiem. Tak, jak akrobata w pewnym momencie musi puścić drążek, by osiągnąć zamierzony cel, tak chrześcijanin powinien zrezygnować z upartego trzymania się własnego planu na życie, w którym nad wszystkim próbuje drobiazgowo zapanować. Do znudzenia powtarzamy sobie, że warto całkowicie powierzyć się Panu Bogu, a w rzeczywistości kurczowo trzymamy się ułożonego przez nas scenariusza. Jak wielką iluzją jest zdolność kontrolowania przez nas rzeczywistości chyba nikomu nie trzeba udowadniać; boleśnie przekonujemy się o tym w chwilach trudności i kryzysów, bez których przecież nie sposób przeżyć życia. Jezus natomiast mówi: „Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał”. Jednak żeby Bóg mógł nas pociągnąć w swoją stronę, trzeba najpierw oderwać się od tego, czego się często tak kurczowo trzymamy, co jest przyziemne: od obaw związanych z przyszłością i niezabliźnionych ran z przeszłości. Nie chodzi o infantylną beztroskę czy wypieranie z pamięci bolesnych zdarzeń. Chodzi o głęboką świadomość, że – bez względu na to, jak trudne i zawiłe jest nasze życie – Bóg czuwa nad każdym naszym ruchem i w odpowiednim momencie złapie nas i pociągnie do siebie. Największe cierpienia człowieka nie pochodzą zazwyczaj z przykrych doświadczeń, lecz z braku prostej ufności w Bożą opiekę i z tego, że Bóg jest mocniejszy od tych zranień i ma moc na nich zbudować piękną historię.

Dobrym przykładem na to jest historia proroka Eliasza z dzisiejszego pierwszego czytania.

Ten mocny i odważny człowiek, prorok jak ogień – jak nazywa go autor Księgi Syracha (Syr. 48, 1) – staje się pełnym lęku i zniechęcenia uciekinierem przed… kobietą (por. 1 Krl 19, 1-4). Odsłania się przed nami jego ludzkie oblicze: opadł z sił, dopadła go depresja. Pustynia staje się dla niego miejscem ucieczki i oczekiwania na upragnioną śmierć.

I właśnie ta totalna frustracja proroka, kryzys duchowy jaki przeżywa staje się miejscem doświadczenia bliskości Boga, który jest Bogiem pociechy. Odnawia On siły Eliasza, karmiąc go chlebem. Bóg pochyla się nad złamanym Eliaszem i daje mu moc, by pokonał siebie i szedł czterdzieści dni na pustyni do góry Horeb – góry będącej symbolem spotkania z Bogiem. Kierunek jego wędrówki nie jest przypadkowy. To właśnie na tej górze za czasów Mojżesza rozpoczęło się budowanie wspólnoty między Bogiem a Narodem Wybranym. Tam teraz wszystko rozpocznie się na nowo dla Eliasza. To zachęta, abyśmy w chwilach prób zwracali się do Boga i wracali do początków, jak mówi autor Apokalipsy, do prawdy o pierwotnej miłości Boga ku nam, która zawsze jest źródłem sił i nadziei. Kryzysy duchowe stają się zawsze pokusą by od tej pierwotnej miłości odejść i zapomnieć na rzecz pogrążenia się w jakimś smutku czy frustracji (por. Ap. 2,4).

Wróćmy jednak do doświadczenia Eliasza i jego wewnętrznego rozbicia, które może być doskonałym obrazem dla naszej życiowej sytuacji – wszystko legło w gruzach: życie rodzinne, praca, kapłaństwo… Historia życia potrafi zawiązać taką pętlę, że wydaje się nam, iż nie ma już z tego wyjścia. W historii Eliasza pojawia się jednak nagle głos ważny dla nas samych: Wstań! Posil się! Droga otwarta!

Historia opowiedziana w pierwszym czytaniu jest nie tyle historią Eliasza, co nade wszystko historią doświadczenia Boga. Prorok szuka Go i odnajduje nie w walce z niewiernymi, w świecie „wielkiej polityki”, ale na pustyni. Właśnie wtedy gdy sam z siebie jest bezradny – Bóg pozwali mu doświadczyć swojej mocy.

Wielu biblistów i komentatorów duchowych widzi w tym skromnym posiłku, którym Eliasz wzmacnia się na drogę obraz Eucharystii.

Jezus przypomina nam często, że jest chlebem życia. To zaproszenie do Eucharystii, podczas której pomaga On nam zwolnić uścisk i zachęca do przekroczenia lęków przed rzuceniem się w miłujące ręce Ojca. Chrześcijanin to człowiek, który – jak pisał Hans Urs von Balthasar – „samego siebie raz na zawsze oddał i przekazał na własność Bogu, w nadziei, że gdy szuka Boga, wszystko będzie inne mu dodane”.

Kiedy myślę o Eucharystii i jej niezwykłej mocy, jakiej Bóg pragnie nam udzielić w naszej drodze przez życie, zawsze wraca mi obraz znanej francuskiej mistyczki i stygmatyczki Marty Robin. Jej życie a zwłaszcza fakt, że kiedy nie mogła już jeść i lekarze wydali na nią wyrok ona karmiąc się jedynie codzienną Eucharystią przeżyła 49 lat. To pokazuje, że dla Boga nie ma nic niemożliwego! Pytanie, czy my wierzymy w tę niezwykłą siłę ukrytą w małym kawałku chleba, w którym Bóg ukrył swoja obecność i przychodzi do nas, aby umocnić nas w naszej słabości.

Eucharystia „jest waszą własną tajemnicą…” – mówił św. Augustyn. Dlatego nie możemy zadowolić się tym, że w każdą niedzielę albo i częściej uczestniczymy we Mszy świętej. Komunia święta to wezwanie do czegoś znacznie więcej: do tego byśmy sami stać się Eucharystią, to znaczy darem i chwałą Boga i darem dla innych; bo „za każdym razem gdy mamy udział w Komunii z Chrystusem, którego przyjmujemy, przemieniamy się w Tego, którego pożywamy” – mawiał św. Leon Wielki.

Chrystus, który ofiarowuje się nam w Eucharystii, w ten sposób daje nam udział w swym własnym życiu i powołaniu. Wzywa nas w ten sposób do odpowiedzi na dar Jego miłości i ofiary, której nie potrafimy zrealizować bez Niego i Jego łaski. Mnie zaś każda Eucharystia, która zachęca nas i daje siły do tego, byśmy zgodnie ze słowami św. Pawła: byli naśladowcami Chrystusa (Ef 5,1) przypomina, że i tak nikt nie znalazł jeszcze lepszej drogi na życie niż ta, którą wskazuje nam Jezus, choć wielu szukało. Nie skorzystać z pójścia tą droga byłoby nie tylko lekkomyślnością ale i głupotą.

Współpatronka Europy

Przeżywamy dzisiaj w Kościele dosyć młode święto, bo ogłoszone przez Ojca Św. Jana Pawła II w 1999 roku. Mowa o święcie Świętej Teresy Benedykty od Krzyża – współpatronce Europy obok św. Benedykta, św. Cyryla i Metodego, św. Brygidy Szwedzkiej i św. Katarzyny ze Sieny. Aby zrozumieć dlaczego św. Jan Paweł II zdecydował się wybrać właśnie tę bliską mu postać jako współpatronkę starego kontynentu spróbuję nakreślić garść refleksji na temat jej życia dzięki którym i niektórzy z nas znajdą w tej niezwykłej postaci inspirację do duchowych przemyśleń, do których bez wątpienia skłania jej droga życia i myśli a może i czegoś więcej…

„Edyta Stein to taki człowiek, który po bliższym poznaniu pozostaje z nami na zawsze. Im więcej się o niej czyta, tym bliższą więź z nią się czuje – pisze ks. Stanisław Roman Ignarski.
Edyta Stein przeszła niezwykłą drogę życiową. Była Żydówką urodzoną we Wrocławiu 12 października 1891 roku, która we wczesnej młodości porzuciła judaizm i uważała się za ateistkę. Późniejsze przemyślenia zbliżyły ją do katolicyzmu. W wieku lat trzydziestu została ochrzczona, a 12 lat później wstąpiła do zakonu karmelitanek bosych. Przyjęła imię zakonne Teresa Benedykta od Krzyża. Żydowskie pochodzenie sprawiło, że dosięgły ją hitlerowskie prześladowania. Dnia 9 sierpnia 1942 roku zamordowano ją w komorze gazowej obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.
Jej droga do Boga to owoc głębokich przemyśleń i trwającego przez całe życie poszukiwania tego, co najważniejsze. Edyta Stein była intelektualistką, doktorem filozofii, asystentką jednego z najwybitniejszych myślicieli XX wieku, Edmunda Husserla. A jednocześnie jej rozważania to nie tylko skomplikowane dociekania naukowe. ”Była prosta z prostymi, a uczona z uczonymi. Bez jakiejkolwiek wyższości szukająca z szukającymi”. I inny cytat oddający sposób w jaki jest postrzegana: ”Edyta Stein jest odpowiedzią na potrzeby wielu dusz” –  napisze o niej znawczyni i tłumaczka jej dzieł, s. Janina Immakulata Adamska OCD
Z kolei św. Jan Paweł II, ogłaszając Edytę Stein patronką Europy, napisał:
„Teresa Benedykta od Krzyża, nie tylko związana była z różnymi krajami Europy, ale całym swoim życiem – jako myślicielka, mistyczka i męczennica – przerzuciła jak gdyby most między swoim żydowskim pochodzeniem a wiarą w Chrystusa, prowadząc z niezawodną intuicją dialog ze współczesną myślą filozoficzną, a na koniec stając się przez męczeństwo – w obliczu straszliwej hańby Shoah – rzeczniczką racji Boga i człowieka. Stała się w ten sposób symbolem przemian dokonujących się w człowieku, kulturze i religii, w których kryje się sam zarodek tragedii i nadziei kontynentu europejskiego…”.
Edyta Stein przez ostatnie lata swego życia jako filozof zajmowała się antropologią. Wojna przerwała jej wykłady, w których szukała prawdy o człowieku, ale Edyta nauczała dalej. Nie słowem, lecz swoim życiem i śmiercią.
Istnieje wiele śladów w biografii Edyty Stein, które wskazują na to, że przeczuwała, co ją czeka. Baronowa von Bodmann pisze w swych wspomnieniach: „Gdy po I wojnie światowej Francuzi przestali okupować Palatynat, tego samego wieczoru przybyły do Spiry przez most na Renie wśród dźwięku dzwonów nasze niemieckie wojska, (…) panna Stein była bardzo poważna i stwierdziła: »Zobaczy Pani, teraz nastąpi prześladowanie Żydów, a następnie prześladowanie Kościoła«”.
Znany jest następujący cytat z końca 1941 roku: „Jestem ze wszystkiego zadowolona. Także z tajemnicy Krzyża, jaka objawia się w moim życiu. Od początku byłam przeświadczona o tym, że tak będzie i powiedziałam z całego serca: Ave Crux, spes mea unica! (Bądź pozdrowiony Krzyżu, jedyna moja nadziejo)”. W 1942 roku, już w Holandii, mówiła przed siostrami o swej wdzięczności za przyjęcie do klasztoru w Echt. Zaraz jednak dodała: „A jednocześnie jestem pewna, że nie mamy tu miejsca trwałego. Nie pragnę niczego innego nad to, aby wola Boża wypełniła się w stosunku do mnie. Od niej zależy, jak długo mnie tu pozostawią i co będzie potem”.
Już wtedy wiedziała o gromadzących się chmurach. We wszystkich jej wypowiedziach przeważa gotowość przyjęcia tego, co miało przyjść. Ludzka pociecha nie była dla niej jedyną. Droga do wiary i znaczenie, jakiego nabrał dla niej Krzyż, były ściśle powiązane.
Słynna jest historia, która wydarzyła się po I wojnie światowej – Edyta nie była jeszcze wtedy katoliczką. Asystent na wydziale filozofii Adolf Reinach, którego „uwielbiała” w pierwszych latach studiów w Getyndze, poległ na wojnie. Edyta miała uporządkować jego spuściznę naukową i obawiała się odwiedzić wdowę po nim. W jej życiu był to moment, w którym nie tylko zrozumiała, co oznacza strata osobista, ale także pojęła okropność wojny, niszczącej tak wielu wartościowych ludzi. W związku z tym była zdziwiona, że wdowa, pani Reinach, jako wierząca chrześcijanka potrafiła się pogodzić z faktem śmierci swojego męża. Opowiadała później: „Było to moje pierwsze spotkanie z Krzyżem i Boską mocą, której udziela swym wiernym. Po raz pierwszy tak wyraźnie zobaczyłam Kościół zrodzony z cierpienia Odkupiciela w swym zwycięstwie nad śmiercią”.
W roku 1939, z okazji uroczystości Podniesienia Krzyża napisała tekst dla swojej wspólnoty. Uroczystość ta jest w Karmelu okazją do odnowienia ślubów. „Ukrzyżowany spogląda na nas i pyta, czy wciąż jeszcze chcemy dotrzymać tego, co przyrzekliśmy mu w godzinę łaski. Z pewnością ma powód, żeby tak pytać. Krzyż jest dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek, znakiem, któremu się sprzeciwia…”. W Oświęcimiu została zamordowana jako Żydówka. Nie znamy żadnych szczegółów jej śmierci.
Jej biografowie zgadzają się co do tego, że przeżywała ogromny wewnętrzny konflikt. Czuła się ciągle oszukiwana przez świat: była niezwykle zdolna, a jednak gdy rozdawano nagrody, Edytę wielokrotnie pomijano. Nie pytała, dlaczego. Była Żydówką – słowo to zaczynało brzmieć jak wyrok. Jak odnotuje w swoich pamiętnikach: „Do końca życia zapamiętam ciepłe słowa dyrektora, który w czasie pomaturalnego komersu rzucił: >>Uderz w kamień, a wytrysną skarby!<<. To była jawna aluzja do mojego nazwiska”. (Stein to po niemiecku kamień.)
W czasie studiów przeżyła potworną depresję. „Słońce zdawało się gasnąć, nawet w pełnym, jasnym dniu – wspominała. – Straciłam zupełnie zaufanie do ludzi; chodziłam jakby zmiażdżona strasznym ciężarem, nie umiałam niczym się cieszyć”. Kiedyś wraz z siostrą o mały włos nie zatruły się przypadkowo gazem. Gdy otworzyła oczy, wyszeptała: „Jaka szkoda! Dlaczego w tej głębokiej ciszy nie pozostawiono nas na zawsze?. Po co mnie odratowaliście?” – pytała z wyrzutem. Dwadzieścia lat później pogodzona z życiem trafiła do komory gazowej. Ale wtedy wiedziała już, że śmierć nie ma nad nią władzy.
Edyta Stein – św. Teresa Benedykta od Krzyża – stała się symbolem przemian dokonujących się w człowieku, kulturze i religii, w których kryje się sam zarodek tragedii i nadziei kontynentu europejskiego.
Ojciec Pierre Petit, benedyktyn, znawca Edyty Stein twierdzi, że jej dzieła są „pomostem ku nowym drogom”; oryginalnym spojrzeniem na wiele kwestii dotyczących współczesnego świata i człowieka. Chodzi tutaj zwłaszcza o zagadnienia prawdy, feminizmu oraz dialogu chrześcijańsko-żydowskiego. Przykład św. Teresy Benedykty od Krzyża pociąga coraz szersze rzesze wiernych świeckich oraz osób konsekrowanych.
Wśród wielu świadectw dotyczących jej życia i osoby na uwagę zasługuje świadectwo osoby żyjącej w świecie dowodzi, która powołując się na życie Św. Teresy Benedykty od Krzyża opisuje je jako żywy, pociągającymi wciąż aktualnym przykładem dla współczesnych, zmagających się z różnorakimi ludzkimi biedami, a jednocześnie nieodwołalnie dążących do coraz bardziej świadomej miłości bliźniego i coraz pełniejszej jedności z Bogiem:
„Poznałam Edytę latem 1998 roku, czytając czasopismo katolickie. Natychmiast zaintrygowała mnie jej postać. Najpierw z powodu zbieżności dat: okazało się, że kanonizacja bł. Teresy Benedykty od Krzyża odbędzie się 11 X 1998 r., a 11 października to dzień moich urodzin! Odczytałam to jako swoisty znak dla mnie. Była osobą bardzo wykształconą, filozofem, „kobietą sukcesu”, a jednak szukała sensu życia. I to poszukiwanie doprowadziło ją do stwierdzenia, że kto szuka prawdy, ten szuka Boga. Uderzający jest jej radykalizm. Jedynym celem jej życia stało się odtąd pełne zjednoczenie z Jezusem. Decyzja przyjęcia chrztu była bardzo trudna ze względu na rodzinę, przede wszystkim na matkę. Ale Edyta nie miała wątpliwości, że ten krok jest właściwy.
Zafascynowało mnie, że ofiarowała się świadomie jako ofiara całopalna za swój naród żydowski. Mogła uniknąć śmierci, ale przeczuwała dla siebie inną drogę. Duże wrażenie wywarła na mnie scena aresztowania. Gdy esesmani przyszli po Edytę – poczerwieniała na twarzy. Wiedziała, że idzie na śmierć. Jej rozpalona twarz i strach, a jednocześnie jej świadoma ofiara to jest coś naprawdę wielkiego – ludzkiego i Bożego zarazem.
Bardzo bliskie mi jest jej rozumienie feminizmu. Jeszcze kiedy byłam młodą dziewczyną, i potem, z biegiem lat, zawsze wiedziałam, że kobieta nie jest „człowiekiem drugiej kategorii”, a w wielu dziedzinach przewyższa mężczyznę. Poznając Edytę, odkryłam, że jest osobą, która mówi o „nowym feminizmie”. Feminizm, który niesie świat, prowadzi do buntu, nowy feminizm uczy pokory. Jak można wykorzystać tę nowo odkrytą wizję feminizmu? Mogę się w pełni zrealizować jako żona, jako matka, jako właściciel małej firmy, w pełnym poczuciu swojej wartości (choć oczywiście również wad), i to nie powoduje agresji w stosunku do płci przeciwnej, ale prowadzi do pełnej jedności, do współpracy z mężczyzną, do harmonii. Efekt jest więc odwrotny: zamiast buntu – kocha się drugiego człowieka. A to wiedzie do jedności z Bogiem i pozwala się prawdziwie rozwijać. Patrząc pod kątem rodziny, można powiedzieć, że stary feminizm to rozpad rodziny, a nowy – to rodzina scalona, taka, jakiej pragnie Bóg.
Później dzięki Edycie poznałam kolejną postać: św. Teresę. Edyta kierowała mną, szłam jakby jej drogą. Prowadzi mnie wciąż do Boga i pomaga w codziennym życiu. Pewnego rodzaju pomocy doświadczyłam nawet od matki Edyty – Augusty Stein. Był czas, kiedy musiałam bardzo dużo pracować. Wówczas myśl o tej kobiecie dodawała mi otuchy. Zostawszy wdową, przejęła interes (handel drewnem) po mężu. Mimo tak trudnego wyzwania i odpowiedzialności za liczne potomstwo, dawała sobie radę. Żadne z dzieci nie zaznało niedostatku, ale też uczone były oszczędności i szacunku do dóbr materialnych, a zarazem dystansu do nich. To wartości, które ja także staram się przekazywać moim dzieciom. Mam również przeświadczenie, że w najtrudniejszym okresie życia, kiedy dotknęło moją rodzinę bezrobocie, to właśnie Edyta zaniosła Bogu moją modlitwę o pracę, wypowiedzianą w dniu jej wspomnienia, 9 sierpnia. Jest mi bardzo bliska”. (E.A.B.)
Nauczanie św. Teresy Benedykty od Krzyża – Edyty Stein, jakkolwiek nie znane jeszcze tak powszechnie jak np. orędzie terezjańskie, zaczyna docierać do coraz to odleglejszych zakątków świata i wywiera niezatarty wpływ na duchowość przełomu XX i XXI stulecia. Potwierdza to tłumaczenie jej pism na coraz to liczniejsze języki.
Nadto faktem ogromnej wagi jest ogłoszenie jej przez papieża św. Jana Pawła II w 1999 roku współ-patronką Europy.
„Doktorzy Kościoła – napisał we wstępie do książki Jeana Huscenota cytowany już benedyktyn ojciec Pierre Petit – nie odsłaniają całej istoty ewangelicznego orędzia, lecz są raczej pomostem ku nowym drogom, które nie tyle nam wskazują, ile pozostawiają do odkrycia pod kierunkiem naszego jedynego Nauczyciela – Ducha Świętego. Nie zmuszają nas do wyruszenia w drogę, ani nami nie sterują, lecz są drogowskazem, który zachęca nas do wędrowania i do osiągnięcia celu. Zapraszają nas w podróż, do przeżycia przygody. Mówią nam: Nie bójcie się! Poczujcie udeptane drogi, podnieście żagle! – tak jak Jezus mówiący do Piotra: Wypłyń na głębię! (Łk 5,4). Pokazują nam Jezusa. (…) Jest to Jezus odkrywany zawsze na nowo, o milionach twarzy, jedyny i dla każdego”.
Edyta Stein też odkryła „swojego” Jezusa; odkryła Go w określanej przez siebie Kreuzeswissenschaft, czyli Wiedzy Krzyża, potwierdzonej doświadczeniem w swojej osobistej „drodze krzyża”, którą napisała swoim życiem i męczeńską śmiercią, bo jak sama często mówiła do swoich sióstr z Karmelu „Prawdziwą naukę Krzyża zdobywa się tylko wtedy, gdy się samemu do głębi tego Krzyża doświadczy”.
Tą wiedzą Krzyża i tym doświadczeniem Krzyża, który jest zwycięstwem, tą mądrością Krzyża pragnie dzielić się dzisiaj ze wszystkimi” – mówił św. Jan Paweł II w dniu jej kanonizacji. Sądzę, że jej orędzie jest jeszcze wciąż do odkrycia…
(W tekście znalazły się cytaty zaczerpnięte z: EDYTA STEIN – S. TERESA BENEDYKTA OD KRZYŻA OCD, Światłość w ciemności, Kraków 1977, tom I, s. 280; PRAŚKIEWICZ SZCZEPAN T., Dwie kluczowe postacie kobiece w pontyfikacie Jana Pawła II, w: Życie Karmelu, 7 (1999); GROŃ RYSZARD, Fenomen doktora Kościoła w historycznym rozwoju, w: Duchowość na progu trzeciego tysiąclecia, Lublin 1999; oraz HUSCENOT JEAN,  Teologia dei Santi, Częstochowa 2002; TERESA BENEDYTKTA OD KRZYŻA, Twierdza duchowa, Zysk i S-ka, 2006; Edyta Stein. Siostra Teresa Benedykta od Krzyża. Filozof i karmelitanka – opracowanie na podstawie wspomnień i listów przez s. Teresę Renatę od Ducha Świętego, Paris 198)