Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

WSPOMINAMY – DZIĘKUJEMY!!!

 

 

https://youtu.be/N6Mgy8Jxj8w

Uzasadnić nadzieję i miłość

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze – Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie.

Nie zostawię was sierotami. Przyjdę do was. Jeszcze chwila, a świat nie będzie już Mnie widział. Ale wy Mnie widzicie; ponieważ Ja żyję, i wy żyć będziecie. W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was.

Kto ma przykazania moje i je zachowuje, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie». (J 14, 15-21)

Dzisiejszą Ewangelię Jezus zaczyna od słów: „Jeżeli Mnie miłujecie…” I to pierwsze pytanie, które trzeba sobie postawić. Czy kocham?… Bo jeśli nie ma we mnie i w Tobie miłości do Chrystusa, jeśli nie napędza ona naszego życia duchowego, naszego sposobu myślenia, wreszcie naszego działania, to mówienie czegokolwiek dalej nie ma sensu… „Gdyż to miłość jest miarą wiary” (papież Franciszek).

Miłość, którą pozostawił światu zmartwychwstały Jezus, jest niesamowitym darem. Ale musimy przyjąć ten dar, musimy pozwolić się jej przeniknąć, jeśli mamy mówić o sensie i prawdziwości naszego chrześcijaństwa. To ona uczy nas patrzeć ciągle z nadzieją w przyszłość, to ona uczy nas przebaczenia, to ona uczy nas zaufania do Pana Boga a jednocześnie odkrywania tego, co najwspanialsze i najpiękniejsze w człowieku a nie zatrzymywania się jedynie na tym, co w nim słabe i grzeszne.

Dla nas wzorem miłości jest Chrystus. To Jego miłość jest tą do której mamy dorastać. To Jego miłość ostatecznie zwycięża, choć czasem wydaje się taka krucha i bezbronna – gdy patrzymy na krzyż – ale waśnie wtedy, gdy Bóg wydaje się pokonany, odnosi największe zwycięstwo.

Zawsze, gdy słucham apelu świętego Piotra z pierwszego czytania: „Bądźcie gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest”, czuję dreszcz emocji. Z jednej strony wiąże się on z fascynacją chrześcijaństwem i Ewangelią. Z drugiej jednak strony są w nim odcienie lęku, bo nieustannie doświadczam, że moje wysiłki prezentowania i uzasadniania sensu wiary okazują się często tak mało przekonujące dla innych.

Niezależnie jednak od emocji, które towarzyszą apelowi Piotra, dostrzegam, że są w nim zawarte co najmniej trzy niepodlegające dyskusji prawdy.

Po pierwsze, chrześcijanin musi być reprezentantem nadziei. Bez względu bowiem na to jak wielu próbowało by ośmieszać sens życia opartego na wierze w Boga, to właśnie życie wiarą jest najpewniejszą, najbardziej trwałą i najbardziej bezpieczną przystanią nadziei, do której może przybić człowiek w swym życiu. To właśnie niewiara w Boga odbiera często nadzieję, której człowiek tak bardzo potrzebuje, choć nie umniejsza cierpienia i przeciwności, z którymi przychodzi się człowiekowi mierzyć.

Po drugie, chrześcijańska nadzieja nie jest czymś mglistym, ale  jest konkretna. Można ją zrozumieć, opisać, uargumentować, udowodnić i opowiedzieć innym o czym zaświadcza dzisiejsze pierwsze czytanie.

Po trzecie wreszcie, możemy być pewni, że zawsze znajdą się tacy, którzy, kierowani szczerym poszukiwaniem, ciekawością, a innym razem ironią, będą się domagać od nas zdania sprawy z naszej chrześcijańskiej nadziei.

Rzecz wydaje się poważna i trudna: Jak dać świadectwo nadziei? Jak dobrać słowa, by ją opisać, i jak sformułować jej dowód, skoro wydaje się, że nadzieja, która mamy tak często jest podkopywana przez nasze lęki i wątpliwości?

Na szczęście Pan Bóg daje nam takich nauczycieli, którzy uczą tego, jak być świadkami nadziei. Dzisiaj okoliczności każą przywołać nam jedną z takich postaci: św. Jana Pawła II, którego setną rocznicę urodzin świętujemy. To nauczyciel, który uczy nas jak budować w swoim życiu most, który połączy naszą codzienność z najgłębszymi tajemnicami Boga.

Życie Karola Wojtyły a potem Jana Pawła II jest i pozostanie dla nas świadectwem nadziei. Pisze o tym w swoim liście z okazji setnej rocznicy urodzin swojego świętego poprzednika papież senior Benedykt XVI, uzasadniając dlaczego winniśmy Jana Pawła II nazwać nie tylko świętym, ale i „Wielkim”. Kilka zdań tego listu chciałbym tutaj przywołać: „Niezaprzeczalnym świadectwem jego wielkości było orędzie nadziei, które niósł na wszystkie kontynenty, jako wytrwały pielgrzym Ewangelii a nade wszystko świadek Bożego miłosierdzia. To właśnie on swoim nauczaniem i życiem kierował spojrzenie świata i człowieka w stronę Bożej Miłości i Miłosierdzia, które przebacza i kocha człowieka. Wskazał to, co jest sensem istnienia Kościoła. Całym sobą zachęcał wszystkich ludzi na całej ziemi, by poszli drogą Jezusa i Jego Miłosiernego Serca. Jego przesłanie o olbrzymiej miłości Boga do człowieka, nawet tego najbardziej oddalonego jest przesłaniem – którego zdaniem papieża seniora – nikomu nie uda się wyrwać z naszych serc, także tym, którzy dzisiaj próbują podkopać autorytet świętego Jan Pawła II. Prawda o miłosierdziu Boga, jako istotnym centrum całej chrześcijańskiej wiary od młodości przyświecała Karolowi Wojtyle i jego myśleniu.

„Gdy Jan Paweł II wydał ostatnie tchnienie na tym świecie, było akurat po pierwszych nieszporach święta Miłosierdzia Bożego – pisze Benedykt XVI. Rozjaśniło to godzinę jego śmierci: światło miłosierdzia Bożego rozbłysło nad jego konaniem jako krzepiące orędzie. Orędzie, które rozszerzał bez broni, bez władzy wojskowej czy politycznej a jedynie świadectwem przekonania do wiary w Chrystusa i jej niezwykłą moc. Bo w odwiecznej walce Ducha Bożego z mentalnością świata, duch okazuje się zawsze silniejszy. Janowi Pawłowi II przez całe życie chodziło o to, aby żaden człowiek nie zwątpił, o tym, że „Zło nie odnosi ostatecznego zwycięstwa! Tajemnica paschalna potwierdza, że ostatecznie zwycięskie jest dobro; że życie odnosi zwycięstwo nad śmiercią; że nad nienawiścią tryumfuje miłość” – jak napisał o tym w swojej książce <<Pamięć i tożsamość>>.”

Jezus zaprasza nas byśmy byli świadkami miłości i nadziei.

Św. Augustyn powiedział „Kochaj i rób, co chcesz”. Czy można powiedzieć, że ten, kto kocha, może robić wszystko? Tak, jeśli właściwie rozumiemy miłość, gdyż prawdziwa miłość kieruje się zawsze dobrem i tego dobra szuka. Tak jak miłość Boga, kieruje się zawsze dobrem człowieka, czego największym dowodem jest Krzyż Chrystusa  – będący konsekwencją niezmiennej logiki Miłości Boga do człowieka.

W tej misji bycia świadkami miłości i nadziei Jezus obiecuje, że – nie zostawi nas sierotami – będzie pomagał nam Pocieszyciel, obiecany przez Jezusa. Ważne jest tylko to byśmy nigdy nie zwątpili w to, że Duch Święty nam towarzyszy i potrafi nas poprowadzić do życia w Prawdzie, Nadziei i Miłości.

Bóg ukochał człowieka, ale nie wolno nam sądzić, że „miłość jest skarbem, który już się posiadło, lecz obustronnym zobowiązaniem” – jak napisał Antoine de Saint–Exupéry.

Prośmy, abyśmy na wzór św. Jana Pawła II byli do końca wierni temu zobowiązaniu miłości.

 

Droga modlitwy, droga medytacji

Odpowiedział mu Jezus: «Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście». (…) Kto Mnie widzi, widzi także i Ojca. (J 14, 6-7)

Medytacja jest drogą do prawdy i życia, bo wsłuchujemy się w niej w słowo, które jest prawdą i otwieramy się na łaskę, która niesie życie.

Bycie w drodze bywa uciążliwe. Wiąże się często z mniejszymi lub większymi niewygodami, destabilizacją a czasem i brakiem pewności czy wszystko się uda, czy dotrzemy do celu… Wyruszenie w drogę wymaga motywacji. A jeszcze większej motywacji trzeba, by nie zawrócić, gdy napotkamy trudności.

Bycie w drodze wymaga też pewnej czujności i elastyczności, gotowości na zmiany, gdy spadają na nas nieoczekiwane wydarzenia.

Mówimy często, że modlitwa jest drogą. Jeśli chcemy aby się rozwijała, sprawiając,  że i my sami przez to dojrzewamy w życiu modlitwy, zmusza nas do porzucania bezpiecznych przyzwyczajeń i schematów i zaprasza do „wypłynięcia na głębię”, do doświadczenia nieznanego.

Kolejną rzeczą, konieczną w drodze, jest pamięć o celu, do którego zmierzamy. Gdy znika z pola widzenia cel wędrówki, łatwo zejść na manowce.

Jezus w mowie pożegnalnej, która towarzyszy nam od kilku dni w Ewangelii wskazuje uczniom drogę i obiecuje, że będzie czekał na nich u kresu wędrówki, w domu Ojca. Celem chrześcijanina jest bycie w drodze do domu, naszego prawdziwego domu. Tam, gdzie mamy swoje miejsce, gotowe od stworzenia świata. Bóg je przygotował, specjalnie dla nas. Święty Paweł opisuje ten cel: „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2, 9). Nie tylko miejsce jest dla nas przygotowane. Zostaliśmy tak stworzeni, że my sami jesteśmy przygotowani do nieba. Jesteśmy „Bogu na własność przeznaczeni”. [1 P 2, 9]

Ale jednocześnie Jezus nie zostawia nas samych na tej drodze. „Nie zostawię was sierotami”. Obiecuje też stałą opiekę Ojca i obecność Ducha Świętego. Aż dwukrotnie w czytanym w tym tygodniu fragmencie Ewangelii z czternastego rozdziału św. Jana usłyszymy wezwania Jezusa: „Niech się nie trwoży serce wasze, ani się nie lęka” [J 14, 1;  J 14,27]. Po czym Jezus dodaje: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję”. [J 14, 27]

Pytamy czasem: Gdzie znaleźć ten pokój? Co jest jego źródłem?

Jest nim Ojciec! Prawdziwy pokój Boży płynie od Ojca. To Bóg jest jego źródłem. Dlatego Jezus przestrzega byśmy nie szukali pokoju w świecie, który nie może nam go dać, bo pokój nie jest atrybutem świata, choć świat często będzie nas próbował mamić jakimiś namiastkami pokoju opartymi na władzy, na samowystarczalności na kontroli. Jednak doświadczenie pokazuje, że koniec końców rodzą one więcej niepokoju niż pokoju.

To paradoks, że Jezus swoje słowo: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka”. Kieruje do swoich uczniów właśnie w chwili, gdy przyjdzie im się zmierzyć z sytuacjami, które po ludzku zazwyczaj odbierają pokój. Jakby chciał powiedzieć, że prawdziwy, wewnętrzny pokój serca nie jest zależny od okoliczności zewnętrznych.

Czy nasze życie nie przypomina czasem sytuacji apostołów uczniów? Czy nie zdarza nam się doświadczać pozornej nieobecności Jezusa w czasie naszych strapień? Wydaje nam się, że Jezus ginie nam z oczu, że odchodzi, że może nawet nie chce być z nami z powodu naszego grzechu.

Ile razy mieliśmy poczucie, że Jezus zostawił nas samych sobie, gdy wszystko wydawało się walić, gdy byliśmy przygnieceni życiowymi trudnościami, czy naszą ludzką słabością?

A jednak Jezus zapewnia nas, że właśnie pośród tych ciemnych dni, które nas bardzo bolą możemy paradoksalnie odnaleźć pokój serca. Prowadzi do niego wiara w to, że mamy Ojca, który jest większy od naszego grzechu, naszej słabości, naszego pogubienia, naszego złego myślenia o sobie, naszego zwątpienia i poczucia bezsensu. Jezus dziś mówi: „Uwierz, że masz Ojca, który jest większy od tego wszystkiego, co cię przygniata i próbuje odebrać ci pokój”.

Pozwólcie, że przytoczę w tym miejscu opowiadanie Bruno Ferrero:

Pewien wieśniak codziennie dostarczał do wioski wodę ze źródła w dwóch pękatych amforach, przytroczonych do grzbietu osła, kroczącego u jego boku. Z jednej z amfor, starej i pełnej pęknięć, podczas wędrówki wyciekała woda.

Druga, nowa i bez skazy, utrzymywała cała zawartość co do kropli. Stara, spękana amfora czuła się biedna i nieużyteczna, tym bardziej, że nowa nie przepuściła żadnej okazji, by podkreślać swoją doskonałość.

– „Ja nie tracę nawet kropeleczki wody!” – mówiła nowa amfora.

Pewnego ranka stara amfora zwierzyła się właścicielowi:

– Wiesz, jestem świadoma moich ograniczeń. Przeze mnie tracisz czas, trud i pieniądze. Kiedy dochodzimy do wioski, jestem w połowie pusta. Wybacz mi moją niedoskonałość i moje rany.

Następnego dnia, podczas wędrówki, właściciel zwrócił się do spękanej amfory, mówiąc:

– Popatrz na pobocze drogi.

– Jest przepiękne, pełne kwiatów.

– To dzięki tobie – odpowiedział właściciel.

– Jak to?! – zdziwiła się stara amfora.

– To ty każdego dnia podlewasz pobocze drogi. Kupiłem paczuszkę nasion kwiatów i posiałem je wzdłuż drogi, a ty, nie wiedząc o tym, niechcący podlewasz je każdego dnia!

Bóg jest jak stary wieśniak, który nie zważa na nasze słabości, ograniczenia i życiowe pęknięcia. Jest od nich większy! Dostrzega w nas przede wszystkim dobro. Medytacja uczy nas właśnie takiego spojrzenia na Boga, który zawsze patrząc i pochylając się nad nami z miłością pragnie przywracać nam radość i chęć życia oraz pokój serca. Pozwólmy Bogu, by uczył nas tak patrzeć na siebie i innych.

I jest jeszcze jeden aspekt, który przynosi medytacja w kwestii pokoju serca.

Św. Tomasz wymienia trzy różnice między pokojem pochodzącym od Chrystusa a pokojem tego świata. Pokój tego świata jest cały zamknięty w horyzoncie dóbr doczesnych i zazwyczaj nie jest do końca zgodny z Bożymi przykazaniami. Stąd nieraz jest to pokój udawany. W konsekwencji nie może to być pokój trwały. Nie może być przecież trwała taka budowla, w której fundamencie jest pomieszanie dobra ze złem.

Medytacja uczy nas odrywania naszego serca od przywiązania do tego, co doczesne, od porządku świata, by od strony wewnętrznej przywrócić nam prawdziwy porządek. To porządek Ducha – który przywołuje Merton w Nowym posiewie kontemplacji. Na czym polega ten porządek? Na tym, że wszystko jest na właściwym miejscu w życiu. Owocem takiego doświadczenia jest właśnie pokój Chrystusowy – jak nauczają Ojcowie Kościoła. [Filokalia]

A skąd mamy pewność, że wszystko w życiu jest na właściwym miejscu?

Tutaj znów odpowiedzi udzielają nam Ojcowie Kościoła. Przypomnijmy za św. Augustynem starą i znaną maksymę: „Jeśli Bóg będzie na pierwszym miejscu, wszystko inne będzie na właściwym.”

Rzecz jasna, własnymi siłami takiego pokoju nie wypracujemy. Jego źródłem jest nasze pojednanie z Bogiem i stawianie Go na pierwszym miejscu. Takiej hierarchii uczy nas praktyka medytacji.

I tutaj przychodzi kolejna odpowiedź na pytanie dlaczego świat ani pan tego świata nie mogą nam dać prawdziwego pokoju, choćby go nie wiem jak obiecywali. Światu a przede wszystkim panu tego świata najbardziej zależy na tym, żeby zdetronizować w naszym życiu Boga i zająć Jego miejsce a co za tym idzie zburzyć ten porządek, który jest w nas źródłem prawdziwego pokoju.

Jeśli zatem doświadczasz dziś,  że brakuje ci pokoju serca warto zadać sobie pytanie: „Czy Bóg jest rzeczywiście w moim życiu na pierwszym miejscu?”

Owocnej medytacji, Kochani!

Jak znaleźć drogę?

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę».

Odezwał się do Niego Tomasz: «Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?»

Odpowiedział mu Jezus: «Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście».

Rzekł do Niego Filip: «Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy».

Odpowiedział mu Jezus: «Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie widzi, widzi także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: „Pokaż nam Ojca”? Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie? Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. To Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie – wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła!

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, a nawet większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca». (J 14, 1-12)

Fragment dzisiejszej Ewangelii stanowi część mowy pożegnalnej Jezusa w Wieczerniku. Uczniowie usłyszawszy, że Jezus ich opuszcza czują lęk, konsternację, zagubienie. Jezus uspokaja ich: „Niech się nie trwoży serce wasze”. Uczniowie powinni zaufać. Podobnie, jak dotychczas ufali Jemu, po odejściu Jezusa mogą zdać się całkowicie na Boga Ojca. Bóg nie zostawi ich sierotami. Ześle Ducha Świętego, który będzie prowadził ich dalej.

Odchodząc do Ojca Jezus zapewnia uczniów, że zabierze ich „do Siebie”, do domu swego Ojca. „Dom Ojca” („oikia”) nie oznacza budynku, ale raczej atmosferę, doświadczenie bliskości, przestrzeń pełną ciepła, intymności i miłości. Miejsce, o którym mówi Jezus trudno zdefiniować, lecz stanowi ono o czuciu się u siebie w domu. To obraz nieba. Wieczności, który Jezus rysuje przed swoimi uczniami.

Po chwili Jezus dodaje: „W domu Ojca jest wiele mieszkań”. Każdy więc może z zaufaniem przyjąć, że również jest tam miejsce dla niego. Nie musimy być idealni, doskonali, perfekcyjni duchowo czy moralnie, absolutnie wierni… Zresztą nikt z nas takim nie jest. Wystarczy, że zawierzymy i zaufamy Jezusowi i Bogu Ojcu.

Prawda o wieczności nie jest chrześcijańskim narkotykiem – jak mawiał pewien znany filozof – który jednych ma oderwać od realiów życia, a innym – życiowym nieudacznikom – dać odrobinę pociechy. Ta prawda stanowi fundament ewangelicznego przesłania. Święty Paweł pisał o tym bardzo dosadnie: „Jeżeli nie ma zmartwychwstania, daremna jest nasza wiara”. Spojrzenie w wieczność nie zamyka nas na problemy życia doczesnego. Przeciwnie, ze względu na życie wieczne wszystko staje się ważne: od najdrobniejszych codziennych spraw po najważniejsze decyzje naszego życia. Każdy wybór, którego dokonujemy, może nas przybliżać do ostatecznego celu, ale ze względu na grzeszność ludzkiej natury może też od niego oddalać.

Kiedy apostołowie usłyszeli o powołaniu do życia wiecznego, zastanawiali się zapewne, co należy robić na ziemi. Czy tylko czekać? Bardzo szybko otrzymali odpowiedź. Życie doczesne nie jest próżnowaniem. Dwa zadania od samego początku stały się dla nich oczywiste.

Pierwszym z nich jest głoszenie dobrej nowiny. „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28, 19). Czas Kościoła, ale też czas życia każdego chrześcijanina jest czasem dawania świadectwa. Gdyby chrześcijanin przestał przyznawać się przed światem do swojej wiary, do Chrystusa można by słusznie poddać w wątpliwość, czy jego wiara stanowi dla niego rzeczywiście istotną wartość. A skoro sam nie jest do niej przekonany, bo boi się do niej przyznawać i boi się jej bronić w środowisku, w którym życie, to istotnie zgodnie ze słowami św. Pawła jest bardziej od innych godzien politowania.

Drugim zadaniem, które stoi przed uczniami Chrystusa, jest czynienie miłosierdzia, czyli miłości w praktyce. Apostołom, którzy prosili Jezusa: „pokaż nam Ojca”, odpowiadał: „Kto mnie zobaczył, zobaczył także Ojca” zaś w Ewangelii według św. Mateusza uzupełni tę odpowiedź słowami: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40), gdyż jak pisze św. Jan od Krzyża: „ostatecznie będziemy sądzeni właśnie z miłości”  

Pan Jezus nie pozostawia nam złudzeń: droga do Królestwa niebieskiego prowadzi przez wiarę i miłość. Człowiek, którego spotykamy na naszej drodze, może okazać się bramą do wieczności, gdy otworzymy przed nim serce i jako świadkowie wiary i jako świadkowie miłości. Zamknięcie na ludzi może w konsekwencji zamknąć drogę prowadzącą do Boga.

Szatan zaprojektował labirynt, w którym człowiek może zgubić tę drogę.

Na szczęście naszemu pielgrzymowaniu przez życie towarzyszy obietnica: „Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28, 28).

Nie idziemy przez życie po omacku. Mamy przewodnika, którym jest Jezus ze swoim słowem i swoją łaską.

Jezus przychodzi dziś szczególnie do tych, którzy przeżywają trwogę życia, trwogę istnienia, których serce jest niespokojne. I zapewnia nas, że sercu Ojca niebieskiego jest dla nas miejsce. Cokolwiek tutaj przeżywamy, cały czas miłość Ojca jest roztoczona nad tobą, również wtedy, gdy zdarza ci się zgubić drogę, zabłądzić po meandrach życia i grzechu.

Ścisłe, analityczne i krytyczne myślenie Tomasza, które również nie było wolne od wątpliwości każe mu zadać dziś Jezusowi pytanie, które jest także ważne dla nas: „Jak możemy znać drogę?” To pytanie o instrukcję życia, o to, którędy iść, żeby nie zabłądzić..

Odpowiedź Jezusa jest zawsze ta sama: „za Mną”, „Ja jestem drogą…”

Każdego człowieka, kto zaryzykuje i zaufa Jezusowi, czyniąc z Jego nauki sens swojego życia i źródło prawdy i mądrości Jezus poprowadzi tak, aby jego życie życia stało się koniec końców drogą prowadzącą do domu Ojca.

Przechadzać się przez życie w obecności Boga

Obchodzono w Jerozolimie uroczystość Poświęcenia Świątyni. Było to w zimie. Jezus przechadzał się w świątyni, w portyku Salomona.

Otoczyli Go Żydzi i mówili do Niego: «Dokąd będziesz nas trzymał w niepewności? Jeśli Ty jesteś Mesjaszem, powiedz nam otwarcie!»

Rzekł do nich Jezus: «Powiedziałem wam, a nie wierzycie. Czyny, których dokonuję w imię mojego Ojca, świadczą o Mnie. Ale wy nie wierzycie, bo nie jesteście z moich owiec.

Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną, a Ja daję im życie wieczne. Nie zginą na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy». (J 10,22-30)

Chyba od zawsze Ewangelia św. Jana była moją ulubioną Ewangelią. Po pierwsze, dlatego że Jan mówi o wielu rzeczach, które są nieobecne u pozostałych ewangelistów; a po drugie, dlatego że o wydarzeniach, które wspomniane są u Synoptyków Jan mówi inaczej, nieco głębiej. Dla mnie to nie tylko relacja apostoła, naocznego świadka, ale też kontemplatyka.

Przykładem jest dzisiejszy fragment. Z jednej strony kontynuuje on obraz Chrystusa – Dobrego Pasterza, ale dodaje też nową informację: tylko Ewangelia Jana wspomina portyk Salomona jako miejsce, w którym Jezus dyskutuje z Żydami w świątyni. To miejsce wspomniane jest także w Dziejach Apostolskich (3,11; 5,12) jako przestrzeń, w której przebywali uczniowie Chrystusa, może właśnie ze względu na sentyment do tego miejsca świątyni, w którym często spędzali czas z Mistrzem.

Jan pisze, że Chrystus przechadza się w świątyni, która była dla każdego wierzącego Żyda miejscem obecności Boga na ziemi. Można powiedzieć, że Jezus przechadza się zatem w obecności Ojca. Ponieważ ta świadomość obecności Ojca nieustannie wypełnia Jego serce może śmiało powiedzieć jedno z najbardziej gorszących dla Żydów zdań w całej czwartej Ewangelii: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”.

I tu pierwsza myśl a zarazem pytanie, które się rodzą z tej refleksji: „Na ile żyjemy świadomością obecności Boga?” Medytacja, Modlitwa Jezusowa przez praktykę mają właśnie za zadanie prowadzić nas coraz bardziej do życia świadomością obecności Boga, tego że przechadzamy się przez życie w Jego bliskości. O tym też przypominają nam Dzieje Apostolskie: „W Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”  [Dz 17,28]

Nie mam jednak wątpliwości, że aby żyć nieustannie świadomością tego, że wszystko w naszym życiu jest miejscem obecności Boga trzeba być człowiekiem głębokiej wiary.

Jednak w dzisiejszej Ewangelii Jezus stawia dyskutującym z Nim Żydom zarzut: «Powiedziałem wam, a nie wierzycie. Na pierwszy rzut oka wydaje nas się, że to zdanie nas nie dotyczy, ale czy tak jest naprawdę? Czy nie jest tak, że często testujemy słowo Jezusa, poddajemy je w wątpliwość, nie ufamy mu. Najbardziej dobitnym przejawem takiej postawy jest grzech, który wprost jest odrzuceniem słów Jezusa. Pójście za Jezusem i słuchanie Jego głosu gwarantuje nam bezpieczeństwo. I to nie jakieś doraźne, ale wieczne. Problem w tym, że my za każdym razem, kiedy popełniamy grzech dajmy wyraz niewiary w to słowo. Dopiero kiedy dopadają nas bolesne konsekwencje grzechu, przekonujemy się, że to jednak Bóg miał racją a nie my i że warto było Go posłuchać i zawierzyć Jego słowu do końca.

Zawierzyć słowu Bożemu bez zastrzeżeń – tego także pragnie nas nauczyć medytacja.

Wróćmy jednak raz jeszcze do kontekstu dzisiejszej Ewangelii. Wypowiadając kontrowersyjne słowa, zamykające dzisiejszy fragment Ewangelii Chrystus kończy swój wywód na temat misji ocalenia życia owiec. Stwierdza on kilka wersetów wcześniej, że działa „w imię” Ojca, czyli wykonuje w widzialny sposób Jego wolę. A zatem mówiąc o byciu jedno z Ojcem, wskazuje na współdziałanie z Ojcem w walce o każdą i każdego z nas.

Czy chrześcijaństwo nie jest  zaproszeniem, byśmy w naszym działaniu stali się jak Chrystus? My też mamy być „jedno z Ojcem”. Nie staniemy się przez to osobami boskimi jak Chrystus, ale mamy szansę na przedłużenie Jego misji poprzez modlitwę i życie tak, by zbliżać się w ten sposób do świętości a innych do Boga.

Medytacja uczy nas nieustannego wsłuchiwania się w głos Boga. Uczy nas dostrojenia naszego bicia serca do rytmu serca Jezusa. Uczy nas jak być jedno z Nim w modlitwie, po to by być jedno z Nim w naszym działaniu.

Prośmy o to, aby nasza modlitwa coraz bardziej utwierdzała nas w jedności z Bogiem, aby z niej wypływało także cale nasze życie.

Owocnej medytacji!