Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Piotr i Paweł

Każdy z nas chce się czuć bezpiecznie. Lubimy spontaniczność, ale jednak wolimy, gdy rzeczywistość jest przewidywalna. Potrzebujemy pewnych, jasnych reguł, procedur, schematów. Czujemy się zagubieni i zagrożeni, gdy coś się wymyka spod kontroli. Czasem chcielibyśmy przenieść to doświadczenie na relacje z Bogiem. Tymczasem wiara jest tym doświadczeniem, które szczególnie często wymyka się naszej kontroli a nawet naszemu rozumieniu. Nieżyjący już ks. Tadeusz Dajczer w swojej książce „Rozważania o wierze” pisał, że natura wiary polega na tym, że ona nie tylko nie usuwa ciemności (tajemnicy, kryzysów, niezrozumienia) ale wręcz je zakłada…

Wspominamy dziś dwóch apostołów: Piotra I Pawła. Czytane dzisiaj teksty biblijne opisują sytuacje, gdy obaj znajdują się w więzieniu, w sytuacji zagrożenia życia. Do jednego przychodzi anioł i go cudownie uwalnia. Drugi zostaje zamordowany – nie ma anioła, nie ma żadnego cudu, żadnej nadzwyczajnej interwencji Boga. Jak to zrozumieć, że jednego z nich Pan ratuje, a drugiego nie?

Dziś w Kościele popularne są modlitwy o uzdrowienie czy uwolnienie z chorób, zniewoleń, rozmaitych zranień. Jak to wytłumaczyć, że niektórzy otrzymują tę łaskę, a inni nie?

Po ludzku zapewne trudno zrozumieć. Wiara nie usuwa ciemności, lecz je zakłada! Szybko pojawia się pokusa, by się oburzyć na Pana Boga. Niby uznajemy, że jest Wszechmogący, ale nasze pojmowanie miłości automatycznie podsuwa myśl, że ta wszechmoc powinna nam służyć – czasem wręcz chcielibyśmy przymusić Go lub przekupić, by działał według naszych pragnień. Bo jeśli Bóg nie pomaga w cierpieniu, to jak to się ma do Jego miłości?

A może nasz sposób patrzenia jest niewłaściwy? Może nasze niezrozumienie Jego działania jest wyrazem Jego boskości i miłości? Wiary, która raz jeszcze podkreślmy jest bardziej doświadczeniem tajemnicy niż czymś dla nas oczywistym.

Czy nasze zachowanie wobec osób, które kochamy, zawsze jest zrozumiałe dla otoczenia? Przypatrzmy się, co dajemy innym. Często są to drobne rzeczy, czasem gesty. Dla tej konkretnej, kochanej osoby są bezcenne. Dla kogoś obcego mogą wydawać się niepozorne i niewiele znaczące. Miłość bowiem składa się z drobiazgów, choć drobiazgiem nie jest. Rozumieją to jedynie ci, którzy karmią się tymi „drobiazgami”. To tajemnica języka miłości.

Święty Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian pisze: „Tak więc trwają wiara, nadziej i miłość, te trzy. Z nich zaś najważniejsza jest miłość.” [! Kor 13,13] Może powinniśmy częściej zrobić rachunek sumienia z naszej wiary do Boga przez pryzmat miłości i zaufania, którym Go obdarzamy. Nierzadko zachowania drogich nam osób są niezrozumiałe, czasem raniące. Ale jeśli miłość w tej relacji jest autentyczna, to pozwoli ostatecznie przezwyciężyć to, co trudne. Bo przecież wiemy, że ktoś, kto nas kocha, nigdy nie chce dla nas zła. Czy jednak w taki sposób potrafimy myśleć o naszej relacji z Bogiem? Czy potrafimy Mu zaufać i zamiast się obrażać, że nie zawsze nas wysłuchuje i pytać, dokąd chce nas w ten sposób nas prowadzić? Co chce nam pokazać? Czego nauczyć?

Historie przedstawione w dzisiejszych czytaniach są różne, ale obu apostołów łączy bardzo silna więź z Bogiem. To dzięki niej umieją przyjąć i zaakceptować swoje życie, jakiekolwiek ono jest. Bo wierzą, że cokolwiek ich spotka, ma to ich prowadzić do jeszcze głębszego zjednoczenia z Ojcem.

Czytając Ewangelie, ze zdumieniem odkrywamy, że szczególnie św. Piotr (choć w jakimś wymiarze także i św. Pawłowi można przypisać tę cechę), że przez swoją spontaniczność, prostotę, kruchość i ufność byli w swoich relacjach z Bogiem „jak dziecko”. Może w tej postawie warto starać się ich naśladować.

Owoce ciszy

Jezus powiedział do swoich uczniów: Każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. A więc: poznacie ich po ich owocach”. (Mt 7,17-20)

Mówiliśmy ostatnio o potrzebie ciszy dla człowieka a zwłaszcza dla człowieka modlitwy. O potrzebie, ale i o owocach ciszy. Często słyszymy, że dzisiaj niemożliwe jest życie w ciszy, że przecież nie sposób uciec od tego świata pełnego zgiełku. Ale mimo to niezwykle ważne jest, aby szukać takich momentów wyciszenia, aby we własnym domu znaleźć tę „izdebkę” o której Jezus mówi w Kazaniu na Górze, gdzie możemy stanąć przed Bogiem w ciszy serca. Jak zwykł mawiać Carlo Carretto, mały brat od Jezusa: „Pustynię możesz mieć także ty. I to nawet już dzisiaj. Od zaraz! Nie musisz nigdzie wyjeżdżać. Pustynia bardziej doświadczenie niż miejsce: skupienia, ciszy, kontemplacji, wejścia w inny, duchowy świat. To przede wszystkim przestrzeń w twoim sercu, gdzie zadbasz o milczenie, czystość, gdzie zapatrzysz się w obraz mieszkającego w twoim sercu Boga. I gdzie znajdziesz radość z przebywania w obecności Boga, który mieszka w twoim wnętrzu. (…) Bo pustynia nie oznacza nieobecności ludzi, oznacza obecność Boga. [Listy z pustyni]

To właśnie dlatego w szukaniu ciszy nie bez znaczenie jest czas i miejsce, które wybieramy, ale daleko ważniejsza jest postawa serca. Jak mówił brat Morris: „zharmonizowanie wewnętrznego zgiełku, gdzie wirują namiętności, pragnienia, nieuporządkowane relacje, zranienia czy grzechy. Człowiek, który we własnym wnętrzu pielęgnuje harmonię i ciszę, będzie potrafił wejść w dialog z Bogiem nawet wtedy, kiedy obok niego będzie olbrzymi zewnętrzny hałas”.

Takimi miejscami, które powinny być dla nas szczególnymi pustelniami spotkania z Bogiem, miejscami wyciszenia i harmonii, bez wątpienia są kościoły. Dzięki Bogu w coraz większej liczbie świątyń można dziś znaleźć wystawionego w Najświętszym Sakramencie Jezusa, ale nawet gdy nie ma „wystawienia” nie przeszkadza to w adoracji, gdyż doświadczyć i odnaleźć obecność Boga w świątyni możemy bez względu na to, czy adoracja trwa czy nie. To znowu bardziej kwestia naszego serca: „Szukam o Panie twojego oblicza” – powie psalmista. Warto pytać siebie, czy jest to także domeną naszego życia. I znowu nasz kochany brat Morris przychodzi nam z pomocą mówiąc: „Jeżeli nie nauczymy się odnajdywać obecności Boga w naszym wnętrzu, w naszym sercu, nie będziemy potrafili odnajdywać go także na zewnątrz (paradoksalnie również w kościołach).

Im trudniej znaleźć nam doświadczenie ciszy, harmonii i modlitewnego milczenia w naszym sercu tym bardziej będzie się to przekładało się na resztę naszego życia. Nie wolno mam nigdy zapomnieć, że wektor naszego życia, jego jakości i sposobu jego przeżywania zaczyna się od naszego serca i płynie na zewnątrz a nie odwrotnie. Jeżeli zatem nie zaczniemy porządkowania naszego życia od serca, próby czynienia tego od zewnątrz spełzną na niczym!

Dlatego też kard. Sarah w swojej nowej książce „Moc milczenia” nieustannie powtarza, że „tym, czego Kościół a wraz z nim każdy chrześcijanina, który stanowi część tegoż Kościoła potrzebuje dziś najbardziej, nie jest reforma administracyjna, kolejny program duszpasterski, czy też zmiana strukturalna”. Kościół dzisiaj potrzebuje na nowo odkryć sens Boga, Jego absolutny prymat w świecie.

Prymat Boga w świecie wymaga jednak tego, abyśmy odkryli Jego prymat w życiu osobistym a zatem na nowo doświadczyli prawdy o tym, że człowiek jest stworzony, aby wielbić Boga i słuchać Go. A do tego potrzebna jest cisza, przede wszystkim cisza świętego milczenia.

Wspomniałem już kiedyś, że skupienie w ciszy na jednym, które jest owocem medytacji pozwala to doświadczenie przenieść także na inne modlitwy, przez większe skupienie pogłębiając również ich jakość. To dotyczy modlitwy brewiarzowej, lectio divina a zwłaszcza Eucharystii, która jest szczytem wszystkich modlitw.

Dla chrześcijanina istnieją głębsze motywy ciszy niż te wymienione powyżej. Pisze o nich Thomas Merton: „Chrześcijanin musi uświadomić sobie, iż jest wezwany przez Boga do przeżywania ciszy, medytacji a wiec „wsłuchiwania się”. Być może jesteśmy zbyt rozgadani, zbyt aktywni w naszym rozumieniu życia chrześcijańskiego. Nasza służba Bogu i Kościołowi nie zawiera się ani jedynie ani głównie w mówieniu i działaniu. Zaczyna się od przebywania w ciszy – na słuchaniu i oczekiwaniu”.

I dalej pisze Merton: „Bardzo ważne dla naszego wieku przemocy i niepokoju staje się ponowne odkrywanie medytacji – cichej wewnętrznej jednoczącej modlitwy oraz chrześcijańskiej ciszy, która zawsze jest twórcza”.

Cisza ma wiele wymiarów. Może być regresem i ucieczką lub obecnością, świadomością, zjednoczeniem i samoodkryciem. Cisza negatywna zamazuje i wprowadza zamieszanie w nasz organizm (wpadamy wówczas w „sny na jawie”) lub tłumi nasz niepokój. Pozytywna cisza zakłada dyscyplinę wyboru i to, co Merton nazywa „odwagą bycia”.

Przy czym, jak pisze Merton na dłuższą metę dyscyplina twórczej ciszy wymaga wiary a nawet miłości. A to dlatego, że gdy stajemy twarzą w twarz z samym sobą w samotności, w ciszy, na gruncie naszego istnienia, konfrontujemy się z wieloma pytaniami dotyczącymi wartości naszej egzystencji, prawdziwości zaangażowania oraz autentyczności naszego życia codziennego a tę konfrontację bardzo trudno przeżyć twórczo bez doświadczenia wiary. Również wiary w to, że jesteśmy bezwarunkowo kochani przez Boga.

Świadek

Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza.

Jednakże matka jego odpowiedziała: „Nie, lecz ma otrzymać imię Jan”.

Odrzekli jej: „Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię”. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać.

On zażądał tabliczki i napisał: „Jan będzie mu na imię”. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się. zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: „Kimże będzie to dziecię?” Bo istotnie ręka Pańska była z nim.

Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem; a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem. (Łk 1,57-66.80)

Jak oceniłbyś (oceniłabyś) życie św. Jana Chrzciciela? Znakomita większość z nas wie o nim dużo, bo to postać wielokrotnie przywoływana w ciągu roku liturgicznego

Był pierworodnym dzieckiem starych rodziców. Zapewne więc nie doświadczył dużo rodzicielskiego ciepła i tej troski, jaka mogą dać młodzi i pełni energii rodzice; możliwe też, że z powodu podeszłego wieku rodziców szybko został sierotą. Zresztą bardzo szybko usunął się od ludzi i żył samotnie na pustkowiu. Pustelnik, asceta, skromne ubranie i jeszcze skromniejsze wyżywienie. Widział i piętnował grzech, wzywał ludzi do nawrócenia. Gdy przychodzili do niego nie patyczkował się z nimi, jego kazania były w stylu: „Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona.” (Mt 3,10a) Nigdy nie założył rodziny. Co myślał to mówił. Niezależnie czy to był szewc, żołnierz czy król. Nie owijał rzeczy w bawełnę. Mówił prosto i bezkompromisowo. Jezus dając o nim świadectwo wypowiada nie zwykłe słowa: „Spośród narodzonego z niewiast nie było większego od Jana…” (Łk 7,28)

Taki był Jan Chrzciciel.

Zapłacił za swoją bezkompromisowość najpierw uwięzieniem a potem śmiercią. Bez sądu i dowodu winy przyszli i zamordowali go. 

Jak ocenisz jego życie? Przeżył je dobrze czy zmarnował? Miał być wielki a umiera mając zaledwie trzydzieści lat, z których większość przeżył w ukryciu, na pustyni. To pokazuje jak nasze pojęcie wielkości rozmija się z tym, co wielkie jest w oczach Boga. Nam wielkość zazwyczaj kojarzy się z doczesnością, z prestiżem, osiągnięciami, majętnością i możliwościami. Dla Boga miarą wielkości człowieka jest jego pokora. „Trzeba aby On wzrastał a ja się umniejszał” – to słowa św. Jana Chrzciciela wypowiedziane w kontekście Chrystusa, którego spotkał i na którego wskazał jako na Baranka Bożego, słowa ukazujące program na życie tego wielkiego Proroka czasów przełomu.

Jak zatem ocenić Jego życie?

Różne mogą być odpowiedzi, bo różne możemy mieć w głowie zasady, wedle których postępujemy. Jeśli żyć będziemy według przysłowia „pokorne ciele dwie matki ssie” albo „wchodząc między wrony musisz krakać jak i one”, to zapewne nie wybierzemy Jana Chrzciciela za patrona i ideał do naśladowania. Nie weźmiemy swojego małego dziecka czy wnuka na kolana, i nie opowiemy dziecku o życiu Jana Chrzciciela, i nie powiemy mu, że warto żyć tak jak on, że dobrze go naśladować.

Pytanie czy św. Jan Chrzciciel może być jeszcze znakiem na dzisiejsze czasy konformizmu, będąc jednocześnie wzorem uczciwości, bezkompromisowości i szacunku dla prawdy?

Nie znaczy to, że nie możemy zmienić swoich poglądów i przekonań. Możemy, pytanie tylko za jaka cenę to robimy?

Nie znaczy to również, że mamy się wszędzie z ludźmi wykłócać o to czyja prawda jest prawdziwsza. Tak naprawdę w ogóle nie powinniśmy się kłócić, bo emocje, które biorą górę w kłótniach nigdy nie są dobrym doradcą. Święty Jan Chrzciciel przypomina nam swoją postawą, że jeśli jesteśmy ludźmi wiary powinniśmy być znakiem tej wiary i zasad, które z niej wynikają; znakiem ewangelicznej bezkompromisowości. Być znakiem, to być człowiekiem, który ciągle jest gotowy stanąć do obrony zasad i prawdy. Nawet za cenę szyderstwa i odrzucenia. Nawet za większą cenę.

Historia zbawienia zna wiele przykładów takich osób: Prorok Izajasz, który mówi o sobie, że Bóg: „Ostrym mieczem uczynił jego usta. Uczynił zeń mnie strzałę zaostrzoną…” (por. Iz 49,2)

Król Dawid był takim człowiekiem, o którym Bóg mówi: „Znalazłem Dawida, syna Jessego, człowieka po mojej myśli, który we wszystkim wypełni moją wolę.” (Dz 13,22b)

Prorok Eliasz, którego postać przypomniała nam liturgia ubiegłego tygodnia, będący wedle słów Chrystusa pierwowzorem św. Jana Chrzciciela, o którym Biblia daje świadectwo w słowach: „Prorok jak ogień a słowo jego płonęło jak pochodnia” (Syr 48,1).

Również czasy Nowego Testamentu rzucają światło na wiele takich postaci: św. Paweł, dla którego najważniejsze było głoszenie prawdy w imię Chrystusa, za wszelką cenę. Także wielu znanych nam świętych, doskonale wpisuje się w tę postawę. Można by ich imiona wymieniać dziesiątkami…

Oni wszyscy jednak przyjmując taka postawę czynili to e względu na Chrystusa, który będąc na świecie reprezentował taką postawę, przypominając jeszcze na chwilę przed śmiercią, że po to się narodził i przyszedł na świat, aby dać świadectwo prawdzie. (por. J 18,37)

Jako chrześcijanin jestem wezwany, aby Go w tej postawie naśladować. Pytanie tylko czy to robię?

Cisza w modlitwie

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6,1.5-6)

Z racji tego, że mija rok od śmierci ojca Karola Meissnera, mnicha benedyktyńskiego z klasztoru w Lubiniu, który to klasztor można powiedzieć dzięki jego inicjatywie i zabiegom został uratowany przed likwidacją, znanego rekolekcjonisty zaangażowanego szczególnie w duszpasterstwo rodzin, autora wielu książek chcemy dzisiaj przywołać tę postać, także na prośbę osób, które nie maiły szczęścia go poznać a także dlatego, że ta pamięć – jak powiedziałem tydzień temu – po prostu mu się należy!

Jakiś czas temu pojawiła się na rynku (także polskim) nowa książka kard. Roberta Saraha, prefekta Kongregacji do spraw Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, zatytułowana „Moc milczenia – przeciw dyktaturze hałasu”. Kiedy po raz pierwszy wziąłem ja do ręki pomyślałem właśnie o ojcu Karolu, który gdy byłem jeszcze w seminarium prowadził dla nas rekolekcje o roli milczenia w modlitwie. Rekolekcje niezwykłe, z których do dzisiaj wiele treści pamiętam, może dlatego, że wyrastały bezpośrednio z osobistego doświadczenia ojca Karola, którym się dzielił. Pamiętam też wielkie wrażenie, jakie na mnie sprawiło to, że kiedy prowadził z nami dialog – a mówił przecież do młodych ludzi – traktował nas z wielką powagą i szacunkiem. Nigdy tez nie zapomnę, że rozpoczynając swoje głoszenie – on doświadczony już mnich i człowiek powiedział: „przepraszam na wstępie, że będę mówił do was nieobciążony znajomością rzeczy”. Ta niezwykła skromność, to także cecha tego benedyktyńskiego mnicha.

Generalnie podczas rekolekcji mówił do nas o sile milczenia i ciszy w życiu nie tylko alumna, kapłana, ale i każdego człowieka. Cisza bowiem jest zawsze zaproszeniem skierowanym do nas przez Boga a to dlatego, że jak mówił Św. Jan od Krzyża cisza jest pierwszym językiem Boga. I jeśli chcemy nauczyć się rozmawiać z Bogiem musimy nauczyć się języka ciszy, języka milczenia, w którym Boże słowo może wybrzmieć z właściwą sobie mocą.

Niestety współcześnie żyjemy w dyktaturze hałasu (to określenie, którego używa w swojej książce kard. Sarah, jak również pamiętam używał go ojciec Karol). Współczesnemu człowiekowi cisza wydaje się bardzo obca. Więcej: współczesny człowiek często boi się ciszy a to dlatego, że – jak mówił ojciec Karol – cisza jest dla nas trudna, niepokoi nas, wręcz czujemy się niezręcznie, gdy zapada ona na dłużej. Dlatego próbujemy się wyrwać z jej objąć i uciec w pozornie bezpieczny świat dźwięków, który wydaj się być bardziej naturalnym dla nas środowiskiem.

Dlatego każde spotkanie i rozmowa z Nim potrzebują postawy wewnętrznej ciszy i milczenia. Ale jak to zrobić w dzisiejszym świecie?

Wbrew pozorom jest to doświadczenie, które nosimy w sobie a które trzeba nam na nowo odkryć. Wszak – jak mówił ojciec Karol – nasze życie zaczyna się od przebywania przez dziewięć miesięcy w świecie ciszy – w łonie mamy (otoczeni cisza i miłością). Myślę, że to dobry obraz medytacji: w niej także jesteśmy zaproszeni do wejścia w ciszę, która jest Obecnością; miłującą Obecnością.

Podobnie wystarczy, że wyjedziemy na łono natury, do lasu, w góry i po pewnym czasie odkrywamy niezwykłą moc ciszy: duchową i terapeutyczną moc.

Cisza pozwala nam odkrywać, że na pierwszym miejscu w naszym życiu jest Ktoś/Coś innego niż to, co zwykle mamy pokusę tam stawiać. To właśnie dlatego bez ciszy niemożliwa jest autentyczna modlitwa, w której to Bóg będzie na pierwszym miejscu, w której chodzi o to by bardziej Go słuchać, niż zagadywać.

To właśnie dlatego – jak mówił ojciec Karol – nasza modlitwa bywa nieskuteczna, bo brakuje w niej ciszy. A to sprawia, że przestajemy rozumieć Boga i Jego działanie, że rozmijamy się z Jego mową.

Co więcej bez ciszy również nie poznamy najgłębszej prawdy o samych sobie. To drugi, nie mniej ważny aspekt ciszy. Nie poznając zaś samych siebie nie mamy szans  by odkryć tego, co jest Bożą wolą dla nas.

Wreszcie bez ciszy – zdaniem ojca Karola – nasze życie pozostaje przezywane tylko powierzchownie, bo odbiera nam okazję do refleksji nad naszym życiem i naszymi działaniami. Jest to postawa, która rodzi niebezpieczeństwo, że będziemy ślizgali się jedynie po powierzchni życia, pozostając ciągle na zewnątrz tego, co naprawdę istotne. Albowiem im trudniej znaleźć nam ciszę prowadzącą do harmonii i modlitewnego milczenia w naszym sercu tym bardziej będzie się to przekładało się na resztę naszego życia.

Dlatego trzeba, abyśmy nieustanne ćwiczyli się w poszukiwaniu wewnętrznej ciszy. I medytacja chce nam w tym pomagać.

Znaleźć schronienie w Bogu

Jezus powiedział do tłumów: Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz zapuszcza sierp, bo pora już na żniwo. (Mk 4,26-34)

Mówił jeszcze: „Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki powietrzne gnieżdżą się w jego cieniu”.

W wielu takich przypowieściach głosił im naukę, o ile mogli ją zrozumieć. A bez przypowieści nie przemawiał do nich. Osobno zaś objaśniał wszystko swoim uczniom.

Każdy człowiek szuka schronienia. Każdy pragnie poczucia bezpieczeństwa. Pytanie tylko, gdzie go szukamy?

Niektórzy widzą je w pieniądzach, które pozwalają o wiele spraw się nie martwić i dają pewność, że cokolwiek się wydarzy, uda się to ogarnąć, bo pieniądze wszystko mogą załatwić.

Inni szukają go w zdobywaniu pozycji, uznania w oczach innych, bo skoro mnie szanują, to znaczy, że jestem potrzebny i ważny.

Jeszcze innym wystarczy skromne spokojne życie dające stabilizację i bezpieczeństwo w zwykłej codzienności.

Wreszcie znakomita większość szuka poczucia bezpieczeństwa i schronienia w kochającej osobie, której obecność, miłość i troska są czymś bezcennym.

Chociaż wszystko to jest rzeczywiście ważne i dobre, to doskonale wiemy, że nie jest niezniszczalne; że nie daje 100- procentowej gwarancji bezpieczeństwa.

Pieniądze mogą przepaść, a nawet jeśli nie, to ciągłe życie w strachu, żeby tak się nie stało, kładzie się cieniem na poczuciu schronienia. Wiadomo też, że są wartości, których się za nie kupi: prawdziwego szczęścia, zdrowia, długiego życia…

Uznanie ze strony innych daje moc satysfakcji, ale doskonale wiemy, że to, jacy jesteśmy w oczach innych, nie wystarcza i że bardzo łatwo i w krótkim czasie z obiektu zachwytu stać się możemy przedmiotem pogardy.

Spokojne i uporządkowane życie też w każdej chwili może się zawalić, choćbyśmy nie wiem jak próbowali uniknąć wszelkich nieszczęść i niebezpieczeństw.

O miłości drugiego człowieka nie trzeba chyba już nawet mówić, bo choć potrafi być potężna i wierna, jednocześnie może być niepewna i nieprzewidywalna, wszak zbudowana jest na naszej słabości i egoizmie, dlatego potrafi też boleśnie ranić. Tak więc, choć staramy się to wszystko zdobyć, ciągle nie mamy wystarczająco pewnego schronienia.

Gdzie zatem szukać bezpieczeństwa, które będzie trwałe i niezawodne?

Dzisiejsze czytania dają nam bardzo jasną odpowiedź na te poszukiwania w obrazie wielkiego drzewa, które staje się schronieniem dla wszelkich stworzeń. Tym drzewem jest królestwo niebieskie, a ono jest oczywiście niczym innym jak samym Bogiem. To On jest Królestwem. To o nim mówi św. Augustyn przekonując, że jak długo nasze serce nie spocznie w Nim, czyli nie znajdzie w Nim schronienia, tak długo pozostanie niespokojne.

Również mądrość Starego Testamentu zachęca nas do szukania schronienia w Panu Bogu:

W Tobie, Panie, ucieczka moja,
Niech wstydu nie zaznam na wieki.
Wyzwól mnie i ratuj w swej sprawiedliwości,
Nakłoń ku mnie swe ucho i ześlij ocalenie.

Bądź dla mnie skałą schronienia
I zamkiem warownym, aby mnie ocalić,
Bo Ty jesteś moją opoką i twierdzą,
Ty, mój Boże, jesteś moją nadzieją. [Ps 71, 1-3]

Wzywam Cię, bo Ty mnie wysłuchasz, o Boże! 
Nakłoń ku mnie Twe ucho, usłysz moje słowo. 
Okaż miłosierdzie Twoje, 
Zbawco tych, co się chronią 
przed wrogami pod Twoją prawicę. 
Strzeż mnie jak źrenicy oka; 
w cieniu Twych skrzydeł mnie ukryj. [Ps 17, 6-8]

I choć wiara w Niego i Jego działanie w tym świecie może się wydawać malutkim ziarenkiem, którego nie widać, to ma w sobie moc najpewniejszego schronienia, którego nic nie przemoże. Skąd możemy czerpać tę pewność? Z faktu, że Pan Bóg, który jest Miłością będzie zawsze z miłością troszczył się o nas. Mamy pewność, że skoro jest On dobry i nas kocha, nie będzie nam skąpił żadnej łaski, która jest nam potrzebna do dobrego i szczęśliwego życia, jeśli tylko uwierzymy i będziemy chcieli znaleźć poczucie bezpieczeństwa w Nim i ufnym zawierzeniu Mu naszego życia. 

Pozostaje jednak bardzo proste pytanie: Czy jako człowiek wiary szukam swojego schronienia właśnie w Bogu?