Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Pozostawić, aby pójść

Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci, Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami.

I rzekł do nich: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim. (Mt 4, 18-22)

Aby pójść za Jezusem nie zawsze konieczne jest pozostawienie ojca, łodzi, dotychczasowych zajęć, czy innych rzeczy, które stanowią o naszym trybie życia. Potrzebna natomiast jest zgoda na wielkie zmiany w postrzeganiu siebie – swojej tożsamości.

Doświadczenie medytacji to wielka szkoła zmiany postrzegania siebie i otaczającej nas rzeczywistości. Z perspektywy chrześcijańskiej nosimy w sobie przekonanie, że nikt nie odsłoni nam naszej tożsamości tak dobrze jak Jezus. Dlatego nasza medytacja staje się Modlitwą Jezusową – zgodą na to, żeby to Jezus był naszym przewodnikiem zarówno w świecie wżycia wewnętrznego, jak i w naszej codzienności. Sami z siebie bardzo jesteśmy skłonni do redukowania siebie, swojej roli i swoich możliwości. Również inni ludzie nierzadko przeszkadzają nam niż pomagają odkryć siebie. A od odkrycia siebie, swojej tożsamości, swojego prawdziwego JA ogromnie dużo w naszym życiu zależy. Bez tego możemy je zmarnować.

Zwróćmy uwagę na kontekst wydarzenia powołania uczniów. Pierwsze słowa, jakimi Jezus zwraca się do ludzi od początku swej misji w Galilei brzmią: „Nawracajcie się”. Doświadczenie powołania jest ściśle związane z doświadczeniem nawrócenia. Aby słuchać i przyjąć Jezusa, potrzeba nawrócenia serca: odwrócić się od własnych pragnień i zwrócić je ku tym pragnieniom, jakie Bóg ma wobec nas. Ale żeby tak się stało potrzeba nam ogromnego zaufania w wierze, które buduje się przez żywą relację z Jezusem – także w doświadczeniu medytacji, gdzie to budowanie relacji z Jezusem wydaje się szczególnie głębokie.

Serce, w którym dominują ludzkie i często przyziemne pragnienia, nie będzie zdolne w pełni otworzyć się na Jezusa. Święty Jan Apostoł przestrzega: „Nie miłujcie świata* ani tego, co jest na świecie! Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca. Wszystko bowiem, co jest na świecie, a więc: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia* nie pochodzi od Ojca, lecz od świata. Świat zaś przemija, a z nim jego pożądliwość; kto zaś wypełnia wolę Bożą, ten trwa na wieki”. [1 J 2,15-17]

Zaproszenie Jezusa do pójścia za Nim nigdy nie jest jednorazowe. On nieustannie zaprasza nas do kroczenia Jego śladami, zwłaszcza gdy nie zawsze chętnie na to zaproszeni odpowiadamy. Z naszej strony ta odpowiedź też nigdy nie jest tylko jednorazowa. Św. Augustyn zwykł mawiać w kontekście swojego własnego wyboru Chrystusa – które ci, którzy znają jego historię wiedzą, że dokonało się późno – „Raz wybrawszy, codziennie wybierać muszę”. W tym kontekście codzienne, wytrwałe siadanie do medytacji jest także codziennym potwierdzaniem tego wyboru i odpowiedzą na zaproszenie nas do pójścia za Jezusem.

W słowach Jezusa „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi” ukryta jest nie tylko tajemnica powołania apostolskiego, ale również wezwanie skierowane do nas wszystkich, byśmy byli świadkami wiary. Myślę, że dzieje się tak za każdym razem, gdy przyprowadzamy kogoś na medytację chcąc podzielić się z nim naszym doświadczeniem i owocami tej praktyki. Jest coś naturalnego i na wskroś ludzkiego, że ten kto spotyka Jezusa, doświadcza Jego obecności w swoim życiu, dzieli się tym doświadczeniem z innymi. Przyprowadza ich do Jezusa. Tak jak św. Andrzej pierwszy wezwany.

Ten wymiar świadectwa w dzisiejszych czasach wydaje się bardzo potrzebny. Gdyż czasy, w których żyjemy cechuje to, że powszechne tempo życia sprawia, że wielu osobom bardzo trudno znaleźć jakiś głębszy, choć tak bardzo istotny wymiar ich życia, jak również ich prawdziwą tożsamość.

Życie z Bogiem nie gwarantuje nam spokoju i braku kłopotów, ale pokój serca

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie mógł się oprzeć ani sprzeciwić.

A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie spadnie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie». (Łk 21, 12-19)

O tym, że często bardzo osobiście odbieramy Ewangelię świadczy fakt, że po przeczytaniu pierwszego zdania z dzisiejszej Ewangelii pomyślałem o tych, którzy „prześladowali” naszą formę medytacji (nie będę przywoływał tu żadnych nazwisk), ale przed paru laty przewinęła się przez Polskę (sięgając nawet Episkopatu) prawdziwa fala krytyki wobec medytacji monologicznej, pokazująca, że osoby ślepo osądzające modlących się tą formą medytacji – stanowiącą ich zdaniem zagrożenie naleciałościami Wschodu dla chrześcijańskiej duchowości – nie miały pojęcia o jej pochodzeniu i źródłach. A przecież wystarczyło zajrzeć do historii tej modlitwy, żeby zobaczyć, że wszystko zaczęło się od ojców Pustyni Kasjana i Ewargiusza z Pontu.

Dzisiejsza Ewangelia ukazuje prawdę o tym, że życie z Bogiem nie gwarantuje nam spokoju i braku kłopotów. Jak naucza Jan Kasjan: „Motywem trwania w komunii z Bogiem nie powinna być chęć łatwego i przyjemnego życia. Chodzi bowiem o zwycięstwo nad złem, a to wymaga walki, nie ucieczki. W tej walce nie jesteśmy jednak sami. I mamy moc, o jakiej nawet nie śniło się tym, którzy Boga nie znają – mamy moc i mądrość. Ważne jest tylko to, abyśmy w tej walce nie próbowali polegać tylko na sobie. Nasze zwycięstwo jest przede wszystkim sprawą Boga. A skoro tak, to jesteśmy na nie skazani, o ile nasze życie będzie trwaniem w Bogu”. Tego trwania uczy nas praktyka medytacji monologicznej, gdyż: Po pierwsze przez swoją prostotę i skupienie się na Słowie, jako narzędziu działania Bożej łaski w nas przenosi ciężar z naszej aktywności na całkowite zaufanie Bogu. Po drugie uczy nas cierpliwości, gdyż w życiu duchowym na owoce trzeba niejednokrotnie czekać bardzo długo. Po trzecie wreszcie uczy nas przenosić doświadczenie Boga z modlitwy na całe nasze życie. Jednym z owoców praktykowanej wytrwale modlitwy monologicznej jest hezychia (stan spokoju, wyciszenie ciała, serca i ducha, wewnętrzne skupienie i milczenie, będący także stanem jedności ciała, ducha i duszy, gwarantujący wewnętrzny pokój, który jest owocem nieustannego otwarcia na Ducha Świętego). Ten stan rodzi się z powtarzanego w sercu wezwania, które towarzyszy tej modlitwie a które z czasem tak mocno zrasta się z naszym sercem, że możemy usłyszeć, jak wybrzmiewa ono w nas także przy innych czynnościach dnia codziennego uświadamiając nam w ten sposób, że jesteśmy nieustannie zanurzeni w obecność Boga, „w którym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”[por Dz 17,28].

Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii: «Podniosą na was ręce i będą was prześladować». Niektórzy mówią, że chrześcijaństwo jest czymś wymyślonym przez ludzi, żeby dać trochę pocieszenia tym, którzy nie dają sobie rady z trudną codziennością (Lenin nazwał chrześcijaństwo „gorzałką kiepskiej jakości”). A tymczasem jak czytamy w Ewangelii, że to właśnie z powodu Jezusa wierzący w Niego będą mieli, delikatnie mówiąc, kłopoty, których by nie mieli, gdyby w Niego nie uwierzyli. To jak to w końcu jest? Wiara w Jezusa daje złudne szczęście, czy raczej ryzyko dodatkowego cierpienia?

Jezus daje coś, czego żaden człowiek dać nie może. Daje szczęście, którego nic nie jest w stanie zmącić, nawet nienawiść najbliższych nam osób. Uzdalnia nas też do robienia rzeczy wielkich, których nigdy byśmy nie zrobili, gdybyśmy nie uwierzyli w Jezusa. I to jest dowód na to, że Jezus naprawdę jest Bogiem.

„W istocie modlitwa jest sposobem kontaktu z Bogiem, która nie ma na celu chęci zmiany rzeczywistości. Takie próby są przedmiotem żartów niewierzących. Prawdziwa modlitwa przynosi przede wszystkim zmianę samym modlącym się, zmianę naszego nastawienia, aby mogły w nas rozbrzmiewać takie rzeczy jak: nieskończoność, tajemnica, przebaczenie. Można powiedzieć, że modlitwa jest dostrajaniem naszego umysłu i serca do Boga. I dlatego staje się źródłem innego sposobu patrzenia, którego nic nie potrafi zmącić: także trudności, odrzucenie czy prześladowanie.  Bez modlitwy jedynym sposobem poznania pozostaje porównanie, kalkulacja, patrzenie z ograniczonego, osobistego punktu widzenia. Modlitwa poprzez udział w widzeniu Boga uczy nas poznawać rzeczywistość w zupełnie inny sposób. Zamiast zajmować się dobrze strzeżonym ego, porzuca obronę lub promowanie swoich pomysłów czy przeżyć, porzuca wszelkie nieprzyjazne nastawienia oraz lęki i oczekuje, spodziewa się wszystkiego od Boga.”  (Richard Rohr „Nagie teraz”)

Oddać pokłon Żyjącemu na wieki wieków

Ja, Jan, ujrzałem: oto drzwi otwarte w niebie, a głos, ów pierwszy, jaki usłyszałem, jak gdyby trąby rozmawiającej ze mną, powiedział: «Wstąp tutaj, a to ci ukażę, co potem musi się stać». Doznałem natychmiast zachwycenia: A oto w niebie stał tron i na tronie Ktoś zasiadał.

A Zasiadający był podobny z wyglądu do jaspisu i do krwawnika, a tęcza dokoła tronu – podobna z wyglądu do szmaragdu. Dokoła tronu – dwadzieścia cztery trony, a na tronach dwudziestu czterech siedzących Starców, odzianych w białe szaty, a na ich głowach złote wieńce. A z tronu wychodzą błyskawice i głosy, i gromy, i płonie przed tronem siedem lamp ognistych, które są siedmiu Duchami Boga.

Przed tronem – niby szklane morze podobne do kryształu, a pośrodku tronu i dokoła tronu cztery Istoty żyjące, pełne oczu z przodu i z tyłu: pierwsza Istota żyjąca podobna do lwa, druga Istota żyjąca podobna do cielca, trzecia Istota żyjąca mająca twarz jak gdyby ludzką i czwarta Istota żyjąca podobna do orła w locie.

Cztery Istoty żyjące – a każda z nich ma po sześć skrzydeł – dokoła i wewnątrz są pełne oczu, i bez wytchnienia mówią dniem i nocą: Święty, Święty, Święty, Pan Bóg wszechmogący, Który był i Który jest, i Który przychodzi. A ilekroć Istoty żyjące oddadzą chwałę i cześć, i dziękczynienie Zasiadającemu na tronie, Żyjącemu na wieki wieków, upada dwudziestu czterech Starców przed Zasiadającym na tronie i oddają pokłon Żyjącemu na wieki wieków, i rzucają przed tron wieńce swe, mówiąc: «Godzien jesteś, Panie i Boże nasz, odebrać chwałę i cześć, i moc, bo Ty stworzyłeś wszystko, a z woli Twojej istniało to i zostało stworzone». (Ap 4, 1-11)

Teksty liturgiczne ostatnich dni roku liturgicznego (a ten trwać będzie jeszcze ponad tydzień) porywają nas często ku wizjom wieczności. Szczególne miejsce wśród tych, którym została odsłonięta tajemnica życia wiecznego ma św. Jan Apostoł z jego apokalipsą. Wprawdzie podobnie wizje znaleźć możemy już w Starym Testamencie w Księdze Ezechiela i Daniela, ale Jan, jako współautor Nowego Testamentu jest nam bliższy, choć jego wizje nie są wcale łatwe do interpretacji. Pojawiają się oczywiście tu i ówdzie komentarze do Apokalipsy, jak choćby komentarz Abp-a Rysia do „Listów do siedmiu kościołów Apokalipsy”.

Problem w tym, jak pisze ojciec Rohr, że: „Wizje nieba i piekła – pedagogiczne obrazy, które pojawiają się w różnych formach w prawie wszystkich religiach – stały się głównie geograficznymi miejscami nagrody i kary. Z tego powodu nie potrafimy zobaczyć, że są to przede wszystkim przestrzenie w nas i wokół nas, istniejące tu i teraz. (Richard Rohr, Nagie teraz)

Simon Wail (francuska filozofka, mistyczka oraz aktywistka polityczna żydowskiego pochodzenia, o której Thomas Merton mówił, że „godziła w sobie bycie gnostyczką i katoliczką, żydówką i albigensem, mediewistką i modernistką, racjonalistką i mistyczką, buntowniczką i świętą) pisała w Świadomości nadprzyrodzonej: że „niebo i piekło są przede wszystkim stanami świadomości, gdzie niebo wyraża wewnętrzną komunię z Bogiem zaś piekło brak tej komunii. Z punktu widzenia logiki koncept piekła jest pilnym ostrzeżeniem przed zgubnymi i wiecznymi konsekwencjami braku przemiany w komunię w naszym życiu. Bo brak życia w komunii rzeczywiście zabija duszę. Nie oznacza to bynajmniej, że cokolwiek jest przesądzone, gdyż Bóg wszystkich bez wyjątku zaprasza do nieba, czyli do życia w komunii z Nim, czyli do zanurzenia się w miłość. Oczywiście odpowiedź na to zaproszenie leży po stronie człowieka. „Gdy tylko zmieniamy się w komunię, natychmiast jesteśmy w niebie. Zatem wszystkim nam wyjdzie na dobre, gdy osiągniemy biegłość w przemianie sera i w zjednoczeniu go z Bogiem!”

W tym sensie jak wyraziła to św. Katarzyna ze Sieny: „Niebem jest już cała droga do nieba, a piekłem jest cała droga do piekła.

Jak czytamy w dzisiejszym fragmencie Apokalipsy: „Ja, Jan, ujrzałem: oto drzwi otwarte w niebie…” Dla mnie osobiście te drzwi otwierają się za każdym razem gdy zanurzamy się w przestrzeń modlitwy, jako przestrzeń relacji z Bogiem, komunii miłości – jak określa to Simon Wail. Oznacza to, że nie może być ona wymuszona, ale dokonuje się zawsze w doświadczeniu wolności. Tak bez wątpienia dzieje się w praktyce medytacji.

A jakby ktoś pytał skąd wzięła się modlitwa monologiczna, czy hezychazm, a nawet praktyka metanii to wystarczy zajrzeć do Apokalipsy, gdzie znajdujemy wzór takiej modlitwy w postawie istot, które stojąc przed tronem Bożym oddają Bogu chwałę:  „bez wytchnienia mówią dniem i nocą: Święty, Święty, Święty, Pan Bóg wszechmogący, Który był i Który jest, i Który przychodzi. A ilekroć Istoty żyjące oddadzą chwałę i cześć, i dziękczynienie Zasiadającemu na tronie, Żyjącemu na wieki wieków, upada dwudziestu czterech Starców przed Zasiadającym na tronie i oddają pokłon Żyjącemu na wieki wieków”.

Zatem jeśli ktoś chce być przygotowany do tej rzeczywistości, która opisuje Apokalipsa warto praktykować modlitwę monologiczną!

Medytacja to dobra cisza

Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie, oraz siedzących za stołami bankierów.

Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał.

Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: «Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska». Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: «Gorliwość o dom Twój pożera Mnie».

W odpowiedzi zaś na to Żydzi rzekli do Niego: «Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz?»

Jezus dał im taką odpowiedź: «Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo».

Powiedzieli do Niego Żydzi: «Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni?» On zaś mówił o świątyni swego Ciała.

Gdy zatem zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus. (J 2, 13-22)

Przeżywamy dziś święto poświęcenia Bazyliki na św. Jana na Lateranie, której pełny tytuł brzmi: „Matka i Głowa wszystkich kościołów Miasta i Świata”. I taka dygresja: tym czym dla kościołów świata jest bazylika na Lateranie , tym dla wszystkich wspólnot medytacyjnych jest Opactwo Benedyktynów w Lubiniu J

Jest coś niezwykłego w tym, że świątynia jerozolimska była wówczas jedyną na świecie świątynią Boga prawdziwego. Dzięki tej swojej jedyności zapowiadała sobą, że Bóg planuje obdarzyć nas Świątynią nieporównanie wspanialszą, Świątynią żywą, tą Świątynią, którą jest Pan Jezus Chrystus. Właśnie o tym mówi Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii. Po oczyszczeniu świątyni z wołów i innych zwierząt ofiarnych mówi Pan Jezus: „Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach ją odbuduję”.

Dopiero po Jego zmartwychwstaniu uczniowie uświadomili sobie, że mówił to o sobie samym, „o świątyni swego Ciała”.

Święty Hieronim pisze o trzech cechach świątyni: Po pierwsze, świątynia jest to miejsce szczególnej obecności Boga.

Po drugie, świątynia jest to miejsce składania ofiar miłych Bogu.

Po trzecie, świątynia jest miejscem składania prawdziwego świadectwa o Bogu.

Wszystkie te aspekty urzeczywistniają się w osobie Jezusa Chrystusa, ale winny się uobecniać także w innych świątyniach…

Jednak św. Paweł w czytaniu przeznaczonym na dzisiejsze święto wskazuje na inną świątynię: „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście”. (1 Kor 3, 16-17)

Wyrzucenie przekupniów ze świątyni tak bardzo przypomina proces, którego świadkami jesteśmy w medytacji: przez słowo, które nam towarzyszy i łaskę pragniemy oczyścić świątynie naszego serca z tego, co przeszkadza nam w spotkaniu z Bogiem i wprowadzić w nią ciszę, która jest fundamentem tego spotkania.

Jak zwykł mawiać mój pierwszy nauczyciel medytacji o. Johannes Lotz: „Medytacja to proste ćwiczenie: musimy usiąść, milczeć i oddychać. Z wytrwałością i konsekwencją. Nie uciekać przed sobą. Ilustruje to piękny obraz: szklanka wody, w której coś się rozpuszcza. Jeśli woda jest ciągle w ruchu jest mętna. Podobnie jak nasza świadomość bywa zmącona naszymi codziennymi troskami. Kiedy jednak spokojnie postawimy tę szklankę, wówczas ruch ustanie, woda się uspokoi a to co mętne osadzi się na dnie przywracając wodzie naturalną przejrzystość. Podobny proces dokonuje się w medytacji: Gdy wszystko stanie się spokojne i ciche, wtedy także duch się wyciszy, zaś dusza prześwietlona słowem, które wnosi w nią światło stanie się cicha i przejrzysta. Tego uczy nas mądrość Ewangelii i ojców pustyni: pozostań w swojej izdebce, w swojej celi, módl się w ciszy a ona cię wszystkiego nauczy. Milczenie i bycie sam na sam z Bogiem jest bardzo ważne. Aby jednak medytacja była chrześcijańska muszą w pełni koncentrować się na Jezusie (stąd wezwanie, które odnosi się do tego Imienia). Medytacja jest przestrzenią, w której przez słowo, ciszę i uwagę skierowaną na Jezusa stwarzamy warunki by się szczególnie z Nim związać na poziomie serca, aby Go słuchać i być z Nim w komunii. Komu raz będzie dane przeżyć zetknięcie z Bogiem, ten będzie chciał przy Nim pozostać. A to warunek naszej prawdziwej przemiany, metanoia, nawrócenia i otwarcia naszych serc na nowy sposób myślenia i widzenia rzeczywistości, którego może nam udzielić tylko Bóg”.

Czas ciszy ofiarowany nam w medytacji jest jedną z palących potrzeb współczesnego człowieka w świecie, który nas bardzo skłania do powierzchowności. Dla człowieka patrzącego głębiej staje się czymś jasnym, że nasze życia powinno być czymś więcej niż parkiem rozrywki, który zdaje się nam oferować świat”.

Medytacja to dobra cisza, która nie ciąży, lecz podtrzymuje na duchu. Bo to cisza, która pochodzi od Pana.

Uczyć się umierania przed śmiercią

Z Ewangelii według świętego Łukasza

Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek.

Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: «Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego». Po tych słowach wyzionął ducha.

Był tam człowiek dobry i sprawiedliwy, imieniem Józef, członek Wysokiej Rady. On to udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Zdjął je z krzyża, owinął w płótno i złożył w grobie, wykutym w skale, w którym nikt jeszcze nie był pochowany.

W pierwszy dzień tygodnia poszły skoro świt do grobu, niosąc przygotowane wonności. Kamień od grobu zastały odsunięty. A skoro weszły, nie znalazły ciała Pana Jezusa. Gdy wobec tego były bezradne, nagle stanęło przed nimi dwóch mężczyzn w lśniących szatach.

Przestraszone, pochyliły twarze ku ziemi, lecz tamci rzekli do nich: «Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał». (Łk 23, 44-46. 50. 52-53; 24, 1-6a)

Dzień Zaduszny obliguje żeby mówić o medytacji w kontekście śmierci. I jak się okazuje wcale nie są to tematy odległe. Dają temu dowód w książce „Medytacja. Droga Miłującej Obecności” Dariusz Hybel i o. Maksymilian Nawara, gdy piszą: „Siedząc w medytacji, umieramy, zanim przyjdzie nasza śmierć. Wobec takiego wyzwania rozum zostaje bezradny. Jak spotkać przed śmiercią fizyczną własną śmierć, która przynosi życie? (…)

„Medytacja jest praktyką umierania nie tyle dlatego, że z każdym wydechem,  z każdą sekundą upływającego czasu, który ofiarujemy Bogu, jesteśmy bliżej naszego nieuchronnego momentu śmierci – choć to też prawda. Umieramy nie tylko dlatego, że zmagamy się z bólem i niewygodą – w znaczeniu fizycznym i psychicznym – choć to też prawda. Umieramy przede wszystkim dlatego, że forma praktyki medytacyjnej i jej esencja są właśnie takie, że niewiele sobie w niej zostawimy lub – by nie powiedzieć mocniej, podążając jeszcze głębiej – nic sobie nie zostawiamy. Wszystko musimy oddać, także samych siebie. Nie jest to powód do przygnębienia. Wręcz przeciwnie – to umieranie, tracenie siebie budzi pogodę ducha i pokój, akceptację naszego życia, takim jakie ono jest. Jeśli czegoś mamy się uchwycić, to Bożej Obecności”.

I rzeczywiście praktyka medytacji uczy nas uchwycenia w życiu tego, co niezawodne, czyli Boga a jednocześnie przygotowuje do wieczności, która będzie również polegała na całkowitym uchwyceniu się Absolutu, na zanurzeniu w Jego miłującej obecności.

Jak piszą dalej o. Maksymilian Nawara i Dariusz Hybel: „Wielkość i bezcenność człowieka jest bowiem zakorzeniona w Niestworzonym”.

Jeśli zatem nie odkryjemy tego zakorzenienia tutaj na ziemi może się okazać, że po śmierci będzie trochę za późno na dokonanie tego odkrycia. Nie mam bowiem wątpliwości, że Bóg zaprasza nas do życia w pełni już tutaj, na ziemi – czego najlepszym przykładem byli święci, których wczoraj wspominaliśmy. Jednak trudno mówić, że jest „pełne” o życiu, w którym nie ma odniesienia do Boga, skoro On jest (a przynajmniej powinien być) jego Źródłem i ostatecznym Celem.

Medytacja jest praktyką, która uczy nas tego zakorzeniania w Bogu w naszej codzienności.

Na potwierdzenie tego przywołam kolejne słowa z rzeczonej książki „Medytacja. Droga Miłującej Obecności”:

„Czy to nie fascynująca przestrzeń serca – umysłu, w której dzieje się nasza duchowa śmierć, ogołocenie, a jednocześnie pogodna akceptacja rzeczywistości? To przestrzeń przed myśleniem, przed emocjami, przed „chcę-nie chcę”, przed „przyjemne- nieprzyjemne”, przed „podoba mi się-nie podoba mi się”, przed pożądaniem. To przestrzeń wolności duchowej. Doświadczenie jej, posmakowanie choćby na chwilę jest jednym z najważniejszych owoców medytacji. To przełomowe odkrycie: nie można się tu niczego z tego świata uchwycić na stałe. I w tym jest nasze ocalenie”.

Można zatem powiedzieć śmiało, że Medytacja monologiczna/Modlitwa Jezusowa jest najprostszą formą uczenia się obumierania i poszerzania wolności naszego serca przez to umieranie dla tego, czego nie możemy na stałe uchwycić i co nie ma większej wartości w perspektywie wiecznej.

Ta modlitwa wypowiadana w rytmie oddechu niesie ze sobą głęboką teologię, która przypomina, że nasze życie realizuje się między życiem, które zaczynamy tu na ziemi wraz z pierwszym wdechem powietrza zaraz po urodzeniu, a śmiercią, która tożsama jest z ostatnim wydechem.

Takie rozumienie oddechu, który towarzyszy naszej medytacji oraz słowa: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, ulituj się nade mną grzesznikiem” – to jest wyznanie wiary w Jezusa Chrystusa, to zakorzenienie w Tym, który jest Źródłem życia a zarazem Zwycięzcą śmierci i jedynym Dawcą życia wiecznego

Niech zatem medytacja pozwala nam ciągle na nowo umierać dla tego, co przeszkadza nam w pełnym zjednoczeniu z Chrystusem, w zakorzenieniu serca w Jego miłości, skąd czerpiemy naszą miłość a jednocześnie rodzić się do życia w łasce, która jest nam ofiarowana poprzez słowo i dar obecności, w którą zanurzamy się w tej praktyce.