Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Błogosławieni czy biada

Z Ewangelii według św. Łukasza

W owym czasie Jezus podniósł oczy na swoich uczniów i mówił:

„Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże. Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni. Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie. Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy was zelżą i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom.

Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą. Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie. Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie. Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom”. (Łk 6,20-26)

Komentarz:

W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus cztery razy mówi: „błogosławieni jesteście” i cztery razy mówi: „biada wam”. Ale to nie jest tak, że On dzieli ludzkość na dwie przeciwstawne grupy i do jednej grupy mówi: „błogosławieni jesteście”, a do drugiej: „biada wam”. Jedno i drugie odnosi się do każdego z nas. Bo w każdym z nas jest człowiek Boży, tęskniący za Bogiem i pragnący Mu służyć. I w każdym z nas jest stary człowiek, zbuntowany przeciwko Bogu. Jeśli żyjemy w łasce, to ten człowiek Boży w nas dominuje, a jeśli nie, to dominuje w nas człowiek grzechu.

Ale dopóki jesteśmy na tym świecie, wciąż jest w nas obecny pierwszy, i ten drugi — dlatego odnosi się do nas i „błogosławieni jesteście”, i „biada wam”.

„Błogosławieni jesteście, wy ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże”. Co oznacza, że błogosławieni jesteście, jeżeli żadnych dóbr tego świata nie stawiacie ponad Boga. Jeśli jesteście ludźmi wolnego serca! „I biada wam”, jeżeli z różnych marności tego świata uczyniliście swojego bożka i pozwoliliście mu zniewolić swoje serce.

„Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie i biada wam, którzy teraz jesteście syci”. Odruchowo odnosimy to błogosławieństwo do głodu fizycznego a tym czasem dobrze je tez rozumieć głębiej, w wymiarze duchowym: Błogosławieni jesteście, jeżeli nosicie w sobie głód Boga. I Biada, jeśli za cenę nasycenia się nie macie względu na Boga a nadto krzywdzicie swoich bliźnich i macie twarde i zamknięte serca dla innych.

„Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie”… nad swoimi grzechami, aby się z nich nawrócić. Którzy płaczecie nad złem, grzechem, niesprawiedliwością w świecie — i chcecie temu światu przynieść bodaj promień Bożej prawdy i Bożej miłości.

„I biada wam, którzy się teraz śmiejecie” — nie przejmując się ani grzechem własnym, ani cudzym, którzy znieczuliliście się na zło i niesprawiedliwość w świecie, bo to oznacza w nas zanikanie Bożego ducha.

Tego Bożego ducha pragnie w nas poszerzać praktyka medytacji, ucząc nas przez zjednoczenie ze Słowem czuć, patrzeć, myśleć jak Jezus – nasz Mistrz i Nauczyciel życia.

Niestety nasza natura zraniona grzechem sprawia, że powszechnym rodzajem szczęścia, za którym gonimy, jest to, które przynosi nam spełnienie i zaspokojenie już tu na ziemi i to najlepiej szybko.

Jezus kolejny raz przypomina nam, że nie zrozumiemy Jego słów, jeśli nie będziemy pamiętać, że jesteśmy stworzeni przez Boga i na Jego podobieństwo i nie możemy znaleźć prawdziwego szczęścia poza Nim. Choć nieustannie o tym zapominamy. Biblia ciągle przywołuje obrazy, które ukazują, że ciągle będziemy ulegać ułudzie szczęścia bez Boga, szczęścia na własną rękę.

Ponieważ najmocniejszy – o czym często przypomina Pismo Święte – przebiega przez ludzkie serce, dlatego zarówno „błogosławieni” jak i „biada” tyczą się każdej i każdego z nas. Praktyka medytacji pragnie jednak nas integrować przez to, że wprowadza jedność serca między nami a Jezusem i przez to porządkuje także nasze wnętrze i w konsekwencji nasze życie.

Zawsze obecny

Z Ewangelii według św. Łukasza

Po opuszczeniu synagogi Jezus przyszedł do domu Szymona. A wysoka gorączka trawiła teściową Szymona. I prosili Go za nią. On, stanąwszy nad nią, rozkazał gorączce, i opuściła ją. Zaraz też wstała uzdrowiona i usługiwała im. O zachodzie słońca wszyscy, którzy mieli cierpiących na rozmaite choroby, przynosili ich do Niego. On zaś na każdego z nich kładł ręce i uzdrawiał ich. Także złe duchy wychodziły z wielu, wołając: „Ty jesteś Syn Boży!” Lecz On je gromił i nie pozwalał im mówić, ponieważ wiedziały, że On jest Mesjaszem. Z nastaniem dnia wyszedł i udał się na miejsce pustynne. A tłumy szukały Go i przyszły aż do Niego; chciały Go zatrzymać, żeby nie odchodził od nich. Lecz On rzekł do nich: „Także innym miastom muszę głosić Dobrą Nowinę o królestwie Bożym, bo po to zostałem posłany”. I głosił słowo w synagogach Judei (Łk 4, 38-44).


Dziś Łukasz pokazuje Jezusa, który przychodzi i… odchodzi.

To ważny obraz, w którym odbija się dynamika naszego codziennego życia duchowego. Czasem jest tak, że doświadczamy wręcz namacalnie, tak, jak teściowa Piotra, że Jezus bierze nas za rękę (może praktyka medytacji pozwala nam doświadczyć namacalnie tego Jezusowego prowadzenia).

Czasem jesteśmy chorzy, doświadczamy naszej słabości, różnego rodzaju kryzysów i potrzebujemy, aby Jezus położył na nas swoje ręce. Kiedy posługuję sakramentem chorych, ten gest nałożenia ręki jest tam widoczny.

Są takie chwile, gdy obecność Jezusa przy nas i Jego działanie wydają się pewne, namacalne.

Ale bywają też chwile duchowego strapienia, kiedy rodzi się w nas fałszywe przeświadczenie, że Jezusa nie ma blisko.

Z jednej strony zachowujemy się tak, jak tłumy z dzisiejszej Ewangelii: szukamy Go, bo na tym polega doświadczenie wiary.  Czasem mamy pokusę, żeby Go zatrzymać (może także to doświadczenie medytacji, kiedy medytuje nam się dobrze i chcielibyśmy tę chwilę zatrzymać).

Jezus jednak nie pozwala się zatrzymać. To nie znaczy, że odchodzi. On bowiem nigdy nie znika z naszego życia. Jest tam zawsze obecny. Przenikasz i znasz mnie panie… – mówi Psalmista [Ps. 139.1]. Nasze odczucia bywają zwodnicze i zwłaszcza w doświadczeniu duchowym trzeba być ostrożnym, bo choć pozornie możemy nie odczuwać obecności Jezusa, to trzeba byśmy w takich chwilach odwoływali się do wiary, która podpowiada za św. Pawłem, że jesteśmy stale zanurzeni w Jego obecności, bo „w nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”… [Dz 17,28]

Jak pisze w jednym ze swoich kazań Mistrz Eckhart: „Trzeba umieć zgodzić się na dynamikę odczuwalnego przychodzenia i odchodzenia Jezusa. Nie zatrzymywać się na tym, co podpowiadają odczucia, ale trwając w wierze, odkrywać prawdę, że Bóg jest zawsze przy Tobie”.

Częstochowska

Z Ewangelii według św. Jana

W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów.

A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: „Nie mają wina”.

Jezus Jej odpowiedział: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czy jeszcze nie nadeszła godzina moja?”

Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.

Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary.

Jezus rzekł do sług: „Napełnijcie stągwie wodą”. I napełnili je aż po brzegi.

Potem powiedział do nich: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu”. Ci więc zanieśli.

A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”.

Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie (J 2, 1-11).

Niektórzy zastanawiają się ile wody Jezus przemienił w wino? Biorąc pod uwagę to, że jedno naczynie do rytualnych obmyć mieściło 2 lub 3 mary  (a  jedna miara to 39 litrów z hakiem), to wychodzi jakieś 79 litra (przy 2 miarach) lub ponad 118 litrów (przy 3 miarach), i mnożąc to przez ilość stągwi mamy w wersji minimum 473 litrów wina, a wersji maksimum 709 litrów wina!”. Tak czy inaczej jedno jest pewne, że Bóg jest hojnym dawcą!

Ojcowie Pustyni widzieli w tym obrazie także łaskę, jaką Bóg na nas wylewa. Jedno jest pewne: Bóg nigdy nie żałuje nam swojej łaski, mimo, że my wiele z tych łask marnujemy.

A skoro idziemy już tropem Ojców Pustyni, to widzieli oni też w dzisiejszym obrazie wesela piękną metaforę życia. Życia, które staje się weselem, jeśli zaprosimy do niego – tak jak nowożeńcy z Kany – Jezusa i Maryję. I nie dlatego, że tak wypada, ale dlatego, że cenimy sobie ich obecność i przyjaźń.

Jednak zaproszenie Jezusa, to jeszcze nie wszystko. Bo w chwili chrztu to zaproszenie się właściwie dokonało. Problem w tym, że wielu chrześcijan zapraszając Go umieszcza go potem na liście takich niezobowiązujących znajomych. A Ewangelia dzisiejsza mówi coś ważnego przez  słowa Maryi: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.

To właśnie ta wierność Bożemu słowu a wcześniej wsłuchiwanie się w nie, żeby móc je wiernie wypełnić pokazuje na ile prawdziwie potwierdzamy w codzienności to zaproszenie Jezusa do naszego życia.

Ewargiusz z Pontu naucza, że: „Bez postawy zasłuchania w Słowo Boże, bez zaufania i zawierzenia mu oraz chęci czynienia tego, do czego to Słowo nas wzywa wiara po prostu rozmijałaby się ze zdrowym rozsądkiem czy życiową mądrością. Nie ma mowy o prawdziwej wierze, o duchowości, po prostu o pełni człowieczeństwa bez postawy, która prowadzi nas do wierności usłyszanemu Słowu Boga.”

Wszyscy jesteśmy powołani do nadprzyrodzoności. Ale kroczenie tą drogą wymaga wierności, często codziennego wiernego powtarzania tych samych gestów i czynności, choć czasem może nie zawsze widzimy ich sens. Choć wydaje się, że do niczego nie prowadzą.

Praktyka medytacji chce być dla nas szkołą tej wierności Słowu. I chce nas uczyć widzenia w tym prostym karmieniu się Słowem w ciszy serca głębszego nadprzyrodzonego sensu tej praktyki.

Podróż wiary wymaga, żebyśmy – podobnie jak słudzy z dzisiejszej Ewangelii – zaufali Jezusowi i dali mu ten nasz wkład pracy, wysiłek, owoce wierności Jego słowu pozwalając, żeby On przemienił to swoją mocą w te owoce, które czasem będziemy widzieli dopiero po jakimś czasie tu na ziemi a czasem zobaczymy je dopiero po tamtej stronie życia.

Prośmy dziś Maryję, aby przez wierną i wytrwała praktykę codziennej medytacji uczyła nas zawierzenia Jezusowi i Jego słowu wbrew wszelkim naszym naturalnym oporom i wątpliwościom, które zawsze mają prawo pojawiać się na drodze wiary.

 

 

Życie – zaproszenie do winnicy Pana

Z Ewangelii według św. Mateusza

Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść:

Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy.

Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił.

Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? Odpowiedzieli mu: Bo nas nikt nie najął. Rzekł im: Idźcie i wy do winnicy!

A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych! Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze.

Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi (Mt 20,1-16a).

Ewangelia dzisiejsza pokazuje nam trzy grupy pracowników.

Pierwsi – umówieni na 1 denara. Ci, którzy szukają sprawiedliwego wynagrodzenia za swój trud. I wiedzą jasno jakie są zasady zatrudnienia. Umieją przeliczyć swój trud na konkretną zapłatę, bo jak mówi Ewangelia „godzien jest robotnik swojej zapłaty”.

Drudzy – umówieni na to, co słuszne. Wiedzą, że mogą jeszcze wykonać pracę, że ona ma jeszcze swoją wartość, choć już nie tak wielką jak ta wykonywana przez cały dzień. Być może dlatego nie mają potrzeby umawiania się z właścicielem winnicy. Liczą na Jego sprawiedliwość. Zdobywają się na pewne zaufanie do gospodarza.

Ostatni – zdani na wolę gospodarza. Wiedzą, że przez godzinę wiele nie da się zarobić. Ich praca nie ma wielkiej wartości. Może nawet stracili nadzieję, że ktokolwiek da im jakąkolwiek szansę zarobku.

Mamy więc trzy grupy ludzi, którzy mają różne nastawienie do gospodarza: konkretna umowa – coś za coś; zdanie się na sprawiedliwe wynagrodzenie oraz całkowite powierzenie się ze świadomością swej ograniczoności.

Jezus opowiadając przypowieści zawsze zaprasza nas, byśmy się z nimi skonfrontowali. W tym wypadku spróbowali odnaleźć się w jednej z grup pracowników.

I pierwsza refleksja, która się nasuwa, to pytanie: Czy mamy tendencję porównujesz się z innym, jak bohaterowie Ewangelii?

I to wydaje się być pierwszą nauką płynącą z tej Ewangelii. Pokusa porównywania się z innymi zawsze prowadzi nas na manowce: bo zawsze będą tacy, którzy maja od nas mniej lub więcej. A zatem jest to postawa, która sprawia, że w zależności do kogo się porównamy wpadniemy w pułapkę próżności lub zgorzknienia.

Drugą nauką, którą Jezus chce nam przekazać to wdzięczność. Czy umiemy się cieszyć i być wdzięczni za dobro, z które jest naszym udziałem? I czy potrafimy się cieszyć z dobra, które otrzymują inni (nie oceniając czy po ludzku na to zasługują czy nie)?

Wdzięczność i radość dają nam większą wolność serca.

Bo konkluzja tej Ewangelii jest taka, że wobec Boga i tego, co On nam daje, to, co my mamy do dania to naprawdę niewiele. Zwłaszcza, gdy nie zapomnimy o tym, że ten ewangeliczny denar oznacza zbawienie, na które po prostu nie zasługujemy i na które nie da się zapracować.  Jest darmowym darem Boga. Jest owocem Jego miłosierdzia większego niż sprawiedliwość (a przynajmniej nasze poczucie sprawiedliwości).

Ale u Boga i tak wzbudza radość to, co Mu dajemy. Pamiętajmy o tym, kiedy siadamy do codziennej medytacji. Bo to niewiele, które Mu dajmy: pół godziny czasu i uważności On zamienia w kanał łaski, która obficie spływa na nas przez moc Jego słowa i obecności, w która się zanurzamy.

I życzmy sobie odwagi bycia ostatnimi, bo to sprawia, że ani wobec Boga, ani wobec innych, ani wobec świata nie mamy wygórowanych roszczeń.

Wszyscy jesteśmy grzesznikami

Z Ewangelii według św. Mateusza

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik. Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, cokolwiek zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie, to wszystko otrzymają od mojego Ojca, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 15-20).

Dzisiejsza Ewangelia przede wszystkim przypomina nam, że wszyscy jesteśmy grzesznikami. Tę pamięć nosili w swoich sercach nieustannie Ojcowie Pustyni, co chroniło ich od zbyt szybkiego oceniania i potępiania innych. Jest taka piękna modlitwa Efrema Syryjczyka, która kończy się słowami: „Panie, daj mi widzieć moje przewinienia i nie osądzać brata mojego”.

Ciągle grzeszymy. Ciągle się przewracamy. Wszyscy. Dlatego potrzebujemy pomocy łaski. I dlatego nie możemy pozostać też obojętni względem siebie. Widząc, że drugi błądzi, że popełnia  grzech, który wymaga upomnienia winniśmy zareagować. Co w dzisiejszych czasach nie jest łatwe, bo mamy skłonność do zgody, którą wymusza na nas mentalność świata na to, żeby każdy żył jak chce. Tymczasem nie wolno nam zapomnieć, że jako uczniowie Chrystusa w świecie jesteśmy odpowiedzialni za to, by pomóc człowiekowi, który się zgubił powrócić na drogę do Boga, zwłaszcza jeśli należy do wspólnoty Kościoła, czyli jest naszym bratem lub siostrą.

Oczywiście upomnienie w duchu miłości i akceptacji człowieka a jednocześnie nie akceptacji popełnionego zła, sprzeciwu wobec niego nie jest łatwe, ale jest postawą dojrzałości chrześcijańskiej. Warto też czynić to – na tyle na ile to możliwe – w duchu łagodności.

Medytacja i towarzyszące jej wezwanie: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” chcąc uczyć nas pokory nie pozwala nam zapomnieć, że sami jesteśmy grzesznikami i upominać innych z pozycji wyższości, ale także przyjąć upomnienie ze strony innych.

Warto spojrzeć na swoje życie i uświadomić sobie z wdzięcznością, że wiele z naszych pozytywnych życiowych nawyków czy postaw wiary wynika z tego, że ktoś wcześniej nas napomniał i pozwolił powrócić ze błędnie obranej ścieżki.

Warto mieć w pamięci tych nauczycieli życia i aniołów, których w postaci ludzkiej Bóg stawiał na naszych drogach, którzy napominali nas w trosce o wzrost i rozwój naszego człowieczeństwa i naszego chrześcijaństwa i pooddychać z wdzięcznością w ich kierunku podczas medytacyjnego siedzenia. Bo być może bez nich nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy.