Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Schronienie w Imieniu Jezus

To powiedział Jezus, a podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: «Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, i ustrzegłem ich, a nikt z nich nie zginął z wyjątkiem syna zatracenia, aby się spełniło Pismo. Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jeszcze na świecie, aby moją radość mieli w sobie w całej pełni. (J 17,11-13)

Żyjemy w świecie, który nie wie, jak być naprawdę szczęśliwy. Jest to  świat, który szuka radości w niewłaściwych miejscach i w niewłaściwy sposób. Biblia wielokrotnie podkreśla, że szukanie szczęścia bez odniesienia do Boga może jedynie prowadzić do jeszcze głębszego nieszczęścia i zawodu. Tak popularne dziś telenowele, które malują często obraz doświadczanego przez ich bohaterów nieszczęścia. Te seriale, choć prozaiczne są takim typowym modelem niedoli życia bez Boga. Braku radości! Oczywiście można się świetnie bawić, można przeżyć cale swoje życie rozrywkowo – jak niektórzy próbują – ale paradoksalnie nie mieć w sobie żadnej radości.
Pragnieniem Chrystusa (Boga) jest to, abyśmy mieli w sobie radość! On prosi Ojca w dzisiejszej Ewangelii «abyśmy Jego radość mieli w sobie w całej pełni». Zauważmy, że Jezus chce, by Jego radość była w nas pełna. Chce byśmy się napełnili nie jakąś tam radością, ale Jego radością. Co nie znaczy, że ta radość wyklucza krzyż, «świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata» (J 17:14), ale Jezus oczekuje od nas życia w Jego radości, bez względu na to, co świat o nas i do nas mówi.

Co jest źródłem tej radości? Jezus to dzisiaj uzasadnia na początku Ewangelii. Jest nim życie w jedności z Bogiem. Jest nim zachowanie w Jego imieniu. Dla mnie to fenomenalny tekst mówiący o istocie Modlitwy Jezusowej.

Przypominają mi się w tym miejscu słowa psalmu: Chronię się w cieniu Twych skrzydeł [PS 57,2] Buddyści mówią o trzech schronieniach: Schronieniu w Buddzie, w Dharmie i w Sandze. Każda istota ze swej natury szuka w życiu szczęścia oraz poczucia bezpieczeństwa. Pytanie: gdzie jest moje schronienie – schronienie chrześcijanina? Co daje mi tak naprawdę poczucie bezpieczeństwa i szczęścia? Święty Augustyn odpowiedział już na to pytanie wyznając, że: „Nie spokojne jest serce człowieka, dopukanie spocznie w Bogu”. Pozostaje pytanie, czy ja się zgadzam ze św. Augustynem? I drugie pytanie niemniej ważne: Z czego wynika ta zgoda? Z przeczucia? Z jakichś przekonań? A może z doświadczenia?

Praktyka medytacji monologicznej (Modlitwy Jezusowej), w której odwołujemy się do Imienia Jezusa jest tą praktyka, która wprowadza nas w doświadczenie radości płynącej z bliskości Boga; w doświadczenie poczucia bezpieczeństwa płynącego z szukania schronienia w Imieniu Boga. Dlaczego tak jest? Bo za tym imieniem kryje się żywa istota; miłujący i troszczący się o nas Bóg. Tylko wówczas, gdy oprę się na tym Imieniu w całej pełni, radość Jezusa przeniknie nas aż do rdzenia naszej istoty, skutecznie chroniąc nas przed tym, by powierzchowny zgiełk świata proponujący nam szczęście  bez Boga nas przeniknął.

Kolejne pytanie, które warto sobie postawić w kontekście dzisiejszej Ewangelii: „Czy mam w sobie radość?” A jeśli nie, to dlaczego mi jej brak? Skoro Pan Bóg dał mi w Jezusie i w Duchu Świętym wszystko, co jest mi potrzebne, bym miał tę radość w sobie? Oczywiście jest tylko jedna droga do doświadczenia tej radości – Jezus jest tą Drogą. Jest to droga, która prowadzi przez Niego samego.  Jezus powiedział: «jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni» (J 15:7). Doświadczenie chrześcijańskie to nie wiedza, nie zakres obyczajów, które musimy przejąć, ale to spotkanie z Osobą „i tylko doświadczenie spotkania może nadać naszemu życiu nową perspektywę życia» (Benedykt XVI).

Święto odejścia i pozostania

Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: «Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata». (Mt 16, 18-20)

Te czterdzieści dni między zmartwychwstaniem z wniebowstąpieniem Jezusa, to chyba najdziwniejszy czas w życiu Apostołów.

Jest to czas, w którym Chrystus w sposób niezwykły pojawia się wśród nich „mimo drzwi zamkniętych”; spożywa z nimi posiłki, do Marii Magdaleny mówi: „nie dotykaj Mnie”, a do Tomasza: „dotknij Mnie”, czas, kiedy – jeśli „oczy były na uwięzi” – nie rozpoznawali Go, a gdy „otwierały im się oczy”, odkrywali nagle, że „to jest Pan”. Można by powiedzieć, że paradoksalnie to doświadczenie czterdziestu dni  przemieni Apostołów bardziej niż wcześniejsze trzy lata, które spędzili u boku Mistrza. Absurdalne, zdałyby się, słowa skierowane do Apostołów w Galilei, gdzieś na peryferiach cywilizacji: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody”, gdyby w tym czasie nie wydarzyło by się coś wprost fenomenalnego. Gdyby nie dotknęła ich przemieniająca moc Zmartwychwstałego!

Właśnie to doświadczenie – spotkania ze Zmartwychwstałym – przekształci gromadkę prostych wieśniaków w nauczycieli całego świata; zwykłych rybaków w łowców ludzi, zalęknionych uczniów – w nieustraszonych świadków Jezusa, którzy stając przed realnymi groźbami ze strony Sanhedrynu, odpowiedzą z prostotą i mocą: „przecież nie możemy nie mówić o tym, co widzieliśmy i słyszeliśmy”, więcej świadków  gotowych dla Jego imienia ponieść śmierć męczeńską.

Kiedy o. Aleksandra Mienia, prawosławnego kapłana i filozofa, zapytano, jakie zdanie w Ewangelii uważa za najważniejsze, odpowiedział bez wahania, że jest nim obietnica dana uczniom przez Jezusa: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”.

Obietnica ta świadczy o tym, że chrześcijaństwo to nie tylko nowa nauka, która daje nam wskazówki, jak żyć. To nie tylko zespół pewnych doktrynalnych treści, dogmatów, czy moralnych zasad, które mamy przyjąć. Chrześcijaństwo – to sam Chrystus, który pozostał ze swoim ludem. On jest z nami do skończenia świata. Są to słowa wyrażające radykalną wierność raz danym obietnicom. Bóg nie opuszcza człowieka.

Wniebowstąpienie, które dzisiaj świętujemy, jest jeszcze pełniejszym zbliżeniem Boga do człowieka. Historyczna misja Jezusa zakończyła się. Wraca do Ojca, jednak wraz z Jego wniebowstąpieniem rozpoczyna się inny, szczególny sposób Jego obecności wśród nas dzięki działaniu Ducha Świętego. To, co kiedyś było udziałem garstki apostołów, staje się przeznaczeniem wszystkich nas. I to jest Dobra Nowina dzisiejszego święta, którą powinniśmy sobie mocno wziąć do serca.

Owszem powinniśmy spoglądać ku niebu, bo tam jest cel naszych dążeń, który pomaga ustalić nam życiowe priorytety. Ale jesteśmy też zaproszeni, by szukać Jezusa obecnego w codzienności, pośród nas. On ma moc wchodzić ze swoja łaską przez niejednokrotnie zamknięte drzwi naszego serca. Za każdym razem, gdy przychodzimy na Msze świętą – On chce z nami zasiadać do stołu. Gdy słuchamy Słowa Bożego – On chce otwierać nasze oczy i uczyć nas patrzeć na życie z Jego perspektywy.

Jeśli sprowadzimy chrześcijaństwo do zasad, które trzeba wypełniać i obowiązków, które należy zrealizować wówczas bardzo szybko modlitwa, przykazania czy Msza święta staną się ciężarem. Kiedy jednak zobaczymy, że są one szansą spotkania Chrystusa wówczas modlitwa stanie się dla nas najlepszym czasem w ciągu dnia, czasem wytchnienia obecności Przyjaciela. Nasza Msza święta stanie się za każdym razem niezwykłą uczta z Bogiem; przykazania – znakiem Jego troski o nas a sakrament pokuty żywym dotykiem Jego miłosiernej miłości.

Każda i każdy z nas znajduje się pomiędzy ziemią i niebem. Tu jest nasze miejsce, ale jeszcze nie cel. I to właśnie tutaj możemy spotkać żywego i obecnego pośród nas Jezusa, zanim już na zawsze będziemy w Nim w niebie.

Otwierajmy się zatem na Jego obecność i pozwólmy, by ona przemieniała nas, tak jak przemieniała Apostołów po zmartwychwstaniu. A może dzięki temu inni spotkawszy nas – przemienionych Jego obecnością w naszym życiu – odnajdą dawno zagubiona drogę do Niego.

Samoświadomość prowadząca do dojrzałości

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. (J 16,12-13)

Fenomenalna jest ta dzisiejsza Ewangelia, bo w kilku zdaniach dotyka tego, co jest istotą relacji między chrześcijaninem a Jezusem. Przede wszystkim być chrześcijaninem, to być posłusznym Duchowi Świętemu, pozwolić Mu się prowadzić, słuchać Go. Paradoks polega na tym, że w naszym życiu jest często odwrotnie: zamiast kierować się Duchem Świętym (ten wielki nieznajomy w naszym życiu!), to co robimy?  Albo Go pomijamy, albo sami podjąwszy decyzje stawiamy Go przed faktem dokonanym.

Medytacja jest doświadczeniem, które uczy nas to zmieniać! To ta szczególna modlitwa, gdzie uczymy się słychać i uczymy się zgody na Jego prowadzenie. Inaczej możemy zapomnieć o prawdziwych duchowych owocach medytacji. Co najwyżej zostaną one jedynie na jakimś doczesnym poziomie.

Owoce medytacji dotyczą bowiem kilku obszarów naszego życia. Niektóre osoby zaczynają praktykę medytacji mając zasadniczo na celu poradzenie sobie ze stresem i odnalezienie wewnętrznego spokoju. Ale to za mało, aby mówić jeszcze o chrześcijańskiej medytacji, choć bez wątpienie pokój jest jednym z darów, jakich pragnie nam udzielić Chrystus.

Ponadto medytacja ćwicząc naszą uważność sprawia, że potrafimy być dużo bardziej skoncentrowani w ciągu dnia. Nie tylko na pracy, ale generalnie na wszystkim. Gdy czytam książkę, jestem w 100% w świecie tej książki. Gdy rozmawiam z drugą osobą, jestem całym sobą w tej rozmowie. Bez ciągłego rozpraszania chaotycznymi myślami. Innymi słowy możemy być tam, gdzie Pan Bóg nas stawia i robić to, do czego nas w danej chwili zaprasza. A to bardzo ważna cecha, o której mówi wielu świętych (można ją określić duchowością chwili obecnej). To owoc, który znaczący sposób poprawia jakość naszego życia, nie tylko dlatego, że z większym zaangażowaniem pozwala nam wykonywać nasze zadania, ale też pogłębia i wyostrza nasze doświadczenie. Mam tu na myśli nie tylko fakt, o którym mówi św. Paweł, że dzięki temu możemy lepiej wykonując nasze zadania czynić je na Bożą chwałę, ale też odkrywać Bożą obecność w tym, co robimy, co niejednokrotnie umyka naszemu doświadczeniu.

Dlaczego tak jest? Jedną z nieodłącznych cech ludzkiej natury są automatyzm.

Większość naszych zachowań dokonuje się tak naprawdę automatycznie (czyli poza udziałem naszej świadomości (tak abyśmy nie musieli cały czas myśleć o tym, jak oddychać, myć zęby, czy reagować na trudne sytuacje). Zwykle dopiero po fakcie zauważamy, że zrobiliśmy coś, nad czym nie myśleliśmy.

Gdy medytujemy, nasza świadomość się poszerza. Wewnętrzny spokój, większa koncentracja i umiejętność życia w teraźniejszości stają się częścią naszej codzienności.

Stajemy się bardziej uważni – nie tylko w trakcie samej praktyki medytacji, ale w ciągu całego dnia. Zaczynamy dostrzegać swoje myśli i stajemy się bardziej świadomi naszych emocji i mamy z nimi lepszy kontakt, co przekład się na nasze zachowania, bo przestajemy być ich narzędziami. Zauważamy swoje zachowania – już nie tylko po fakcie, ale jeszcze w trakcie lub nawet zanim jeszcze coś zrobisz (na przykład uświadamiasz sobie, że chcesz na kogoś nakrzyczeć na chwilę przed tym, jak to zrobisz).

Wiele osób dzieli się tym, że medytacja uwalnia od destrukcyjnych i często krzywdzących reakcji będących owocem naszych emocji. Jest to zresztą doświadczenie, które dotyczy nie tylko emocji ale i innych sfer naszego życia ( jak banalne obgryzanie paznokci, nawyk samokrytyki, rozpraszanie się w pracy portalami społecznościowymi, co dzisiaj jest nagminne).

Medytacja kształtuje w nas pewnego rodzaju samoświadomość. Ta samoświadomość i uważność, to cechy, które możemy odkryć u Jezusa, gdy czytamy Ewangelię. Wielu biblistów i psychologów na te cechy wskazywało, jako na konkretne przejawy duchowej dojrzałości, której wzór odnajdujemy w Chrystusie.

Pozwólmy zatem by praktyka medytacji, przez którą na nowo odnajdujemy właściwe sobie miejsce – uczniów Jezusa – którzy wsłuchują się w Jego słowo i pozwalają się prowadzić Jego Duchowi, godzą się by On przy współpracy z naszą wolą i sercem kształtował w nas tę dojrzałość, która była Jego udziałem.

Bo w medytacji – jak wierzymy – wraz ze słowem w które się wsłuchujemy przychodzi Jego łaska i dar Ducha, który mówi do naszego serca w imieniu Jezusa, bez których ukształtowanie w nas nowego człowieka – jak to określa św. Paweł – który wciąż się odnawia ku głębszemu poznaniu Boga (por. Kol 3, 10).

Bóg, który prosi…

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej!”(J 15,9-10)

Dzisiaj świętujemy ostatnią niedzielę przed uroczystościami Wniebowstąpienia i Zesłania Ducha Świętego, które to kończą czas wielkanocny. Jak wcześniej poprzez kolejne niedziele ukazywał nam się Zmartwychwstały Jezus jako Dobry Pasterz, czy winny krzew, w który musimy być wszczepieni niczym gałązki winorośli, tak dziś otwiera na oścież swoje serce. Naturalnie, w Jego sercu można znaleźć tylko miłość. To co stanowi najgłębsze misterium Boga to fakt, że jest Miłością. Wszystko co uczynił od stworzenia po odkupienie jest owocem miłości. I to czego jedynie oczekuje, jako odpowiedź na Jego działanie, to jest miłość. Dlatego to dziś wybrzmiewają Jego słowa: «Wytrwajcie w miłości mojej!» (J 15,9). Miłość domaga się wzajemności, jest niczym dialog który wzywa nas do odpowiedzi miłością rosnącą wraz z byciem obdarowywanym Jego miłością.

Bardzo trudno jest prosić o ważne rzeczy. Gdy prosimy, musimy bowiem przyznać, że potrzebujemy drugiej osoby. Mocny cios otrzymują wtedy nasza samowystarczalność i egocentryzm. Prosząc, jesteśmy bezradni, możemy jedynie czekać na to, co z naszą prośbą zrobi druga osoba. Ryzykujemy też, bo nie wiemy, jaką otrzymamy odpowiedź. Również Bóg staje się adresatem wielu naszych próśb. Prosimy, wierząc, że otrzymamy: „Ufność, którą w Nim pokładamy, polega na przekonaniu, że wysłuchuje On wszystkich naszych próśb zgodnych z Jego wolą” – napisze św. Jan (1 J 5, 14).

Jednak dzisiejsze słowo odkrywa przed nami nieoczekiwaną zmianę ról. To Jezus jest tym, który staje przed nami i prosi nas, byśmy trwali w Jego miłości, byśmy się wzajemnie miłowali i traktowali Go jak przyjaciela. Byśmy odpowiedzieli miłością na miłość, lojalnością na lojalność i gotowością oddania życia za Niego na Jego oddanie życia za nas. Prosząc mnie o miłość, Bóg ma tylko jeden argument: swoją miłość do mnie.

Bóg niczego nie chce na nas wymusić lub nam nakazać, bo tylko jako wolni możemy kochać.

Chrystus pragnie nam dzisiaj uświadomić, że reguła miłości jest prosta i przypomina system naczyń połączonych: kochamy tak, jak zostaliśmy pokochani. 
Owocem miłości jest radość: «To wam powiedziałem, aby radość moja w was była» (J 15,11). Jeśli nasze życie nie odzwierciedla radości, której źródłem jest świadomość bezinteresownej miłości Boga, jeśli pozwalamy dusić się omamom, nie widząc iż Pan jest obecny jako Przyjaciel, który chce troszczyć się o nas i nasze  życie, to tylko dlatego ponieważ nie poznaliśmy wystarczająco Jezusa.

Bóg zawsze ma inicjatywę. Mówi nam to bezpośrednio w słowach: «Ja was wybrałem» (J 15,16). Mamy pokusę myślenia, że to my wybraliśmy Boga, wiarę, ale tak naprawdę nie zrobiliśmy nic ponad odpowiedzenie na wezwanie. Wybrał nas bezinteresownie byśmy byli jego przyjaciółmi: «Już was nie nazywam sługami (…) ale nazwałem was przyjaciółmi» (J 15,15).

Dlatego może warto odwrócić perspektywę i przestać się skupiać na ocenianiu swojej miłości, zawsze znajdziesz w niej braki, niedoskonałości i niewierności. Dziś trzeba, byśmy na nowo odkryli, jak jesteśmy kochani. Bo bez tej świadomości nie ma prawdziwie przeżywanego chrześcijaństwa.

W początkach Bóg rozmawia z Adamem niczym z przyjaciel rozmawia z przyjacielem. Chrystus, nowy Adam, nie tylko odzyskał ówczesną przyjaźń, ale też intymność z Bogiem, który jest Miłością. Pytanie czy chcę odwzajemnić tę przyjaźń i uczynić z tej miłości sens i siłę napędowa mojego życia?

Wszystko się skupia w słowie: „kochać”. Przypomina nam to słowa św. Augustyna: «Dobry Pan przypomina nam tak często miłość, jako jedyne możliwe przykazanie. Bez miłości wszystkie inne dobre cechy niczemu nie służą. Miłość w rzeczy samej, prowadzi człowieka ku innym cnotom, które czynią go dobrym».

Maryja – Królowa

Obok krzyża Jezusa stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena.

Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: „Niewiasto, oto syn Twój”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.(J 19,25-27)

Może nas trochę dziwić ten powrót pod Krzyż, pomimo iż trwamy w okresie wielkanocnym a ponadto obchodzimy uroczystość Maryi Królowej – którą można zaliczyć do radosnych i szczęśliwych obchodów. Skąd zatem Krzyż? Czy obraz umierającego Chrystusa nie burzy trochę radości dzisiejszego święta?

Sądzę, że każdy, kto ma choćby minimalną świadomość religijną wie, że my – chrześcijanie bez Krzyża nie mamy nic! Nikt piękniej nie ujmuje tego niż św. Paweł, który mówi: „Będę się chlubił z Krzyża mojego Pana Jezusa Chrystusa” a dzisiaj dodaje, że to właśnie dzięki tej jedynej w swoim rodzaju ofierze Krzyża: On, czyli Chrystus, „uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie, odpuszczenie grzechów”.

Ewangelia św. Jana potwierdza tę prawdę, że wszystko co chrześcijańskie, rodzi się właśnie wtedy, gdy Jezus umiera na Krzyżu. I to dlatego Jan jako jedyny z Ewangelistów pisząc o ostatnich chwilach życia Jezusa ostro zarysowuje Jego uczucie do dwóch najbliższych Mu osób, tych, którzy poznali odgłos bicia Jego serca. Wpierw patrzy na Matkę, a raczej na to, co jest między Nim a Nią, na bosko-ludzką relację z człowiekiem-matką. Potem widzi ukochanego ucznia, który przyszedł na Golgotę wbrew wszelkiej logice lęku i ucieczce starszych apostołów. Przyszedł z powodu potężnego i świętego pragnienia, które w nim zamieszkało w czasie Ostatniej Wieczerzy. Jak pięknie komentuje tę scenę jeden z najwybitniejszych współczesnych teologów Hans Urs von Balthasar: „Chrystus w obliczu miłości do Matki i do Jana w piąty dzień nowego tygodnia stworzenia dopełnia dzieła, które rozpoczął wraz ze stworzeniem człowieka ogłaszając każdemu z osobna nową, najintymniejszą relację między sobą-Bogiem, umierającym na krzyżu z miłości do człowieka a tymi, których kocha”. Przestrzenią w której od tej chwili będzie się realizowała ta relacja jest Kościół. Kościół, który zostaje zrodzony z przebitego boku Chrystusa.

I przez wieki będziemy słyszeli różne opinie o Kościele i jego wyznawcach, raz pochlebne innym razem mniej, ale trzeba powiedzieć sobie wyraźnie: nie ma innej przestrzeni na świecie  która w takim wymiarze jak Kościół może odpowiedzieć na pragnienie ludzkiego serca tęskniącego za miłością Boga; nie ma innej przestrzeni, która może nakarmić człowieka Bogiem przez sakramenty; nie ma innej przestrzeni, w której do końca będzie można usłyszeć bicie bosko-ludzkiego Serca…

Tych dwoje ludzi spod Krzyża stworzyło – jako pierwsi – relację opartą na wierze w Chrystusa i miłości do Niego i do siebie, która będzie od tej pory sednem relacji w Kościele. I bez względu na to, jak jesteśmy ułomni czy grzeszni Kościół będzie istniał tak długo jak długo choćby jedna osoba będzie widziała sens budowania relacji z Bogiem i z człowiekiem opartych na wierze w Chrystusa i miłości. Ta wiara i miłość są mocą Kościoła, dzięki którym moce piekielne go nie przemogą, dlatego, że  ich źródłem i zabezpieczeniem  jest Duch Święty, którego Chrystus rozlał w naszych sercach i dzięki któremu możemy naszą wiarę i miłość wznosić na zupełnie inny – duchowy poziom.

Wspominamy dzisiaj Maryję, jako Królową. Ona wpisuje się w dzieło swojego Syna, który jako Król uczył nie, jak rządzić – to potrafi lepiej lub gorzej każdy – ale jak uklęknąć przed drugim człowiekiem i wydobyć z niego dobro, blask, jak oczyścić mu stopy i patrzeć na niego z zachwytem. I tak Ona – w wizji apokaliptycznej św. Jana ukazana jako Królowa, choć jednocześnie Służebnica Pańska, nie przestaje wydobywać dobra z ludzi, którzy wierzą w Chrystusa i poznają Jego miłość.

Maryja Królowa dzięki Chrystusowi dostąpiła między innymi łaski królowania nad grzechem. To znaczy, że taki stan jest możliwy także w naszym życiu. Z Chrystusem możemy panować nad grzechem i nie dać się mu zniszczyć. Nawet jeśli nam się grzech przydarzy, to nie dopuścimy, by w nas zakrólował. Zgrzeszyć jest bowiem rzeczą ludzką, ale trwać w grzechu – czyli oddać mu nad nami władzę – jest rzeczą szatańską.

Często jest tak, że w obecności niektórych osób, naszych przyjaciół i ludzi Bożych, czujemy się lepsi (w tym pozytywnym sensie). Kiedy jesteśmy obok kogoś, kto nas kocha, nabieramy odwagi, możemy czynić więcej niż tylko tyle, na ile wydaje nam się, że nas stać.

I tak jest z Maryją: będąc blisko Niej, możemy poczuć się lepsi, nabrać odwagi, bo Ona pomaga nam swoim przykładem uwierzyć, że tacy możemy być; Że nie musimy czynić zła, bo jesteśmy dziećmi Króla i Królowej – Jezusa i Maryi, zrodzonymi przez chrzest po to, aby kiedyś królować wraz z Nimi w niebie. A Oni przez całe życie służą nam pomocą, abyśmy mogli ten cel osiągnąć. Bo ich panowanie, to służba!

Tę cichą, pokorną służbę dziś świętujemy. Królowanie nad ufnymi i wiernymi, zmagającymi się z wątpliwościami i zagubionymi, a także nad niewierzącymi i zgorszonymi…

Maryja z nas wszystkich od wieków wyciąga dobro sobie tylko wiadomymi sposobami, bo wraz ze swoim Synem ma niezwykłą zdolność pisania prostymi zgłoskami na krzywych liniach naszego życia niezwykłych, bożych historii.