Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: „Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco”. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. (Mk 6,30-34)
Gdy patrzymy na pełne dostojeństwa i majestatu postacie Apostołów z kościelnych fresków, obrazów, czy figur łatwo zapominamy, że byli oni takimi samymi, słabymi ludźmi jak my.
Ewangelia opowiadająca wprost o relacjach Jezusa i Jego uczniów pozwala nam dostrzec ich zwyczajność a jednocześnie łatwiej odnieść ich doświadczenie do naszego życia. Wysłani przez Pana Jezusa, aby głosić Dobrą Nowinę, wracają i pragną się podzielić tym, co zdziałali. Chcą, podobnie jak każdy z nas, otworzyć przed kimś swoje serce, opowiedzieć o swoich sukcesach i porażkach. I Pan Jezus im to umożliwia, stwarza przestrzeń, w której czują się słuchani i rozumiani. To dla nas ważna lekcja. Ważne, abyśmy innym pozwolili mówić o tym, co dla nich jest ważne, cierpliwie stwarzając przestrzeń, w której mogliby się poczuć słuchani i rozumiani przez nas. Przyznać trzeba, że nie zawsze to potrafimy zwłaszcza w stosunku do osób, które wydają się nas nużyć, za którymi może nie przepadamy. A przecież mamy być świadkami Jezusa dla wszystkich, bez wyjątku. Sami niejednokrotnie doświadczamy, że chcieli byśmy opowiedzieć o jakichś doświadczeniach i dzięki Bogu znajdujemy w innych osobach powierników. Kiedy jednak tego zainteresowania brakuje pojawia się poczucie samotności. Wówczas trudniej zmagać się z różnymi doświadczeniami, zwłaszcza tymi trudnymi.
Na szczęście podobnie jak Apostołowie zawsze możemy znaleźć wiernego i niezawodnego słuchacza w Panu Jezusie. Dlatego nie wolno nam lekceważyć modlitwy. To właśnie ona jest okazją by opowiedzieć Mu o swoim życiu: o swoich radościach i smutkach, o sukcesach i trudnościach. I za każdym razem warto wsłuchać się też w to, co On ma nam do powiedzenia poprzez swoje słowo. Dlatego warto ubogacać naszą modlitwę Słowem Bożym. Ono zawsze wnosi w nasze życie jakąś świeżość, jakieś pokrzepienie, nawet wówczas, gdy wydaje nam się, że to słowo jest nam dobrze znane. Ile razy sam łapię się na tym, że konkretne wersety psalmu odpowiadają na mój aktualny stan ducha. I wiem po latach codziennego obcowania ze Słowem Bożym, że nigdy nie jest to przypadek, gdy Słowo Boże „wstrzeliwuje” się w nasze przeżycia. Ważne tylko by mu zaufać. Dzięki obecności Bożego Słowa w modlitwie staje się ona prawdziwym dialogiem z Bogiem. Oczywiście Pan Bóg potrafi odpowiadać nam i w inny sposób: przez wydarzenia, przez osoby, które stawia na naszej drodze życia, przez wewnętrzne natchnienia przychodzące wprost do serca. Warto je bacznie obserwować i nie lekceważyć. Z czasem doświadczenie duchowe pozwoli nam takich Bożych „sygnałów” dostrzegać naprawdę wiele.
Oczywiście moglibyśmy zapytać, po co mówić to wszystko Bogu, skoro On wszystko już o nas wie. O Apostołach wyprawie też Jezus wszystko wiedział, lecz jednak pragnął ich wysłuchać. Pamiętajmy, że rozmawiając z kimś o naszych doświadczeniach sami siebie poznajemy a bywa, że nabieramy do pewnych wydarzeń dystansu, co jest szczególnie ważne w sprawach trudnych. Słowo Boże uczy nas często widzieć wiele spraw w zupełnie innym – Bożym świetle.
Pan Jezus bierze pod uwagę to, że Apostołowie są zwykłymi, słabymi ludźmi. „Wypocznijcie nieco” – powie do nich, gdy wrócą zmęczeni. Nie jesteśmy robotami, w naszym życiu jest miejsce na zmęczenie, słabość, nawet grzeszność. Pan Jezus to rozumie i patrzy na nas zawsze z miłością i miłosierdziem (tak zresztą można przetłumaczyć słowo „litość” z ostatniego wersetu dzisiejszej Ewangelii), bo miłosierdzie, to miłość, która przejawia się w konkretnym działaniu/postawie.
Chrystus zachęca dziś Apostołów do pobycia w samotności. To zachęta, która wydaje się szczególnie aktualna dla współczesnego pokolenia, które często panicznie boi się samotności i ciszy bycia sam na sam ze sobą i próbuje ją zagłuszyć na wszelkie różne sposoby. Paradoks polega na tym, że im bardziej ludzie uciekają od samotności tym bardziej zdaje się ona ich prześladować. Poczucie samotności to symptom współczesnego młodego pokolenia – bija na alarm socjologowie. Tymczasem dobrze przeżywana samotność, to ważny wymiar naszego duchowego wzrostu. Kto nie nauczy się przebywać sam na sam ze sobą i cieszyć się tym, co daje nam samotność w wymiarze duchowym (poznania siebie i stanięcia w prawdzie przed sobą samym, z tym, co ukryte w głębi naszego serca a czemu dopiero samotność pozwala się ujawnić), nigdy nie będzie postępował na drodze duchowej dojrzałości. Warto pytać siebie: Czy lubię swoją samotność, czy jej szukam? Czy lubię być ze sobą sam na sam? Odpowiedzi na te pytania – w zależności od tego jakie będą – potrafią ujawniać bardzo istotne aspekty naszego życia wewnętrznego, jego zdrowie lub chorobę.
Ewangelia jest dla nas zawsze Dobra Nowiną. Warto wsłuchać się w to, co pragnie nam przekazać, bo to ważne ubogacenie na naszą dalszą drogę i pracę, która podejmujemy. Dzisiejsza scena ewangeliczna uczy nas to dwóch rzeczy: Po pierwsze, niezależnie od naszej słabości czy nawet grzeszności Pan Jezus zawsze będzie obdarzał nas miłością, zawsze gotów jest nas wysłuchać, bo jak zwykł mawiać Carlo Carretto: „Bóg ze swoją miłością wobec nas jest na wiecznym dyżurze” i nie ma takiej chwili, w której nie moglibyśmy się do Niego zwrócić w obawie, że to niestosowny czas. Po drugie, każdy z nas jest zaproszony, aby uczyć się od Jezusa patrzeć na drugiego człowieka, niezależnie od jego słabości i grzechu, z miłosierdziem. Czyni nas to podobnymi do naszego Mistrza, którego przecież mamy naśladować a jednocześnie nasz mały gest uwagi i czasu poświęconego innym może pomóc naszym siostrom i braciom poczuć się ważnymi i godnymi osobami. A to już nie jest drobiazgiem.
W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. (Mt 11, 25-27)
Tak często nosimy w sobie przekonanie, że to do nas należy działanie, jego skutki a także pomysły na to co i jak powinniśmy robić. Tymczasem Biblia próbuje nas przekonać o czymś zgoła innym, dlatego nie przez przypadek rozpoczyna się od opisu działania Boga, które było na początku. Gdyż to On jest Źródłem wszystkiego. Bóg, który kieruje do nas swoje słowo oczekuje od człowieka jednego, że uzna Go za Źródło swojego istnienia, swojego działania, swojego zbawienia. I na tym polega nasze nawrócenie, do którego zaprasza nas wielokrotnie Pismo Święte. Kiedy Chrystus w Ewangelii przypomina, że czas Bożego królowania w świecie jest bliski, to właśnie dlatego, że chce nam uświadomić, że Królestwo Boże polega na tym, że potrafimy uchwycić tajemnicę Bożego działania w świecie i w naszym życiu i na to działanie odpowiedzieć. Poddać się temu działaniu.
Nam po ludzku tak trudno czasem uwierzyć w tę obecność i działanie Boga w naszym życiu. Subiektywnie oceniamy nawet, że Bóg jest daleko od nas za każdym razem, gdy nam się coś nie udaje, gdy doświadczamy jakiegoś zła, gdy przeżywamy jakiś egzystencjalny czy duchowy kryzys. Jak zwykł mawiać Mistrz Eckhart: „Paradoks wiary polega na tym, że mimo tylu dowodów Bożej łaski łatwiej nam stracić zaufanie w Boże działanie i Jego miłość niż je zyskać”. Tak często powtarzamy słowa typu: „wiara”, „prawda”, „Dobra Nowina”, że zdążyły nam już spowszednieć. Częściej zatrzymujemy się jedynie na ich rozumowym znaczeniu, niż przekuwamy je w doświadczenie.
Gdyby rzeczywiście świadomość miłości Boga i Jego działania przenikała nasze życie powtarzalibyśmy nieustannie za Jezusem: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”.
Gdyby rzeczywiście świadomość miłości Boga i Jego działania przenikała nasze życie bylibyśmy wciąż nastawieni na oczekiwanie Jego działania, płynące z zaufania, że Ten, który nas kocha pełnią swojej miłości czyni wszystko dla naszego dobra.
Można powiedzieć, że cała historia zbawienia, to historia oczekiwania. Tym który oczekuje jest przede wszystkim Bóg. On, który się nie zniechęca w swoim oczekiwaniu na odpowiedź ze strony człowieka, mimo, że ten wielokrotnie odtrącał Jego dary i odwracał się od Jego łaski.
Począwszy od stworzenia świata Bóg czeka na odpowiedź ze strony człowieka. To czekanie wyraził w trosce o Naród Wybrany, w słowie skierowanym przez proroków, w przyjściu na świat Jezusa, Jego nauczaniu, Jego cudach, wreszcie w bezsilności Jego Krzyża. To czekanie wyraził w tajemnicy Zmartwychwstania i Zesłania Ducha Świętego, to oczekiwanie trwa nadal – w tajemnicy Chrystusowej Ofiary ponawianej codziennie na ołtarzach świata. Bóg, który czeka!
Tajemnica miłości Boga kryje się w Jego oczekiwaniu! Bóg oczekuje, aby człowiek przyjął Jego działanie, Jego miłość i Jego łaskę. I tego nas uczy Jezus swoim przykładem: abyśmy nie stawiali oporu Bożemu działaniu, lecz abyśmy otwierając się na wyrazili zgodę na to, że nasze życie stawianie się obrazem Jego działania.
Można zatem powiedzieć, za Mistrzem Eckhartem, że dopełnieniem oczekiwania Boga jest oczekiwanie człowieka na Jego działanie. Postawę czujnego oczekiwania przywołuje wiele z Jezusowych przypowieści. Takiej postawy oczekiwania uczy nas także medytacja. Można powiedzieć, że w pewnego rodzaju „niedziałaniu” medytacji monologicznej kryje się zgoda i oczekiwanie na działanie Boga najpierw w naszym sercu, w którym przyzywamy Imienia Jezus i w którym to Boże i zbawcze działanie objawia najpełniej swoją moc a potem także w całym naszym życiu, które z medytacji czerpie postawę oczekiwania i poddania się Bożemu działaniu.
Naturalnie nie wolno nam zapomnieć, że w medytacji skupienie na jednym, na Imieniu Jezusa całej naszej uwagi jest również nie tyle przejawem naszego działania, co raczej przyjęciem postawy otwartości na działanie Boga, który uprzedza nas swoją łaską i uzdalnia do modlitwy, gdyż bez pamiętamy, że pomocy Ducha Świętego nie możemy powiedzieć przecież, że „Panem jest Jezus”. [1 Kor 12,3]
Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec naszego Pana Jezusa Chrystusa, który napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich w Chrystusie. W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli świeci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym. (Ef 1,3-6)
Patrząc na tych, którzy na serio poszli za Chrystusem – na apostołów, świętych, błogosławionych, ale też na tych, którzy codziennym życiem potwierdzają swoją przynależność do Jezusa, można zobaczyć bardzo wiele wspaniałych cech, które się w nich rozwinęły dzięki wierze. Pójście za Chrystusem sprawia, że ludzie upodabniają się do Niego, że ujawnia się w nich ten prawdziwy, pierwotny i zarazem genialny zamysł, jaki Bóg miał, kiedy nas stwarzał. Warto zwrócić uwagę szczególnie na dwie z tych cech: wolność i jedność. Przynależność do Jezusa i poddanie się w pełni Jego nauce sprawiają, że człowiek przestaje być niewolnikiem swoich pragnień i tęsknot, grzechów i słabości. Takiej właśnie wolności Jezus uczy swoich uczniów w dzisiejszej Ewangelii. Pierwszy stopień tej wolności, to wolność od konieczności posiadania oraz związanego z nim poczucia bezpieczeństwa i niezależności, które tak często próbuje nam wmówić świat. Chrystus na przekór światu chce nam pokazać, że ufając Bogu, nie musimy się martwić o warunki naszego doczesnego życia, że On potrafi się o to zatroszczyć o wiele lepiej. Zauważmy jak często ta troska Boga przychodzi poprzez inne osoby, które Bóg stawia na drodze naszego życia, przez ich życzliwość, dobroć i to, co dla nas robią, choć może nie zawsze to doceniamy, bo przyzwyczajenie nie pozwala nam dostrzec w tym, co one dla nas robią wyciągniętej ku nam ręki Boga.
Jest jednak również inny wymiar wolności, której Jezus uczy swoich uczniów, czyli wolność od skutków ich działania i opinii ludzi, do których są posłani. Świadectwo naszej wiary i naszego opowiedzenia się za wartościami ewangelicznymi mogą się spotkać z odrzuceniem czy wręcz pogardą ze strony innych i jako uczniowie Jezusa musimy uczyć się na to godzić, idąc dalej przez życie, pozostawiając innym wolność i możliwości wyboru, gdyż sam Bóg niegdyś tej wolności, którą dał człowiekowi nie kwestionuje. W takiej postawie nie ma żadnej obojętności czy pogardy wobec drugiego człowieka, jest zgoda na to, że nie wszystko musi pójść po naszej myśli i według naszego planu. Oczywiście nic nie przeszkadza nam modlić się za innych. Trzeba jednak abyśmy byli wolni od przekonania, że w życiu innych powinny się realizować plany, które my mamy na ich życie. A to wcale nie rzadka pokusa.
Uczeń Jezusa jest kimś, kto żyje lub przynajmniej nosi w swym sercu pragnienie w takiej wolności i wytrwale, krok po kroku się jej uczy.
I druga cecha, o której wspomniano: jedność. To nie przypadek, że Jezus wysyła swoich uczniów po dwóch. Jest to odpowiedź na zasady istniejące w prawie żydowskim, które mówiło o tym, że zgodne świadectwo dwóch osób jest niepodważalne. Jedność i jednomyślność uczniów miały być źródłem mocy ich świadectwa.
Czytając o tym myślę sobie jak bardzo to aktualne nie tylko w stosunku do posłanych dziś na świat kapłanów, zakonników, czy sióstr zakonnych. Im mniej wśród nich jedności, tym bardziej ich świadectwo życia jest nieautentyczne. Widać to dzisiaj na poziomie parafii, gdzie księża nie potrafią się ze sobą dogadać, czy na poziomie hierarchów, którzy opowiadając się za taką lub inna „opcją” formułując swoje nauczanie (nie pomijając w tych sporach mediów społecznościowych) dają pożywkę tym, którzy pragną podważyć autorytet Kościoła i nie dostrzegają, że bark jedności boleśnie godzi w Kościół i w tych, którzy chcieliby w jego czytelnym i jednomyślnym nauczaniu znaleźć światło i oparcie.
W to Jezusowe posłanie „po dwóch” można wpisać także powołanie małżeńskie. To co sprawia, że małżeństwa stają się świadkami wiary, na której budują swoją codzienność jest ich jedność i wzajemna miłość, dzięki której stają się oparciem dla siebie i znakiem dla innych. Każdy brak jedności i miłości godzi nie tylko we wspólnotę małżeńską, ale i w rodzinę, której część ta wspólnota stanowi: dzieci, wnuki, krewnych. Jak mówi Chrystus” „dom, który wewnętrznie jest podzielony, nie może się ostać”. Dzisiaj wielu młodych ludzi, którzy rezygnują z sakramentalnych małżeństw jako jeden z powodów podają to, że nie chcą powtarzać piekła, które zgotowali sobie ich rodzice, gdy ich relacje się popsuły.
Takich przykładów skutków braku jedności można jeszcze mnożyć.
Dzisiejsza Liturgia Słowa chce umocnić w nas przekonanie, że świat jest rozumnym dziełem Boga Stwórcy, że nic i nikt nie istnieje bez określonego sensu. W szczególności my, ludzie, nie jesteśmy stworzeni bez celu. Każdy ma swoją misję do wypełnienia, swoje powołanie i to ona ostatecznie nadaje sens życiu i świadczy o jego jakości.
Święty Ireneusz z Lyonu, jeden z wielkich nauczycieli wiary z II wieku, uczył, że „chwałą Bożą” jest przede wszystkim „żywy człowiek”. Żywy – czyli żyjący pełnią życia, w prawdzie i miłości. Święty Jan przypomina słowa modlitwy Jezusa: „życie wieczne polega na tym, aby wszyscy poznali Ciebie, Ojcze” (J 17, 3). Bóg chce żebyśmy Go poznali, bo bez poznania nie ma mowy o zaufaniu i miłości. Kiedy wczytamy się w historię biblijną łatwo odkryjemy w niej prawdę o tym, że prawdziwe poznanie jest nieodłączne od miłości, a umiłowanie Boga – od zaufania Mu.
To, co najmocniej wybrzmiewa w Modlitwie Arcykapłańskiej Jezusa, to prośba aby Jego uczniowie „byli jednością, aby świat poznał, że to Ty Mnie posłałeś i tak ich umiłowałeś, jak Mnie umiłowałeś”. Nie wolno nam zlekceważyć tego zadania. Szczególna zaś misja uczniów Jezusa – o której tak łatwo zapominamy – to budowanie jedności w tak bardzo podzielonym dziś świecie. A to budowanie zaczyna się od jedności naszego serca i jedności, jaką tworzymy z tymi, których na co dzień mamy obok siebie.

Synu, jeśli przyjmiesz moje nauki i zachowasz u siebie wskazania; ku mądrości nachylisz swe ucho, ku roztropności swe serce; jeśli wezwiesz rozsądek, przywołasz donośnie rozwagę, jeśli szukać jej poczniesz jak srebra i pożądać jej będziesz jak skarbów, to bojaźń Pana zrozumiesz, osiągniesz znajomość Boga. Bo Pan udziela mądrości, z ust Jego wychodzą wiedza i roztropność; dla prawych On chowa swą pomoc, On jest tarczą dla żyjących uczciwie. On strzeże ścieżek prawości, ochrania drogi pobożnych. (Prz 2,1-9)
Medytacja w dzień św. Benedykta przywodzi na myśl pragnienie wdzięczności. Także za naszą wspólnotę medytacyjną. Bo gdyby nie było Lubinia, benedyktynów takich jak ojciec Jan, ojciec Max, czy ojciec Karol, nie byłoby też naszej wspólnoty. A benedyktynów nie byłoby, gdyby nie było św. Benedykta. Stąd dzisiejsze święto to okazja do wdzięczności, której sądzę ciągle za mało jest w naszym życiu, wobec wielości darów jakie otrzymujemy z ręki Boga.
Jednym z niekwestionowanych darów, jaki otrzymujemy od Boga jest dar modlitwy – więź przez którą możemy utrzymywać nasz osobisty kontakt z Bogiem. Pragnienie modlitwy nieustannej, podobnie jak i zachęta do niej płynące z usta samego Jezusa a potem św. Pawła jest chęcią ukazania nam czym jest i jak ważna jest ta nieustanna więź w naszym życiu z Tym, który jest jego Źródłem. Dzisiaj Księga Przysłów składa niezwykłą obietnicę, że jeśli będziemy szukać tej głębokiej relacji z Bogiem, osiągniemy znajomość Boga – mądrość jakiej nie da nam świat ani żadna nauka, choćby najbardziej rozwinięta. Mądrość, którą zdobywa się sercem a nie rozumem. I Modlitwa Serca będąca drogą skłaniającą nasze serca ku Bogu jest właśnie doświadczeniem otwierającym nas na tę mądrość płynącą z góry. Co więcej Księga Przysłów mówi, że Bóg „ochrania drogi pobożnych”. To oczywiście nie działa na zasadzie układu „coś za coś”. Ja będę starał się być osobą pobożną, więc w zamian należy mi się to, że Pan Bóg będzie strzegł dróg mojego życia. Tym bardziej, że jak mówi Pan Bóg: „drogi moje nie są drogami waszymi”… [Iż 55,8] Ta ochrona, jaką daje nam Jego łaska jest owocem tego, że chronię się w cieniu Jego skrzydeł – jak mówi Psalmista, bo ufam, że tylko w Bogu mogę znaleźć ukojenie i poczucie bezpieczeństwa. Ufam, że drogi, którymi On mnie prowadzi przez życie są najlepszymi drogami wiodącymi do celu jakim jest zbawienie. To jednak zakłada, że musimy zgodzić się bez zastrzeżeń na to, którędy będzie nas prowadziła Boża mądrość, nawet jeśli nie do końca rozumiemy te Boże drogi i plany i nie do końca pokrywają się one z naszymi planami.
Tego uczy nas poniekąd medytacja: przyjąć Bożą naukę płynącą wprost ze słowa, w które wsłuchujemy się w ciszy naszego serca; zachować wskazania, które płyną z zasłuchania w to słowo; nachylić swe ucho i serce ku mądrości, której jest ono źródłem [por. Prz 2,1]. To modlitwa, która uczy nas rezygnacji z naszego ludzkiego sposobu planowania, przemyśleń, kontrolowania, na rzecz ufności i zgody, by to rzeczywiście Jezus był naszą Drogą. Nie jest to łatwe, ale na szczęście z Bożą pomocą możliwe.
Nie sposób nie przywołać dzisiaj słów samego św. Benedykta i już czytając wstęp jego Reguły znajdujemy w niej echo słów dzisiejszych czytań z Księgi Przysłów: „Słuchaj, synu, nauk mistrza i nakłoń [ku nim] ucho swego serca. Napomnienia łaskawego ojca przyjmuj chętnie i wypełniaj skutecznie, abyś przez trud posłuszeństwa powrócił do Tego, od którego odszedłeś przez gnuśność nieposłuszeństwa. Do ciebie więc kieruję teraz moje słowa, kimkolwiek jesteś ty, co wyrzekasz się własnych chęci, a chcąc służyć pod rozkazami Chrystusa Pana, prawdziwego Króla, przywdziewasz potężną i świętą zbroję posłuszeństwa” [z prologu Reguły św. Banedykta].
Już same te słowa mogłyby posłużyć za wprowadzenie do medytacji.
Dla nas – medytujących – mistrzem jest Słowo. To samo Słowo, które Bóg wyrzekł przed wiekami dając początek stworzeniu; to samo Słowo, które stając się ciałem przyniosło nam zbawienie i pozwoliło na nowo nawiązać z Bogiem dziecięcą więź; to samo Słowo, które wybrzmiewa w naszych sercach, gdy z każdym oddechem przywołujemy najświętsze Imię – Jezus. Słowo, które objawia pełnię swojej mocy w ciszy naszego serca, gdy przywołujemy Je tam z miłością i z gotowością całkowitego powierzenia się Jego prowadzeniu.
Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze. A wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: „Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?” I powątpiewali o Nim. (Mk 6,1-4)
Truizmem będzie stwierdzenie, że nie lubimy, gdy w życiu coś nas zaskakuje, zwłaszcza nie po naszej myśli. Dlatego bez względu na to, czy chodzi o zakup jakiegoś nowego sprzętu AGD, komputera czy o wyjazd na wakacje, w miejsce którego jeszcze nie znamy, staramy się sprawdzić, dowiedzieć się, czy sprzęt który kupujemy jest dobry, jakie ma parametry a gdy dotyczy to wyjazdu studiujemy przewodniki, czytamy opinie tych, którzy tam byli przed nami, szukamy miejsc, które warto by odwiedzić w okolicy lub wycieczek w dobrych cenach… Kiedyś tym poszukiwaniom towarzyszył szelest kartek wertowanych bez końca przewodników, które dzisiaj spoczywają w kartonach i do których – przyznam się osobiście – lubię czasem wracać. Niestety dałem się, jak wielu innych uwieść również w tym względzie nowym technologiom i czytanie książkowych przewodników zamieniam często na „klikanie” w komputerze. Może to mniej romantyczne, ale daje możliwość zobaczenia tysięcy zdjęć z interesującego mnie miejsca. Mogę za pomocą zdjęcia satelitarnego popatrzeć na domy, ulice, „stanąć” na promenadzie, za którą widnieje bezkresny ocean… Albo powoli oddalać oko satelity, ażeby popatrzeć na wszystko z góry.
Czy dobrodziejstwo Internetu nie sprawiało, że coraz mniej dajmy się zaskoczyć?
To, co mnie zaskakuje w czasie wyjazdów wakacyjnych staje się częstokroć najbardziej pamiętanym doświadczeniem. Internet nie przenosi zapachów, jak chociażby zapach pól Wielkopolski, wśród których mam okazję przechadzać się ostatnio i który sprawia mi tyle radości. Albo smaku kawy w maleńkim włoskim miasteczku, gęstej, czarnej, mocnej i smakującej jak nigdzie indziej… Nawet rozczarowania tym, co na zdjęciach wyglądało imponująco a w rzeczywistości okazuje się zgoła skromniejsze są pouczające. Lubię robić tysiące zdjęć, ale ostatecznie to pamięć i serce zachowują najlepsze wspomnienia, bo one są miejscem doświadczenia.
Piszę o tym, bo można to również odnieść do doświadczenia wiary.
Kiedy Jezus wchodził do swojego rodzinnego miasta, przyglądający Mu się mieszkańcy dobrze wiedzieli, kim On jest. Człowiekiem z sąsiedztwa. Wydawało się im, że wiedzą o Jezusie wszystko i… nie chcieli dać się zaskoczyć!
Tak bywa nie rzadko z doświadczeniem naszej wiary, bo mylimy wiarę z wiedzą o Jezusie, o Jego Ewangelii. Tymczasem wiara to zgoda na to, aby Pan Bóg nas nieustannie zaskakiwał. Czasem dobrze, czasem boleśnie, bo wówczas mamy szansę za św. Pawłem nie tylko powiedzieć, ale i poczuć, że: „Moc w słabości się doskonali”. A Pan Bóg chce nas zaskakiwać nieustannie! Czasem tym, że pozornie znany nam tekst z Pisma Świętego przyniesie nam nowe i nieoczekiwanie olśnienie. Innym razem pragnie nas zaskakiwać małymi cudami dnia codziennego, których nie zauważamy, ale dostrzeżone potrafią w nas wywołać zachwyt i radość. Czasem też zaskakuje nas tym, czego najbardziej nie lubimy – gdy krzyżuje nasze palny czy pomysły na życie. A wszystko to po to, abyśmy dostrzegli, że wiara to bardziej doświadczenie obecności Boga, na które się otwieramy; to droga, którą On zna, ale my nie musimy i wreszcie po to, aby nas uchronić od rutyny, w której my często znajdujemy fałszywe poczucie bezpieczeństwa a która dla doświadczenia wiary bywa drogą do jej śmierci.
Dlatego dajmy się Bogu zaskakiwać. On nigdy nie robi tego przeciw nam!