Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Kroki ku świętości

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy /ludzie/ wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie. (Mt 5,1-12a).

Jak refren w dzisiejszej Ewangelii powraca słowo: błogosławieni. Słowo błogosławieni możemy tłumaczyć także jako szczęśliwi. Ten fragment Ewangelii wielu zwykło rozumieć jako wysoko postawioną poprzeczkę (może nawet zbyt wysoką dla przeciętnego zjadacza chleba): Bo czy można być szczęśliwym (błogosławionym) będąc ubogim, smucąc się, nie posiadając i nie zabiegając o wiele, łaknąc sprawiedliwości, będąc zawsze miłosiernym, mając czyste serce, walcząc o pokój za wszelką cenę, cierpiąc prześladowanie?… Współczesny świat stawiający na samorealizację, dążenie do sukcesu, ale też na kompromis w różnych kwestiach moralnych odpowie bez zastanowienia: NIE! Choć niektóre z tych postaw wydają się rzeczywiście interesujące nawet dla współczesnego świata: pokój serca (mylony często ze świętym spokojem), sprawiedliwość. Ale inne będą już trudne do zaakceptowania zwłaszcza smutek i cierpienie, przed którymi współczesny świat próbuje uciekać na różne sposoby.

A może warto te trudne błogosławieństwa odczytać inaczej? Może Jezus mówi dziś do Ciebie i do mnie: wiem, że to jest trudne i bolesne, ale chcę Cię zapewnić, że jestem w tym z Tobą i Cię wspieram! I zapewniam Cię, że wiem, co mówię, bo sam doświadczyłem tych trudnych błogosławieństw na sobie!

Bycie świętym nie znaczy bycie doskonałym. Znaczy jedynie pokładanie ufności i nadziei w Bogu, że mimo różnych przeciwności i złych doświadczeń On każdego z nas przeprowadzi do Nieba, tak jak przeprowadził tych wszystkich, których dziś wspominamy – ludzi, którzy żyli w przyjaźni z Bogiem i z innymi. Którzy potrafili zaakceptować własne słabości, bo w nich mogli doświadczyć działania Bożej łaski. Dla których żyć znaczyło kochać. Wiemy, że są tacy, którzy zostali oficjalnie ogłoszeni świętymi przez wspólnotę Kościoła. Ale jest też wielu takich, którzy choć prowadzili życie w zjednoczeniu z Bogiem, trwali na modlitwie, pełnili uczynki miłosierdzia to jednak pozostali w ukryciu. Takich ludzi na szczęście mamy i dziś wokół siebie.

A więc dzisiejsza uroczystość jest też wezwaniem do świętości dla nas. Abyśmy przypomnieli sobie, że Bóg stwarzając nas na swój obraz i podobieństwo pragnął, abyśmy dorastali do świętości.

Bóg jednak nie poprzestaje na wezwaniu. Nie mówi nam na starcie naszego życia: „Bądź święty, po to by czekając na mecie nas rozliczyć z tego, jak zrealizowaliśmy to zadanie”. Dzisiejsza Ewangelia to swoista recepta na świętość, to drogowskaz, na drogę, na której Bóg nie zostawia nas samych, ale ciągle nas wspiera swoim słowem, sakramentami i łaską, abyśmy nie stracili zapału. On nie tylko wskazuje nam drogę świętości, ale nieustannie nam w tej drodze towarzyszy. 

Ojcowie Kościoła nazywali Osiem Błogosławieństw, „nowym dekalogiem”. Można powiedzieć, że to nauka konkretnych kroków, które mają nas nauczyć chodzenia drogą świętości droga, która ma zapewnić człowiekowi szczęście tutaj na ziemi i w wieczności.

Zapewne widzieliście nie raz dziecko które uczy się chodzić, z jakim zapałem i radością to robi. Czy możemy powiedzieć o sobie, że cechuje nas podobny zapal w walce o świętość?

Czy widzieliście dziecko, które ucząc się chodzić i które co parę korków upada nagle wstaje i mówi: „mamo, tato, nie wychodzi mi, więc nie będę już próbował, bo widocznie nie zostałem stworzony do chodzenia?”  A jak często jest tak, że my łatwo się zniechęcamy naszym dążeniem do świętości pod pretekstem jakiegoś powtarzającego się grzechu, czy słabości. Myślimy sobie: „Świętość, owszem! Może dla innych, ale przecież nie dla mnie!”

To niezwykłe jak bardzo różnimy się sposobem myślenia od pierwszych chrześcijan, dla których podobnie jak ujrzenie wielkich dzieł Boga, powodem do radości było móc pozytywnie odpowiedzieć na instrukcje zawarte w Błogosławieństwach, bo nie dość że zakładały one realny duchowy wzrost, to wypełnianie ich prowadzi do dojrzałej radości,  już tutaj na ziemi. Oczywiście nie łudźmy się, Jezus nie obiecuje, że realizacja tych ośmiu kroków błogosławieństw jest prostą sprawą. Wymagają od człowieka pewnych strategicznych decyzji w życiu, określenia priorytetów, ale jedno jest pewne Jezus nie proponowałby nam ich, jako programu życia, gdyby były niemożliwe do zrealizowania!

Spróbujmy prześledzić te osiem kroków w możliwie najprostszy i współczesny sposób:

Krok 1: ubóstwo duchowe – to wezwanie do odrzucenia bożka konsumpcjonizmu i postawienie na pierwszym miejscu wartości transcendentalnych.

Krok 2: smutek – i tu pojawia się pewien paradoks. Bo jak pogodzić szczęście z wylewaniem żalu czy krzykiem rozpaczy? A jednak jest to możliwe, bo mowa tu o smutku ze względu na popełniony grzech. To swoisty żal za grzechy.

Krok 3: cisza – spokojna akceptacja trudności, które stają na naszej drodze.

Krok 4: sprawiedliwość – tego chyba nie trzeba tłumaczyć, bo każdy przecież w sercu jej pragnie.

Krok 5: miłosierdzie – przebaczanie mimo wyrządzonych krzywd.

Krok 6: czyste serce – to tyle, co serce żyjące w łasce uświęcającej.

Krok 7: pokój – dramatyczny apel o pokój, nie zostanie zrealizowany dotąd, dopóki pokój nie zagości w sercu każdego człowieka. Nie wprowadzimy pokoju wokół siebie, dopóki sami nie będziemy go mieć w sercu.

Krok 8: cierpienie dla sprawiedliwości – to coś, co jest wpisane w bezkompromisowe głoszenie prawdy Ewangelii i dawanie świadectwa wiary. Niestety radykalizm Ewangelii prowadzi niechybnie do konfliktu ze światem

Osiem prostych kroków prowadzących do szczęścia. Na pierwszy rzut oka, wydaje się to być krótka i banalna ścieżka. To jednak nieco mylne wrażenie. Osiem kroków błogosławieństw to w rzeczywistości długa droga. Droga, którą przychodzi nam kroczyć przez całe życie.

Niech te drogowskazy świętości towarzyszą nam dziś i pomogą podjąć potrzebne i konieczne zmiany w naszym życiu. Zmiany ważne dla nas, dla naszych bliskich i naszego otoczenia. Zmiany, które przyniosą pokój naszym sercom.

Wyjść na poszukiwanie Boga

Jezus mówił: «Do czego podobne jest królestwo Boże i z czym mam je porównać? Podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał w swoim ogrodzie. Wyrosło i stało się wielkim drzewem, tak że ptaki podniebne zagnieździły się na jego gałęziach». (Łk 13, 18-20)

Królestwo Boże nie imponuje swoją wielkością. Ono imponuje swoją mocą. Jest małe, ale niesamowicie silne. Tak silne, że poradzi sobie z każdym złem. Ono ma moc nawet największego grzesznika doprowadzić do Nieba. To Niebo jest owym „wielkim drzewem”, dającym schronienie „ptakom powietrznym”. Owa moc królestwa Bożego zasadza się na wierze, nadziei i miłości. A te są ze swej natury wszechmocne…

Dlatego warto postawić sobie dziś pytanie: Czy przystępując do medytacji czynię to z wiarą, nadzieją i miłością? To ważne pytanie, gdyż tylko wiara, nadzieja i miłość, na których zasadza się medytacja sprawiają, że praktyka medytacji będzie nas przemieniała.

Medytacja jest drogą. A w tę nie ma sensu wyruszać bez wiary, nadziei i miłości. Śmiem powiedzieć, że bez wiary, nadziei i świadomości tego, że jesteśmy kochani przez Boga nie odważylibyśmy się wyruszyć w tę nieznaną drogę (tak jak nie odważyłby się w nią wyruszyć Abraham, Mojżesz z Narodem Wybranym i całe pokolenia po nich). „A bez wyruszenia w drogę nie spotkalibyśmy Boga” – jak napisze Merton.

Na potwierdzenie tych słów pozwolę sobie przytoczyć słowa żydowskiego teologa, filozofa i poety Abrahama Heschela: „Jedno jest pewne chcąc wyjść na poszukiwanie Boga trzeba porzucić swoje pewniki, własne schronienie, wygodę. Nie można rozpocząć szukania, jeśli nie jest się przygotowanym, żeby opuścić coś lub kogoś. I nie będzie się poszukiwaczem, jeśli nie pragnie się smaku przygody i ryzyka związanego z wiarą. Dlatego poszukiwanie Boga wymaga pasji, zgody na nieprzewidziane i najbardziej nieoczekiwane odkrycia. (…) W duszy człowieka są szlaki, którymi człowiek wędruje samotnie, nierzadko w ciemności. Doświadczenie wiary nie jest złożone tylko z Ziemi Obiecanej, ale też z gór marzeń, podziemi cierpienia, wież zgryzoty”.

Sądzę, że to piękny opis doświadczenia medytacyjnego, które z jednej strony prowadzi nas utartymi ścieżkami, które przed nami przeszło wielu innych, ale wymaga od nas ryzyka wydeptywania swoich własnych, bardzo osobistych szlaków, tak jak bardzo osobista jest relacja z Bogiem każdej i każdego z nas. Podobnie z medytacją – jest autentyczna właśnie dlatego, że jest bardzo osobistym doświadczeniem.

Z drugiej strony słowa dzisiejszej Ewangelii tchną wielka nadzieją. Jezus daje nam swoje słowo, aby już teraz rozradować nas prawdami, którymi chce nas nasycać przez całą wieczność. Używa prostych obrazów, aby przybliżyć nam prawdę o królestwie Bożym.

Ta prawda, która może czynić mnie i ciebie szczęśliwym, mówi, że królestwo Boże już tu jest (Łk 13, 18). Jezus, jest obecny w moim życiu: w słowie, w Eucharystii, w swojej łasce…

Królestwo Boże jest jak maleńkie ziarno, które – choć niewidoczne – kryje w sobie ogromny potencjał życia. Dlatego tak ważnym jest, byśmy pielęgnowali w sobie tę duchową rzeczywistość zapewniając jej wzrost.

Tym maleńkim ziarnem, które Jezus zasiewa w moim i twoim życiu jest między innymi proste wezwanie, powtarzane w rytmie oddechu, które towarzyszy nam w medytacyjnej wędrówce. Jeśli będziemy uważni i będziemy pielęgnowali je w swoim wewnętrznym „ogrodzie” rozrośnie się ogarniając i przenikając całe nasze życie. Stanie się przestrzenią wiary, w której zawsze będziemy mogli znaleźć schronienie.

Liczyć na Boże miłosierdzie

Jezus opowiedział niektórym, co dufni byli w siebie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść:

«Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie: zdziercy, niesprawiedliwi, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam”.

A celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi, mówiąc: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!”

Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony». (Łk 18, 9-14)

Przypowieść Jezusa o faryzeuszu i celniku jest formą przykładu z życia. Jezus obserwuje modlitwę dwóch kontrastowych postaci w świątyni jerozolimskiej i na ich podstawie wydaje zaskakujący dla słuchaczy osąd. Słuchacze przypowieści nie mieli wątpliwości, że Jezus pochwali faryzeusza, który był wzorem wierności Bogu i prawu, a zdyskredytuje celnika, człowieka z marginesu społecznego i moralnego. Tymczasem Jezus ocenia inaczej. Dla Jezusa ważna jest nie tyle doskonałość moralna, perfekcjonizm duchowy, ile pokora, szczera skrucha za grzechy i pragnienie nawrócenia, zmiana myślenia.

Faryzeusz – podobnie jak starszy brat w opowieści o synu marnotrawnym – porównuje się z innymi i akceptuje siebie tylko dlatego, że może się uznać za lepszego od innych. Faryzeusz modli się, dziękuje Bogu, pości, daje jałmużnę, zachowuje prawo. Jednak poza zewnętrzną fasadą jest daleki od intymnej relacji z Bogiem. Bóg i religia są mu potrzebne, by się dowartościować, wywyższyć. Ten człowiek o nic Boga nie prosi, niczego od Niego nie oczekuje. Tak naprawdę Bóg nie jest mu specjalnie potrzebny, poza utwierdzeniem jego pychy.

Celnik jak słyszymy nie jest w stanie wznieść oczu. Nie patrzy wokół siebie. Nie ma odwagi porównać się z innymi. Zbyt dobrze wie, co by to dla niego musiało znaczyć: złodziej, zdrajca narodu kolaborujący z Rzymianami. Zatem podejmuje ryzyko – jak syn marnotrawny – zwraca się bezpośrednio do Boga. Jedyna nadzieja w tym, że Bóg obdarzy go miłosierdziem. Na miłosierdzie ludzkie nie ma co liczyć…

I chociaż podobnie jak faryzeusz nie jest on postacią jednoznaczną, bo jak w każdym z nas, splatają się w nim ciemne i jasne strony, to jednak właśnie on odchodzi usprawiedliwiony. Wie, że grzech czyni go dalekim od Boga. Dlatego staje przed Bogiem jak żebrak. Ma świadomość, że sam z siebie jest nikim i potrzebuje Boga, Jego miłosierdzia i łaski, by móc żyć inaczej. Grzech jest dla celnika „szczęśliwą winą”. Rodzi w nim pokorę wobec Boga i siebie, jak również wyrozumiałość dla słabości i grzechów innych.

Jak bardzo przypominają się w tym miejscu słowa św. Pawła, który chociaż był człowiekiem wielkiej wiary, który zasłynął jako najbardziej aktywny z apostołów docierając z Ewangelią Jezusa do niemal wszystkich regionów Imperium Rzymskiego ostatecznie uznaje siebie za pierwszego z grzeszników i wie, że jeśli jest coś na czym rzeczywiście może się oprzeć to tym czymś jest jedynie łaska i Boże miłosierdzie. O tym między innymi pisze w Liście do Tymoteusza – którego fragment przytacza dziś liturgia słowa.

Drugi List do Tymoteusza jest jednym z najbardziej poruszających fragmentów Pisma Świętego. Piszący go św. Paweł nie jest już spektakularnie nawróconym neofitą, który z wielkim zapałem głosi to, co zostało mu cudownie objawione. Jest człowiekiem wyczerpanym kilkunastoletnią pracą, wie o swoich niepowodzeniach oraz o tym, że są sprawy, na które przestał mieć wpływ. Przebywając w więzieniu, czekając na śmierć, pisze do swojego umiłowanego ucznia niezwykle osobisty list. Kwestie, które porusza wydają się być niezwykle aktualne.

Paweł ma świadomość, że w czasach, w których przyszło mu żyć, za wierność Bogu i Ewangelii płaci się w sposób nieuchronny wysoką cenę. Nie mniej silne jest przekonanie św. Pawła o ostatecznej wartości takiego właśnie życia. To wszystko, co w perspektywie świata może wydawać się zyskiem, ze względu na Chrystusa Paweł uznał za stratę [por. Flp 3,7]. I do tej wierności, gotowej nawet dla niej ponieść ofiarę zachęca on swojego ucznia – Tymoteusza i innych wyznawców.

Czasem wydaje nam się, że nawrócenie jest procesem łatwym. Wystarczy dążenie do doskonałości moralnej, przestrzeganie przykazań, udział w niedzielnej Liturgii, modlitwa, dobrze wykonywane obowiązki, wykorzenianie własnych wad… Ale prawda jest taka, że nie można szybko, łatwo i tanio się nawrócić. Bogu nie można przysłać daru. Prawdziwe nawrócenie polega na oddaniu Bogu swego serca, przemienionego miłością.

Przebywać blisko Boga

Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać: «W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi.

W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: „Obroń mnie przed moim przeciwnikiem!” Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: „Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie nachodziła mnie bez końca i nie zadręczała mnie”».

I Pan dodał: «Słuchajcie, co mówi ten niesprawiedliwy sędzia. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?» (Łk 18, 1-8)

Ewangelia ostatniej niedzieli jest przywołaniem słów Jezusa, w których zachęca nas On do modlitwy nieustannej. Kwestię tę podejmie później św. Paweł a za nim pokolenie mnichów egipskich i syryjskich pragnących odpowiedzieć na tę zachętę. Charakterystyczne jest to, że ani Chrystus ani św. Paweł nie pozostawiają wskazówek jak powinniśmy realizować to wezwanie do nieustannej modlitwy, poza świadectwem swojego życia. Nie ma wątpliwości, że całe życie Jezusa czy św. Pawła było skierowane ku Bogu, realizowało się w nieustannej świadomości Jego obecności i bliskości i było wyczulone na natchnienia pochodzące o Boga.

Gdy kiedyś zapytano ojca Badeniego po czym poznaje się dobrą modlitwę? Ten odpowiedział bez wahania: „po tym, że rozmówcy lubią być ze sobą”. Co do postawy Boga nie ma wątpliwości, pozostaje jednak pytanie czy mnie modlitwa sprawia radość i jest przyjemnością spędzania czasu z Bogiem? Jak mówi psalmista: „Dla szczęściem jest przebywać blisko Boga” [Ps 73,28].

Naturalnym pragnieniem każdego prawdziwie wierzącego człowieka jest przebywanie w bliskości Boga. Różnie wyobrażamy sobie, jak może się to stać, ale wszyscy intuicyjnie wiemy, że jest to najlepsza postawa dla każdej i każdego z nas.

Ważne jest jednak właściwe rozumienie tego pojęcia bliskości Boga w naszym życiu.

Prawda, której nie lubimy jest taka, że każdy z nas jest naturalnym egoistą, szukającym w pierwszym rzędzie siebie i swoich korzyści. Niektórzy komentatorzy usprawiedliwiają to tym, że postawa taka jest skutkiem grzechu pierworodnego, ale nie da się uciec od faktu, że w życiu chętnie tę postawę pielęgnujemy.  Dlatego dla wielu osób projekt wspomnianej idei przebywania w pobliżu Boga wygląda następująco: jak będę w bliskim związku z Bogiem, trwając w Jego Słowie i w modlitwie, to On będzie mi bliski w tym wszystkim, co będzie moim udziałem: w moich troskach, problemach, dylematach, służąc mi pomocą, wsparciem i dodając otuchy. Niestety to trochę satrotestamentalny sposób myślenia.

Takie rozumienie oznaczałoby by, że nie tyle ja jestem blisko Boga, ile Bóg jest blisko mnie. A przecież miało być odwrotnie. To nie my mam „ściągać” Boga do swojego życia, aby On się w nie angażował, ale jeśli chcę naprawdę być blisko Niego, to powinienem szukać Go tam, gdzie On jest. Tam, gdzie w danej chwili działa. A ojciec Carlo Carretto mówi wprost: „wszystko jest miejscem Boga, środowiskiem jego obecności” [Listy z pustyni]. I tak postrzega rzeczywistość człowiek wiary. Prawda jest taka, że to my idziemy (a przynajmniej powinniśmy iść) za Jezusem, a nie usilnie ciągniemy Go za sobą. Inaczej mówiąc zadanie, które wyznacza nam Chrystus i św. Paweł wezwaniem do nieustannej modlitwy jest wezwaniem do tego by nasze życie z egocentrycznego ma się zmieniało się w chrystocentryczne.

Choć oczywiście z własnego doświadczenia wiemy jak trudno jest nam dokonać takiej zmiany, bo ciężko jest się nam rozstać z przeświadczeniem, że nasze pragnienia, odczucia i potrzeby nie są najważniejsze. Trudność sprawia nam też pogodzenie się ze świadomością, że to nie my sprawujemy kontrolę nad tym, co ma się dziać w naszym życiu i kiedy ma to mieć miejsce. No i jeszcze jedno: lubimy spokój i poczucie stabilizacji. Tymczasem bycie blisko Boga to życie w ciągłej otwartości i gotowości na to, co Bóg chce nam przynieść, bo Bóg jest tym, który nie przestaje działać.

I dlatego w życiu blisko Boga nie chodzi o to, by zapewnić sobie i swoim bliskim możliwie największy poziom bezpieczeństwa, dostatku i błogosławieństwa. Przeciwnie, to życie polegające na rezygnacji z tego, co łatwe i wygodne na rzecz tego, co dobre i słuszne. To postawa otwartości na to, co Pan Bóg dla nas przygotował. To zgoda na to by On nas nieustannie zaskakiwał tym, jaki pisze scenariusz naszego życia.

Takiej postawy otwartości a zarazem oderwania od siebie i swoich wyobrażeń uczy nas medytacja. Pozwala nam być blisko Boga, uczy na Nim skupiać naszą uwagę, uczy jak ustępować pierwszego miejsca Bogu w naszym życiu. Dlatego medytacja jest zarazem szukaniem Boga, jak i odkrywaniem Go wszędzie tam, gdzie Go szukamy.

Moc modlitwy

Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać: «W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi.

W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: „Obroń mnie przed moim przeciwnikiem!” Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: „Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie nachodziła mnie bez końca i nie zadręczała mnie”». I Pan dodał: «Słuchajcie, co mówi ten niesprawiedliwy sędzia. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?» (Łk 18, 1-8)

Gdy słuchamy przypowieści o wdowie, która naprzykrzała się sędziemu, prosząc o obronę przed przeciwnikiem, od razu widzimy przeciwieństwa: Ona biedna, niemająca pieniędzy na adwokata, niepotrafiąca sama się obronić. On zadufany w sobie, niebojący się Boga i nieliczący się z ludźmi. Ona nieustępliwa w swoich prośbach. On ustępujący dla świętego spokoju. Wydawać się może, że te dwie, diametralnie różne postaci stoją na dwóch biegunach, że nic ich nie łączy.

Spróbujmy jednak spojrzeć na tę parę w świetle pierwszego czytania, które mówi o bitwie pod Refidim. Młody Jozue wraz z silnymi wojownikami toczy zażartą walkę z Amalekitami, a staruszek Mojżesz modli się na szczycie góry, unosząc ręce do nieba. „Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, miał przewagę Amalekita” – komentuje sytuację Księga Wyjścia. Ostatecznie Izraelici wygrali. Nie sam Jozue pokonał wroga ani nie samą modlitwą dokonało się zwycięstwo. Stało się to dzięki wytrwałej modlitwie Mojżesza wspierającego męstwo żołnierzy.

Jezus w przypowieści o surowym sędzim, który z irytacji, a nie z miłosierdzia, bierze w obronę wdowę, zaprasza do wytrwałości w modlitwie.  „Zawsze powinniśmy się modlić i nie ustawać.” (Łk 18, 1).

Obrazy biblijne często trafnie odzwierciedlają nasze ludzkie doświadczenie. Codzienne życie często przypomina pole bitwy. Rzadko mamy też do dyspozycji komfortowe warunki, aby się modlić. Dlatego uważam, że aby walczyć i nie przegrać życia, trzeba się modlić. Ale też, aby się modlić wytrwale, trzeba walczyć (i nie mam na myśli walki zbrojnej).

W życiu chodzi o równowagę między działaniem a modlitwą, czyli świadomym zwracaniem naszej uwagi ku Bogu. A to rzeczywiście wymaga wysiłku! Nic nie przychodzi tutaj łatwo. Jeśli tak popatrzymy na scenę walki z Amalekitami, to zauważymy, że modlitwa nie jest oddzielona od działania.

Innymi słowy tylko dzięki walce o czas na modlitwę, nasze działanie będzie rzeczywiście owocne i przemieniające świat. Błąd, na jaki jesteśmy narażeni, to właśnie próba oderwania modlitwy od życia codziennego.

Może w trosce o swoje zbawienie warto połączyć ciężki wysiłek pracy, błyskotliwej inteligencji i zaradnej przedsiębiorczości z codziennym, żmudnym, czasem może nieporadnym trwaniem przed Bogiem na modlitwie. To nie muszą być alternatywne sposoby działania, ale dwa oblicza tego samego życia.

Istnieje wiele przeszkód, które utrudniają modlitwę: zmęczenie, zagonienie, nadmiar obowiązków. Często usprawiedliwiamy się też brakiem czasu na modlitwę. A czasem są to po prostu złe przyzwyczajenia, niewłaściwy użytek telewizji czy Internetu, lub wreszcie w brak wewnętrznej motywacji i wiary, do których nie mamy odwagi się przyznać. Część z tych przeszkód można wyeliminować, a na niektóre nie mamy prawie żadnego wpływu. Ale nie sposób się modlić przechodząc nad tym wszystkim do porządku dziennego.

By modlić się wytrwale, myślę, że najpierw trzeba skonfrontować się uczciwie z rozmaitymi wymówkami, które aplikujemy sobie i innym. Bogu również. Należy zacząć od postawienia sobie prostych pytań: Czy aby nie za dużo w naszym życiu zagonienia? A może za mało walki o przestrzeń do modlitwy spowodowanej złym gospodarowaniem podarowanym nam przez Boga czasem? Truizmem jest starochrześcijańskie powiedzenie, że „jeśli Bóg będzie na pierwszym miejscu wszystko inne będzie na właściwym”. Bóg jest Panem harmonii i czasu. Jeśli zawalczymy o pierwszeństwo dla Niego w naszym życiu, On pomoże nam wprowadzić większy ład do naszej codzienności.

Jeśli modlitwa jest relacją z Bogiem, to decydujące jest ciągłe pogłębianie motywacji, a więc, czy mnie rzeczywiście (a nie deklaratywnie) zależy na pielęgnowaniu tej relacji. Jeśli chłopak twierdziłby, że jest zakochany w dziewczynie i zapewniałby ją o tym nieustannie (przez komórkę lub w mailu), a przez dłuższy czas nie znalazłby czasu, by się spotkać w realu, to de facto co innego jest dla niego ważne. Wszystko inne jest zwykłą wymówką.

Element walki o modlitwę widzę też w umiejętności rezygnacji. To chyba jest najtrudniejsze. Nie będzie wytrwałej modlitwy, jeśli każdy dzień będzie wypełniony mnóstwem zajęć, jeśli będzie panowała zbyt duża spontaniczność, jeśli nie będzie pewnej organizacji czasu. Modlitwy nie można „dodać” do całej reszty jako kolejnego obowiązku. Ona musi być czymś więcej…

W końcu nieodzowna jest korekta naszych fałszywych wyobrażeń o modlitwie. Wydaje nam się, że modlitwa powinna być zawsze idealnym czasem spędzonym przed Bogiem. Zniechęcamy się, jeśli tylko pojawią się rozproszenia. Tymczasem praktyka pokazuje, że jeśli będziemy wierni modlitwie, to i rozproszeń będzie coraz mniej. Wielcy mistrzowie modlitwy uczą, że nie jej jakość jest najważniejsza, ale właśnie trwanie przy niej pomimo oporów.

Papież Franciszek w wywiadzie dla „Civilta Cattolica” mówi o swojej modlitwie wieczornej przed Najświętszym Sakramentem. Powiada, że stara się być jej wierny przez godzinę, nawet jeśli przeszkadza mu natłok spraw mijającego dnia, zmęczenie, a nawet przyśnięcie: „To, co najbardziej lubię, to adoracja wieczorna, nawet kiedy mam rozproszenia i myślę o czymś innym, a nawet gdy modląc się usnę”.

To bardzo budujące słowa w naszej walce o modlitwę i jakość codziennego działania.

Ostatecznie warto pamiętać o tym, że zarówno modlitwa jak i dobre działanie bierze początek od samego Boga. To On jest ich źródłem, a nie my, choć zwykliśmy sądzić, że jest inaczej.

Prośmy, abyśmy w naszych wysiłkach poszukiwania Boga i modlitwy pierwsze miejsce zawsze potrafili pozostawić dla Boga.