Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Theotokos

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa oraz leżące w żłobie Niemowlę. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli, co im zostało objawione o tym dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, zdumieli się tym, co im pasterze opowiedzieli.

Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to zostało przedtem powiedziane.

Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał Anioł, zanim się poczęło w łonie Matki. (Łk 2, 16-21)

Początek nie jest wszystkim, ale od początku wiele zależy, chociażby w sporcie. Wyjście z progu, oderwanie od bloków startowych, czy pierwsza bramka mogą mieć wpływ na późniejsze zwycięstwo.

Coś podobnego ma miejsce w życiu duchowym. Kiedy rozpoczynamy bez Boga, to już coś tracimy. Kiedy jednak zawierzymy Mu „od początku”, to możemy być pewni, że On nas nie opuści, że nas poprowadzi. Tak się dzieje na początku każdego roku kalendarzowego.

Kiedyś w Nowy Rok obchodzono święto nadania Imienia Jezus, bo po ośmiu dniach Chrystus Pan został obrzezany i nadano Mu imię, którym Go nazwał anioł przy zwiastowaniu. Dziś jest to Uroczystość Bogurodzicy – Tej, która porodziła Wcielone Słowo, gdy nadeszła pełnia czasu.

Maryja jest początkiem odkupienia, ale jest też, nawet jeśli o tym nie pamiętamy, przewodniczką po każdej chwili naszego życia. Wiele jednak zależy od naszej decyzji, od tego czy damy się Jej poprowadzić. Maryja ma bowiem tym większy na nas wpływ, im mocniej Jej orędownictwa pragniemy. Ważne jest zatem, aby na początku nowego roku Jej, a w Niej samemu Jezusowi oddać siebie i wszystko zawierzyć. Z miłością i ufnością! Ona, nasza Matka, niczego nie pragnie bardziej niż tego, aby Bóg nam błogosławił i nieustannie wylewał na nas swoje miłosierdzie.

Kardynał Robert Sarah pisze w swojej książce: Pismo Święte wielokrotnie uzmysławia nam, że na Boga nie da się patrzeć, aby nie stracić życia. Silne światło potrzebuje filtru. Jan Ewangelista spędził z Jezusem wiele lat, wydaje się, że dobrze Go poznał, ale gdy na wyspie Patmos podczas widzenia, które towarzyszyło pisaniu Apokalipsy zobaczył Zmartwychwstałego, upadł jak martwy na ziemię. Na słońce możemy spojrzeć jedynie wtedy, gdy przesłania je księżyc. Takim księżycem jest Maryja, która odbija blask swojego Syna. To dzięki niej możemy spojrzeć w twarz samemu Bogu, w przeciwnym razie nie przeżylibyśmy tego spotkania. Jeśli zatem widzisz ciemność w swoim życiu, to może właśnie dlatego, że jesteś bliżej Boga, niż mógłbyś sądzić?

I jeszcze jeden cytat z kard. Saraha:

Tak często ulegamy pokusie dostosowania świata do siebie i swoich wyobrażeń, tymczasem Maryja uczy nas właściwej perspektywy. Pewnie byłoby prościej: modlę się, korzystam z sakramentów, otrzymuję światło, a moje życie staje się pasmem radości. Ja daję, Bóg błogosławi. Sprawiedliwie, czyli po mojemu.

Maryja pokazuje nam jednak coś innego: jeśli chcesz wzrostu, pozwól Bogu być Bogiem, pozwól Mu działać w swoim życiu, tak jak On chce. [słowa wypowiedziane w Niepokalanowie w 2017 r] 

Kiedy czytamy hymn Magnificat warto dostrzec, że nie ma w nim ani jednej prośby, żadnego lamentu nad niesprawiedliwym losem w rodzaju: „Nie podołam”, „Dlaczego ja?”, „Miałam przecież inny pomysł na życie”. Jest jedynie wdzięczność i zaufanie, że Bóg wie najlepiej, co jest dla człowieka dobre.

Maryja nigdy nie uległa kuszącemu stwierdzeniu, któremu ulega dzisiaj wielu współczesnych chrześcijan: „W życiu musi być po mojemu, Bóg powinien się dostosować”.

Tymczasem Maryja nawet z tego, co człowiekowi ciąży najbardziej, czyli z samotności czy rutyny, uczyniła swoją drogę do świętości. Bez narzekania, bez postawy cierpiętniczej.

Weryfikacją dojrzałości naszej wiary nie jest wcale zadowolenie ze swojego życia, podziw u innych, czy ewangelizacyjne sukcesy. Sprawdzianem autentyczności więzi z Chrystusem jest postawa pełnego ufności zawierzenia. Tego właśnie pragnie nas nauczyć Święta Boża Rodzicielka.

Niech zatem rok, który rozpoczynamy będzie też Jej rokiem, abyśmy zawierzając się Jej opiece i ucząc się od Niej byli zawsze pełni wdzięczności i radości płynącej z wiary, która usuwa lęk, ocala i zbawia…

Stary – Nowy Rok

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, z tego, co się stało.

W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1, 1-5. 9-14)

Tak to się dzieje już od wieków, że w ten dzisiejszy wieczór, ludzie się cieszą, tańczą; strzelają fajerwerki, petardy i korki szampanów. Płynie między ludźmi potok życzeń. A pośród nich przemija bezpowrotnie postać tego świata. Tej nocy, kiedy tak szczególnie uświadamiamy sobie, że za nami kolejny wielki krok, życzymy sobie, aby to przemijanie było lepsze niż w kończącym się roku.

Tej nocy, zegar wybije nie tylko nowy czas jaki mamy przed sobą, ale również ten miniony, i przypomni, że „czas ucieka, i wieczność czeka”.

Ostatnie tygodnie i dni poprzedzające zakończenie starego roku, pełne są gorączkowych podsumowań, bilansów, raportów, sprawozdań i różnego rodzaju rozstrzygnięć. Ludzie liczą dochody, zyski, wydatki i straty; w telewizji, w radio mówią a w prasie piszą o najważniejszych wydarzeniach w kraju, na świecie, w polityce, w gospodarce, w kulturze i sporcie; ogłasza się zwycięzców: sportowca roku, kobietę roku, polityka roku, biznesmena roku.

A wszystko to splecione jest z minionymi zwycięstwami i porażkami, radością i łzami, nadziejami i tragediami, szczęściem i bólem, życiem i śmiercią, pokojem i niepokojem. W jednym zakątku świata ktoś się śmieje i cieszy, w innym ktoś płacze bo nie widzi żadnego światła do życia.

Dlatego warto w ostatnim dniu Roku Pańskiego 2019 zrobić sobie swoisty rachunek sumienia i zapytać siebie: Jaki był miniony rok? Nie w złotówkach i liczbach, ale w człowieczeństwie i w wierze.

Co dzisiaj mówi mi moje sumienie? Jak wykorzystałem dany mi przez Boga czas?

Kończy się kolejny etap mojego i Twojego życia.

Dlatego niech mi będzie wolno przywołać w tym miejscu mądrzejszych ode mnie:

Kardynał Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI napisał: „Minione dni tracą z dzisiejszej perspektywy wiele ze swej ostrości, a poniesione wczoraj, dziś już prawie zapomniane wysiłki pozwalają nam ufniej i spokojniej patrzeć w przyszłość, ponieważ zło, które może się pojawić jutro, tak samo minie jak to, które groziło nam w roku odchodzącym. Wraz ze starym rokiem mijają nie tylko dni przykre i złe, ale zapada w przeszłość także to, co było piękne w tym roku. Im bardziej przesuwa się nasze życie poza granice wieku dojrzałego, tym bardziej to, co dawniej widzieliśmy w kategoriach przyszłości lub współczesności, traktujemy dziś już jako przeszłość. Nie możemy zawołać: «chwilo pozostań, jesteś taka piękna». A zatem ostatnia godzina starego roku zmusza nas do zadumy nad sensem czasu.

Człowiek naszego stulecia ma więcej czasu. Medycyna przedłuża ludzkie życie. Ale czy naprawdę człowiek współczesny posiada więcej czasu? Może to nie człowiek posiada więcej czasu, ale raczej czas posiadł bardziej człowieka? Większość ludzi najmniej czasu ma dla Boga. Twierdzą, że muszą go mieć dla siebie. Tymczasem – czy istotnie mamy czas dla siebie? Chyba tego czasu – także dla siebie – najbardziej nam brak. Życie płynie jakby obok nas. Może więc prawdziwym czasem człowieka, czasem ocalonym jest ten, który mamy dla Boga?” (J. Ratzinger, „Dogma und Verkündigung”, s. 397, 402; cytat za: Służyć Prawdzie, Poznań 1983, s. 379).

Powyższe słowa – Benedykta XVI – pragnę dziś zadedykować każdej i każdemu z was, dokonującym podsumowania, bilansu, minionych dni w swoim życiu.

Ale chcę też zatrzymać się na chwilę na słowach z „Prologu” Ewangelii św. Jana.

Uświadamiają nam one nasze miejsce w czasie i naszą relację do Pana Boga, gdyż jak to czytamy w prologu Ewangelii św. Jana: „Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami” (J 1,14). I tak oto rozpoczęła się szczególna historia naszej więzi z Panem Bogiem, który w Jezusie Chrystusie „zechciał zstąpić w krótki i przemijający dzień doczesności” (św. Augustyn); wszedł w ludzką doczesność, naszą doczesność, Twoją i moją.

Dzisiejsza Ewangelia mówi nam zasadniczą prawdę: Należymy do Boga, ku Bogu zmierza nasze życie. Wszyscy żyjemy „w środowisku Bożym”. Bóg jest Panem historii i czasu. „Na początku było Słowo…Bogiem było Słowo”. Dzieje świata wyszły od Boga i dzieje świata ku Bogu zmierzają. Jesteśmy na progu nowego czasu. Ten czas ma na imię rok 2020. Także ten czas zmierza ku Bogu. To jest także czas dany nam po to, byśmy umieli rozpoznać Słowo, obecność Boga w naszym życiu. Muszę pamiętać, że Słowo-Jezus przyniosło światło wiary. To światło On pragnie wnosić w nasze życie każdego dnia, bo ono nigdy nie pozwoli nam zapomnieć, że każda i każdy z nas ze swoim życiem zmierzamy ku Bogu. Ta świadomość jest źródłem nadziei człowieka wierzącego, chroni go od zwątpienia w chwilach trudnych i skłania do wdzięczności w chwilach radosnych.

Czy spoglądając wstecz potrafimy dostrzec, że te 364 minione dni były dla nas miejscem obecności Boga i Jego działania w naszym życiu? Prośmy, abyśmy tej Bożej obecności nie przeoczyli także w nadchodzącym roku.

Dzisiaj jest dobry dzień, aby dziękować, przepraszać, i prosić:

– dziękować za wiarę, a przepraszać za obojętność i prosić o wytrwałość;

– dziękować za nadzieję, a przepraszać za poddawanie się zwątpieniu i prosić o umocnienie;

– dziękować za miłość, a przepraszać za niewierność i prosić o wzrastanie w miłości;

– dziękować za każde dobro, a przepraszać za niewdzięczność i prosić o potrzebne nam w codzienności Boże dary;

– dziękować za każdą chwilę, a przepraszać za stracony czas i prosić byśmy nigdy nie przestali go widzieć, jako dar od Boga.

– dziękuje dziś także Bogu za każdego spotkanego człowieka, którego Bóg postawił na drodze mojego życia, za wszelkie dobro, przepraszam jeśli coś było nie tak, i proszę o tak bardzo potrzebną modlitwę.

W tym miejscu, również pragnę podziękować Wam, którzy jesteście czytelnikami tego bloga, trwającym na drodze medytacji we wspólnocie z nami lub poza nią za Waszą obecność, za życzliwość i modlitwę. Niech dobry i miłosierny Bóg Wam wynagrodzi Wasz trud, Wasze dobre serca i Waszą ofiarność.

Szczególnie chcę Panu Bogu podziękować za to dobro, któreśmy mogli razem wspólnie tworzyć podążając ścieżką medytacji monologicznej a jednocześnie wspólnie idąc drogą wiary.

A w ramach życzeń pozwólcie, że przywołam słowa Św. Pawła Apostoła: „Słowo Chrystusa w Was przebywa z całym swym bogactwem”, abyście przeżywali wasze codzienne sprawy „pod wpływem łaski, śpiewając Bogu w waszych sercach”. „Wszystko, cokolwiek czynicie słowem lub czynem, wszystko czyńcie w Imię Pana naszego Jezusa, Dziękując Bogu Ojcu przez Niego”.

Niech ten Nowy Rok okaże się dla Was i Waszych bliskich prawdziwie błogosławiony i pełen pięknych chwil przeżywanych w jedności z Bogiem i z Jego Słowem oraz z ludźmi. Szczęść Boże!

Tajemnica świętej Rodziny

Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: „Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić”. On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez proroka: „Z Egiptu wezwałem Syna mego”.

A gdy Herod umarł, oto Józefowi w Egipcie ukazał się anioł Pański we śnie i rzekł: „Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i idź do ziemi Izraela, bo już umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia”. On więc wstał, wziął Dziecię i Jego Matkę i wrócił do ziemi Izraela.

Lecz gdy posłyszał, że w Judei panuje Archelaos w miejsce ojca swego, Heroda, bał się tam iść. Otrzymawszy zaś we śnie nakaz, udał się w stronę Galilei. Przybył do miasta, zwanego Nazaret, i tam osiadł. Tak miało się spełnić słowo Proroków: „Nazwany będzie Nazarejczykiem”. (Mt 2, 13-15. 19-23)

Dokonała się tajemnica wcielenia Syna Bożego.

To, co wydawało się niemożliwe, stało się rzeczywistością: „Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami”. Rodzina ludzka stała się rodziną samego Boga, w której Zbawiciel będzie rósł, nabierał mocy, napełniał się mądrością i w której spełni swe życie. To, co nosiło – i nosi – w sobie znamiona zwyczajności, staje się miejscem wyjątkowym, jedynym i niepowtarzalnym. Staje się kolebką życia i świętości.

Na czym więc polegała tajemnica szczęścia Świętej Rodziny poza niezwykłą, bo cielesną obecnością Boga? Na pewno nie na bogactwie, przepychu i pozycji w społeczeństwie, co widać po stajni betlejemskiej czy domu w Nazarecie. Tajemnica ta musi tkwić w czymś głębszym…

Można by ulec pokusie – jak wielu czyni to w Internecie – by w święto Świętej Rodziny zapytać, dlaczego życie naszych rodzin tak często nie jest podobne do życia Świętej Rodziny, można  by ponarzekać sobie nad współczesną rodziną i dokonać krytycznej analizy naszego rodzinnego życia. Pytanie tylko, czy byłoby to ewangeliczne podejście do sprawy!?

Po pierwsze: sądzę, że każdy z nas spotyka zarówno rodziny obolałe i smutne, jak również rodziny piękne i tętniące życiem, również tym Bożym życiem. Po drugie: od ciągłego powtarzania, że świat jest zły z pewnością nie staje się on lepszy. Po trzecie wreszcie, wobec tego, że mamy szansę spojrzeć na wspólne życie Maryi, Józefa i Jezusa może warto znaleźć w niej inspirację dla naszych rodzin, dla umocnienia tego, co dobre i uzdrowienia tego, co takie nie jest.

By jednak Święta Rodzina stała się dla nas inspiracją warto zadać sobie kilka ważnych pytań: Jacy oni byli na co dzień? W Betlejem, gdzie narodził się Jezus; w Egipcie, gdzie musieli uciekać przed gniewem Heroda; w Jerozolimie, gdzie Maryja i Józef na chwilę zgubili Jezusa i wreszcie w Nazarecie, który był ich rodzinnym miastem? Co było źródłem ich szczęścia pomimo tak wielu trudności, przez które musieli przejść?

Fundament szczęścia członków tej szczególnej Rodziny zawarty jest we wnętrzu ich serc, w ich wzajemnej miłości i odpowiedzialności za siebie. Nikt z nich nie jest samotny, bo mają siebie i o tym doskonale wiedzą. Każde z nich wie, że jest u siebie i że jest potrzebne innym: Józef Maryi i Dziecku, Maryja Jezusowi i mężowi, Syn swej Matce i ziemskiemu ojcu. Są sobie potrzebni, by wzrastać w miłości i w nią wierzyć.

Trudno też powiedzieć, jak Maryja i Józef radzili sobie ze świadomością, a może presją, która towarzyszyła im od poczęcia Jezusa, że Bóg ich wybrał i uczynił częścią swojego planu? Może się przyzwyczaili to tego nadzwyczajnego Bożego wyboru? A może wręcz przeciwnie?

Nie ma zbyt wielu źródeł, by znaleźć odpowiedzi na te pytania, dlatego tym uważniej warto się wczytywać w Ewangelię opowiadająca o życiu Świętej Rodziny. Zwłaszcza święty Łukasz opisując Jej życie wielokrotnie powtarza, że rodzice Jezusa postępowali zawsze zgodnie z poleceniami Prawa Pańskiego. W Izraelu zawsze panowało przeświadczenie, że wierność Prawu to wierność Bogu. A fundamentem tej wierności jest zawsze miłość Boga i człowieka.

Jeśli sobie uświadomimy, że Ewangeliści opisujący historię Świętej Rodziny mogli czerpać wiedzę o Jej prywatnym życiu z osobistych rozmów z Maryją, to stają się oni dla nas świadkami pierwszoplanowymi. Możemy zatem traktować Ewangelię (zwłaszcza Łukasza i Mateusza, którzy szeroko opisują dzieciństwo Jezusa) jako, dziennik duszy samej Maryi. Nie ma więc przypadku, że w czytanym dziś fragmencie tak, jak w wielu innych momentach mowa jest o absolutnym posłuszeństwie Bogu, który dwukrotnie przychodzi do Józefa we śnie, oraz o odpowiedzialności za powierzonych przez Boga członków Rodziny.

Święta Rodzina uczy nas, że posłuszeństwo woli Bożej, nie każe się wyrzekać swej woli, nie niszczy indywidualności, nie zabiera nic z tego, co ludzkie, ale to wzmacnia. Jest to posłuszeństwo, które zawsze chroni; więcej staje się światłem i siłą twórczą, otwierającą na przygodę życia z Bogiem.

Jacy zatem Oni byli? Maryja, Józef, Jezus. Na czym polega tajemnica niepowtarzalności i świętości życia Świętej Rodziny!? Warto znaleźć odpowiedź na to pytanie, jeśli marzymy by nasze rodziny choć trochę przypominały tę Rodzinę z Nazaretu.

Otóż nie ma żadnej tajemnicy! Ich szczęście podobnie jak szczęście każdej rodziny wyrasta z wzajemnej miłości, szacunku i odpowiedzialności za siebie wszystkich jej członków. To te zwykłe cechy sprawiają, że nasze domy nie są tylko domami, gdzie mieszkamy, ale gdzie czujemy się bezpieczni; gdzie rozumiemy innych i jesteśmy przez innych rozumiani.

Ale Święta Rodzina zaprasza nas także byśmy odkrywali nasze rodzinne szczęście i pomoc, która do niego prowadzi we wsłuchiwaniu się w Słowo Boże. Gdyż to właśnie w słowo Boże ciągle na nowo przypomina nam, że każda rodzina w oczach Bożych jest ważna i święta, nawet jeśli nie świętością jej członków, to mocą sakramentu, który ją wiąże i umacnia. To słowo Boże uczy nas, tak jak uczyło Świętą Rodzinę doceniać i być wdzięcznymi, że mamy siebie i że każdy z domowników jest potrzebny innym: Mąż żonie, żona mężowi, rodzice dzieciom, dzieci rodzicom.

Jesteśmy sobie potrzebni, by wzrastać w miłości i w tę miłość nigdy nie zwątpić.

Męczennik miłości

Jezus powiedział do swoich Apostołów:

„Miejcie się na baczności przed ludźmi. Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić.

Gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. (Mt 10, 17-22)

Co roku trochę się dziwię, dlaczego Kościół dzień po Narodzeniu Chrystusa świętuje męczeństwo Szczepana!? Przecież to zupełnie nie pasuje do charakteru tych świąt. Ich atmosfera zostaje od razu zachwiana: zamiast dłużej cieszyć się przyjściem Jezusa na świat, słuchamy słów o podziałach i śmierci.

Jednak śmierć Szczepana nie jest przeciwstawiona narodzinom Zbawiciela. Święty Łukasz, autor Dziejów Apostolskich, celowo pisze w taki sposób, żeby w męczeństwie Szczepana pokazać kontynuację i powtórzenie śmierci Jezusa: począwszy od oskarżenia o bluźnierstwo, przez przebaczenie prześladowcom, aż po powierzenie swojego ducha Bogu. Patrząc z tej perspektywy męczeństwo Szczepana jest jedynie wypełnieniem słów Jezusa: „Uczeń nie przewyższa nauczyciela (…). Wystarczy, jeśli uczeń będzie jak nauczyciel” (Mt 10, 24n).

Oczywiście można na to wydarzenie popatrzeć jedynie po ludzku. Można spróbować zasugerować, że śmierć Szczepana to było jedno wielkie nieporozumienie!?…

Przecież Szczepan nie miał nikogo nauczać. Powierzono mu zupełnie inną misję w Kościele.

Apostołowie ustanowili siedmiu diakonów, aby obsługiwali stoły – rozdzielali jałmużnę wdowom i opiekowali się ubogimi we wspólnocie. Dzięki temu dwunastu mogło bez reszty poświęcić się głoszeniu dobrej nowiny.

Dziś ktoś mógłby westchnąć: Po co Szczepan pchał się do tego, o co go nie proszono, do czego nie miał odpowiedniego przygotowania i przez co w konsekwencji zabrakło mu zręczności wypowiedzi w dyskusji z przeciwnikami. Popełnił błąd nowicjusza i spotkało go to, co go spotkało…

Historia Szczepana jest nie tylko kamieniem obrazy dla ludzkiego sposobu planowania. Bóg przyjmuje ofiarę życia świętego i pokazuje, że Jego ścieżki niekoniecznie pokrywają się z naszymi kalkulacjami.

Jest jednak coś o wiele istotniejszego w tej historii. Czy to przypadek, że pierwszym męczennikiem nie jest „zawodowy” kaznodzieja, ale człowiek odpowiedzialny za dzieła miłosierdzia, i to te najbardziej ziemskie: względem ciała? To pokazuje, że nie ma w Kościele funkcji mniej i bardziej znaczących. Szukanie w Kościele równości nie polega na „uduchowieniu” wszystkich powołań, ale na docenieniu każdego w jego niepowtarzalności.

Pierwszy męczennik oddawał się dziełom miłosierdzia. Stał na straży miłości we wspólnocie. Nic dziwnego, że wysunął się na prowadzenie wśród męczenników – istotą męczeństwa nie jest bowiem ani cierpienie, ani poglądy, ze względu na które jest się prześladowanym, ale miłość, która rzuca wyzwanie temu, co jest brakiem miłości.

Święty Szczepan uczy nas czegoś jeszcze: W obliczu śmierci czy prześladowania nie ma czasu na błahe sprawy. Na układanie zdań i argumentów. Jest czas na powiedzenie tego, co najważniejsze. Bo może już nigdy nie będzie okazji, żeby to powiedzieć. W chwilach najważniejszych nie chodzi o dobór słów, ale o prawdę życia. I o tę prawdę wypowiedzianą w trudnych chwilach modlimy się dzisiaj. Żeby Duch Święty był z nami i dopomógł wypowiedzieć ważne słowa wtedy, gdy zaistnieje taka potrzeba.

W naszych wewnętrznych dyskusjach, z prawdziwym czy wyimaginowanym przeciwnikiem, toczymy niekończące się dysputy i rozważania: a jeśli ja mu powiem tak, to on mi odpowie, albo i tak nie zrozumie, a czemu miałby mnie zrozumieć, przecież mnie skrzywdził… i tak w nieskończoność.

Tymczasem Duch Święty działa nie tylko w moim sercu, ale i w sercu mojego adwersarza. W nim także dzieje się jakaś historia.

Dzisiejsze święto uświadamia nam, że męczeńska śmierć Szczepana związała jego los na zawsze z losem świętego Pawła – jego prześladowcy. Zgodnie z prawem mojżeszowym Paweł był za młody, by wykonywać wyrok kamienowania, dlatego stał i patrzył, pilnując rzeczy prześladowców. Słyszał słowa Szczepana, które w jego uszach brzmiały jak bluźnierstwo. A jednak to, co usłyszał, i zbrodnia, której się przyglądał, coś na zawsze w nim zmieniły. Choć trzeba było jeszcze czasu, aby prześladowca chrześcijan, zmienił się w Pawła, przyjaciela Jezusa i brata Szczepana.

Myślę, że ta historia przypomina nam, że musimy nieustannie czuwać nad naszym słowem i nad naszą postawą. Naszym zadaniem, jako uczniów i świadków Chrystusa jest żyć w prawdzie, a w chwili najważniejszej mieć odwagę tę prawdę wypowiedzieć. Mieć odwagę przyznać się do Chrystusa, także wówczas, gdy nic po ludzku nie będziemy mieli do zyskania a wszystko do stracenia.

Bóg, który rodzi się dla wszystkich

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, z tego, co się stało.

W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1, 1-5. 9-14)

Czytając dzisiejszą Ewangelię, możemy sobie wyobrazić, że to początek scenariusza do filmu fantastycznego. A jednak przytoczony przez Jan opis, to nie fantazja, to rzeczywistość, choć do dziś nieprawdopodobna i dla wielu trudna do przyjęcia. Wszechmocny Bóg, stwórca wszechświata przychodzi na świat, aby zaprzyjaźnić się ze swoim stworzeniem; więcej, aby ofiarować mu w darze swoją miłość i swoje życie. Aby na zawsze związać swój los z losem każdego bez wyjątku człowieka, zarówno tego, który w Niego wierzy i otworzy się na Jego miłość, jak i tego, który tą miłością wzgardzi.

Dwie noce w ciągu roku są szczególnie wytęsknione. Pierwszą z nich jest noc Bożego Narodzenia, drugą – Noc Paschalna.

Tej drugiej wyczekujemy jako nocy objawienia się Bożej potęgi, zwycięstwa Zmartwychwstałego nad grzechem, cierpieniem, śmiercią i wszystkim, co przytłacza nas na ziemi. Natomiast pierwszą z nich – noc narodzenia Chrystusa – świętujemy jako niepojęte uniżenie się potęgi Boga, Jego wejście w to wszystko, co na tej ziemi jest naszą słabością – w cierpienie, ułomność i śmierć sprowadzone na świat grzechem pierwszych rodziców.

Każdy świt to moment przychodzenia. Przychodzą pasterze do stajenki. Przychodzi Zbawca do swego ludu. Przychodzi światło do ciemności.

Lud Starego Przymierza, który Pan nazywa Córą Syjońską – w dzisiejszym pierwszym czytaniu – doskonale wiedział, że zgrzeszył, zbłądził, zdradził. Że przestał szukać Boga, że Go opuścił. Zawsze tak było, że jeśli Izraelici opuszczali Pana, to spadały na nich cierpienia. Doświadczali konsekwencji grzechu. Izraelici wiedzieli, że odejście od Boga nie jest bezkarne. Musieli sobie uświadomić, że potrzebują zbawienia, że sami nie dadzą rady. Potrzebny jest Ktoś posłany przez Boga.

Dzisiaj wszystko jest „opcją”, „wyborem”. Nie możesz oceniać. Nie ma już dobra i zła – bo wszystko przecież jest względne. Czy zatem współczesny człowiek potrzebuje jeszcze Zbawiciela, skoro wszystko, co robi, jest tak ogólnie „w porządku”? Od czego zatem Zbawiciel miałby go zbawić?

Jeden z XX-wiecznych filozofów napisał kiedyś, że: „Prostota jest darem i wolność to dar…”

Ludzie prości nie stracili jeszcze tego podstawowego rozeznania. Jeśli grzeszą, to wiedzą, że grzeszą. Jeśli się nawracają, to robią to szczerze. Nie kombinują, nie racjonalizują, nie szukają wyjaśnień, wymówek, samousprawiedliwienia. Dlatego właśnie prości – pasterze – jako pierwsi otrzymują wieść o przyjściu Zbawiciela.

Wczoraj podczas Pasterki w naszym kościele obecny wśród nas ks. biskup Tadeusz Pikus zacytował wiersz, który pozwolę sobie w tym miejscu przywołać. Wiersz nosi tytuł: Cud narodzin

To w sumie jest zwyczajny dzień,

Słońce zachodzi, Gwiazda wschodzi

i tylko jeden błahy fakt,

w tym dniu szczególnym… Bóg się rodzi.

 

Normalny, wielkomiejski gwar,

błyskotki wprawiające w podziw

i drobiazg mały jak dziecina,

drobnostka taka… Bóg się rodzi.

 

Wrzeszczą reklamy, pędzi tłum,

właściwie kogo to obchodzi,

że niedaleko, obok, tuż

w marnej stajence… Bóg się rodzi.

 

Pismak w gazecie uczy nas

co nam się godzi, co nie godzi,

czy w klasie wolno wieszać krzyż,

a tam w jasełkach… Bóg się rodzi.

 

Klaksony ryczą, auta mkną,

karetka wyje i zawodzi,

Czy coś się stało? Ależ skąd,

przecież to tylko… Bóg się rodzi.

 

Proszę wybaczyć, spieszę się,

za chwilę pociąg mam do Łodzi.

Był wczoraj w radiu jakiś news,

coś wspominali… Bóg się rodzi.

 

Mijają święta, cicho, sza,

świąteczny nastrój mróz ochłodził.

Czy pan coś słyszał? Ponoć Ktoś

w te Święta dla nas się narodził?

 

Gdzieś coś słyszałem, ale cóż…

człowiek tak goni… szkoda gadać,

więc nie chciałbym, rozumie pan,

na temat ten się wypowiadać …..

 

Narodził się w Betlejem Bóg,

bez trąb, hałasu i atłasu.

Wtedy Mu poskąpiono miejsca,

myśmy Mu poskąpili czasu.

 

Narodził się – to znany fakt,

by ziemską z nami dzielić dolę,

więc w Święta znajdź dla Niego czas

i wolne miejsce zrób przy stole.

Kiedy posłuchałem słów wiersza pana Jerzego Skoczylasa, pomyślałem sobie jak trudno jeszcze zaskoczyć czymś współczesnego człowieka na Boże Narodzenie, którego głębia tak łatwo ginie dziś w blasku lampek choinkowych i silących się na oryginalność supermarketowych pop-kolęd czy wdzierającą się z billboardów i radioodbiorników „magię tych świąt”.  Wspinający się na teologiczno-poetyckie wyżyny prolog Ewangelii Janowej jakoś nie pasuje do tego wszystkiego. Wydaje się zbyt trudny do odczytania i zrozumienia, zbyt wzniosły.

Dlatego patrząc wczoraj na żłóbek w opuszczonym, cichym po pasterce kościele pomyślałem sobie: Dzięki Ci, Boże, za bożonarodzeniową lekcję pokory, że przychodzisz w taki sposób, że nie możemy się wymówić, iż nasz Bóg jest odległy, niedostępny. Jeśli zatem Go nie spotkam, to nie dlatego, że nie mogę, ale dlatego, że nie chcę…

Wszechmocny Bóg, Stwórca Wszechświata przychodzi właśnie w taki niepozorny sposób, by móc być dostępny dla każdego bez wyjątku człowieka, bo pragnie przynieść światło każdemu z nas a jednocześnie stać się Światłem w życiu każdego człowieka.

W Nim możemy przyjrzeć się naszym relacjom z najbliższymi, możemy spotkać się ze sobą samym, a przede wszystkim – co jest szczególnie trudne, lecz zarazem najważniejsze w pragnieniu Syna Bożego odnośnie do nas – możemy dostrzec oraz przyjąć do serca delikatną obecność i miłość Boga żywego.

W Bogu, który jest światłem i miłością a nie sędzią i policjantem łatwiej nam zauważyć ciemności i półmroki, które dręczą nasze wnętrze, paraliżujące nas lęki, egoizm, który zakłamuje nasze więzi z bliskimi.

Łatwiej nam to odkryć, by uczynić kolejny krok, ten najtrudniejszy, lecz równocześnie najwspanialszy – możemy wreszcie przyjąć nas samych, całych, takich, jacy jesteśmy, bo On nas takimi przyjmuje i kocha.

Boże Narodzenia to bowiem nade wszystko lekcja prawdy o bezinteresownej miłości, jaką Bóg pragnie nam dać w tym małym bezbronnym, urodzonym na peryferiach świata Dziecku. Urodzonym dla każdej i każdego z nas bez wyjątku.