Jezus przemierzał miasta i wsie, nauczając i odbywając swą podróż do Jerozolimy.
Raz ktoś Go zapytał: «Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?»
On rzekł do nich: «Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie zdołają. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas, stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: „Panie, otwórz nam!”, lecz On wam odpowie: „Nie wiem, skąd jesteście”. Wtedy zaczniecie mówić: „Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś”.
Lecz On rzecze: „Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy, którzy dopuszczacie się niesprawiedliwości!” Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka i Jakuba, i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a siebie samych precz wyrzuconych. Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym.
Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi». (Łk 13, 22-30)
Medytacja daje nam możliwość zbliżenia się do Jezusa. Można powiedzieć, że Jezus zawsze jest w drodze. Tak opisuje to Ewangelia. Kiedyś Jemu współcześni mogli Go spotkać w sensie fizycznym, dzisiaj możemy to uczynić w sensie duchowym (choć w sensie fizycznym nie mniej realnie niż żyjący dwa tysiące lat temu dotykamy Jezusa i przyjmujemy go w Eucharystii). Ciekawe jest to, że zarówno wtedy, jak i dzisiaj wielu Go nie rozpoznaje. Nie przyjmuje do swojego życia, nie wsłuchuje się w Jego słowa, mimo, że Jezus jest często tak blisko.
Możemy zatem stwierdzić bez zbytniej obłudy i próżności, że należymy do wybrańców, którzy spotykają Jezusa na co dzień: w Eucharystii, w Słowie, w medytacji, w natchnieniach, które nam daje. Warto mieć świadomość czy i jaki ma to wpływ na nasze życie?
„Usiłujcie wejść przez ciasną bramę” – mówi dziś Jezus. On, jak każdy dobry i wymagający nauczyciel prowadzi nas często w życiu przez „ciasne przejścia”, wymagające wysiłku. Każdy bowiem rozwój wymaga wysiłku i wyrzeczeń.
Jezus jednak przestrzega nas w dzisiejszej Ewangelii, że codzienne przebywanie z Nim może nas do Niego zbliżać, ale może także nas oddalać. Pewnego rodzaju rutyna, przyzwyczajenie się do tego, że mamy Jezusa na wyciągnięcie ręki może prowadzić nawet do oziębłości w naszej relacji z Jezusem, podobnie jak to bywa w życiu małżeńskim, rodzinnym. Święty Paweł przestrzega nas mówiąc: „Przechowujemy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas”[2 Kor 4,7]. Tym skarbem bez wątpienia jest nasza relacja z Jezusem, nasza wiara. Ale naczynia gliniane – o których pisze św. Paweł – symbolizują nasze serca, przede wszystkim naszą kruchość, słabość, grzeszność…
Warto sobie uświadomić, że z perspektywy życia duchowego ta małość naczynia glinianego jest w rzeczywistości wielką łaską każdego z nas, gdyż uczy unikać pychy, poczucia samowystarczalności. Jednocześnie ta sama małość zmusza do refleksji, do spojrzenia wstecz, do zwolnienia, a to z pewnością zawsze przynosi niemałe korzyści.
Niebezpieczeństwem dla współczesnego człowieka jest nieustanna chęć ukrycia swoich słabości, niedoskonałości, błędów. W oczach świata chcemy ciągle stawać się zwycięzcami, liderami. Pragniemy sławy, władzy, pieniędzy. Pamiętamy te sławne trzy pokusy, przed którymi przestrzega zarówno Pismo święte jak i ojcowie pustyni: W języku angielskim określa się je trzema „P”: power, prestige, possession. W zasadzie towarzyszą one człowiekowi od zawsze. Ale przecież nie one jest najważniejsze, nie one są prawdziwym skarbem, choć w zabieganiu o nie człowiek poświęca tak dużo energii. Najistotniejszą wartością „glinianego naczynia” – pisze Merton – jest jego zawartość, czyli nasze życie duchowe.
W świecie, który często zmusza nas do odgrywania ról, noszenia masek warto doceniać te wyjątkowe miejscach, gdzie nie musimy udawać innych, niż jesteśmy, czyli o adoracji Najświętszego Sakramentu, naszym cichym trwaniu w obecności Boga, jaką jest codzienna medytacja. Niech naszym celem winno być ciągłe dążenia do tego, by być zawsze prawdziwymi przed Bogiem i przed ludźmi.
Nie mam wątpliwości, że jeśli jest ktoś, kto może nas nauczyć takiej postawy jest Nim Jezus, który zawsze i w każdej sytuacji był prawdziwy, był sobą. Niech nasze przylgnięcie do Niego w medytacji uczy nas naśladować Go w tej postawie. Jest to postawa, która przygotowuje nas również do stanięcie przed Bogiem w dniu sądu – o czym mówi dzisiejsza Ewangelia. A tam można stanąć tylko w prawdzie, bo będzie to sąd prawdy i miłości.
«To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie przyjść ma złodziej, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie». (Łk 12,39)
W wielu interpretacjach biblistów dzisiejsza Ewangelia mówi nam o śmierci. O tym, że zazwyczaj przychodzi ona nieoczekiwanie, dlatego człowiek, zwłaszcza chrześcijanin, który na śmierć winien spoglądać nieco inaczej: nie jako na koniec, ale jako na zakończenie jedynie pewnego etapu życia, które po śmierci trwa dalej – winien być do niej przygotowany.
Skoro już jesteśmy przy temacie śmierci, to warto zapytać o nasz stosunek do śmierci, która wcześniej czy później stanie się udziałem wszystkich. Wiele osób oddala w ogóle od siebie myślenie od śmierci. Najczęstszym powodem takiej postawy jest lęk przed śmiercią, który w sobie nosimy. Pewnie rzadko kto potrafi powiedzieć za świętym Pawłem: „Wolę odejść a być z Chrystusem”[1Flp 23]. Przywołuję to zdanie z Listu do Filipian, bo uświadamia nam ono, że śmierć ma w sobie również coś błogosławionego.
To, co sprawia, że na śmierć patrzymy w taki a nie inny sposób to grzech, który zaburza nasz sposób patrzenia na Boga, na siebie samych a także na nasze życie. Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam tę ważną prawdę naszej wiary – że nasze życie nie kończy się z chwilą śmierci a jedynie się zmienia… Każdy z nas będzie miał swój ostatni dzień na tej ziemi, ale to nie będzie koniec, to będzie dzień, w którym dopełni się czas naszego pielgrzymowania; naszej próby. Będzie to dzień przyjścia Pana. Dlaczego więc my – uczniowie i przyjaciele Pana mielibyśmy się tego dnia obawiać? Myślę, że najlepszą odpowiedź na to pytanie daje nam św. Jan, który pisze, że „kto się lęka, ten nie wydoskonalił się w miłości”. Dosłownie to zdanie św. Jana brzmi: „W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości” [1 J 4,18]. Kiedy spoglądamy na świętych oni właśnie dlatego, że dojrzeli w miłości nie nosili w sobie lęku przed śmiercią…
Prostym wnioskiem, który płynie z Ewangelii jest prawda, że będziemy bardziej przygotowani na przyjście Pana, jeśli będziemy na co dzień starć się żyć miłością. Św. Treska od Dzieciątka Jezus mówiła, że życie miłością na co dzień jest receptą na to, jak być przyjacielem Boga.
I właśnie to określenie NA CO DZIEŃ zaprasza nas też do poszerzenia perspektywy dzisiejszej Ewangelii. Dzisiejszy fragment mówi bowiem o czujności, choć nie ma w nim ani razu przywołanego tematu śmierci. A zatem może Ewangelia dzisiejsza chce nam powiedzieć cos więcej…
W naszym mówieniu o praktyce medytacji monologicznej często poruszamy temat uważności. Ta uważność, to nic innego jak czujność, do której nawiązuje dziś Jezus w Ewangelii. Już Ojcowie Pustyni zachęcali aby życie duchowe traktować jako troskliwość i uważne obchodzenie się z ludźmi, z rzeczami, z czasem, wreszcie jako uważne wsłuchiwanie się w Boga. „Kto żyje uważnie, żyje w relacji z sobą samym, ze stworzeniem, z Bogiem i z ludźmi” (Abba Pojmen)
Wielu socjologów i psychologów mówi, że chorobą dzisiejszych czasów doby mediów elektronicznych jest brak prawdziwych relacji. Do tego dokłada się również tempo życia, któremu współczesny człowiek ulega i które sprawia, że nasze relacje z samymi sobą i z innymi stają się coraz płytsze. Tymczasem człowiek, który jest stworzony przez Boga jako byt relacyjny potrzebuje relacji z innymi (w tym z Bogiem), by móc odnaleźć relację z samym sobą i odwrotnie.
Święty Benedykt w swojej regule pisze o życiu jako o doświadczeniu Boga, który przychodzi pod osłoną łaski chwili i dlatego konieczne jest wyostrzanie uwagi na Jego obecność. Benedykt kieruje tę zasadę głównie do mnichów, ale nie mam wątpliwości, że stosuje się ona do wszystkich ludzi wiary. Dla Benedykta życie duchowe polega na stałej czujności na obecność Boga.
Problem wielu współczesnych ludzi (w tym chrześcijan) jest to, że sztucznie rozdzielają oni swoje życie na duchowe i nie-duchowe. Na sacrum i profanum, co samo z siebie jest jedną z największych iluzji, jakiej dajemy się zwieść, jako ludzie wiary. Ojciec de Mello pisze w Sadhanie: „Prawdziwie przeżywane życie duchowe oznacza przebudzenie ze snu. Wielu bowiem ludzi śpi, żyjąc w iluzji. Sądzą, że ich życie sprowadza się do pracy, układów, do sukcesów i porażek, dobrego samopoczucia i zapewnionej egzystencji. Tymczasem życie chrześcijanina nie jest ucieczką przez rzeczywistością, lecz przebudzeniem ku niej. Właściwa rzeczywistość to Bóg, w którego obecność jesteśmy zanurzeni 24 godziny na dobę. Dlatego życie człowieka wiary, to życie które jest przebudzone przez towarzyszącą nam nieustannie świadomość że „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”? (Dz 17,28)”. Praktyka medytacji jest tym ćwiczeniem, które ma na celu nieustanne budzenie nas do tej świadomości, aby ona przelewając się na całe nasze życie uczyła nas większej uważności na nieustanne przychodzenie Pana Boga pod osłoną łaski chwili, do czego wzywa nas dzisiejsza Ewangelia.
«Biada wam, faryzeuszom, bo dajecie dziesięcinę z mięty i ruty, i z wszelkiej jarzyny, a pomijacie sprawiedliwość i miłość Bożą. Tymczasem to należało czynić, i tamtego nie pomijać. Biada wam, faryzeuszom, bo lubicie pierwsze miejsce w synagogach i pozdrowienia na rynku. Biada wam, bo jesteście jak groby niewidoczne, po których ludzie bezwiednie przechodzą».
Wtedy odezwał się do Niego jeden z uczonych w Prawie: «Nauczycielu, słowami tymi także nam ubliżasz». On odparł: «I wam, uczonym w Prawie, biada! Bo nakładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami nawet jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie». (Łk 11, 42-46)
Na pierwszy rzut oka Ewangelia dzisiejsza wydaje się mało medytacyjna, w tym sensie, że wprost nie wydaje się ona odnosić do tego, co może być doświadczeniem medytacyjnym. Gdy jednak wsłuchamy się głębiej w przesłanie Jezusa zobaczymy, że mówi On o tym, co można by określić motywacją naszego działania. I choć odnosi to w dużej mierze do pewnych funkcji społecznych, piastowanych przez swoich rozmówców, to jednak ogólnie postawę, którą Jezus piętnuje można odnieść do każdego rodzaju naszego działania.
Jezus chce przestrzec, że jest coś bardzo nie w porządku, jeśli ktoś dąży do czegokolwiek z powodów głównie egoistycznych – czyli żeby zaspokoić swoje ambicje, próżność, czy zapewnić sobie inne korzyści. Egocentryzm potrafi zatruć zarówno naszą postawę w stosunku do świata, do drugiego człowieka, jak i relację z Bogiem. Zresztą zdaniem Jezusa egocentryzm zawsze będzie jakimś rodzajem choroby duchowej.
Z kolei miłość, do której Jezus odwołuje się już w pierwszym zdaniu dzisiejszej Ewangelii tym różni się od egoizmu, że jej cechą jest pragnienie, żeby zaspokajać nie tylko swoje potrzeby, ale by czyniąc to mieć na względzie także dobro innych.
To już drugi dzień, gdy Chrystus toczy dysputę z uczonymi w piśmie, w której wychodząc od pewnego wymiaru zewnętrznego naszego życia kieruje On uwagę słuchaczy ku wnętrzu, ku ludzkiemu sercu. Jezus często przypominał, że to właśnie serce człowieka jest głównym źródłem jego motywacji i działania. Zatem jeśli nasze działania są nacechowane egoizmem, oznacza to, że problem tkwi w naszym wnętrzu, w sercu człowieka i tam musi zostać uzdrowiony.
Kiedyś Jerzy Waldorff odwołując się w jednym ze swoich felietonów do Arystotelesa napisał, że „Muzyka łagodzi obyczaje”. Sądzę, że to samo można by bez przesady powiedzieć o praktyce medytacji. Także badania amerykańskich naukowców dotyczących zjawiska medytacji potwierdzają, że osoby medytujące są bardziej skłonne do ugody, mniej agresywne, czy bardziej otwarte na drugiego człowieka.
W jednej z książek Daniela Golemana „Trwała przemiana. Co nauka mówi o tym, jak medytacja zmienia twoje ciało i umysł” autor udowadnia, że systematyczna praktyka medytacji przynosi trwałą zmianę na poziomie empatii, radzenia sobie ze stresem oraz jak to określa „większą zdolność wyjścia poza ego”.
W tym sensie medytację możemy potraktować jako proces przezwyciężania naszego egoizmu, do którego Jezus odnosi się negatywnie w dzisiejszej Ewangelii. Już sama praktyka medytacji – zwłaszcza monologicznej – zakłada pewną bezinteresowność, gdyż bazujemy w niej na doświadczeniu, które jest w małym stopniu zależne od nas (poza siedzeniem, w które jesteśmy zaangażowani), ale reszta w praktyce medytacji – zwłaszcza chrześcijańskiej – bardziej opiera się na łasce, która przychodzi przez towarzyszące medytacji słowo. To ona kształtuje nasze serca i to do jakich owoców i jak szybko nas doprowadzi w dużej mierze nie zależy już od nas.
Jest takie piękne zdanie Eckharta Tolle, który mówi, że: „Kiedy w praktyce medytacji wyciszamy działanie umysłu proces ten zaczyna powoli trawić nasze myśli i uczucia na temat nas samych. Medytacja przez wsłuchiwanie się w siebie z życzliwością i uważnością pozwala nam na tworzenie nowej „opowieści” o nas samych; opowieści opartej na miłującej akceptacji samych siebie, naszego życia, tego co dzieje się „tu i teraz” jak również innych. Na początku jest to chwilowa zmiana, ale wraz z praktyką staje się ona trwała”. [konferencja wygłoszona na Universities of London and Cambridge w czerwcu 2020 r]
Te słowa wydają się potwierdzać prawdę o tym, że praktyka medytacji rzeczywiście łagodzi nasze obyczaje zarówno wobec nas samych jak i wobec otaczającej nas rzeczywistości. Medytacja ma w sobie też dolność uwalniania nas od egocentrycznych pragnień, które nam towarzyszą, gdyż uświadamia nam na dużo głębszym poziomie niż tylko intelekt, że tak naprawdę niepotrzebne jest człowiekowi wszystko, co nie powoduje w nim wzrostu Miłości, lub przynajmniej nie sprzyja temu wzrostowi. Dotyczy to także religii i wiary. Jezus już od wczoraj w Ewangelii zdaje się stawiać ważne pytanie: „Po co komu wiara w Boga i religijne praktyki, jeśli nie nauczy się on Miłości?”.
Zbawienie ku któremu prowadzi nas życie duchowe nie jest emeryturą dla zasłużonych. Jest nowym życiem, czekającym na każdego, ale kształtem tego nowego życia jest Miłość. Dlatego Jezus namawia nas nie do gromadzenia zasług, ale do uczenia się Miłości. Trudna to nauka i skomplikowana umiejętność, dlatego warto się jej uczyć jedynie u najlepszego Mistrza – Jezusa. A każda praktyka medytacji do której siadamy jest realizacją tej nauki.
Jezus, przebywając w jakimś miejscu, modlił się, a kiedy skończył, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów».
A On rzekł do nich: «Kiedy będziecie się modlić, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto przeciw nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie». (Łk 11, 1-4)
Słyszymy dziś w Ewangelii prośbę: „Panie, naucz nas modlić się”.
Nie mam wątpliwości, że jest to prośba, która przewija się przez kolejne pokolenia uczniów Chrystusa. Dla znalezienia dobrego nauczyciela modlitwy niektórzy przemierzyli setki a nawet tysiące kilometrów. Jako dowód na to pragnienie wystarczy przywołać Ojców Pustyni, do których przybywały tłumnie osoby pragnące nauczyć się od nich sztuki modlitwy; czy też historię bohatera słynnej powieści „Opowieści pielgrzyma”, w której przemierza on długą drogę w poszukiwaniu nauczyciela, który nauczy go modlitwy nieustannej.
Jezus ucząc prostych słów modlitwy, uświadamia nam, że ma powodu sądzić, że modlitwa to jakaś skomplikowana umiejętność. W praktyce medytacji monologicznej również odwołujemy się do prostoty. Ta praktyka, podobnie jak sam Chrystus uświadamiają nam, że istotą owocnej modlitwy jest zawsze wiara i miłość, oraz głębia zaangażowanego w nią ludzkiego serca, nie zaś wielość słów.
Za każdym razem, gdy siadamy do medytacji naszą postawą zdajemy się powtarzać: „Panie naucz nas modlić się”, gdyż Tym, na którego zdajemy się całkowicie w tej modlitwie jest Duch Jezusa. To Jemu pozwalamy się prowadzić za sprawą modlitewnego wezwania, w które się wsłuchujemy i to „On – zgodnie ze słowami św. Pawła – dopełnia braków naszej modlitwy, gdy bowiem nie umiemy się modlić tak jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8, 26).
Jezus uczy nas modlitwy nie tylko w praktyce – jak w dzisiejszej Ewangelii – ale też swoim własnym przykładem. Jednym z wyrazów tej postawy była Jego modlitwa, na której spędzał niejednokrotnie całą noc o czym donoszą Ewangelie.
Poza tym odpowiedzią na dzisiejszą prośbę uczniów zdaje się być także Ewangelia, którą słyszeliśmy zaledwie wczoraj, opowiadająca o zasłuchaniu Marii, siostry Łazarza i Marty, siedzącej w ciszy u stóp Jezusa, którą Nauczyciel określa wyborem najlepszej cząstki, której nie będzie pozbawiona.
Postawa Marii zdaje się tak bardzo przypominać praktykę naszej medytacji. Cała jest skupiona na Jezusie. Siedzi u Jego stóp i słucha Go. Wszystko inne przestaje istnieć.
Kontemplacja jest rozkochaniem się człowieka w Bogu. Pan Jezus, który powiedział, że Maria wybrała najlepszą cząstkę, dobrze wiedział, o czym mówi. On przecież szedł przez swoje ludzkie życie cały rozkochany w swym Ojcu. To właśnie miłość Jezusa do swojego Przedwiecznego Ojca wyrażała się w tym, że całe noce spędzał na modlitwie i że z tej modlitwy czerpał siły do codziennej działalności.
To jest niezwykłe i zupełnie niezasłużone, że Bóg, który nas kocha, sam chce być przez nas kochany. Chce, abyśmy w tej miłości odnawiali samych siebie; żebyśmy czerpali z niej siły. Chrześcijanin nigdy nie znajdzie w życiu lepszej motywacji do dobrego życia niż miłość i modlitwa!
My także siedząc w medytacji u stóp Tego, który jest samą Miłością wchłaniamy w siebie Jego Boską Obecność i Mądrość. Warto sobie uświadomić, że do naśladowania Marii wezwani jesteśmy wszyscy. Nic tak bardzo, jak Jego łaska i słowo nie są w stanie rozświetlić dróg naszego życia. „Miłość Boża rozlana jest w sercach naszych” – napisze św. Paweł (Rz 5,5) – bo nawet jeśli prowadzimy życie bardzo czynne, możemy nosić w swoich sercach ziarno daru kontemplacji, gdyż dar kontemplacji jest niczym innym jak darem rozkochania się w Bogu.
Gdy Jezus z uczniami szedł drogą, ktoś powiedział do Niego: «Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz».
Jezus mu odpowiedział: «Lisy mają nory i ptaki podniebne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł skłonić».
Do innego rzekł: «Pójdź za Mną». Ten zaś odpowiedział: «Panie, pozwól mi najpierw pójść pogrzebać mojego ojca». Odparł mu: «Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże».
Jeszcze inny rzekł: «Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu». Jezus mu odpowiedział: «Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego». (Łk 9, 57-62)
Przyłączamy się do uczniów, którzy idą drogą z Jezusem. Medytacja to także nic innego, jak droga podążania za Jezusem, wsłuchiwania się w Jego słowo.
Kroczenie za Jezusem zakłada jednak gotowość odrzucania tego, co nam w tej drodze przeszkadza; co byłoby dla nas obciążeniem.
Św. Łukasz opowiada w Ewangelii dzisiejszej trzy przypadki, w których Jezus zaprasza swoich uczniów do porzucenia pewnych spraw.
Na pierwszy rzut oka ktoś mógłby słuchając dzisiejszej Ewangelii pomyśleć, że Jezus proponuje nieludzkie życie. Nieludzkim jest bowiem życie bez domu, zostawienie bez pochówku zmarłego ojca i rozstanie się na długo bez pożegnania. Jezusowi nie chodzi jednak o odczłowieczenie nas. On chce nam powiedzieć, że mamy ciągle patrzeć dalej i wyżej, niż umożliwia to życie na tym świecie. Już teraz możemy być transcendentni, czyli przekraczający granice tego świata. Możemy takimi być, żyjąc na tym świecie. Do tego potrzebna jest jednak odwaga i wolność od ograniczeń, którą daje przyjaźń z Jezusem. Wówczas nasze posiadanie domu, czy wszelkie rozstania nabiorą zupełnie nowego wymiaru i nie będą wyrażać uwiązania do tego świata.
Bez wątpienia medytacja monologiczna uczy nas takiej wolności od ograniczeń i zostawiania za sobą różnych spraw. Tak jak w medytacji słowo, które wypowiadamy w ciszy serca i w rytmie oddechu jest dla medytującego jedyny oparciem, tak Jezus chce być naszym jedynym oparciem w codziennym życiu.
Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii: „Pójdź za Mną!” Warto zapytać, czy w naszej reakcji na to wezwanie nie odpowiadamy podobnie jak jedne z bohaterów dzisiejszej Ewangelii: „Chcę pójść za Tobą, ale…” To „ale” może się przejawiać w braku czasu na codzienna praktykę medytacji, lub w zbytnim uwikłaniu w problemy codziennego życia, albo też w zbytnim oglądaniu się wstecz, czyli życiu przeszłością zamiast chwilą obecną…
Uderzająca i pełna znaczenia w dzisiejszej Ewangelii jest także ta bezdomność Syna Bożego.
Jezus rodzi się już jako bezdomny, w Betlejem, gdzie nie było dla Niego miejsca w gospodzie.
Z kolei skarga z dzisiejszej Ewangelii, że nie ma gdzie głowy skłonić, ma poruszające odniesienie w opisie Jego Męki: „A skłoniwszy głowę, oddał ducha”. Jak pisze znany biblista ojciec Raniero Cantalamessa: „Dopiero na krzyżu znalazło się miejsce, gdzie Syn Człowieczy mógł głowę skłonić”.
Wiele tekstów Nowego Testamentu mówi o tym, że Bóg nie znajduje miejsca dla siebie tam, gdzie najbardziej tego mógł oczekiwać. Sam św. Jan podkreśli to w Prologu Ewangelii: „Przyszedł do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1,11). Jak pisze św. Efrem Syryjczyk: „Każdy grzech sprawia, że wyrzucamy Boga z naszej ziemi, a zwłaszcza z naszego serca i po raz kolejny skazujemy Go bezdomność. A Bóg daje się wyrzucić nie dlatego, że jest słaby, ale dlatego, że szanuje naszą wolność”. (Myśli św. Efrema Syryjczyka)
Pięknie tę myśl św. Efrema kontynuuje Merton w Zapiskach współwinnego widza pisząc: „Rzecz jasna – jeżeli na ziemi nie ma miejsca dla Boga, wówczas ziemia również dla ludzi przestaje być domem, staje się po prosty nieludzka”.
A jednak Bóg nigdy nie obraża się na człowieka, nie odwraca się do niego plecami… Pomimo iż tak często niechciany – nie przestaje zabiegać o naszą uwagę, o nasz czas, o naszą miłość: „Oto stoję u drzwi i kołaczę” (Ap 3,20)
To tajemnica Bożego Miłosierdzia, która także objawia się w medytacji. Oto sam – Syn Boży przychodzi do nas pokornie i pragnie, abyśmy Go zaprosili do naszych serc i między siebie. To dzieje się właśnie gdy siadamy do medytacji: zapraszamy Go do swoich serc, ale tez między siebie – stąd ten istotny wymiar wspólnotowy medytacji. Nawet wówczas, gdy każda i każdy z nas medytuje na co dzień oddzielnie, w swoim domu zawsze jesteśmy włączeni we wspólnotę medytujących, we wspólnotę która przekracza czas i miejsce naszej osobistej medytacji.
Jezus pragnie, abyśmy zaprosili Go do naszych serc i życia nie dlatego, że to Jemu jest potrzebne. Ale dlatego, że On chciałby nam pomóc w odnalezieniu samych siebie i w odnalezieniu sensu i w budowaniu prawdziwie ludzkiego domu, gdzie zaczęlibyśmy być naprawdę u siebie.