Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Ku wolności wyswobodził nas Chrystus

Gdy dopełniał się czas wzięcia Jezusa z tego świata, postanowił udać się do Jerozolimy i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: ”Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?”. Lecz On odwróciwszy się zabronił im. I udali się do innego miasteczka.

A gdy szli drogą, ktoś powiedział do Niego: ”Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz”. Jezus mu odpowiedział: ”Lisy mają nory i ptaki powietrzne gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł wesprzeć”.Do innego rzekł: ”Pójdź za Mną”. Ten zaś odpowiedział: ”Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca”. Odparł mu: ”Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże”.Jeszcze inny rzekł: ”Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu”. Jezus mu odpowiedział: ”Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego”. (Łk 9,51-62)

Nie ma nic gorszego od tak zwanych dobrych rad. Słyszymy je nieustannie. To mogą być uwagi jadącego z nami pasażera na temat jazdy; to mogą być rady znajomych na temat urządzenia mieszkania czy układania życia, lub pomocne rady teściowej na temat wychowania dzieci. Przykłady można by mnożyć…

W dzisiejszej Ewangelii Jakub i Jan także służą dobrą radą w odniesieniu do wioski samarytańskiej, która nie przyjęła Jezusa. Wydaje im się, że ogień spadający z nieba jest dokładnie tym, czego potrzebują mieszkańcy owej miejscowości. Ale Jezus odrzuca ich sugestię, ponieważ Jego królestwo jest królestwem pokoju, a nie zemsty.

Ewangelia dzisiejsza ukazuje osoby, które chciałyby pójść za Jezusem, jednak pod pewnymi warunkami: jedni muszą pogrzebać zmarłych, inni pragną pożegnać się ze wszystkimi, jeszcze inni chcieli by znać drogę, którą Chrystus ich poprowadzi. Jezus w odpowiedzi uświadamia im, że pójście za Nim wymaga pewnego rodzaju bezkompromisowości i bezinteresowności a jednocześnie ryzyka; wymaga rezygnacji z przywiązań, które nas często wiążą i w jakimś sensie odrywają nas od celu naszych dążeń.

Oczekiwania tych osób wyrażają tęsknotę ich serc, które chciałyby wszystko mieć poukładane w swoim życiu. Tymczasem Chrystus uświadamia nam w dzisiejszej Ewangelii, że takie oczekiwanie jest mrzonką.

Bóg przychodzi w ludzkiej postaci, by zamieszkać to, co po ludzku niepoukładanie i dlatego „nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł położyć”. Jego słowa brzmią jak synteza naszych doświadczeń.

Jak często życie stawia nas wobec sytuacji, w których nie do końca wiemy, jak postąpić? Jezus doskonale zna niepewność naszych dni. Wie, co to są niedokończone sprawy, niejednokrotnie sam doświadczał niepowodzenia swoich starań. On nigdy nie odwraca się od ludzkiej bezradności, niestraszny jest Mu nawet największy bałagan, który panuje w naszych sercach i w naszym życiu. Ale On też – jak nikt inny wie – że nie rozwiążę tych problemów i nie uporządkuję bałaganu, jeśli nie zaproszę Jezusa do mojego życia i nie zacznę układać go według zasad Jego mądrości.

Tym bardziej, że Chrystus wie również – o czym my zapominamy – że zasiewanie w naszym sercu ziarna wątpliwości i lęku, to podstawowa strategii szatana.

Zły duch zrobi wszystko, żeby osłabić w nas siłę wiary w to, że z Bożą pomocą możemy uczynić nasze życie lepszym a sami stać się świętymi. Sprawia, że im dłużej myślimy i wpatrujemy się w możliwe konsekwencje odmiany życia, które są owocem pójścia za Jezusem, tym bardziej grzęźniemy w strachu i w niewierze.

Powołani zostaliśmy do wolności – o czym przypomina dziś św. Paweł. To właśnie wolność uzdalnia nas do tego, by pójść za Bogiem, za jego wezwaniem, ale ona uzdalnia nas również do tego by powiedzieć Mu – nie chce Tobie służyć!

Czy mamy odwagę w imię prawdziwej wolności zerwać z tym, co nas duchowo obezwładnia?

Dziś niestety w świecie poprzestawianych wartości za większą odwagę uchodzi otwarta zdrada Chrystusa niż wierność wartościom ewangelicznym. Dziś gratulacje od świata odbiera się za odwagę rozwodu, jako sposobu rozwiązania problemów małżeńskich czy porzucenia kapłaństwa zamiast za determinację w walce o wierność Ewangelii.

Tylko wolny człowiek może oddać swoje życie na służbę Bogu nie musząc się tłumaczyć ze swojej wiary, ukrywać jej ani się jej wstydzić, mimo iż często będzie niezrozumiany przez innych a nawet napiętnowany, jako hołdujący zaściankowości.

W modlitwach prosimy o różne rzeczy. Prosimy o zdrowie, o zdane egzaminy, o zgodę w rodzinie, o dobrego męża, dobrą pracę…

Czy jednak w tej litanii próśb jest także wołanie i prośba Boga o wolność?    A może jedynie tęsknimy za wolnością, bo daliśmy sobie wmówić, że we współczesnym świecie nie jest ona do końca możliwa.

„Ku wolności wyswobodził nas Chrystus”. Dlatego ceńmy naszą wolność i módlmy się często, abyśmy potrafili jej właściwie używać.

Milczenie i bezruch medytacji

Żyjąc przeto nadzieją, z jawną swobodą postępujemy, a nie tak, jak Mojżesz, który zakrywał sobie twarz, ażeby synowie Izraela nie patrzyli na koniec tego, co było przemijające. I aż po dzień dzisiejszy, gdy czytają Mojżesza, zasłona spoczywa na ich sercach. A kiedy ktoś zwraca się do Pana, zasłona opada. Pan zaś jest Duchem, a gdzie jest Duch Pański – tam wolność. My wszyscy z odsłoniętą twarzą wpatrujemy się w jasność Pańską jakby w zwierciadle; za sprawą Ducha Pańskiego, coraz bardziej jaśniejąc, upodabniamy się do Jego obrazu.  (2 Kor 3, 12-13.15-18).

Znalazłem niedawno w Internecie taką oto maksymę: „Kto nie oddycha Bogiem, udusi się samym sobą…” Medytacja monologiczna uczy nas oddychania Imieniem Jezus, które jest treścią medytacji.

Każdy, kto ma za sobą jakieś doświadczenie medytacji z pewnością podpisze się pod stwierdzeniem, że wielkich zmian potrafi dokonać w nas bezruch. Gdyż nie tylko milczenie ma właściwości uzdrawiające, ma je także uspokojenie i bezruch. Warto przy tym zaznaczyć – jak naucza Franz Jalics – że milczenie w bezruchu jest zupełnie różne od milczenia w ruchu. Istnieją naukowe dowody na to, że kiedy nie poruszamy oczami koncentrujemy się dużo łatwiej i mocniej niż wówczas, gdy nasze oczy się poruszają. Poruszanie się sprawia, że znajdujemy się na zewnątrz siebie; natomiast bezruch pozwala nam łatwiej wejść w świat wewnętrzny. Jeśli zatem mówimy o modlitwie wewnętrznej, mającej prowadzić do kontemplacji wyczuwamy, że ów bezruch jest koniecznym aspektem tego doświadczenia.

Z tej to przyczyny medytacja swoim duchowym oddziaływaniem przenika człowieka i zanurza go w chwilę obecną, pozwalając odkryć ze zdumieniem, że chwila obecna jest miejscem w którym możemy doświadczyć obecności Boga. Nie spotkamy Boga w sposób rzeczywisty mówiąc o tym spotkaniu w czasie przyszłym. Jeżeli więc medytacja czy kontemplacja oznacza „wpatrywanie się” zmysłem wiary w Boga, to kwestia chwili obecnej nasuwa się niejako samoistnie. Bo czy możemy wpatrywać się czy oddychać Imieniem w czasie innym niż teraźniejszość? Zresztą samo imię, którym przedstawia się Bóg Mojżeszowi – JESTEM – zaprasza nas do zanurzenia się w TERAZ.

Medytacja ma na celu spotkanie, które dokonuje się tu i teraz.

Medytacja, to nic innego jak świadome bycie przed Bogiem będące przez sam fakt świadomego nawiązania relacji z Nim – modlitwą. W medytacji pragniemy „uwalniać się od dyktatu naszych zmysłów, które – jak pisze kard. Ratzinger w książce „Duch Liturgii” – dostrzegają często jedynie zewnętrzność, materialną powierzchnię, trudniej im jednak dostrzec i doświadczyć wymiaru ducha, przezroczystości Logosu w rzeczywistości”.

W medytacji chodzi o nowe spojrzenie. Wynika ono z otwarcia wewnętrznych – duchowych zmysłów – ze zdolności widzenia, które wykracza poza to, co empiryczne. Medytacja prowadzi medytującego w taki sposób, że dzięki wewnętrznemu oglądowi sięga on wzrokiem wiary poza to, co zmysłowe, a co jednak do zmysłów przeniknęło”.

Na koniec oddajmy jeszcze raz głos ojcu Jalics’owi:

„Chwile medytacji i kontemplacji, które pojawiają się w naszym życiu wydają się namiastką tego, za czym człowiek zawsze tęsknił. Uzmysławiają nam one, że życie ma do zaoferowania więcej niż to, co przeżywamy na co dzień. Zaskakują nas i wywołują tęsknotę, aby wejść głębiej w tajemnicę życia. Czujemy, że właśnie tam kryje się prawda…” [Kontemplacja. Wprowadzenie do modlitwy uważności]

Za kogo uważam Jezusa?

Gdy Jezus modlił się na osobności, a byli z Nim uczniowie, zwrócił się do nich z zapytaniem: ”Za kogo uważają Mnie tłumy?”.

Oni odpowiedzieli: ”Za Jana Chrzciciela; inni za Eliasza; jeszcze inni mówią, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał”.

Zapytał ich: ”A wy, za kogo Mnie uważacie ?”. Piotr odpowiedział: ”Za Mesjasza Bożego”. Wtedy surowo im przykazał i napomniał ich, żeby nikomu o tym nie mówili. I dodał: ”Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie”.

Potem mówił do wszystkich: ”Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa”. (Łk 9,18-24)

Oglądając telewizję lub słuchając radia wiele razy mamy do czynienia z różnego rodzaju sondażami czyli badaniami opinii publicznej. Pytania są bardzo różne: mogą dotyczyć naszych prywatnych spraw, ale też życia publicznego – popularności idoli, polityków, czy naszego zdania na inny temat…

Można by powiedzieć, że Jezus w dzisiejszej Ewangelii również przeprowadził wśród swoich uczniów sondaż opinii publicznej. Pyta: „Za kogo uważają Mnie tłumy? Nie było to pytanie zupełnie bez sensu, gdyż w Izraelu opinia o Mesjaszu, który ma nadejść kształtowała się przez wieki pobudzając ludzką wyobraźnię, często nie przystając do obrazu Mesjasza ukazanego w Biblii.

Jezus jednak w swoim pytaniu idzie dalej. Pyta swoich uczniów: „A wy za kogo Mnie uważacie?”. W poprzednim pytaniu Jezus pytał o opinie innych, łatwo więc było udzielić różnych odpowiedzi – jak różni są ludzie. Drugie pytanie jest już pytaniem o osobisty stosunek każdego z uczniów do Jezusa: „A Ty Piotrze, Filipie, Jakubie, Andrzeju, Bartłomieju, Janie, Mateuszu… za kogo Mnie uważasz?” Odpowiedź na takie pytanie nie jest prosta. Taka odpowiedź zobowiązuje. Nic więc dziwnego, że uczniowie nie rwą się już do odpowiedzi. Czyni to za nich Piotr.  Odpowiedź, która pada to swoiste wyznanie wiary Piotra. Wyznanie, które jest świadectwem jego osobistej relacji do Chrystusa.

I dzisiaj moglibyśmy zadać ludziom pytanie, za kogo uważają Chrystusa. Odpowiedzi znów byłyby różne. Niektórzy zresztą wciąż to robią by prowadzić badania, by układać statystyki. Jezusowi jednak nie zależy na statystykach, gdyż to nie one określają rzeczywistość Bożego królestwa. Prawdziwego poziomu wiary nie mierzy się bowiem statystykami.

Jezus podobnie jak dwa tysiące lat temu uczniom, tak i dzisiaj nam zadaje pytanie: „A TY ZA KOGO MNIE UWAŻASZ?”. Mimo upływu czasu, nie straciło ono niczego ze swej aktualności! Wobec tego pytania nie można przejść obojętnie. Trzeba na nie odpowiedzieć. I nawet, jeśli na to pytanie podobnie odpowie wiele osób, to i tak najważniejsze jest to, że to będzie MOJA odpowiedź. Nie mogę patrzeć na to, co powiedzą inni, mój kolega, sąsiad, brat czy siostra, matka czy ojciec. Nie mogę patrzeć na to, czy moja odpowiedź będzie się innym podobała czy też nie. Moja odpowiedź na to pytanie, to wybór. I Jezus te nasze wybory szanuje. Jeżeli Go nie wybiorę, pozwoli mi, jak miłosierny Ojciec marnotrawnemu synowi pójść swoją drogą – zawsze jednak będzie czekał na mój powrót. Jeżeli natomiast, jak Piotr, wyznam Mu swoją wiarę, pomoże mi kroczyć w mojej drodze zbawienia, choć nie ukrywa, że jest to droga niełatwa, że jest to droga Krzyża.

W kościołach kartuzów, umieszczano dewizę tego zakonu: STAT CRUX DUM VOLVITUR ORBIS (Krzyż stoi, chociaż kręci się świat). Krzyż jest pierwszym i centralnym symbolem naszej wiary. Stoi pośrodku wszystkiego, przede wszystkim pośrodku naszego życia. Krzyż ten został postawiony przez chrzest również w naszych sercach jako przypomnienie, że to za nas Jezus oddal życie.  A to oznacza, że każda i każdy z nas jest wart miłości Jezusa.

Św. Augustyn pisał: „Męka Chrystusa ma moc kształtowania całego naszego życia!” Odsłanianie znaczenia krzyża w naszym życiu to dojrzewanie w wierze, nadziei i miłości.

Duchowość chrześcijańska bierze swój początek właśnie z doświadczeniu krzyża i zmartwychwstania. Oczywiście my po ludzku nie mamy odwagi by wziąć krzyż i by tracić swoje życie dla Chrystusa, dlatego potrzebujemy modlitwy, sakramentów, potrzebujemy wspólnoty Kościoła, z których możemy czerpać moc potrzebną do wypełnienia tego zadania.

„Jeśli kto chce iść za Mną, niech weźmie krzyż swój i Mnie naśladuje”. Znamy te wielkie słowa. Po co je powtarzać? Bo często zbyt pobieżnie je odczytujemy. Nie zapominajmy, że Chrystus wypowiedział je przerywając modlitwę, czego nigdy wcześniej nie robił. To znak, że było to wezwanie wielkiej wagi. Nie chodzi o niejedzenie słodyczy, czy rezygnację z telewizji w Wielkim Poście. Jezus mówi, jak możemy stać się do Niego podobni. Jak – słowami św. Pawła przyoblec się w Chrystusa – by stać się Jego odbiciem w świecie.

Dlatego Chrystus nie przestanie pytać swoich uczniów: „A wy za kogo Mnie uważacie?”. Nie przestanie też pytać mnie i Ciebie. Na różne sposoby, cicho i delikatnie zadaje nam to pytanie każdego dnia poprzez nasze wybory i decyzje. Dlatego każdego dnia na nowo musimy potwierdzić nasz wybór, bo tylko na nim, jak na twardej opoce możemy budować prawdziwie chrześcijańskie życie.

Boże Ciało – Bóg, który nas karmi

Jezus opowiadał rzeszom o królestwie Bożym, a tych, którzy leczenia potrzebowali, uzdrowił. Dzień począł się chylić ku wieczorowi. Wtedy przystąpiło do Niego Dwunastu mówiąc: „Odpraw tłum; niech idą do okolicznych wsi i zagród, gdzie znajdą schronienie i żywność; bo jesteśmy tu na pustkowiu”. Lecz On rzekł do nich: „Wy dajcie im jeść”. Oni odpowiedzieli: „Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby; chyba że pójdziemy i nakupimy żywności dla wszystkich tych ludzi”.

Było bowiem około pięciu tysięcy mężczyzn. Wtedy rzekł do swych uczniów: „Każcie im rozsiąść się gromadami mniej więcej po pięćdziesięciu”. Uczynili tak i rozmieścili wszystkich.

A On wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówiwszy nad nimi błogosławieństwo, połamał i dawał uczniom, by podawali ludowi. Jedli i nasycili się wszyscy, i zebrano jeszcze dwanaście koszów ułomków, które im zostały. (Łk 9,11 b-17)

Dawać jeść znaczy tyle, co dawać życie, podtrzymywać jego trwanie. Tak czynią rodzice troszczący się o swoje dziecko, tak czynił Jezus na pustkowiu. Między innymi dlatego Pan po zmartwychwstaniu je i pije, by pokazać, że nie jest duchem lecz należy do świata żywych.

Można by przedstawić historię świętą jako historię jedzenia: zaczęło się od zjedzonego przez pierwszych rodziców owocu, a zakończyć się ma wielką ucztą Baranka na końcu czasów. Nie tylko zresztą dla Ewy perypetie zaczęły się od przekąski na boku. Głodny Ezaw za miskę soczewicy utracił pierworództwo, a Izaak dał się zwieść za potrawkę z koźlęcia. Izraelici tak szemrali na pustynne menu, że narazili się na Boży gniew. Z drugiej strony, ileż kwestia jedzenia lub niejedzenia zrodziła bohaterów i męczenników. Pamiętamy biblijną historię  zamordowanej matki i siedmiorga jej synów tylko dlatego, że odmówili jedzenia potraw królewskich składanych w ofierze bożkom kananejskim albo starca Eleazara z Księgi Machabejskiej, który ze względu na wiarę nie chciał nawet udawać, że spożywa zakazaną wieprzowinę. Kiedy ktoś otwiera usta, żeby jeść, wchodzi w kontakt ze światem, z tym, co spożywa, i z tym, od kogo jedzenie pochodzi. Jedzenie jest podstawowym doświadczeniem zależności od świata, ludzi, wreszcie od Boga. Nie mamy życia w sobie! To jest podstawowa różnica między Bogiem a stworzeniem. Otwarcie ust, tak do jedzenia, jak i do modlitwy, nieustannie nam o tym przypomina. Przynajmniej Powinno!

Choćbyśmy sami sobie łyżkę do ust wkładali, zawsze jesteśmy karmieni. Nikt sobie Komunii świętej sam nie bierze, zostaje mu ona dana, a nawet podana do ust. Przyjmuję Ciało Pańskie, bo rozpoznaję, że nie mam w sobie życia, że potrzebuję, by ktoś je we mnie podtrzymał.

Co więcej, jest to taki dar, na który nie można sobie zasłużyć, bo czy można tak naprawdę kupić sobie życie? To, co najważniejsze, zawsze dostajemy w darze: życie doczesne, miłość rodziców, przyjaźń, zaufanie i wreszcie wieczność…

Postawa wobec Eucharystii, którą słusznie przyjmujemy z największą czcią, jeśli jest prawdziwa, dobrze, aby uczyła nas jak zachować się wobec każdego daru. Przecież Bóg daje nam siebie i swoje życie w każdej chwili. Inaczej nie byłoby nas tutaj. Za każdym razem gdy otrzymuję dar chleba, miłości czy jakikolwiek inny dar przez pośrednictwo człowieka ostatecznie przecież to Bóg jest Źródłem tych darów.

Wśród nich dzisiaj stajemy wobec tajemnicy, jaką jest Eucharystia.

Wobec Eucharystii jesteśmy jak dzieci. Nie rozumiemy do końca, co się dzieje, co spożywamy, Kogo przyjmujemy. Można mnożyć „duże słowa”: Miłość nieskończona, rzeczywista i prawdziwa obecność Boga. Ale i tak do końca nie rozumiemy. Stajemy wobec Tajemnicy… Mamy przeczucia, intuicje, doświadczenia. I spożywamy, bo ufamy jak dzieci, że to, co powiedział Chrystus jest prawdą – że w tym chlebie i winie jest z nami aż do końca świata. Dziecko wie jedno… ma to w sobie – instynktownie: by żyć, trzeba jeść. Nie zastanawia się. Poddaje się porządkowi rzeczy, ufa, marudzi czasem… ale je.

Warto wobec Eucharystii być jak dziecko. Warto ją spożywać, bo nie jesteśmy samowystarczalni, potrzebujemy kogoś, kto daje. A Bóg w Eucharystii daje, jest DAWANIEM.

Ale wobec Eucharystii musimy być również jak dorośli. Musimy dojrzewać!  Bo człowiek dojrzały pyta, zastanawia się, co mu służy, chce zrozumieć, uchylić rąbka tajemnicy. Po co? Żeby nie było jak w anegdocie: „Mówi zakonnik do zakonnika:

– Słuchaj, ty już w swoim życiu cały kosz komunikantów zjadłeś.

– I co z tego! – pyta tamten.

– Właśnie: co z tego?…”

Czy z tego, że już tyle razy przyjąłem do swego serca Jezusa w Eucharystii wynika, że moje życie staje się coraz lepsze, że coraz bardziej upodabnia się do Tego, którego przyjmuję do swojego serca? To dobre pytanie, które warto sobie postawić w uroczystość Bożego Ciała.

Modlitwa w codzienności

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. [Mt 5,5-6]

W ostatnim komentarzu do medytacji odwołując się do nauczania znanego niemieckiego teologa – Karla Rahnera mówiliśmy o tym, że dzieli on modlitwę na „modlitwę codziennością” i „modlitwę w codzienności”. Spróbowaliśmy sobie przybliżyć czym jest modlitwa codziennością w rozumieniu Rahnera. Odwołując się do słów św. Pawła z 1 Listu do Koryntian, który zachęca byśmy modlili się całym naszym życiem a więc wszystkim, co robimy, uświadamiamy sobie, że codzienne życie jest prawdziwym miejscem nie tylko naszej chrześcijańskiej egzystencji, ale i modlitwy. A to oznacza, że wszystkie nasze dążenia, praca, relacje, lektura książki jest miejscem naszego codziennego spotkania z Chrystusem. To właśnie wśród spraw najbardziej prozaicznych na tej ziemi, powinniśmy uświęcać się, służąc Bogu i ludziom.

To nam też uświadamia, że świat, w którym żyjemy nie jest zły, bo jest owocem rąk Bożych i dlatego sam w sobie powinien być miejscem wdzięczności o oddawania Bogu chwały, pomimo iż naszymi postawami i grzechami zdarza nam się to piękno zasłaniać. Mówiliśmy sobie również, że świadomość iż pragniemy Bogu ofiarować jak najlepsze dary chroni nas od prób wykręcenia się od uczciwego, codziennego zaangażowania w rzeczywistość i to, co robimy, gdyż każda bylejakość w życiu chrześcijanina sprzeciwia się woli Boga.

Chrystus wzywa was, abyśmy Mu służyli z zaangażowaniem tam, gdzie jesteśmy i w tym, co robimy, ucząc nas jednocześnie odkrywania tego, że istnieje coś świętego, Bożego, ukrytego w sytuacjach najbardziej prozaicznych i każdy z nas jest zaproszony aby to odkrywać.

Innymi słowy – jak pisze Karl Rahner – nasze powołanie to zmaterializować życie duchowe pośród zwykłej codzienności. Sprawia to, że możemy ustrzec się pokusy – tak częstego prowadzenia podwójnego życia przez chrześcijan: z jednej strony życia wewnętrznego – życia w relacji z Bogiem, a z drugiej, innego i oddzielonego od duchowości –  życia rodzinnego, zawodowego i towarzyskiego, pełnego małych, ziemskich spraw.

Jak pisze Rahner: „Uczeń Chrystusa nie może prowadzić podwójnego życia, bo nie możemy stać się schizofrenikami, skoro chcemy być chrześcijanami: istnieje jedno, jedyne życie, ustanowione z ciała i duszy, i takie ma być — z duszy i ciała — święte i pełne obecności Boga. Boga niewidzialnego spotykamy w rzeczach jak najbardziej widocznych i materialnych”. I dodaje: „Nie ma innej drogi: albo potrafimy spotkać Pana w naszym codziennym życiu, albo Go nie spotkamy nigdy” [Modlitwa na całe życie, 1984]. Jak wspomnieliśmy takiej postawy uczy nas medytacja monologiczna ucząca angażować nasze serce w odpowiedź do zachęty o nieustanną modlitwę.

Rahner jednocześnie pisze o modlitwie codziennością, która jest o tyle piękna, co może też rodzić pewne duchowe niebezpieczeństwa związane z absolutyzowaniem tej formy modlitwy. Możemy dojść bowiem do fałszywego wniosku, że skoro modlę się wszystkim, to już nie muszę przeznaczać wyjątkowych chwil na bycie sam na sam z Bogiem. Dlatego nieodzowna jest także tzw. modlitwa w codzienności. Teolog porównuje to do miłości małżeńskiej: Nie wystarczy gdy będę wysyłał mojej żonie miłosne wyznania za pośrednictwem listów czy sms-ów. Są one bardzo miłe lecz jako uzupełnienie. Muszę znajdować czas na bycie sam na sam z żoną, by móc osobiście wyszeptać jej do ucha „Kocham cię!” Przez słuchawkę telefoniczną te słowa brzmią inaczej. Podobnie jest w ludzkiej relacji z Bogiem. Wspaniale jest, gdy mamy intencje ofiarowania Bogu wszystkiego, całego naszego dnia, ale potrzebne są także chwile bycia z Bogiem sam na sam. To chwile nie tylko większego zjednoczenia, ale i szansa na głębsze zasłuchanie się w Jego słowo, którą rzadko daje nam zaangażowanie w inne aktywności. Chrystus – co do którego nie możemy mieć wątpliwości – że był zjednoczony z Bogiem jak nikt inny w swojej codzienności, również uczy nas swoim przykładem, że trzeba znajdować czas bycia sam na sam z Bogiem. Innymi słowy „modlitwa w codzienności”, która jest czasem poświęconym tylko Bogu i niczemu więcej jest nieodzowna by pogłębiać i ukierunkowywać również tę modlitwę, która określamy mianem „modlitwy codziennością”. I na zaproszenie do tej formy modlitwy również nasza medytacja pragnie stawać się jak najpełniejszą odpowiedzią.