Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja na koniec roku

I tak oto minął nam kolejny rok spod znaku Covid-19. Ja ostatnie jego dni spędzam w najlepszy możliwy sposób… w rekolekcyjnym odosobnieniu. Stąd także ślę do Was ostatnie w tym roku wprowadzenie do naszej wirtualno-monologicznej medytacji. Bywajcie zdrowi!

Bo w rzeczywistości jest Bóg niedaleko od każdego z nas. Bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy, jak też powiedzieli niektórzy z waszych poetów: „Jesteśmy bowiem z Jego rodu”. [Dz 17, 27-28]

„Medytacja jest powszechną praktyką…”

Takimi słowami rozpoczęła się ostatnia konferencja ojca Włodzimierza Zatorskiego OSB – wieloletniego opiekuna oblatów w opactwie Tynieckim, niezwykłego bajarza i wspaniałego duchowego towarzysza – której miałem okazję wysłuchać zaledwie w czerwcu b. r. Z wielkim żalem przyjąłem wiadomość, że 28 grudnia ojciec Włodzimierz, po przegranej walce z koronawirusem odszedł do domu Ojca. Dziękując za jego życie i posługę, pragnę w dzisiejszym wprowadzeniu zaczerpnąć nieco z bogactwa jego konferencji i osobistych rozmów, których przez lata bycia oblatem miałem szczęście być uczestnikiem.

W ostatnich latach popularne stało się porównywanie różnego rodzaju praktyk medytacyjnych, po to, aby ocenić, które z nich bardziej odpowiadają terminowi meditatio. Jedni – odwołując się do praktyki medytacji sformułowanej przez św. Ignacego Loyolę – mówią, że medytacja, to   zagłębianie się w myślach, rozważanie, namysł; inni czerpiący z dorobku tradycji wschodniej widzieli w tej praktyce raczej drogę prowadząca do opróżnienia umysłu niż jego zaangażowania.

Tymczasem obie te definicje nie oddają istoty tego, czym jest medytacja. „Medytować – jak zwykł mawiać znany przed-soborowy teolog Romano Guardini –  to znaczy przede wszystkim być obecnym, ale przed Bogiem.” I choć definicja ta niekoniecznie godzi obie strony sporu, dla nas – chrześcijan – jest oczywistym, że medytacja jako forma modlitwy ma sens jedynie wówczas, gdy kształtuje naszą relację z Bogiem jako osobą. Co więcej ważnym aspektem medytacji chrześcijańskiej jest również to, że praktyka ta stawia nas wobec tajemnicy obecności Boga, bez pomijania czy lekceważenia nas, w tym także naszej cielesności i naszej osobowości, gdyż jako chrześcijanie wierzymy, że nasza cielesność i nasza osobowość jest miejscem, w którym możemy doświadczyć obecności i działania Boga. Właśnie przeżywany okres liturgiczny, który zaprasza nas do namysłu nad tajemnicą Wcielenia jeszcze bardziej pragnie podkreślić ten fakt.

Doświadczenia Chrystusa, jako naszego Mistrza i Nauczyciela uczy nas właśnie szukania tego trwania w obecności (zresztą nie tylko na modlitwie), choć bez wątpienia właśnie modlitwa jest najbardziej podstawowym gruntem, gdzie wdrażamy się bycie obecnym przed Bogiem. Kiedy zatem mówimy o tym, że medytacja ma sens jedynie wówczas, gdy kształtuje nasze relacja z Bogiem, to mowa tu między innymi o tym, że uczymy się doświadczenie tej praktyki – odnajdywanie się w obecności/relacji wobec Boga – przenosić na całe nasze życie i na wszystkie jego aspekty. Tę świadomość formułuje św. Paweł w lapidarnym zdaniu: „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” [1 Kor 10,31]. Przy czym nie chodzi jedynie o bycie przed Bogiem w perspektywie mentalnej – jak to pokazuje nam Chrystus na swoim przykładzie – ale na płaszczyźnie dużo głębszej świadomości, którą Ojcowie Kościoła określali często płaszczyzną serca (płaszczyzną zjednoczenia). Pozwólcie jednak, że znowu przywołam tu Romana Guardiniego, który pisze: „Medytacja nie sprowadza się do pojedynczego aktu rozumu lub serca, lecz ogrania całego człowieka. Cały człowiek staje naprzeciwko Przedmiotu medytacji, co oznacza że do medytacji nie używamy jedynie naszych wewnętrznych sił, ale medytacja otwiera człowieka jako takiego i jest doświadczeniem odsłaniającym coraz większe pokłady jego istoty. W medytacji otwieramy się na łaskę działającą w żywym wnętrzu naszej istoty, aby tam działała jako światło duszy, drogocenny dar w sercu, jako wezwanie umysłu, jako siła i wola działania. [Bóg daleki Bóg bliski]

Innymi słowy praktyka medytacji chrześcijańskiej, to otwarcie się na działanie łaski, która nieustannie pragnie odnawiać w nas naszą tożsamość osób stworzonych na obraz podobieństwo Boże i uświadamiając nam, że naszym punktem odniesienia w najgłębszym wymiarze naszego jestestwa jest właśnie Bóg. I tylko w Nim możemy odnaleźć naszą prawdziwą tożsamość.

Oczywiście doświadczenie podpowiada nam, jak trudno znaleźć tę przestrzeń wewnętrznego zagłębienia się w ciszę medytacji, by odnaleźć w niej miejsce spotkania z Bogiem. Żyjąc w zgiełku naszej cywilizacji, dostrzegamy, jak często pragnie on wcisnąć się także w sferę naszej modlitwy. I nie myślę tu jedynie o rozproszeniach, które często skutecznie próbują zakłócić nam trwanie w ciszy przed Bogiem, ale także zaprogramować nasze myślenie – tak dominujące w sferze codziennego życia – na szybkie dostrzeganie owoców naszego wysiłku. Trudno nam czasem przyjąć, że życie duchowe rządzi się zupełnie innymi prawami. Nasza codzienna aktywność nauczyła nas radzenia sobie z problemami, które napotykamy na naszej drodze poprzez robienie z nimi czegoś. Tymczasem medytacja zaprasza nas do przyjęcia zgoła innej postawy: nie działania! Albo jak kto woli ustąpienia naszego działania zgodzie na działanie w nas zupełnie innej rzeczywistości, którą nazywamy łaską, albo misterium.

Często nam się wydaje, że musimy COŚ zrobić, aby umożliwić nam owo stanięcie w obecności Boga, usunąć przeszkody, wyciszyć rozproszenia, na które zużywamy wiele energii. Tym czasem medytacja zaprasza nas raczej do tego, abyśmy dali się ogarnąć misterium obecności Boga, o której św. Augustyn w swoich Rozważaniach mówi, że „Bóg jest bliżej nas niż my sami siebie” a św. Paweł w Dziejach Apostolskich przypomina, że już „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” [Dz 17,28]

Często sposób naszego życia, sprowadzony z konieczności wynikających z jego tempa, z mnóstwa bodźców i informacji, które każdego dnia do nas docierają zmusza nas do życia na powierzchni, którego jakość utrudnia nam dostrzeżenie faktu, że nasze życie już jest zanurzone w Bogu. Jak powiedziała to pięknie jedna z mistyczek Anna Katarzyna Emmerich: „To, że żyjemy jest najlepszym potwierdzeniem i odpowiedzią na Źródło, które bije w głębi naszego jestestwa”. Dlatego medytacja zaprasza nas zawsze do wypłynięcia na głębię i dostrzeżenia tego faktu, który często nam umyka, że już żyjemy w obecności Boga a głębsza lub mniejsza świadomość tego faktu sprawia, że nasze życie w konsekwencji jest głębsze lub płytsze, szczęśliwsze lub mniej szczęśliwe, radośniejsze lub mniej przepełnione wolnością lub zniewolone w różnych jego aspektach.

Zatem medytacja – trawestując powiedzenie Guardiniego – jest nie tyle wysiłkiem szukania tego, jak stanąć w obecności Boga, co wysiłkiem odkrywania (usuwania nieświadomości), że już w tę obecność jesteśmy zanurzeni. I w tym tkwi tajemnica naszej żywej wiary.

Dziękując za mijający rok, który pomimo ograniczeń związanych z pandemią przyniósł tyle dobra i Bożego błogosławieństwa a nade wszystko dziękując za Waszą obecność i wytrwałe podążanie drogą medytacji życzę Wam, Kochani żeby nadchodzący rok tę świadomość nieustannej obecności przed Bogiem a zarazem i naszą wiarę jeszcze umocnił i pogłębił.

Z racji na niemożność poruszania się w sylwestra pomyślałem, że dobrym sposobem jest medytacyjne wejście w Nowy Rok…

Z modlitwą i błogosławieństwem. Ks. Marek

P.S. A skoro już zacząłem od odwołania się do osoby ojca Włodzimierza Zatorskiego, to pozwolę sobie dołączyć ostatnie wygłoszone przez niego konferencje (które towarzyszą mi także w moim rekolekcyjnym skupieniu), zaledwie sprzed dwóch tygodni. Bardzo polecam! Ojciec Włodzimierz mówi o obecnym kryzysie Kościoła drogi wyjścia z niego poszukując w zwróceniu się do źródła. W końcu czyż nie o to także chodzi w praktyce medytacji… o zwrócenie się do Źródła.

Kim jesteśmy? O co chodzi w życiu? / Konferencja 1

Kim jesteśmy? O co chodzi w życiu? / Konferencja 2

Kim jesteśmy? O co chodzi w życiu? / Konferencja 3

Kim jesteśmy? O co chodzi w życiu? / Konferencja 4

Kim jesteśmy? O co chodzi w życiu? / Konferencja 5

Kim jesteśmy? O co chodzi w życiu? / Konferencja 6

Święta Rodzina

Gdy upłynęły dni ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, Rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby przedstawić Go Panu.

A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta – Nazaretu. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim.  [Łk 2, 22.39-40)

„Było to ubiegłej zimy. Jak zwykle zostałem zaskoczony końcem kalendarza. Ostatnia oderwana kartka czekała na swoje miejsce w koszu. Jak to? Tak szybko przeminął, bez żadnego śladu? Jeszcze niedawno gruby plik mówił, że czasu jest bardzo dużo. Zły na siebie, a przede wszystkim na te setki dni, które minęły, trafiłem na opowieść o innych dniach, takich, które się wypełniły” – tyle fragment z powieści „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta

Gdy zestawimy fragment Ewangelii z kończącym się rokiem kalendarzowym, staniemy wobec pewnego wyboru. Od nas zależy, jak określimy nasze dni: czy „mijają”, czy też „się wypełniają”. Ewangelia nie jest bezstronna i daje trzy małe podpowiedzi. Oto one.

W historii Świętej Rodziny widzimy, że Maryja z Józefem przyjmują Syna Bożego i nie zatrzymują Go dla siebie. Postępują zgodnie ze zwyczajem, przynoszą Jezusa do świątyni, aby ofiarować swego Syna Bogu.

Tak często żyjemy w przekonaniu, że nasze życie należy do nas, tymczasem prawda jest taka, że nasze chwile życia, minuty, lata, cały „nasz czas” należy w ostateczności do Boga. To pierwsza nauka, przyjmowania i oddawania Panu tego, co najbliżej skóry, co się wydaje najbardziej „moje”.

Dalej spotykamy Symeona cierpliwie – bo kilkadziesiąt lat! – czekającego na Boże znaki, który się modli: „Teraz, o Panie, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie”. To postawa i słowa kogoś, kto doświadcza „wypełniania się” obietnicy.

Ta druga nauka podpowiada, że konieczna jest cierpliwość w odkrywaniu naszego miejsca w większej, Bożej całości i sensu tego, co tworzymy.

Symeon, mówiąc o Dziecięciu: „Oto Ten będzie znakiem upadku i nawrócenia wielu w Izraelu”, zapowiada rodzicom, że dzieło Jezusa rozkwitnie później, wyda owoce, których nie ujrzą swoimi oczami.

To trzecia wskazówka, gdyż jak pokazuje historia dobre dzieła żyją i za 100 czy 500 lat wydadzą plony, które nie zawsze mogą zobaczyć ich autorzy.

Ewangelia kończy się zdaniem: „Wrócili do Galilei… Dziecię zaś rosło i nabierało mocy…”. Te słowa kończą Ewangelię, ale są dopiero preludium do życia świętej Rodziny.

Dzisiejsze święto daje nam szansę spojrzeć na wspólne życie Maryi, Józefa i Jezusa, po to, aby znaleźć w ich życiu inspirację dla naszych rodzin.

Zadaję więc sobie proste pytanie: Jacy oni byli na co dzień? W Nazarecie, w Egipcie, w Jerozolimie. Jak się do siebie odnosili? Jak wyglądała ich miłość? Czy może się sprzeczali? I jak sobie radzili ze świadomością, a może presją, która towarzyszyła im od poczęcia Jezusa, że Bóg ich wybrał i uczynił częścią swojego planu? Może się przyzwyczaili to tego nadzwyczajnego Bożego wyboru? A może wręcz przeciwnie?

Nie ma zbyt wielu źródeł, by znaleźć odpowiedzi na te pytania, dlatego tym uważniej się wczytuję w dzisiejszą Ewangelię. Święty Łukasz trzykrotnie powtarza, że rodzice Jezusa postępowali zgodnie z poleceniami Prawa Pańskiego. Wierność Prawu to wierność Bogu. Wierność Bogu to posłuszeństwo wobec Jego woli.

Tajemnica szczęścia członków Świętej Rodziny zawarta jest we wnętrzu ich serc, w ich wzajemnej miłości i odpowiedzialności za siebie, ale także w otwartości ich serc na Bożą wolę, która ma się realizować w ich życiu. Każde z nich wie, że jest potrzebne innym i że są dla siebie darem od Boga, są sobie potrzebni, by wzrastać w miłości i w nią wierzyć. I taka jest rola każdej rodziny!

Święta Rodzina jedynie przypomina nam, że każda z naszych rodzin ma być miejscem, w którym Bogu spodobało się zamieszkać.

W jaki sposób ma się to dzisiaj odbywać?

Przez autentyczną miłość, przez wiarę, że nie wszystko od nas zależy, więc warto być posłusznym Bogu i otwartym na Jego wolę, która pragnie realizować w nas i poprzez nas a także przez umiejętność nieustannego spoglądania na siebie nawzajem ze świadomością, że jesteśmy dla siebie darem od Pana Boga i jesteśmy sobie potrzebni by móc wzrastać w wierze, w miłości i w łasce.

 

 

Szczepan

Jezus powiedział do swoich Apostołów:

„Miejcie się na baczności przed ludźmi. Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić.

Gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”. (Mt 10, 17-22)

Może to było jedno wielkie nieporozumienie? Przecież Szczepan nie miał nikogo nauczać. Powierzono mu zupełnie inną misję w Kościele. Apostołowie ustanowili siedmiu diakonów (do których należał Szczepan), aby obsługiwali stoły – rozdzielali jałmużnę wdowom i opiekowali się ubogimi we wspólnocie. Dzięki temu dwunastu mogło bez reszty poświęcić się głoszeniu dobrej nowiny. Szczepan miał się zająć wszystkim, tylko nie kaznodziejstwem, zdejmując z apostołów każdy obowiązek, który by ich odciągał od nauczania. Dziś ktoś mógłby westchnąć: Nie miał odpowiedniego przygotowania, pchał się do czegoś, o co go nie proszono…

Historia Szczepana jest nie tylko wyzwaniem dla naszego sposobu planowania. Bóg przyjmuje ofiarę życia świętego i pokazuje, że Jego ścieżki niekoniecznie pokrywają się z naszymi kalkulacjami.

Po ludzku sądząc wystarczyłoby jedno słowo, żeby święty Szczepan ocalił życie, a nam przedłużył niezmąconą radość Bożego Narodzenia. Czego zatem chce nas nauczyć drugi dzień świąt naznaczony krwią pierwszego męczennika?

Największą wartością dla Szczepana była wierność Prawdzie, którą odnalazł w Chrystusie. Wiedział, po co żyje, i wiedział, dlaczego umiera. Był wierny Chrystusowi i na tej drodze spotkał śmierć. Człowiek wierzący czasem musi liczyć się z koniecznością zapłacenia za wiarę, za miłość, one nie są tanie, mają swoją cenę.

Tuż po Bożym Narodzeniu święty Szczepan wyrywa nas z taniego sentymentalizmu i zamykania oczu na to, co trudne. Bóg stał się dzieckiem, a to znaczy, że przyjął cały nasz los: piękno życia i ból z nim związany. Z życiem przyjął śmierć. Śmierć, bo Jego słowa, cuda i znaki nie przekonywały wielu ludzi. Potrzebne było męczeństwo. „Męczeństwo jest tej ziemi potrzebne, bo wtedy, kiedy już nie przekonują ludzi żadne inne argumenty, pozostaje jeszcze ten jeden argument: argument męczeństwa” – pisał ksiądz Józef Tischner. Łatwo jest przyjąć nam Jezusa jako dziecko, które wczoraj narodziło się w Betlejem, znacznie trudniej jest przyjąć Jezusa krzyżem i jego wymaganiami. Wiarę, w którą wpisany jest krzyż, trudno podjąć, bo w takich momentach nasze życie może przypominać dywan odwrócony na lewą stronę: gmatwanina i plątanina nici. Dopiero, gdy go właściwie położymy, dostrzegamy kształty, kolory i sens.

Jednak śmierć Szczepana nie jest – jak sądzą niektórzy – przeciwstawiona narodzinom Zbawiciela. Święty Łukasz, autor Dziejów Apostolskich, celowo pisze w taki sposób, żeby w męczeństwie Szczepana pokazać kontynuację, prawie że doskonałe powtórzenie śmierci Jezusa, począwszy od oskarżenia o bluźnierstwo (Mt 26, 65; Dz 6, 11), przez przebaczenie prześladowcom (Łk 23, 34; Dz 7, 60), aż po powierzenie swojego ducha Bogu (Łk 23, 46; Dz 7, 59). Tak jakby męczeństwo Szczepana miało być wypełnieniem słów Jezusa: „Uczeń nie przewyższa nauczyciela (…). Wystarczy, jeśli uczeń będzie jak nauczyciel” (Mt 10, 24n).

Można by jednak powiedzieć: nikt nie przeczy temu, że śmierć Szczepana była naśladowaniem śmierci Chrystusa, dlaczego jednak świętujemy ją dziś? Odpowiedź podpowiada nam czytanie z Ewangelii. To fragment tzw. mowy misyjnej, czyli posłania apostołów do głoszenia królestwa niebieskiego (Mt 10, 5–16). Są to słowa skierowane do nas wszystkich, gdyż każdy z nas jest apostołem, czyli posłanym: aby świadczyć, aby być chodzącym dowodem, gotowym do obrony nadziei, która jest w nas (1 P 3, 15). Świadectwo (męczeństwo) nie jest bowiem dla nas, tylko „dla nich”, dla tych, którzy są „na zewnątrz”.

Tak było w przypadku św. Pawła, którego los Bóg związał z losem św. Szczepana. Zbrodnia, której się przyglądał i to, co usłyszał być może miały wpływ na jego nawrócenie. Po latach Szaweł – prześladowca chrześcijan, zmienił się w Pawła, przyjaciela Jezusa, także męczennika.

Warto też zwrócić uwagę na słowa: „Kto wytrwa do końca…”. Nie chodzi tu wyłącznie o czas. Greckie słowo telos oznacza także cel. Rzecz więc nie w tym, aby zacisnąć zęby i wytrzymać prześladowanie, ale żeby podprowadzić w kierunku wiary tych, dla których mamy być jej świadkami.

A może nauka dla nas, zawarta w dzisiejszych czytaniach, jest zupełnie innego rodzaju. Może to nie na Szczepana mamy patrzeć, tylko na jego prześladowców. Ich reakcja na słowa męczennika jest znamienna: zatkane uszy, krzyk, chwytanie za kamienie. Nietrudno kogoś oskarżyć, że ma złe zamiary, zakrzyczeć, zamiast słuchać, tyle tylko, że łatwo wówczas przeoczyć słowa, które mogą pomóc w naszym nawróceniu.

Jedyne w swoim rodzaju narodziny

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak.

Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.

Gdy powziął tę myśl, oto Anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do Siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, on bowiem zbawi swój lud od jego grzechów». A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: «oto dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel», to znaczy Bóg z nami.

Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił Anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus.  (Mt 1, 18-25)

Czytając dzisiejszą Ewangelię, możemy sobie wyobrazić, że to początek filmu… Ewangelista wymienia najważniejsze osoby – Jezusa, Maryję, Józefa i Ducha Świętego. Gdyby któraś z nich nie wypowiedziała swojej kwestii, cała opowieść zmieniłaby znaczenie.

Bóg zechciał, by ludzie wszystkich czasów poznali Emmanuela i opowiadali Jego historię. Wszystko się wydarzyło w konkretnym czasie i miejscu. Dla nas jest to przestrzeń bardzo odległa, ale sprawy Boże przekraczają czas i przestrzeń.

Naszym zadaniem jest zaangażowanie się w tę opowieść o Bożym Narodzeniu – nie po to, aby powspominać, by ją oglądać jak film. Święta są po to, żeby przyjąć zaproszenie Boga i aktywnie uczestniczyć w tej wyjątkowej narracji.

A zatem spróbujmy:

Zgodnie z relacją św. Mateusza wszystkie najważniejsze zwroty akcji w historii Świętej Rodziny dokonują się dzięki snom Józefa. We śnie Józef dowiaduje się, że ma przyjąć do swego domu Maryję (Mt 1, 20), we śnie dowie się, że ma wyruszyć do Egiptu by chronić św. Rodzinę przed gniewem Heroda (Mt 2, 13), a potem – także we śnie – otrzyma polecenie powrotu po śmierci Heroda (Mt 2, 19), a nawet, że ma osiedlić się w Galilei (Mt 2, 22). Ewangelista kreśli obraz człowieka prowadzonego w sposób nadprzyrodzony, niezwykle otwartego na Boże kierownictwo.

Oczywiście to, co w Piśmie Świętym ex post zostało zrelacjonowane w formie wyrazistych scen i tworzy dziś równe szeregi ładnie poskładanych w całość liter, niekoniecznie było takie łatwe wówczas, gdy się dokonywało. Przecież gdy nastanie dzień, zwykle niewiele pamiętamy z nocnych wizji. A nawet jeśli pamiętamy, to czy łatwo na nich budować? Czy łatwo w imię jakiegoś snu zrezygnować ze swych planów i pomysłów? Ba, wręcz zaryzykować życie swoje i najbliższych?

Józef to zrobił… Józef zdał bardzo trudny egzamin! Życie Świętej Rodziny nie było sielanką. Madonny Rafaela z błękitnym niebem i anielskim pejzażem wprowadzają nas często w błąd.

Historia napisana przez Ewangelistów zaczyna się dla świętego Józefa jak dramat. Jak się zachować, kiedy ukochana kobieta, którą się kocha czystą miłością, nagle informuje, że jest w ciąży? Józef wiedział przecież, że dziecko Maryi nie może być jego dzieckiem. Józef znał Maryję. Można zatem założyć, że hipotezę cudzołóstwa wykluczał absolutnie. Niczego nie rozumiał…

Jeszcze zanim przyśni mu się anioł zachowuje się w sposób w jaki przystało na świętego: w mroku niezrozumienia i ciemności postanawia wziąć winę na siebie. Dlaczego? Nie wiadomo. Chciałoby się powiedzieć, że z miłości! Dla nas jednak ważne pozostanie pytanie, czy istnieją granice ludzkiego zaufania? Czy można ślepo wierzyć drugiemu człowiekowi, nawet jeśli tak bardzo się go kocha, jak Józef kochał Maryję? Po ludzku wydaje się to niemożliwe. Gdyby nie interwencja anioła, Józef zapewne pozostałby zraniony jako mężczyzna i człowiek nie potrafiąc ogarnąć tajemnicy.

Jednak Ewangelia będąc Dobrą Nowiną pragnie nas nauczyć czegoś jeszcze: że mrok i cierpienie ludzkiej duszy mają moc przyciągania Bożej interwencji. Kiedy jesteśmy najbardziej pogrążeni w ciemności i niezrozumieniu, Bóg przychodzi, by nas wybawić. Okazuje się wtedy, że cały czas był przy nas – takie jest przecież Jego imię: Emmanuel – Bóg z nami.

Mnie najbardziej w biblijnej historii Józefa przeraża fakt, że do czasu interwencji anioła był on całkiem sam ze swoim dramatem, niepewnością… Nie ma śladu jego rozmów z przyjaciółmi, wzmianki o kimś, komu by się zwierzył. Gdyby Józef opowiedział komuś swoją historię, siedząc w barze, przy kubku wina, zapewne usłyszałby: „Stary, daj sobie spokój, znajdziesz inną kobietę, odpuść sobie!”. Często mówimy innym ludziom to, co myślimy, w dobrej intencji, z troski o nich, ale ileż można zepsuć poprzez dawanie dobrych rad! Ta łechcząca nasze ego pewność, że jest tak, jak mówimy, że nie możemy się mylić… Całe szczęście, że święty Józef spotkał anioła, a nie mnie lub ciebie, bo nie daj Boże, jeszcze byśmy go przekonali, że powinien postąpić inaczej. Warto więc i tę naukę zapamiętać z dzisiejszej Ewangelii: Dawanie rad może zabić Boże plany, dlatego bądźmy ostrożni gdy ich udzielamy, nawet w słusznej sprawie!

Raz jeszcze wrócę do tego, że dla nas, ta historia poukładana przez czas i Ewangelistów wydaje się taka piękna i sielankowa, ale prawda jest taka, że historia Maryi i Józefa, która wyłania się z decyzji inspirowanych Józefowymi snami, była – jak to określił kiedyś jeden z uczonych przeze mnie maturzystów – nieustanną „jazdą po bandzie”, działaniem na granicy ludzkich możliwości.

Dla mnie opowieść ta rodzi zasadnicze pytanie, które warto sobie postawić przy okazji świąt Bożego Narodzenia: czy słuchając historii Świętej Rodziny sami bylibyśmy gotowi pozwolić Bogu, by tak nas poprowadził? Czy bylibyśmy w stanie, podobnie jak Józef, ryzykować i zbudować swoje życie na Bożym słowie, którego usłyszenie i przyjęcie nie dla wszystkich będzie oczywiste? Pytanie jest istotne. Bo bez gotowości oparcia się na Bożym słowie ryzykujemy, że to my a nie On będzie pisał historie naszego życia. A dla człowieka wiary, to spore ryzyko!

W centrum Bożego Narodzenia Ewangelia stawia nam Świętą Rodzinę, może tak podobną do wielu naszych rodzin, ale to, co ją wyróżnia, to fakt, że w każdych okolicznościach daje się prowadzić Bogu. To nam uświadamia, że świętości naszych rodzin nie budujemy o własnych siłach, na własnych pomysłach na życie, ale budujemy ją w oparciu o wierność i ufność, że Bóg jest i przychodzi do nas nieustannie. Święta Rodzina to nie taka, która jest wolna od ludzkich dramatów, kryzysów, niepewności, ale taka, w której uczymy się odkrywać tajemnicę bliskości Boga i tą tajemnicą się dzielić.

Ktoś zadał mi kiedyś pytanie: dlaczego Ewangelista przykłada tak wielką wagę do tej prawdy, że Jezus narodził się z Dziewicy? Przecież miłość małżeńska, z której poczynają się dzieci, jest pobłogosławiona przez samego Stwórcę! Nie zapominajmy, że Jezus nie potrzebował ziemskiego ojca, bo miał już Ojca! Był nim przedwieczny Bóg.

Jezus Chrystus jest absolutnie jedynym człowiekiem ze wszystkich ludzi, którego istnienie nie zaczęło się w momencie Jego ludzkiego poczęcia. Istniał od zawsze, będąc przedwiecznym Synem Bożym. A fakt, że narodził się w ludzkiej postaci było aktem Jego wielkiego miłosierdzia w stosunku do nas, że zechciał się do tego stopnia uniżyć i stać się jednym z nas. On stał się bezbronnym dzieckiem, aby nas, bezbronnych umocnić. Aby powiedzieć nam o miłości Boga i aby dać nam miłość, która przetrwa wszystkie próby.

To nie magia, to prawda! Prawda tych świąt! I doświadczenia tej prawdy życzę Wam kochani zarówno w te święta jak i w całym nadchodzącym roku poświęconym nomen omen postaci św. Józefa.

Wigilia wigilii

Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna.

Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał jej tak wielkie miłosierdzie, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Ale matka jego odpowiedziała: «Nie, natomiast ma otrzymać imię Jan». Odrzekli jej: «Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię».

Pytali więc na migi jego ojca, jak by chciał go nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: «Jan będzie mu na imię». I zdumieli się wszyscy.

A natychmiast otworzyły się jego usta i rozwiązał się jego język, i mówił, błogosławiąc Boga. Wtedy strach padł na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: «Kimże będzie to dziecię?» Bo istotnie ręka Pańska była z nim. (Łk 1, 57-66)

Wigilia wigilii.

Ewangelia  udziela nam dzisiaj bardzo ważnej lekcji w osobie Zachariasza: milczy do chwili narodzin Jana, aby nie przeszkadzać realizacji się dzieł Bożych, aby jego milczenie stało się tłem dla wypełnienia się słowa, które Bóg skierował do niego przez archanioła Gabriela. Przypomnijmy, że było to długie, dziewięciomiesięczne milczenie oczekiwania i nadziei… 

Dobiega końca także czas adwentu, czas wyciszenia, kontemplacji, oczekiwania… Czy rzeczywiście ten adwent był inny? Czy pandemia, która zmusiła nas do siedzenia w domach sprawiała, że więcej czasu poświęciliśmy skupieniu, milczeniu, kontemplacji?

„Człowiek modlitwy nie myśli o owocach swojego trwania przed Bogiem, nie nastawia się na nadzwyczajne doświadczenia, nie myśli o mistycznych łaskach, nie zakłada, że jego prośby zostaną wysłuchane, nie kojarzy modlitwy tylko z dobrym samopoczuciem. Człowiek modlitwy jest człowiekiem wiary, a ta daje tylko jedną obietnicę: ON BĘDZIE BLISKO! A skoro On będzie blisko, to czego więcej nam potrzeba? Gałązka nie musi się martwić o to, czy przyniesie owoc, nie musi wciąż się sobie przyglądać i badać czy pąk się rozwija, czy owoc dojrzewa? Gałązka ma tylko to jedno zadanie – troszczyć się o to, aby być złączona z winnym krzewem. [o. Wilfrid Stinissen OCD]

Adwent to szczególny czas, który chce nam uświadomić, że sprawy najtrudniejsze są z reguły najprostsze. Uczy nas kontemplacyjnego milczenia jako drogi szukania odpowiedzi na najważniejsze pytania. Takiej postawy uczą nas wszystkie postacie czasu Adwentu: Maryja, św. Józef, milczący Zachariasz i jego żona Elżbieta żyjąca w ukryciu aż do narodzenia Jana.  Adwent uczy nas po prostu na modlitwie być, trwać, będąc zasłuchanym w słowo i oczekując aż ono się wypełni. Dlatego czas adwentu zawsze był i jest dla mnie dobrym nauczycielem medytacji. Uczy wznoszenia duszy do Boga, by łączyć się z Nim i by nieustannie przypominać sobie, że imię naszego Boga brzmi: JESTEM i dlatego najlepszym sposobem upodobnienia się do Niego jest świadome bycie w Jego obecności i świadome przeżywanie w Jego obecności całego mojego życia, nie martwiąc się o nic. A adwent przypomina mi jeszcze, coś ważniejszego, że mój Bóg jest też Emmanuelem, czyli Bogiem z nami. Bogiem bliskim. Bogiem pragnącym być obecnym w Twoim i moim życiu. Czy można odkryć piękniejszą tajemnicę od tej?

W mojej parafii jest zwyczaj, że po jutrzejszej – ostatniej porannej Mszy – zachowujemy milczenie. Niczego już nie przygotowujemy, niczego nie załatwiamy, po prostu trwamy w oczekiwaniu na tę najpiękniejszą noc, „gdy się łączy niebo z ziemią, sprawy Boskie ze sprawami ludzkimi” więc i ja zamilknę, aby spoglądając w niebo nie przeoczyć pierwszej gwiazdy zwiastującej wypełnienia się Słowa i aby nie przegapić Boga – Człowieka cichutko pukającego do mojego serca.

A na koniec pozwólcie Kochani życzyć Wam, aby tajemnica ciszy i ciemności, jakie towarzyszyły przyjściu na świat Zbawiciela, dotknęły Waszych serc i wypełniły je Jego miłującą obecnością, aby Wasze serca, umocnione Jego łaską nigdy nie poddały się zniechęceniu, lecz ciągle na nowo podejmowały trud przyjmowania Jego miłości i przekazywania jej dalej”.

Trwając w duchowej łączności. Ks. Marek