Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Wspomnienie Wiernych Zmarłych – Iść przez życie z nadzieją

Życie zostało nam dane, abyśmy szukali Boga,

Śmierć, abyśmy Go znaleźli,

Wieczność, abyśmy cieszyli się Jego miłująca obecności

                                                                           J. Nouet

Różne uczucia i myśli rodzą się w nas, gdy w listopadzie odwiedzamy cmentarze. Widok grobów naszych drogich zmarłych przynagla, by osobiście pytać o sens przemijania i śmierci. Widok jesiennej przyrody dodatkowo przyczynia się do zadumy i do uświadomienia sobie, że przemijanie jest naturalna koleją rzeczy. I choć jesień – podobnie jak doczesne życie – mieni się wieloma barwami, to jednak ostatecznie zmierza ku przemijaniu.

Jednych zaduma nad śmiercią i przemijaniem napełnia radością w innych rodzi niepokój i pytania pełne trwogi.

Dlatego listopad, to dobry miesiąc na dawanie sezonowych odpowiedzi na temat sensu życia, śmierci i przemijania, które odnajdujemy w tym czasie częściej niż zwykle w różnej maści czasopismach i periodykach, w audycjach telewizyjnych i radiowych mogą nas zadowolić. Święty Jan Paweł II pisał w swojej pierwszej encyklice: „Człowiek, który chce zrozumieć siebie do końca (…) musi (…) ze swoim życiem i śmiercią przybliżyć się do Chrystusa” (Redemptor Hominis). A skoro papież mówi o człowieku w ogóle, to chrześcijanin w szczególności musi wsłuchiwać się w słowo Chrystusa, jeśli chce znaleźć pewne odpowiedzi.

To znamienne, że Jezus – stojący w obliczu bardzo już bliskiej własnej śmierci – wyraża jej ukryty sens poprzez skierowanie uwagi ku żywemu ziarnu: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec” (J 12, 23-26).

W ten sposób Chrystus chce także nas naprowadzić na odkrycie tajemnicy naszej śmierci.

Jezus przekazuje nam dobrą wiadomość o tym, że tak jak ziarno wtedy najpełniej objawia ukryte w nim możliwości, gdy zostaje wrzucone w ziemię, tak my wtedy, gdy… umieramy. Dlatego nie powinniśmy bać się (za)tracenia siebie w aktach służby, pracy, wszelkiego zużywania sił. Służąc, dając, ofiarowując innym swoje siły, czas – owszem, jakoś obumieramy. Ubywa nas, ale tak naprawdę – po przejściu przez krytyczny moment śmierci – wchodzimy w nowy rodzaj istnienia, gdzie to wszystko, co traciliśmy w miłości i przez miłość zostanie na nowo odnalezione i dopełnione. Gdyż to miłość otwiera nam drogę do udziału w Boskim życiu.

To prawda, w listopadzie, gdy odwiedzamy groby, stają nam przed oczyma twarze naszych bliskich zmarłych, którzy poprzedzili nas przekraczając już próg śmierci. Niemniej Ewangelia nie pozostawia nam złudzeń, że chrześcijaństwo jest afirmacją życia. Pan Jezus niezmiennie i na wiele sposobów obwieszcza nam ludziom Dobrą Nowinę o życiu. Jest On prorokiem nie śmierci, trwogi i rozpaczy, ale życia, radości i nadziei!

Dlatego trzeba nam nieustannie pytać siebie, czy dobrze przeżywam moje życie? Czy wykorzystuję chwilę sposobną? Czy moje życie i wszystko to, co się nań składa rzeczywiście przybliża mnie do Chrystusa a przez to do pełni życia?

Jezus odsłonił ludzką śmierć jako jedynie „przejściowy” (paschalny) i chwilowy element wielkiego procesu życia, życia wiecznego. To do życia wybrał nas Bóg „przed wiekami” (por. Ef 1, 4). I dlatego nie ma powodu do trwogi, zwątpienia i rozpaczy.

I dlatego, jako uczniowie Chrystusa winniśmy iść przez życie z nadzieją… ku lepszemu życiu.

Ku świętości

Potem ujrzałem wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. I głosem donośnym tak wołają: «Zbawienie Bogu naszemu, Zasiadającemu na tronie, i Barankowi». (Ap 7, 9-10)

Prawdziwy charakter uroczystości Wszystkich Świętych gubi nam się przez to, że w naszej tradycji jest to dzień, w którym odwiedzamy groby bliskich zmarłych. Oczywiście nie ma nic złego w odwiedzaniu grobów, ale ważne aby nie pozwolić, by ten żałobny nastrój przesłonił nam radość dzisiejszego święta. W tradycji chrześcijańskiej było to jedno z najradośniejszych świąt obok Wielkiejnocy i Bożego Narodzenia obchodzone już w IV wieku jako wyraz czci dla męczenników. To dzień dzielenia radości z tymi, którzy już zostali zbawieni, którzy na serio potraktowali Jezusowe błogosławieństwa i przeniknęli ich duchem swój sposób myślenia i swoje postępowanie.

Można powiedzieć, że trzy ważne daty następujące po sobie są czymś w rodzaju Triduum ukazującego nam obraz Kościoła: W dzień Wszystkich Świętych wspominamy Kościół chwalebny, czyli tych wszystkich, którzy są już zbawienie a więc doszli do celu swojej wędrówki; Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych (tzw. Dzień Zaduszny) przypomina o Kościele oczyszczającym się a więc o tych, którzy przeszli już do wieczności, ale do pełnego zjednoczenia z Bogiem w miłości potrzeba im jeszcze oczyszczenia z pozostałości ran zadanych przez grzech a przy okazji potrzeba im naszej modlitwy za nich. I wreszcie w niedziela poprzedzająca uroczystość Wszystkich Świętych, która jest obchodzona jako wspomnienie poświęcenia poszczególnych kościołów przypomina nam o Kościele pielgrzymującym, czyli o nas idących jeszcze drogą życia i wiary.

Mimo wszystko nawet w tak radosnym dniu jak wspomnienie Wszystkich Świętych, znajdzie się miejsce na łzy smutku. Świętość w niebie to nie nirwana lub stan, w którym zbawieni są oddzieleni od wszystkich i od wszystkiego. Ich serca choć wypełnione są radością z powodu oglądania Boga, przepełnia też współczucie dla tych, którzy jeszcze tam nie dotarli. Święci mając udział w widzeniu Boga są poruszeni niedolą, biedą, grzechem, cierpieniem Kościoła, który jeszcze pielgrzymuje lub się oczyszcza.

Jeden z wielkich teologów prawosławnych Dmitrou Staniloae tak pisze o tej tajemnicy:

„Przebywanie w miłości wieczystej Boga i ludzi nie wyklucza jednak tego, by święty uczestniczył w cierpieniach ludzi dążących do świętości i tęskniących za nią. Sam Chrystus bowiem pozostaje w ciągłej gotowości do ofiary dla nich. Również aniołowie nie wstrzymują się od poświęcenia się dla innych w nieustannej posłudze. A wszystko to dzięki trwaniu w miłości cierpiącej i współczującej, która jest wieczna i która sama jest wiecznością pełną życia”.

Niektórzy Ojcowie Kościoła wspominali o tzw. łzach świętych, którzy uczestnicząc we współczującej miłości samego Boga, pragnęli, aby i inni mieli w niej udział. Radość przebywania z Bogiem nie jest egoistyczna a zatem nie wyklucza smutku płynącego z faktu, że nie wszyscy wybierają Boga, że nie wszyscy otwierają się na Jego miłość i chcą z wiary i miłości uczynić fundament swojego życia.

Czego uczą nas święci? Przede wszystkim tego, że nie powinniśmy stawiać Bogu granic. On ma moc i pragnienie zbawienia każdego człowieka. Ale człowiek musi tez tego chcieć i Mu na to pozwolić!

Jak to zrobić? Po pierwsze zapytać siebie: Czy we mnie jest wciąż żywe pragnienie świętości a jeśli nie, to spróbować je na nowo w sobie rozpalić! Może potrzeba do tego przystąpienia do dawno odkładanej spowiedzi i Komunii świętej; może trzeba zatroszczyć się o pogłębienie swojej modlitwy, by była czymś więcej niż tylko obowiązkiem, by budowała prawdziwą relację przyjaźni z Jezusem. A może trzeba większego zaangażowania w zasłuchanie w Słowo Boże jako antidotum na często pesymistyczne i tylko przyziemne widzenie jakie próbuje zaszczepić w nas świat i pan tego świata.

Święci to ci, którzy ciągle nam przypominają, że nie w bogactwie i własnym prestiżu, ani też w swoich siłach czy w drugim człowieku, lecz w Bogu powinniśmy złożyć nadzieję. Bo jak przypomni nam św. Jan apostoł: „Każdy, kto pokłada w Nim nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty” (J 3, 3). Bo świętość to nie owoc naszej pracy, choćby najcięższej. To dzieło Ducha Świętego w nas, którego działaniu nie powinniśmy stawiać granic.

Modlitwa, która jest ryzykiem

Jezus, nauczając, szedł przez miasta i wsie i odbywał swą podróż do Jerozolimy. Raz ktoś Go zapytał: „Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?” On rzekł do nich: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. (Łk 13,22-30)

Modlitwa jest zawsze ryzykiem. Może postawić osobę modląca się w sytuacji braku orientacji. I poniekąd dzieje się tak w modlitwie monologicznej.

Jest to bowiem modlitwa, która – jak już mówiliśmy – zmusza nas do pozostawienia „bezpiecznych” schematów, oparć, zabezpieczeń, które często tworzymy sobie przez zbytnie angażowanie naszego umysłu, przez szukanie dla niego pewnej pożywki, ale taka modlitwa staje się często ucieczką od tego do czego Chrystus zaprasza nas w Ewangelii – do całkowitego oparcia się na Nim i Jego łasce.

Gdy nam ich brak odczuwamy modlitwę jako trudną i uciążliwą. Można by jednak rzec, że modlitwa musi być trudna jeśli ma być rzeczywiście przechodzeniem przez tę „ciasną bramę” od naszego ludzkiego sposobu myślenia i postrzegania do oparcia na Bożej mądrości. Przypomnijmy, co pisze prorok Izajasz: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – mówi Pan” (Iż 55,8). Możemy zatem śmiało powiedzieć, że wszystko to, co zazwyczaj myślimy o modlitwie i jak sobie ją wyobrażamy ma niewiele wspólnego z tym, co o modlitwie myśli Pan Bóg.

Orygenes napisał kiedyś takie zdanie: „Ci, którzy kroczą drogą poszukiwania mądrości Bożej, nie stawiają domów, lecz przenośne namioty, ponieważ wciąż wędrują i wciąż posuwają się naprzód, a im większe czynią postępy, tym bardziej rozpościera się przed nimi droga rozwoju wiodąca w nieskończoność i przekraczająca ludzki sposób pojmowania”. (Homilie o Księdze Liczb, 17)

Z kolei R Rohr naucza: „Rzeczywistość modlitwy jest zbyt poważna, aby ją zakonserwować w stagnacji przyjemnych uczuć i błyskotliwych myśli. O ile przyjmiemy konsekwentnie właśnie to, że jako pielgrzymi jesteśmy w drodze do niebieskiej ojczyzny, zaskoczenia nie będą czymś zaskakującym”. (Spadać w górę)

A T. Merton doda: „Jedynie modlitwa, w której rezygnujemy z ludzkiego planowania i w której otwieramy się na Boże prowadzenie nauczy nas umiejętności zadziwienia się nowymi perspektywami, jakie roztaczają się na widnokręgu życia duchowego. Jest to o wiele bardziej zachwycające niż zbudowanie sobie spokojnego i wygodnego życia. Co zresztą zawsze jest iluzją. Bo Święty spokój rzadko ma coś wspólnego ze świętością a tym bardziej ze spokojem”. (Nowy posiew kontemplacji).

I jeszcze jedno zadanie św. Jana od Krzyża: „Tylko Bóg jest moim oparciem”.(Glosa o rzeczach boskich)

Czy potrafimy tak wierzyć w Boże prowadzenie, że będziemy gotowi zrezygnować z naszych pewników i zabezpieczeń by zdać się tylko na Jego łaskę? Słyszałem kiedyś takie porownanie „Modlitwa jest polem obserwacyjnym zaufania Bogu. Jeśli będziemy potrafili zdać się całkowicie na Boże prowadzenie w modlitwie, łatwiej także będzie nam to uczynić w życiu również pośród wszystkich druzgoczących czy niezrozumiałych faktów naszego życia”.

Rohr pisze, że „konieczna w naszym duchowym dojrzewaniu jest jakaś fundamentalna zgoda na utratę kontroli nad własną modlitwą i zaprzestanie mierzenia jakości tego spotkania z Bogiem naszą ludzką (ograniczoną i subiektywną) miarą”. Spadać w górę)

Modlitwa nomady duchowego, jakim jest chrześcijanin, ma w sobie zgodę na święte „nie wiem”, jakąś mądrą ignorancję, oświeconą niewiedzę. Św. Jan od Krzyża napisze: „By dojść do tego, czego nie poznajesz, musisz iść przez to, czego nie poznajesz. By dojść do tego, czego nie posiadasz, musisz iść przez to, czego nie posiadasz. By dojść do tego, czym nie jesteś, musisz iść przez to, czym nie jesteś” (Droga na górę Karmel, I, 12, 11).

Wejście w taką praktykę powierzenia siebie Bogu czyni nas wolnymi i wewnętrznie i uczy nas świeżego spojrzeniem na fakty naszego życia, przez które przecież Bóg do nas mówi. Niech zatem każde wezwanie modlitwy monologicznej: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną będzie kolejnym, ciągle ponawianym krokiem zaufania i oddania się w ręce dobrego Boga.

Jezu, ulituj się nade mną…

Gdy Jezus razem z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. Ten słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. (Mk 10, 46-47)

Czytając przywołany dzisiaj fragment Ewangelii według św. Marka można odnieść wrażenie, że podróż Jezusa i Jego uczniów do Jerozolimy nie jest najłatwiejsza, odbywa się w dużym napięciu. Jezus się spieszy, co dziwi i napawa lękiem tych, którzy Mu towarzyszą (Mk 10, 32). Coraz wyraźniej też próbuje oswoić uczniów z myślą o swoim odejściu.       I oto na ostatnim etapie podróży, między Jerychem a Jerozolimą, pojawia się natrętny niewidomy żebrak. Dlaczego uczniowie próbują uciszyć jego krzyk? Może myślą, że chce po prostu pieniędzy i nie powinien zawracać głowy Jezusowi? Może przeczuwają, że to ostatnie godziny przed wiszącą w powietrzu katastrofą i chcą mieć Mistrza tylko dla siebie?

Bartymeusz nie był pewnie jedyną natrętną osobą, która próbowała dopchać się do Jezusa – wówczas już znanego Nauczyciela. I nie był pewnie jedyną osobą, której nie chciano do Niego dopuścić. W tym samym rozdziale Ewangelii Marka czytamy, że uczniom nie podobało się, iż rodzice przyprowadzają do Jezusa swoje dzieci, aby Ten je błogosławił.

Jednak Bartymeusz jest w pewnym sensie wyjątkiem – znamy jego imię. Dotąd Marek relacjonując spotkania Jezusa z różnymi osobami używał określeń: „Pewien setnik, pewna wdowa, pewien młodzieniec, pewna Samarytanka”. Przyzwyczaił nas do tego, że postacie z Ewangelii są bezimienne. W tym wypadku jest inaczej. Ewangelia przywołuje imię owego niewidomego. Bibliści nie mają wątpliwości, że Bartymeusz musiał być znaną i ważną postacią dla pierwszej wspólnoty chrześcijan, skoro jego imię zostało zapisane w Ewangelii. Jego świadectwo musiało być wyjątkowo istotne, być może nie tylko ze względu na uzdrowienie, którego doświadczył.

Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” – tymi słowami niewidomy Bartymeusz z dzisiejszej Ewangelii prosi o uzdrowienie. Słowa te są u źródeł Modlitwy Jezusowej, modlitwy żywej i znanej w tradycji Kościoła Wschodniego, ale powoli znajdującej także wielu zwolenników na Zachodzie. A święty Piotr, świadek uzdrowienia Bartymeusza, powie: „I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4, 12). Piotr poznał moc tego Imienia, gdy już o zmartwychwstaniu Jego mocą wyrzucał złe duchy, uzdrawiał i wskrzeszał zmarłych.

Gdy Bartymeusz woła Jezusa, wielu nastaje na niego, aby zamilkł. Podobnie jest i dziś – z wielu stron zachęcani jesteśmy do tego, aby milczeć. Aby naszą wiarę, nasze chrześcijaństwo zamknąć jedynie w sferze prywatnej. Nadal są miejsca, w których wyznawanie imienia Jezus grozi śmiercią. Czasem trzeba się liczyć z tym, że przyznając się do Jezusa, doświadczymy szyderstwa, pogardy, nawet agresji.

Ale oprócz zewnętrznych „uciszaczy” są także w naszym życiu – być może jeszcze groźniejsi – wewnętrzni: pycha, nasze ego, którym nie po drodze z wymogami Ewangelii a także zwątpienie. Nasze „ego” wolałoby iść przez życie swoimi własnymi ścieżkami. Pycha będzie nam często szeptać, że nie potrzebujemy Jezusa, że sami sobie ze wszystkim poradzimy. I zwątpienie, które będzie wmawiać nam, że jesteśmy tak beznadziejni, a nasze grzechy tak wielkie, że nie zasługujemy na Jezusową miłość. Tymczasem Bartymeusz bez względu na okoliczności i przeciwności każe nam wołać: „ Panie Jezu, ulituj się nade mną”…

Bowiem tylko w taki sposób, przez zaufanie otwieramy się na Jezusową miłość i łaskę, która nikogo nie odrzuca.

Na prośbę Bartymeusza o uzdrowienie Jezus odpowiada: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Z jednej strony to wiara przyprowadziła niewidomego do Jezusa, aby On dokonał cudu. Z drugiej strony to spotkanie z Jezusem uczyniło wiarę Bartymeusza jeszcze głębszą, sprawiło, że stała się ona więzią nie do zerwania. „Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą”…

Na tym polega chrześcijaństwo: To wierne wędrowanie razem z Chrystusem z zaufaniem do Niego, czyli stawanie się Jego uczniem przez budowanie z Nim coraz głębszej relacji wiary i miłości. Do tego zaprasza nas bohater dzisiejszej Ewangelii – wpatrzony w Jezusa Bartymeusz.

Rozumienie tajemnicy Chrystusa

Słyszeliście przecież o udzieleniu przez Boga łaski danej mi dla was, że mianowicie przez objawienie oznajmiona mi została ta tajemnica, jaką pokrótce przedtem opisałem. Dlatego czytając te słowa możecie się przekonać o moim zrozumieniu tajemnicy Chrystusa. (Ef 3,2-3)

Zastanawiałem się nad terminem, którego używa św. Paweł: „zrozumienie tajemnicy Chrystusa”. I przyznam się szczerze, że im dłużej żyję tym bardziej jestem przekonany, że zrozumienie tajemnicy Chrystusa nie przychodzi przez studiowanie teologii, przez czytanie mądrych ksiąg nawet nie przez czytanie Biblii – choć dla niektórych może to brzmieć jak stwierdzenie bliskie herezji. Znam bowiem wiele osób, które przeczytały Pismo Święte od deski do deski, znają na pamięć jego obszerne fragmenty a mimo to nie zbliżyło ich to do rozumienia tajemnicy Chrystusa. Więcej nawet historia chrześcijaństwa ukazuje wiele dowodów na to, że niektórych zbyt wielkie przywiązanie do teologii lub zbyt indywidualne a może lepiej byłoby powiedzieć zbyt indywidualistyczne interpretowanie Pisma Świętego przed czym tak mocno przestrzega św. Piotr w swoim drugim liście (por 2P 1,20) – sprowadziło na manowce wiary.

Im dłużej przeżywam swoją wiarę, ale też im dłużej w jej przeżywaniu towarzyszę innym osobom przez rozmowy, sakrament pokuty czy przy innych okazjach, tym bardziej uświadamiam sobie, że zrozumienie tajemnicy Chrystusa przychodzi bardziej przez serce niż przez tak bardzo ceniony w naszej kulturze rozum. Nie jestem oczywiście krytykiem rozumu, pod warunkiem, że jest on dobrze używany. Niemniej termin tajemnica oznacza, że musi być ktoś, kto nas w nią wtajemniczy. A w doświadczeniu wiary musimy zgodzić się na to, że nasz intelekt bywa zawodny a nawet czasem bezsilny a zatem trzeba poszukać innego i pewniejszego światła.

W przeczytanej ostatnio książce Richarda Rohr’a znalazłem zdanie: „Droga w górę jest drogą w dół”. Innymi słowy można powiedzieć, że w doświadczeniu chrześcijańskim rozwój dokonuje się przez tracenie. Jest to prawda, która dotyczy w zasadzie całego życia wiary. Zresztą prawda, na którą często w swojej Ewangelii wskazywał Chrystus.

Doświadczenie wiary wymaga od nas zgody na stratę tego, co dotąd uznawaliśmy za pewnik, za nasze oparcie czy zabezpieczenie, aby odkryć to co nieznane i zaskakujące. Droga wiary jest zawsze drogą w nieznane. Tu nie da się niczego przewidzieć, zaplanować czy zagwarantować.

Trawestując powiedzenie Mistrza Eckharta: „Tę, duchową siłę, która sprawia, że nasze życie duchowe może się rozwijać możemy znaleźć nie na zewnątrz ( w książkach, kursach, nawet nie w naszym intelekcie), ale wewnątrz nas. Jest nią Duch Święty, który jako jedyny ma moc nas prowadzić po zaskakujących ścieżkach naszej wiary”.  

Niestety często jest tak, że jest w nas potężna siła, której na imię ego, będące tą częścią nas, która uwielbia status quo, nawet jeśli trwanie w niezmiennym układzie nic nam nie daje. Nasze ego boi się zmian, boi się tego co nieznane, dlatego najczęściej odwołuje się do znanych i utartych schematów.

Tak często dzieje się w modlitwie. Wiele osób ma z nią dzisiaj nie lada problem. Ale gdy w konfesjonale radzę im, żeby porzucili stare schematy modlitwy i poszukali jakiejś innej jej formy nawet kosztem tego, że trochę w tym poszukiwaniu pobłądzą, ale ostatecznie zjadą taką formę modlitwy, która ich bardziej wyraża i jest bliska ich sercu zazwyczaj boją się podejmowanie ryzyka porzucania utartych ścieżek modlitwy. Tymczasem jak pisał Mistrz Eckhart: „Gdy błądzimy, dojrzewamy duchowo znacznie bardziej, niż gdy postępujemy w naszym przekonaniu słusznie”. Podobnie można sformułować zasadę dotycząca całego życia duchowego. Jak pisała znana mistyczka Julianna z Norwich; „Grzech jest konieczny, aby móc odkryć Boże miłosierdzie”.

Niestety jak pisze Rohr perspektywa podążania w górę przez drogę w dół nie pasuje do zachodniej filozofii postępu i naszych religijnych wyobrażeń o wspinaniu się ku doskonałości i świętości. Człowiek Zachodu nie umie i nie potrafi zgodzić się na bezsilność z własnego wyboru a przecież to właśnie taka postawa sprawia, że zaczynamy się opierać bardziej na mocy Bożej, która jako jedyna może nas wprowadzić w doświadczenie tajemnicy. Ku temu doświadczeniu prowadzi nas właśnie modlitwa monologiczna, gdzie uczymy się tracić, rezygnować z tego by być reżyserami naszej modlitwy, by decydować jakimi ścieżkami będzie ona podążała na rzecz zgody by przewodnikiem w tym doświadczeniu był Jezus, którego imienia przyzywamy. Można powiedzieć, że całe doświadczenie wiary podszyte jest pewnego rodzaju bezsilnością, bo jak powie św. Paweł: Ilekroć niedomagam tylekroć mam szansę odkryć w sobie moc działającego Boga. [por. 2Kor. 12, 10]