Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Królowa i Służebnica

Obok krzyża Jezusa stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena.

Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: „Niewiasto, oto syn Twój”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”.

I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie. (J 19,25-27)

Jak powstaje Kościół i co to jest Kościół? Czy Maryja króluje nad Polską czy polskim Kościołem? Czy rządzi nami, naszymi sumieniami od czasu zawierzenia i ślubów narodu?

próba odpowiedzi na tak postawione pytania, niesie zawsze pewnego rodzaju ryzyko, bo łatwo może zrodzić podziały, mury i niekończące się kłótnie, gdyż zawsze będą ci, którzy na te pytania odpowiedzą twierdząco i zawsze będą tacy, którzy będą sądzili, że to utopijne i jedynie życzeniowe naginanie rzeczywistości.

Dlatego warto zacząć od źródła…

Kościół nie objawia się dopiero w symbolicznym roku 313, kiedy cesarze wschodniej i zachodniej części Cesarstwa Rzymskiego wydają zgodnie edykt zwany mediolańskim, dającym chrześcijanom wolność wyznania i nadając Kościołowi ziemie i budynki, ale jak mówi Ewangelia św. Jana, Kościół rodzi się od wewnątrz, gdy Jezus umiera na Krzyżu.

W ostatnich chwilach życia Jezusa ostro zarysowuje się Jego uczucie do dwóch najbliższych Mu osób, tych, którzy poznali odgłos bicia Jego serca. I na chwilę przed tym, kiedy to Serce ma przestać bić, Ten, przez którego wszystko się stało, co się stało, dokonuje ostatecznego i nowego stworzenia. Najpierw patrzy na Matkę, a raczej na to, co jest między Nim a Nią, na bosko-ludzką relację między Bogiem – Człowiekiem a Jego Matką. Potem spogląda na ukochanego ucznia, który przyszedł na Golgotę wbrew wszelkiej logice lęku i ucieczce starszych apostołów. Ten uczeń, którego Jezus miłował przyszedł z powodu potężnego i świętego pragnienia, które w nim zamieszkało w czasie Ostatniej Wieczerzy.

Jak pisze wybitny XX-wieczny teolog Hans Urs von Balthasar: „Chrystus w obliczu miłości do Matki i do Jana w piąty dzień tygodnia dopełnia stworzenia, ogłaszając każdemu z osobna nową, najintymniejszą relację między tymi, których kocha, relację zwaną Kościołem; przestrzeń, która będzie się wypełniać w nieskończoność Jego pragnieniami i mocą, w której będzie można usłyszeć bicie bosko-ludzkiego Serca…”

Tak się rodzi Kościół, zarówno ten pierwotny jak i współczesny; zarówno ten w Polsce jak i na krańcach świata. Nie ma innego schematu.

Miłość Jezusa do każdego człowieka łączy ludzi, którzy chcą stać pod Krzyżem, który dla nich – podobnie jak dla Maryi i Jana – jest symbolem największej miłości Boga do człowieka. Miłości tyleż niezasłużonej, co bezgranicznej, która nadaje sens ich życiu i ich wierze.

Królowanie to zawsze służba. Chrystus uczył nie, jak rządzić – to potrafi lepiej lub gorzej każdy – ale jak uklęknąć przed drugim człowiekiem i wydobyć z niego dobro, jak obmyć mu stopy, jak patrzeć na niego z zachwytem. I tak właśnie Maryja, którą dzisiaj czcimy jako Królową, jako służebnica Pańska, nie przestaje wydobywać dobra z każdego człowieka, który poznaje miłość Chrystusa i pragnie się tej miłości zawierzyć bez zastrzeżeń, tak jak Ona.

Tę cichą, pokorną służbę Maryi dziś świętujemy. Jest to królowanie nad ufnymi i wiernymi, zmagającymi się z wątpliwościami i zagubionymi, a także nad niewierzącymi, zgorszonymi…  Ona jedyna potrafi wydobyć dobro z każdego bez wyjątku człowieka jedynie sobie znanymi sposobami. Jedynie Ona potrafi znaleźć drogę, do każdego, nawet najbardziej zamkniętego na Bożą miłość serca.

Często jest tak, że w obecności niektórych osób, naszych przyjaciół i ludzi Bożych, czujemy, że możemy stawać się lepsi. Właśnie będąc blisko Maryi Królowej, czujemy, że możemy stawać się lepsi, nabieramy odwagi, by czynić więcej niż tylko tyle, na ile nas stać na co dzień, bo Ona pomaga nam swoim przykładem uwierzyć, że możemy, tak jak Ona pięknie żyć.

Ojciec Św. Benedykt XVI pisze: „W Sercu Maryi jest tylko jedno pragnienie: wspomagać tych, którzy pragną żyć jak dzieci Boże. Jako najczulsza Matka nieustannie prowadzi ich do Jezusa, aby idąc za Nim, uczyli się pogłębiać swoją pełną miłości więź z Bogiem. Maryja ukochała Kościół do tego stopnia, że została mu dana za Matkę (por. J 19,27). Ona mówi i myśli wsłuchując się nieustannie w wolę Bożą; ta wola staje się Jej słowem, które kieruje do nas. Z posłuszeństwa woli Boga rodzi się całe Jej życie i działanie. I tego także pragnie nauczyć nas – swoje dzieci”.

Medytacyjne nicnierobienie

Jezus powiedział do Nikodema: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. (J 3,16-18)

„Istnieją wciąż mężczyźni i kobiety, którzy siadają regularnie, żeby nic nie robić. Po prostu nic. Siedzą cicho i bez ruchu. Oczy maja zamknięte. Milczą. Wydaje się to dziwne, wręcz irytujące w świecie pełnym nieustannej aktywności: jak ktoś może marnować czas na nicnierobienie, gdy do dobrego tonu należy być strasznie zajętym i mieć mało czasu. Siedzeniem cicho i bezczynnością nie zarabia się pieniędzy, nie buduje państwa. Nie ma nęcących zysków, żadnych premii, żadnych sukcesów. Patrząc z takiej perspektywy takie siedzenie, to dość nieprzydatna postawa.

Ale właśnie to stanowi o jej szczególnej wartości: nie daje się wciągnąć w żadne cele. Kto siedzi i milczy, przechodzi na drugą stronę spraw pozornie potrzebnych i przynoszących korzyść. W przestrzeń wolności tak potrzebną ciągłe nękanej duszy. Siedzenie to nazywamy medytacją. Ćwiczeniem stosowanym w tradycjach religijnych na Wschodzi i na Zachodzie. Medytujący niczym skały w kipieli oceanu, znajdują wśród całej krzątaniny otaczającego ich świata czas, żeby po prostu być. Czujni, uważni, otwarci na tajemnicę.” [T. Merton, fragment pochodzi konferencji wygłoszonej do sióstr zakonnych, Leclerq 14 stycznia 1968]

Nic nie robić!? Nic prostszego, chciałoby się powiedzieć. Każdy jednak, kto spróbuje, dowie się, że się mylił.

Nie małą trudność stanowi już samo siedzenie bez ruchu i czuwanie. Jeszcze trudniej zmusić nasz wiecznie aktywny umysł do nie-myślenia a niebezpieczeństwo, że znowu będziemy się wysilać, żeby nic nie robić jest duże. Jednak używając znowu słów Mertona: „Medytacja, którą trzeba „robić” nie jest medytacją. W prawdziwej medytacji nie ma nic do zrobienia – ale jest wiele więcej do porzucenia, co często przychodzi jeszcze trudniej. Jak pisze Mistrz Eckhatrt: „Duchowość nie jest dodawaniem, lecz odejmowaniem.”

Mistrz Eckhart zawsze nauczał, że medytacja polega na prostocie, dlatego pisał do jednaj z sióstr zakonnych: „Angażuje się siostra w zbyt dużo ćwiczeń religijnych a tymczasem potrzebuje siostra jedynie wewnętrznej prostoty”. Eckhart często zadawał osobom, którym duchowo towarzyszył by znajdowały czas na bezczynne przebywanie w chwili obecnej, bo to jest droga do „źródła wody żywej”, która tryska w nas, ale jedynie w teraźniejszości. Nawet jeśli nam to nie wychodzi od razu, to trzeba się w tym ćwiczyć. Kluczowym aspektem dobrej medytacji jest zawierzenie. Jest to zawierzenie Bogu, zawierzenie życiu, poprzez które On działa, zawierzenie tajemnicy, z którą często rozmijamy się przez nasz hiper-aktywizm. „Doświadczenie pokazało mi, że nawet dla ziemskich korzyści nie możemy uczynić nic lepszego, niż zostawić sprawy Opatrzności Bożej” – pisze Eckhart. Nie chodzi jednak o źle rozumianą bierność i lenistwo, lecz raczej o szukanie zdrowej równowagi między tak powszechną dziś aktywnością a brakiem działania. To jak złożenie naszych rąk w  ręce Boga, gdyż  żadne ręce nie poprowadzą nas i nie nauczą nas przeżywać życia lepiej i głębiej niż – używając słów proroka Izajasza – ręce Boga, w których ukryte jest nasze życie. (por. Iz 49, 15-16)

św. Józef – patron niezwykły

Choć ani jedno słowo św. Józefa nie zostało zapisane w Piśmie Świętym, to jego milczący przykład posłuszeństwa, wierności i troskliwej opieki nad Jezusem i Maryją sprawiły, że stał się jednym z ukochanych świętych wielu wierzących.

Starożytna modlitwa do św. Józefa z IV wieku przypisywana św. Efremowi Syryjczykowi:

Święty Józefie, którego opieka przed tronem Boga jest tak wspaniała, mocna i natychmiastowa, powierzam Ci wszystkie moje sprawy i pragnienia. Pomóż mi przez Twoje potężne wstawiennictwo i wyproś mi u Twojego Boskiego Syna wszelkie duchowe błogosławieństwa, żebym – poddany Jego niebiańskiej mocy – mógł złożyć moje dziękczynienie i hołd najbardziej kochającemu ze wszystkich Ojców.

O, święty Józefie, który nigdy nie zmęczyłeś się kontemplowaniem oblicza Jezusa, który jako Dziecko zasypiał w Twoich ramionach. Nie ośmielę się zbliżyć do Ciebie, kiedy On spoczywa na Twoim sercu. Uściskaj Go mocno w moim imieniu, ucałuj Jego Boską Twarz i poproś Go, by odwzajemnił ten pocałunek, kiedy będę wydawał moje ostatnie tchnienie. Święty Józefie, patronie odchodzących dusz, módl się za mnie. Amen.

Św. Katarzyna ze Sieny

Czuję się niejako wewnętrznie przymuszony do skreślenia kilku słów o niezwykłej świętej, która została mi kiedyś podarowana w duchowy sposób, jako przyjaciółka i patronka.

Jej rodowe nazwisko brzmi Katarzyna Benincasa. Przyszła na świat w Sienie 25 marca 1347 roku jako najmłodsze, 24. dziecko w bardzo pobożnej, średnio zamożnej rodzinie farbiarza. Była ulubienicą rodziny, a równocześnie od najmłodszych lat prowadziła bardzo świątobliwe życie, pełne umartwień i wyrzeczeń. Jej biografia mówi, że mając siedem lat doznała pierwszej mistycznej łaski ofiarując się całkowicie Bogu. Od wczesnej młodości doznawała objawień i ekstaz. Gdy miała lat 12 doszło do ostrego konfliktu między Katarzyną a jej matką. Matka chciała ją dobrze wydać za mąż, podczas gdy Katarzyna marzyła o życiu zakonnym. Obcięła nawet włosy i próbowała założyć pustelnię we własnym domu. W efekcie popadła w niełaskę rodziny i odtąd była traktowana jak służąca. Do zakonu nie udało jej się nigdy wstąpić, ale mając 16 lat została tercjarką dominikańską przyjmując regułę tzw. Zakonu Pokutniczego. Dzięki temu zetknęła się z najwybitniejszymi kierownikami duchowymi XIV wieku. Katarzyna z wielkim zaangażowaniem poznawała tajniki życia duchowego, by zrozumieć swoje doznania mistyczne. Zasłynęła ze szczególnych umartwień, a zarazem radosnego usługiwania najuboższym i chorym.  W 1367 r. w czasie nocnej modlitwy doznała mistycznych zaślubin z Chrystusem, a na jej palcu w niewyjaśniony sposób pojawiła się obrączka. Od tego czasu święta stała się wysłanniczką Chrystusa, w którego imieniu przemawiała i korespondowała z najwybitniejszymi osobistościami ówczesnej Europy, łącznie z najwyższymi przedstawicielami Kościoła – papieżami i biskupami.

W samej Sienie skupiła wokół siebie elitę miasta, dla wielu osób stała się mistrzynią życia duchowego. Niestety przysporzyło jej to niemało problemów a nawet prześladowań ze strony mieszkańców rodzinnego miasta. Wielu patrzyło na nią podejrzliwie a nawet podejrzewano ją o czary i konszachty z szatanem. Na podstawie tych oskarżeń w 1374 r. wytoczono jej proces. Po starannym zbadaniu sprawy sąd inkwizycyjny uwolnił Katarzynę od wszelkich podejrzeń.

Św. Katarzyna odznaczała się szczególnym nabożeństwem do Bożej Opatrzności i do Męki Chrystusa. 1 kwietnia 1375 r. podczas pobytu w Pizzie otrzymała stygmaty – na jej ciele pojawiły się rany w tych miejscach, gdzie miał je ukrzyżowany Jezus, które jednak ukrywała przed innymi do końca życia. Podobnie jak Maryja, która bezgranicznie zaufała Bożemu działaniu.

Jednym z najboleśniejszych doświadczeń dla Katarzyny była awiniońska niewola papieży, dlatego też usilnie zabiegała o ich ostateczny powrót do Rzymu. W tej sprawie osobiście udała się do Awinionu. W znacznym stopniu to właśnie dzięki jej staraniom i determinacji ale też modlitwie papież Grzegorz IX mógł wrócić do Rzymu.

Spoglądając na dokonania św. Katarzyny, na wiele duchowych pism i listów, które po sobie pozostawiła a które tchną niezwykłą duchową i teologiczna głębią trudno uwierzyć, że Katarzyna nie umiała dobrze czytać ani pisać. Swoje przeżycia duchowe i mistyczne oraz listy dyktowała bł. Rajmundowi z Kapui, który był jej kierownikiem duchowym i spowiednikiem.

Jej geniusz przejawiał się również w życiu politycznym, na które, jako duchowy autorytet ówczesnych elit miała niemały wpływ. Odwiedzała różne miasta włoskie, głosząc potrzebę nowej krucjaty, by mógł na nowo zapanować pokój.

Przez całe życie zabiegała, aby skłócone ze sobą włoskie księstwa mogły odzyskać pokój. To ona przyczyniła się do złagodzenia sporów pomiędzy papiestwem i Florencją.

Z wielką troską dostrzegała także choroby ówczesnego Kościoła: pogoń za zaszczytami i bogactwem, szukanie ziemskich przyjemności zamiast jak sama to określała „słodyczy Jezusowego krzyża”. Nic nie mogło jej powstrzymać od napominania kapłanów, hierarchów, a nawet papieży, by przestrzegali Bożych przykazań i byli wiarygodnymi pasterzami dla ludu powierzonego ich duchowej opiece. W jej Dialogu o Bożej Opatrzności, który podyktowała pod koniec życia, można znaleźć wiele przejmujących napomnień skierowanych do duchownych. Mimo to święta ze Sieny uczyła też okazywania szacunku kapłanom, choćby ich życie było mało przykładne, bo to oni przekazują nam łaskę w sakramentach świętych, których nikt poza nimi nie może nam udzielić. W imieniu Chrystusa mówiła:

„Winniście szanować moich kapłanów, jakiekolwiek były ich błędy, przez miłość do Mnie, Boga wiecznego, który wam je zsyłam i przez miłość życia łaski, którą znajdujecie w tym skarbie [w Eucharystii], zawiera on bowiem całego Boga-człowieka, Ciało i Krew Syna mojego, zjednoczonego z moja naturą boską. Winniście ubolewać nad ich grzechami, darząc je nienawiścią i starać się, przez miłość i świętą modlitwę, przyodziać ich często i zmyć łzami waszymi ich brud; i ofiarować w moim obliczu za nich wasze łzy i wielkie pragnienie, abym ich przyodział, przez dobroć moją, szatą miłości”.

Czytając jej Dialog o Bożej Opatrzności, wchodzimy niejako w Boży świat, otwarty dla każdego człowieka, który potrzebuje nawrócenia. Dramat człowieka, zagubionego na skutek grzechów i niepohamowanej zmysłowości, został z wielkim realizmem opisany przez św. Katarzynę, która ukazała przy tym bezmiar Bożego Miłosierdzia.

Katarzyna przypomniała też całej ludzkości, że Jezus Chrystus jest jedynym naszym Zbawicielem. On jest jedynym MOSTEM, przez który trzeba przejść by dotrzeć do Ojca. Pan Jezus jest naszym Mostem wówczas, gdy z wielką prostotą naśladujemy pokorę Pana, który stał się Sługą nas wszystkich. Dlatego pisała: „Służba nie jest wstydem, ponieważ służyć Bogu nie oznacza być poddanym, lecz panować. Im doskonalsza jest ta służba, im bardziej stajemy się Mu poddani, tym bardziej jesteśmy wolni i tym bardziej panujemy nad sobą. Wówczas nie panuje nad nami żadna rzecz, a zwłaszcza grzech”.

Katarzyna, rozwijając treści z XII rozdziału Pierwszego Listu do Koryntian, pogłębiła nauczanie św. Pawła o Kościele, Mistycznym Ciele Jezusa Chrystusa. Całym swoim życiem umiłowała Kościół, który  obdarza nas Bożym życiem. 

Zmarła 29 kwietnia 1380 r. wyczerpana bardzo aktywnym życiem i umartwieniami mając zaledwie 33 lata. Została kanonizowana przez papieża Piusa II w 1461 r., zaś papież Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła w 1970 r.

Dzisiaj, gdy mass-media zalewane są tak wielkim brudem i nienawiścią, nauczanie Patronki Europy brzmi proroczo i jest bardzo aktualne. Jej obserwacje, demaskujące choroby społeczeństwa XIV wieku, nic nie straciły ze swej aktualności. „Obyśmy mieli dość odwagi i zdecydowania, by zobaczyć ogrom niesprawiedliwości i niewdzięczności ludzi wobec Zbawiciela, który przecież już zniszczył grzech i zwyciężył największego nieprzyjaciela człowieka. Walka duchowa wciąż trwa – przestrzegała św. Katarzyna  – dlatego nie wolno odkładać nam broni, wśród których sakramenty, modlitwa, asceza i pokora są najważniejsze. Państwo Boże doznaje wielu cierpień z powodu działania także Księcia tego świata, który niestety zwodzi pozornym szczęściem tak wielu z nas”.

Papież Benedykt XVI w 2010 roku poświęcił św. Katarzynie specjalną katechezę w ramach cyklu o wielkich kobietach w Kościele średniowiecznym. Podkreślił w niej m.in. iż św. Katarzyna ze Sieny, „w miarę jak rozpowszechniała się sława jej świętości, stała się główną postacią intensywnej działalności poradnictwa duchowego w odniesieniu do każdej kategorii osób: arystokracji i polityków, artystów i prostych ludzi, osób konsekrowanych, duchownych, łącznie z papieżem Grzegorzem IX, który w owym czasie rezydował w Awinionie i którego Katarzyna namawiała energicznie i skutecznie by powrócił do Rzymu. Dużo podróżowała – mówił papież – aby zachęcać do wewnętrznej reformy Kościoła i by krzewić pokój między państwami, dlatego nasz umiłowany poprzednik Jan Paweł II ogłosił ją współpatronką Europy”.

Warto na koniec przywołać piękną i bardzo aktualną modlitwę przez wstawiennictwo tej niezwykłej świętej:

Święta Katarzyno, mężna kobieto, wyproś nam łaskę odnalezienia drogi, która prowadzi nas ponad wody grzechu, rozpaczy, zniechęcenia i beznadziei, do Mostu, którym jest Pan Jezus, Odkupiciel człowieka. Mężna św. Katarzyno, wypraszaj nam łaskę duchowego rozeznawania dróg życia i dróg śmierci. Obyśmy podjęli codzienny trud nawrócenia. Ty jesteś przykładem umiłowania Jezusa Chrystusa w Kościele Katolickim, który zachowuje cały depozyt wiary przekazany nam przez Apostołów. Prośmy Boga, byśmy z pokorą, jak św. Katarzyna, dostrzegając grzechy ludzi Kościoła, duchownych i świeckich, z tym większą gorliwością modlili się o ich świętość.

Nie bądź niedowiarkiem…

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam, gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami. Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: ”Pokój wam!”. A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.

A Jezus znowu rzekł do nich: ”Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: ”Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”.

Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: ”Widzieliśmy Pana!”.

Ale on rzekł do nich: ”Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”.

A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: ”Pokój wam!”. Następnie rzekł do Tomasza: ”Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”.

Tomasz Mu odpowiedział: ”Pan mój i Bóg mój!”.

Powiedział mu Jezus: ”Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.

I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc, mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)

Próbuję sobie wyobrazić scenę z dzisiejszej Ewangelii. Stoję za plecami Tomasza zwanego niewiernym, patrzę w oczy Jezusa i słyszę Jego łagodny głos: Podnieś tutaj swój palec… Nie ma w tym głosie żadnego oskarżenia, żadnego wypominania. Tylko pytanie i prośbę kogoś, kto zna mnie lepiej niż ja sam siebie…

Włożyć rękę w bok Jezusa to znaczy dotknąć Jego serca. Z sercem natomiast związane jest, nawet w sensie etymologicznym, słowo „miłosierdzie”. W piękny sposób przedstawia to obraz, który Pan Jezus kazał namalować św. siostrze Faustynie. Boże miłosierdzie symbolizują na nim – jak wszyscy wiemy – dwa promienie wypływające z serca Pana Jezusa.

Każdy z nas jest w jakiś sposób zraniony. Od czasu grzechu pierworodnego jesteśmy jednocześnie ofiarami i sprawcami cierpienia. Dzisiaj w Ewangelii widzimy zamkniętych w wieczerniku poranionych apostołów, którzy się chronią przed równie poranionym tłumem. W taką sytuację wkracza Pan Jezus. Przychodzi do swoich uczniów i mówi: Pokój wam. Dopiero potem pokazuje im swoje rany. Ta scena jest zupełnie inna niż to, co znamy ze zwykłych stosunków międzyludzkich. Rany się pokazuje najczęściej po to, żeby kogoś oskarżyć, mówiąc: Zobacz, co mi zrobiłeś, lub zobacz, jak cierpię!

Pan Jezus pokazuje ręce i bok i mówi: Pokój wam. Jednak te rany nie są powodem oskarżenia, nie są już także źródłem śmierci, ponieważ przez nie śmierć została pokonana. Historia nie została jednak anulowana. Krzyż nie zniknął, ale z narzędzia śmierci stał się źródłem życia. Chrystus nie uniknął śmierci, tylko zmartwychwstał.

Jesteśmy dzisiaj, wraz ze św. Tomaszem Apostołem, zaproszeni, aby dotknąć serca Jezusowego, czyli dotknąć tajemnicy Bożego miłosierdzia.

Aby jednak to uczynić trzeba odwagi, gdyż dotknąć Jezusowego serca oznacza powierzyć się całkowicie Jego miłosierdziu, zanurzyć w tym miłosierdziu wszystkiego, co w nas jest, także nasze słabości. Doświadczyć wtedy możemy bezgranicznej miłości Pana Boga, miłości niczym niezasłużonej, ale też miłości, która kocha nas takich, jacy jesteśmy, miłości, której na przeszkodzie nie mogą stanąć nasze słabości i grzechy, a nawet śmierć, gdyż jest to miłość, która ma swe źródło w przebitym boku Chrystusa – zwycięzcy grzechu i śmierci.

Dotykając serca Pana Jezusa, dotykamy istoty samego Boga, a jest nią Miłość miłosierna. Niedziela Miłosierdzia Bożego zaprasza nas do tego, abyśmy w tę Miłość uwierzyli, abyśmy tej Miłości się powierzyli.

W Pierwszym Liście apostoł Jan pisze, że wiara jest tym, co zwycięża świat. „Świat” oznacza tu tę rzeczywistość, która jest wroga Bogu, a więc szatana i grzech. Apostołowie w dniu zmartwychwstania w sobie samych doświadczyli zwycięstwa nad swym grzesznym „światem”.

Fragmenty z Dziejów Apostolskich oraz Apokalipsy pokazują, że człowiek, który uwierzy w Jezusa, nie tylko może zostać wyzwolony z grzechu, lecz wkracza także w inny wymiar rzeczywistości.

Jezus przychodzi, aby nas obdarzyć swoim zmartwychwstaniem. Oznacza to, że po śmierci zwycięża w nas życie. Ale ta łaska działa już teraz. Ma ona moc przemienić nasze zranienia. Nasze duchowe rany nie muszą już ropieć zgorzknieniem, nienawiścią i zamknięciem w sobie. Przemienione przez Chrystusa mogą być źródłem pokoju i radości. Czterdzieści dni postu może niekoniecznie zmieniło nasze życie. Dlatego jedyne, co nam pozostaje, to pokornie spojrzeć w Jego miłosierne oczy, wsłuchać się w Jego łagodny głos. I jak tylu przed nami zapłakać – nad swoim ubóstwem i Jezusową hojnością. Bo to On w swoim wielkim miłosierdziu na nowo zrodził nas do żywej nadziei.