Po odejściu wysłanników Jana Chrzciciela Jezus powiedział do tłumów:
„Z kim więc mam porównać ludzi tego pokolenia? Do kogo są podobni? Podobni są do dzieci, które przebywają na rynku i głośno przymawiają jedne drugim: «Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wyście nie płakali».
Przyszedł bowiem Jan Chrzciciel: nie jadł chleba i nie pił wina; a wy mówicie: «Zły duch go opętał».
Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije; a wy mówicie: «Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników». A jednak wszystkie dzieci mądrości przyznały jej słuszność”. (Łk 7,31-35)
Lubię czasem, gdy mam wolną chwilę poszperać w Internecie w poszukiwaniu blogów o tematyce duchowej. Wiele z tekstów, czy świadectw, które tam znajduję są dla mnie nie tylko inspiracją, ale czasem zwyczajnie chwytają za serce. Są okazją do odkrywania obecności Boga w świecie i w życiu konkretnych osób.
Wczoraj, popełniając na naszym blogu wpis z okazji święta św. Stanisława Kostki nawiązałem właśnie do szukania Boga i napisałem, że „Boga nie trzeba szukać. On po prostu jest we wszystkim, co należy do Niego”. Idąc tropem tej myśli można powiedzieć, że im więcej oddamy Bogu w naszym życiu tym łatwiej będzie nam Go odnajdywać we wszystkim! I odwrotnie: im bardziej zepchniemy Pana boga na margines naszego życia, do przysłowiowego narożnika, tym trudniej będzie nam odnaleźć ślady Jego działania, albo nawet gdy je zauważymy nie będziemy potrafili zinterpretować, że to właśnie Jego działanie a nie tzw. przypadek.
Przywołałem też cytat z książki nieżyjącego już prawosławnego arcybiskupa Londynu Anthony’ego Bloom’a, który w swojej książce „Szkoła modlitwy” pisał: „Jaki sens ma długie i mozolne odmawianie naszych modlitw, skoro nie umiemy znaleźć Boga w otaczającym nas świecie, w naszej codzienności a nade wszystko w drugim człowieku? Modlitwa ma nam tylko w tym odkrywaniu obecności Boga pomagać!”
A potem na jednym z blogów znalazłem piękne zdanie, które od wczoraj wciąż mi towarzyszy: „Modlitwa, to podróż w poznawaniu Boga”. Czy tak jest w twoim życiu? Od jak dawna się modlisz? Czy możesz powiedzieć, że ten czas sprawił, że bardziej poznałeś Boga, rzeczywiście że zbliżyłeś się do Niego?
Smuci mnie czasem, gdy rozmawiam z różnymi osobami, które twierdzą, że się modlą, ale modlitwa ta nic albo niewiele zmienia w ich życiu, nie przybliża im Boga. Czy to znaczy, że źle się modlą? Nie mnie to oceniać! Oczywiście mogą być w naszym duchowym życiu okresy posuchy duchowej, lub czas określanego mianem „nocy ducha” czy „nocy zmysłów”, ale poza tym, że jest to czas szczególnej łaski od Boga, mający za zadanie oczyścić naszą wiarę i naszą miłość do Niego, to jednocześnie jest to doświadczenie, które w niezwykły sposób przybliża do Boga i uczy odkrywać prawdę o Nim na zupełnie innej płaszczyźnie niż ta, do której dotąd przywykliśmy.
Zastanawiałem się na ile dzisiejsza Ewangelia mówi również o modlitwie? Myślę, że w doświadczeniu modlitwy można też być „dziećmi mądrości”, albo „dziećmi kaprysu”. Kapryśność jest zjawiskiem występującym nie tylko u dzieci. Również dorośli często nie wyrastają z tego i pozostają kapryśni. Przejawia się to postawą roszczeniową, przekonaniem że rzeczywistość (również rzeczywistość duchowa a więc: modlitwa, Bóg i Jego dary) będą zgodne z moimi oczekiwaniami.
Natomiast „dzieci mądrości” – o których mówi dzisiaj Jezus są świadome swojej małości wobec ogromu świata i wobec Boga. Są otwarte na rzeczywistość i ciekawe jej. Nie wymądrzają się, próbując zmusić rzeczywistość by dopasowała się do ich oczekiwań, nie próbują jej nagiąć (również tej duchowej rzeczywistości a więc i Boga), by była taka, jaka „powinna być” według ich przekonania.
„Modlitwa, to podróż w poznawaniu Boga”…
Medytacja jest tą modlitwą, która chce nas uczyć właśnie takiej otwartości na Bożą rzeczywistość, która potrafi nas niejednokrotnie zaskoczyć.
To podróż, w której to Jezus jest przewodnikiem a my podążamy za Jego słowem – Imieniem które wybrzmiewa w naszym wnętrzu i nie pozwala nam się zagubić w drodze.
„Jezus” – to imię z mocą – jak napisano w ostatnim „Gościu Niedzielnym”, „imię, które zawiera w sobie obecność, którą oznacza” – dodaje Katechizm Kościoła Katolickiego, a medytacja właśnie dlatego, że odwołuje się do tego imienia i pragnie za nim podążać w podróży do poznawania Boga pozwala nam tej mocy i obecności, które ono niesie doświadczyć.
„Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” [Łk 2,49]
W scenie znalezienia Jezusa w świątyni, którą czytamy w dzisiejsze święto św. Stanisława Kostki (nie przez przypadek chyba patrona osób rozeznających swoje powołanie) jest wyczuwalne napięcie. Gdy Maryja koncentruje się na ludzkim lęku i bólu serca mówiąc: „Synu, czemuś nam to uczynił?” sugeruje, że zachowanie Jezusa rodzące niepokój w sercu Jej i Józefa wydaje się niepotrzebny a może nawet niesprawiedliwy. Niezwykła wydaje się odpowiedź Jezusa, która, gdy w nią wnikniemy sięga dużo głębiej niż może się wydawać przy pierwszym wrażeniu towarzyszącym lekturze tego tekstu. Wszak Jezus swoją odpowiedzią uświadamia nam wszystkim, że ważniejsza od ziemskich bólów i lęków jest szukanie Boga i Jego woli: „Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mojego Ojca?”.
Prawdziwe schronienie, również wobec doświadczenia ludzkich bólów i lęków można znaleźć jedynie w Bogu. Jezus mówiąc o Świątyni jedynego Boga przypomina, że jest ona jak najbardziej Jego domem, bo On najpierw i przede wszystkim jest Synem Bożym. Ale świątynia to także miejsce, w którym każda i każdy z nas jest w domu Ojca. Więcej nawet, nie ma konieczności szukać materialnej świątyni, by znaleźć miejsce obecności Boga, bo świątynią Jego jest każde ludzkie serce, o czym przypomina św. Paweł. [por. 1 Kor 6,19] Warto pytać się czy mamy kontakt z tą wewnętrzna świątynią. Czy czujemy się tam u siebie. Przecież moje serce, to także dom Ojca i im głębszy mam z nim kontakt tym bardziej będzie mogła ona stawać się miejscem mojego schronienia w modlitwie, w medytacji, w zasłuchaniu w Boże słowo. Ewangelista zaznacza, że Matka Boża nie rozumiała słów Jezusa. To także znak dla nas, że musimy wciąż i czasem długo dorastać do zrozumienia Bożego słowa i Jego woli objawiającej się w naszym życiu.
Paradoksalnie ta dzisiejsza Ewangelia może być także dobrą nowiną dla wielu współczesnych rodziców, którzy nie rozumieją tego, co dzieje się z ich dziećmi. Niejednym rodzicom przychodzi przeżywać horror prawdziwego zagubienia (zarówno duchowego jak i dzisiaj coraz częściej psychicznego, choć jedno z drugim niewątpliwie się łączy) syna lub córki.
Ale Ewangelia ta opowiada także o pewnym zjawisku obecnym w życiu wewnętrznym (duchowym), które nazywamy strapieniem. Strapienie to stan, w którym człowiek „z bólem serca” szuka Boga i ma trudności ze znalezieniem go. Takiego stanu doświadcza każdy człowiek, który wchodzi na drogę pogłębionej relacji z Bogiem. Doświadczyli tego też Maryja i Józef. Bóg jednak nigdy się nie gubi. Jest zawsze „na swoim miejscu”, to znaczy przy nas. Czasem jednak trzeba doświadczyć Jego pozornej nieobecności, aby oczyściła się, dojrzała i wypiękniała nasza miłość do Niego i aby nasza miłość została wypróbowana. Gdyby Jezus nie został w świątyni, dużo mniej wiedzielibyśmy o miłości Maryi i Józefa do Niego i o doświadczeniu, które towarzyszy poszukiwaniu Boga w naszym życiu.
Boga nie trzeba szukać. On po prostu jest we wszystkim, co należy do Niego. A do Niego należy świat, natura, która jest jego dziełem, wszelkie dobro, a szczególnie każdy człowiek i jego serce uczynione na Boże podobieństwo i naznaczone Jego obecnością. On jest we wszystkim, bo jak przypominają Dzieje Apostolskie „W nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”. [Dz 17,28]
Św. Ignacy z Loyoli nazwał znajdowanie Boga we wszystkim najwyższą formą pobożności, wyższą od długich modlitw w kościele. Być może nam, dziś na nowo potrzeba odkrywania tej formy pobożności i cieszenia się nią. Bo jak pisał abp. Anthony Bloom w swojej „szkole modlitwy”: „Jaki sens ma długie i mozolne odmawianie naszych modlitw, skoro nie umiemy znaleźć Boga w otaczającym nas świecie, w naszej codzienności a nade wszystko w drugim człowieku? Modlitwa ma nam tylko w tym odkrywaniu obecności Boga pomagać!”
Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: „Za kogo uważają Mnie ludzie?” Oni Mu odpowiedzieli: „Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków”. On ich zapytał: „A wy za kogo Mnie uważacie?”
Odpowiedział Mu Piotr: „Ty jesteś Mesjaszem”. Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili.
I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa.
Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: „Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie”.
Potem przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, ten je zachowa”. (Mk 8,27-35)
Jezus pyta dziś swoich uczniów, za kogo Go uważają? Pada wiele odpowiedzi, ale w pamięć najbardziej zapadają słowa Piotra, który jako jedyny wyznaje odważnie, że Jezus jest Mesjaszem.
Wydawać się może, że Piotr zdał egzamin. A jednak nie do końca. Choć Apostoł wyznał wiarę w Jezusa, jako Mesjasza, to jednak myśli wciąż po swojemu. Jest gotów iść za Chrystusem, ale na swoich warunkach.
To dlatego zamiast pochwały słyszy mocne upomnienie: „Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku”.
Dlaczego Jezus tak ostro karci Piotra? Dlaczego zwraca się do niego jak do przeciwnika? Czy rzeczywiście myśli i uczucia Jezusa w stosunku do Piotra tak radykalnie zmieniają się w jednej chwili? Otóż nie! Oczywiście to stwierdzenie jest upomnieniem, ale innym niż zwykliśmy zazwyczaj sądzić. W naszej kulturze powiedzenie „zejdź mi z oczu” ma wydźwięk pejoratywny, natomiast w kulturze semickiej i greckiej było powszechnym zwrotem używanym przez nauczyciela w stosunku do ucznia lub przełożonego w stosunku do podwładnego i oznaczało tyle, co „stań za mną”, „nie udawaj ważniejszego niż jesteś”. Tłumacząc zatem słowa Jezusa trzeba zrozumieć, że są one wezwaniem skierowanym do Piotra, by ten pozwolił się prowadzić Jezusowi, by szedł za Nim, by nie poddał się pokusie pychy, która łatwo potrafi wmówić człowiekowi, że wie najlepiej, co powinni robić inni, także Bóg; pychy za którą zawsze stoi szatan.
To nie przypadek, że pycha jest wymieniana na pierwszym miejscu wśród grzechów głównych i źródło wszystkich innych grzechów. Usiłuje nawet oceniać i poprawiać Boga i Jego działanie.
Zresztą tego samego zwrotu używa święty Marek również w opisie powołania uczniów przez Jezusa, gdy Ten zaprasza ich, by Mu towarzyszyli, ale Jezus od razu określa na czym to towarzyszenie musi polegać – ma przejawiać się w naśladowaniu Go, w długim i mozolnym uczeniu się Jego sposobu myślenia i patrzenia, zanim oni sami staną się nauczycielami Ewangelii dla innych.
Zatem Chrystus nie podcina Piotrowi skrzydeł. Pokazuje mu jedynie, że jego koncepcje, pomysły, rozwiązania, choć może wynikają z dobrych chęci, mają się nijak do Bożego sposobu myślenia. Minie jeszcze wiele czasu, zanim Piotr i inni apostołowie zrozumieją sens i logikę krzyża i gdy sami będą gotowi w duchu tej logiki oddać swoje życie. Póki co Jezus przypomina im, że są tylko uczniami a uczeń to ten, kto podążania za swoim Mistrzem w myślach, w słowach i w tym, co robi.
Słuchając tych słów, można mieć pozorne wrażenie, że Jezus zniechęca uczniów do samodzielnego myślenia i poszukiwania. Nic bardziej mylnego. Chodzi bowiem o to, by tak szukać Bożych ścieżek, tak słuchać Słowa, tak pytać i drążyć, by wszystkie nasze pomysły były odbiciem pomysłów Jezusa i naśladowaniem Jego dróg.
Jezusa możemy znaleźć jedynie w odkrywaniu i zgodzie na realizowanie się woli Bożej w naszym życiu, nigdy poza nią. Bo dla Niego realizacja woli Ojca była czymś najważniejszym, czymś co wyznaczało kierunek Jego działania, czymś, co określa mianem pokarmu, którym się na co dzień karmi.
Nam czasem tak ciężko zgodzić się z Bożą wolą, zwłaszcza wówczas, gdy ona nie za bardzo pokrywa się z naszymi planami na życie. Chcielibyśmy iść za Jezusem, ale często jak Piotr, na własnych warunkach.
Właśnie dlatego Jezus mówi także do nas: Bądź ze Mną, ale nie wyprzedzaj Mnie. Bądź blisko, ale pozwól Mi się prowadzić. Bo tylko wówczas nauczy On nas właściwie rozeznawać wolę Bożą, rozumieć ją i odkrywać z zaskoczeniem, że jest dla nasz najlepszym pomysłem na życie.
Warto pamiętać, że nigdy nie zrodzi się w nas gotowość na zmianę, jakiej chce w naszym życiu dokonać Bóg, jeśli nie uwierzymy Jego Słowu i nie pozwolimy, by Ono nas przekonało, by nas przemieniało i prowadziło.
Tylko codzienne życie Słowem Bożym potrafi przenieść nas na nowy, Boży poziom myślenia.
Właśnie tego doświadczył Piotr, który – przy całym swym wewnętrznym poplątaniu – dzięki zaufaniu do Jezusowego Słowa zrozumiał Jego mesjańską tajemnicę. I dlatego mógł odpowiedzieć na nią (choć dużo później) swoim życiem i działaniem.
Wiara rodzi się ze słuchania Słowa Bożego, lecz pozostaje martwa jeżeli za Słowem Bożym, w które się wsłuchujemy nie pójdzie nasze życie, które jest dopiero konkretną odpowiedzią na to Słowo.
Wiara jeśli jest prawdziwa i żywa musi być widoczna w naszych wyborach, w naszym sposobie mówienia i myślenia; słowem – musi być widoczna w naszym życiu. Tylko czy jest!?

„Stabat Mater dolorosa…”.
Nasze życie składa się, tak jak w różańcu, i z części radosnych i z bolesnych, i ze światła, a także w pewnych momentach i z chwalebnych. W zależności od okresu i okoliczności mniej czy bardziej zależnych od nas.
Święto Matki Bożej Bolesnej skłania nas do pochylenia się nad tymi momentami najtrudniejszymi w naszym życiu.
To święto Matki Boskiej Bolesnej można potraktować także poniekąd jako hołd oddany wszystkim rodzicom, matkom i ojcom, którzy doświadczyli bólu utraty potomstwa.
Inny jest ból, niemalże wewnętrznie rozdzierający, rodziców martwiących się o swoje dorosłe dzieci, którym coś nie wyszło w życiu, nie ułożyli go sobie najlepiej: na przykład córka popadła w chorobę, nałogi, nie może ukończyć studiów. Jest ich bezradność, bo nie umieją, nie wiedzą jak pomoc dziecku, aby było szczęśliwe.
Jest przeszywające cierpienie matek, które „straciły” dzieci, bo wyjechały za granice i przez długi czas nie ma okazji, by się z nimi zobaczyć mimo rozrywającej serce tęsknoty. Wreszcie jest żal i ból ogromny matek, które wychowywały swoje dzieci religijnie a teraz żyją z dala od Kościoła, od pojednana z Bogiem.
I wiele innych przykładów doświadczenia ludzkiego cierpienia, jedynie Bogu samemu znanego.
„A od krzyżem Matka stała, stabat Mater dolorosa…”.
Ale to także święto, aby pomyśleć o naszych mamach, które wciąż niepokoją się o nas, bez względu na to ile mamy lat; modlą się za nami przesuwając w spracowanych dłoniach paciorki różańca; cieszą się gdy znajdujemy czas, aby do nich zadzwonić, czy ich odwiedzić…
„Stabat Mater dolorosa…”.
Dzisiejsze święto tak mocno współgra z obchodzonych wczoraj świętem Podwyższenia Krzyża Świętego. Ból Maryi, Matki Jezusa pod krzyżem, na którym umarł Jej Syn pierworodny i umiłowany. Ona zaprasza nas, byśmy potrafili w tym jej doświadczeniu zanurzyć wszelkie bóle i strapienia nasze, naszych rodzin i bliskich. Bo nikt inny tak jak Ona potrafi poprowadzić nas w ciszy naszych wszelkich cierpień i słabości ku radości i nadziei zmartwychwstania swojego Syna, którego spotkała na nowo po ciszy Wielkiej Soboty.
Powierzajmy siebie, a zwłaszcza innych, tych potrzebujących szczególnego wsparcia, sercu Maryi, wpatrujmy się w Jej oblicze pełne ufności względem Życia, które nosiła pod swoim sercem i ku któremu prowadzi nas.
Maryja, nawet ta Bolesna nigdy nie przesłania swojego Syna, Ona na Niego wskazuje, jako na Tego, który jest Źródłem naszego zbawienia i odpowiedzią na nasze, nawet najtrudniejsze życiowe dylematy. Maryja, Matka Bolesna wskazuje na Krzyż, przypominając, że on symbolizuje miłość Boga nas chroni, otacza opieką i ocala.
Dlatego możemy z ufnością wołać: „Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy na nas zwróć, a Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż…”.

Krzyż jest rzeczywistością, która poradziła sobie ze śmiercią – chociaż śmierć się na nim dokonała, to od czasów Chrystusa krzyż przestaje być przekleństwem potwornej śmierci, a zaczyna być znakiem życia, znakiem nadziei. Chrześcijanie nie znajdą innej i lepszej odpowiedzi na wszystkie pytania związane z doświadczeniem cierpienia zarówno fizycznego jak i duchowego niż ta odpowiedź, której Bóg udzielił w tajemnicy Krzyża.
Jeden z moich znajomych, który uczył mnie nurkować i sam jest zawodowym nurkiem, nurkującym na dużych głębokościach, opowiadał mi, że jednym z bardziej fascynujących doświadczeń jest nurkowanie nocą. Kiedy pod wodą wyłączy się światło, człowiek bardzo szybko traci orientację. Nie wiesz gdzie jest gdzie jest góra, a gdzie dół. To takie doświadczenie zanurzenia w ciemności. Wystarczy odrobina światła, by człowiek na nowo odzyskał orientację.
Nasze życie czasem może przypominać takie zanurzenie w ciemność, w którym gubimy kierunek i punkt odniesienia. Gdzie jest to, co człowieka wywyższa, a gdzie jest to, co go poniża?
Nasz świat pełen jest historii ludzi, którzy sporo wysiłku wkładają w to, żeby się wywyższyć ponad innych poprzez to, że więcej wiedzą, posiadają, znaczą. W ten sposób można budować poczucie swojej wartości i władzy, bywa nie rzadko, że jest to okupione cierpieniem tych, którzy po drodze muszą być poniżeni, którym trzeba udowodnić, że są słabsi, gorsi, mniej zaradni.
Jest jednak jeden rodzaj poniżenia, który jest gorszy niż wszystkie inne – jest nim grzech i trwanie w nim. To największe ubóstwo, jakie człowiek może sobie zgotować, największa degradacja człowieczeństwa.
Dlatego dzisiejsze święto mówi o Bogu, który w Chrystusie godzi się na uniżenie samego siebie, po to, by człowiek mógł wyjść z poniżenia grzechu, czego nie może zrobić o własnych siłach. Krzyż jest po to, aby uwierzyć, że Bóg kocha nas bez pamięci. Krzyż jest po to, aby człowiek nie bał się w swoim grzechu i upadku zwrócić do Boga, który na Krzyżu wziął już na siebie wszystkie nasze grzechy.
Zdarza się, że idąc drogą wiary, tracimy cierpliwość, bo nie jest tak jak to sobie wyobraziliśmy. Odkrywamy, że ścieżka wiary wcale nie zawsze jest łatwa, przewidywalna i bezbolesna. Mierzymy się na niej z naszą słabością, zderzamy ze słabością innych osób, z naszą wolnością, która nie zawsze okazuje się być zapisywana chwalebnymi zgłoskami naszych poczynań. „Stary człowiek” pełen pychy i egoizmu, obecny w każdym nas tak łatwo się nie poddaje. Doświadczamy palącego jadu naszych grzechów, wątpliwości, słabej wiary… Doświadczamy nieraz bólu rezygnacji, bo tyle razy próbowaliśmy, tyle było dobrych postanowień i nic…
I po to właśnie Jezus dał się przybić do krzyża, żebyśmy widzieli, że ręce Boga są szeroko otwarte, aby przygarniać, a nie potępiać. Miłość na krzyżu jest bezbronna. Bóg uniża się po to, aby nas wywyższyć, aby nas wyrwać z naszego poniżenia, w które często sami się pakujemy.
Czy może być coś piękniejszego?
Bóg daje wszystko, aby nas zbawić. W języku biblijnym, ale chyba też w każdym innym, ” jednorodzony syn” oznacza po prostu „wszystko”. Miłujący Ojciec bardziej bowiem ceni życie jednorodzonego Syna, niż własne. Bóg daje więc najwyższą cenę za nasze zbawienie. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy dla Niego bezcenni, pomimo naszych grzechów, naszej niestałości i niewierności. Bóg nigdy się nas nie wyrzeknie, chociaż my nie raz wyrzekamy się Jego.
Krzyż Chrystus raz na zawsze został wbity w historię świata, w historię zbawienia, w historię każdej i każdego z nas. I będzie tam bez względu na to czy pozostaniemy mu wierni, czy też odejdziemy i zdradzimy go. Będzie tam, czekając na nasze powroty, na naszą skruchę na nasze wyznanie wiary i miłości. Bóg, który na Krzyżu czeka na nas zawsze z otwartymi rękami bez względu na to jak bardzo byśmy pobłądzili na ścieżkach naszego życia.
Ocala nas miłość Boga i tylko ona. Nie zbawią nas żadne nasze wysiłki. Zbawienie jest darem Boga, który kocha nas bez pamięci. Krzyż Jezusa jest wielkim wyznaniem Jego Miłości do nas, ale tylko ode mnie zależy czy na nie odpowiem, czy je zignoruję.