W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.
Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić». (Mt 11, 25-27)
Jezus pragnie, abyśmy uczestniczyli w Jego dziecięcej modlitwie do Ojca. Chodzi o modlitwę prostą i pełną zaufania. To właśnie taką motywacją kierowali się pierwsi nauczyciele modlitwy monologicznej, Modlitwy Jezusowej. Poza prostotą i zaufaniem inną ważną cechą tej modlitwy jest to, że Jezus swoim przykładem zaprasza nas, abyśmy sprowadzili naszą modlitwę do swojego serca. Modlitwa Jezusa jest właśnie modlitwą serca w najczystszej postaci – modlitwą będącą konsekwencją nieustannego zjednoczenia serc Jego i Ojca, zaś więzią, która łączy te serca jest miłość w osobowej postaci, jaką jest Duch Święty. W tym sensie jesteśmy zaproszeni do tej samej modlitwy, gdyż Jezus daje nam w darze Ducha Świętego – tę osobową miłość, która zdolna jest połączyć także nasze serca z sercem Boga. Nie jest to możliwe naszymi własnymi siłami, stąd właśnie św. Tomasz z Akwinu rozróżnia modlitwę naturalną od nadprzyrodzonej. Naturalna jest wpisana w naturę człowieka, w jego chęć uwielbienia Boga i tę naturalną skłonność człowieka odnajdujemy obserwując różne religie i kultury, gdzie od najdawniejszych czasów dostrzegamy pragnienie oddawania czci Absolutowi, jako nieodłączną ludzkiej naturze. Ale tylko dzięki łasce ta więź może stać się więzią nadprzyrodzoną – pisze św. Tomasz z Akwinu. I tę szczególną zdolność nawiązywania osobowego kontaktu z Bogiem otrzymujemy dzięki mocy Ducha Świętego, który jak zaświadczy o tym św. Paweł przychodzi z pomocą naszym ludzkim słabościom i nieumiejętności modlitwy przenosząc ją na zupełnie inny poziom [por. Rz 8, 26-27]. Co więcej – jak mówi o tym św. Paweł – Duch Święty sprowadza naszą modlitwę na poziom serca, czyli tam, gdzie ta modlitwa winna się realizować.
Jezus nieustannie zaprasza nas do intymnej relacji z Nim samym. A intymna relacja jest niemożliwa bez zaangażowania serca. To na tym poziomie możemy doświadczyć największej miłości Boga do nas, gdyż ludzki rozum nie jest w stanie jej ogarnąć. Może ją odczuć i doświadczyć tylko ludzkie serce – jak o tym pięknie mówi św. Jan od Krzyża, dlatego dla wyrażenia tej doświadczonej miłości Boga używa słów poezji, gdyż wie, że wszystkie inne słowa są zbyt małe by wyrazić to doświadczenie, które jest jego udziałem. Jezus chce kształtować w nas serce dziecka, które właśnie na poziomie serca może doświadczyć Bożej miłości. Temu ma służyć praktyka modlitwy serca, do jakiej zalicza się nasza praktyka medytacji.
W dzisiejszej Ewangelii Jezusa przekonuje nas, że Ojciec ma upodobanie w ludziach prostych i ufnych w Bożą miłość wyrażoną w słowie.
Do tej prostoty i ufnej otwartości pragnie nas wychowywać medytacja monologiczna, usuwając z naszego myślenia i z naszych serc wszystko, co zbędne i co mogłoby przeszkadzać w nawiązaniu tego intymnego kontaktu z Bogiem. Uświadamia nam ona, że inicjatywa w tej relacji jest po stronie Boga. Do nas należy jedynie otwartość się na dar łaski, który Bóg pragnie złożyć w naszych sercach i który przychodzi w tej modlitwie wraz ze słowem, które jej towarzyszy.
„Tylko Syn [zna Ojca] i ten, komu Syn zechce objawić” – mówi Jezus a Thomas Merton komentując to zdanie pisze, że „to objawienie dokonuje się w nas przez Słowo Jezusa, w które się wsłuchujemy i które jest przeniknięte obecnością Ojca”.
Apostoł Filip sformułował kiedyś jedną z najpiękniejszych próśb: „Panie, pokaż nam Ojca a to nam wystarczy” [J 14, 8]. Modlitwa Jezusowa czyniąc Jezusa realnie obecnym w nas przez swoje słowo jest tą, która ukazuje nam nieustannie prawdę o Bogu. Prawdę którą – podkreślmy to raz jeszcze – nie jesteśmy w stanie ogarnąć w pełni rozumem, dlatego Bóg posługuje się naszym sercem, gdyż tylko ono jest w stanie doświadczyć Boga, bo jak pisał Blaise Pascal: „Tylko serce jest w stanie ogarnąć to, czego rozum nie potrafi”.
W medytacji monologicznej pozwólmy zatem, aby nasz wyciszony i skupiony na słowie umysł dał pierwszeństwo sercu w poznawaniu Boga.
Jezus przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości.
A oto imiona dwunastu apostołów: pierwszy – Szymon, zwany Piotrem, i brat jego Andrzej, potem Jakub, syn Zebedeusza, i brat jego Jan, Filip i Bartłomiej, Tomasz i celnik Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, Szymon Gorliwy i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził.
Tych to Dwunastu wysłał Jezus i dał im takie wskazania: «Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego. Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie». (Mt 10, 1-7)
Ewangelia zaprasza nas, abyśmy w świetle Słowa Bożego przemodlili swoje powołanie. Każda medytacja którą praktykujemy zarówno we wspólnocie jak i indywidualnie stawia nas pośród uczniów Jezusa. A jak wielokrotnie już mówiliśmy domeną ucznia, podobnie jak i domeną człowieka wiary jest słuchanie. „Słuchaj!” – to wezwanie, które jak refren przewija się przez Pismo święte. Gromadząc się za każdym razem na medytacji wierzymy, że Tym, który nas tutaj przywołuje jest Jezus. To na Nim w czasie medytacji skupiona jest nasza uwaga. To On jest w centrum. Przypomina nam o tym medytacyjne wezwanie, które towarzyszy naszej modlitwie: „Jezus”, „Jezu, ufam Tobie”, „Panie Jezu, synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”, czy „Maranatha – Przyjdź Panie”. Wierzymy, że każde z tych wezwań wypowiadanych w wierze i miłości w ciszy serca prowadzi nas w stronę Jezusa.
Trwanie na medytacji pozwala nam uświadomić sobie, że nie jesteśmy tu przypadkiem, tak jak nic w naszym życiu nie jest przypadkiem. Każdy nas pojawił się na świecie w jakimś celu. Ten cel został przewidziany przez Boga, który jest źródłem naszego życia. Od pierwszej chwili gdy zaczęło bić nasze serce bije ono także dla Boga. Modlitwa serca, którą jest medytacja monologiczna powinna nam o tym nieustannie przypominać. Im bardziej to serce jest zjednoczone z Bogiem – a tego też pragnie nas uczyć medytacja – tym bardziej będzie ono wskazywało nam najczystszą prawdę. Jak ktoś to ładnie określił „serce otwiera się i rośnie za każdym razem, gdy osoby i rzeczy z którymi wchodzi ono w relację będą nam bliskie”. To dlatego każde wejście w relację z Bogiem sprawia, że nasze serce rośnie i otwiera się coraz bardziej na Jego łaskę i miłość. Tak dzieje się w każdej medytacji.
Idąc za radą Psalmisty: „Jedynie w Bogu spoczynek znajduje moja dusza – bo od Niego pochodzi moja nadzieja” (Ps 62, 6), chcemy w medytacji zaleźć pokój dla naszych serc, wyciszenie dla naszych emocji, umocnienie wewnętrzne wobec wyzwań codzienności.
To uspokojenie znajdujemy w spokojnym oddechu, który towarzyszy naszej medytacji; oddechu, którego zwykle nie jesteśmy świadomi. Tymczasem medytacja pozwala nam zauważyć jego życiodajny rytm, poczuć pewien spokój płynący ze świadomości, że oddech też jest darem podarowanym nam przez Boga. Jak o tym pięknie przypomniał w jednej ze swoich konferencji ojciec Maksymilian: „nasze życie doczesne realizuje się między pierwszym wdechem a ostatnim wydechem”. Zatem to nie przypadek, że w medytacji monologicznej słowa modlitwy wiążemy z oddechem. Taka konstrukcja tej modlitwy zaprasza nas do tego, aby z każdym oddechem wołać do Tego, który zna nas po imieniu, kocha nas i bardzo pragnie się nam udzielać. Medytacja sprawia, że uświadamiamy sobie to mocniej niż zwykle, że On na nas patrzy, a my odwzajemniamy to spojrzenie i poprzez wezwanie, które towarzyszy naszej modlitwie wyrażamy naszą wiarę, ufność i miłość do Niego. Medytacja pozwala nam modlić w najściślejszym znaczeniu tego słowa – czyli trwać świadomie w obecności Boga.
To trwanie sprawia, że otwieramy się na zbawcze działanie Boga, tak jak siedząc w promieniach słońca otwieramy się na jego oddziaływanie. Wezwanie, które towarzyszy naszej medytacji jest zarówno naszym wołaniem jak i odpowiedzią daną nam przez Boga. Słowem, które – jak mówi Pismo święte – nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa (por Iz 55, 11).
Ewangelia dzisiejsza ukazuje nam, jak Jezus wywołuje imiona swoich uczniów. Każdy z nich ma swoją historię życia, swoją osobowość. Podobnie Jezus czyni w każdym pokoleniu Jego uczniów. Dzisiaj wzywa każdą i każdego z nas. Jezus udziela uczniom swojej mocy. Mają moc Jezusową.
Medytacja chce nam uświadamiać, że Jezus przywołuje nas codziennie, aby udzielać nam swojej mocy. Trwanie przy Jezusie, „bycie z Nim” czyni nas mocnymi Jego mocą w naszej kruchej osobowości i w najbardziej kruchych sytuacjach naszego życia.
Medytacja przypomina nam, że nasze powołanie spełnia się tam, gdzie żyjemy, w naszych rodzinach, wspólnotach, w pracy a nie tam, gdzie chcielibyśmy być w naszych marzeniach czy pragnieniach.
„Królestwo Boże jest w was” (Łk 17, 20,21) – przypomina Jezus, gdyż obszarem naszego zanurzenia w Jego królestwo jest nasze TU i TERAZ; nasze serce, nasz umysł i przestrzeń życia, w której na co dzień żyjemy. Dlatego medytacja pragnie nas nieustannie osadzać w naszej rzeczywistości a nigdy nie jest ucieczką od niej, gdyż miejsce gdzie Bóg stawia nas tu i teraz jest miejscem i czasem naszego uświęcenia.
Przypomnijmy kilka prostych zasad medytacji:
Usiądź wygodnie na krześle, stołku lub poduszce medytacyjnej. Wyprostuj kręgosłup. Możesz przymknąć oczy lub je całkowicie zamknąć. Siedź przez cały czas trwania medytacji tak nieruchomo, jak to tylko możliwe; przyjmując postawę, w której nasz kręgosłup będzie wyprostowany (jeśli siedzimy na krześle – nie opierajmy się o oparcie). Taka postawa ułatwia skupienie i uważność będącymi nieodzownymi elementami praktyki medytacyjnej.
Oddychaj naturalnie i spokojnie, starając się pozostawać cały czas w stanie koncentracji.
Pomocą w skupieniu naszej uwagi na „tu i teraz” jest powtarzanie prostego modlitewnego wezwania połączonego z rytmem naszego oddechu: imię „Jezus”, czy „Jezu, ufam Tobie” lub „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem!” lub „Maranatha” (Przyjdź Panie Jezu)
Powtarzajmy je w sercu delikatnie i wiernie przez cały czas trwania medytacji.
Kiedy pojawią się rozproszenia (myśli czy obrazy, które oderwą nas od skupienia na wypowiadanym w ciszy serca wezwaniu), nie walczmy z nimi. Wracajmy po prostu do recytacji swojego modlitewnego wersetu a on będzie działał jak kotwica, która zanurzając nas w chwili obecnej pozwoli, aby nasza medytacja stawała się doświadczeniem obecności Boga, który działa przez słowo – imię, które w tradycji biblijnej oznacza obecność i łaskę chwili.
Życie medytacyjne zakłada życie chwilą obecną i do niego prowadzi, gdyż to w chwili obecnej realizuje się nasze życie i nasza odpowiedź wiary i miłości. Chwila to ziarnko gorczycy. Życie chwilą obecną to radykalny sposób umierania dla siebie – to naturalna forma ascezy. Trzeba się wyzwolić z jakiejkolwiek myśli o rezultacie medytacji i uznać, że najważniejsze w tej modlitwie jest trwać przez Bogiem, całym sercem wypowiadając Mu nasze „tak” na to, co chce On w tym czasie uczynić z naszym sercem i naszym życiem.
Jest to droga, do tego, aby modlitwa Jezusa ogarnęła nas a jej owoce objawiły się z całą mocą w naszym codziennym, nawet najbardziej aktywnym życiu.
Modlitwa na rozpoczęcie medytacji
Ojcze niebieski,
Otwórz nasze serca na cicha obecność Ducha Twojego Syna.
Wprowadź nas w misterium ciszy,
W której Twoja miłość objawia się wszystkim, którzy wołają:
Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem!
Gdy Jezus ukazał się swoim uczniom i spożył z nimi śniadanie, rzekł do Szymona Piotra: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?” Odpowiedział Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do niego: „Paś baranki moje”.
I powtórnie powiedział do niego: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?” Odparł Mu: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do niego: „Paś owce moje”.
Powiedział mu po raz trzeci: „Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?” Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: „Czy kochasz Mnie?” I rzekł do Niego: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do niego Jezus: „Paś owce moje.
Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz”.
To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to rzekł do niego: „Pójdź za Mną!” (J 21, 15-19)
Dzisiejsza Ewangelia to dobra nowina dla wszystkich zniechęconych. Dla każdego, kto przeżywa podobne emocje jak Piotr. Zderzył się on z bolesną prawdą o sobie, że zdezerterował wówczas, gdy winien był przyznać się do Jezusa przed światem. Historia Piotra to także smutna prawda o naszej kondycji duchowej, o naszym wycofywaniu się ze ścieżki dobra. Ta prawda ujawnia się w trudnych sytuacjach prób, którym nie umiemy podołać.
Mnie osobiście rozmowa Jezusa z Piotrem przypomina inną rozmowę – marnotrawnego syna z miłosiernym ojcem.
Być może Piotr odkrywa, że miażdżące poczucie winy nie pochodzi od Boga, ale jest owocem fałszywego obrazu siebie. Dzięki rozmowie z Jezusem Piotr ma okazję odkryć, że porażka to nieunikniona część naszego życia. Dzięki temu św. Piotr będzie mógł później napisać w swoim liście: „Miłość zakrywa wiele grzechów” (1 P 4,8). Właśnie miłość naprawiła w duszy Piotra to spustoszenie, jakie spowodował w nim grzech zaparcia się.
Na drodze życia duchowego dobrze jest się czasem sobą rozczarować, by móc potem za św. Pawłem powiedzieć nie przypisując sobie sukcesów: „To za łaską Boga jestem tym, czym jestem (…) pracowałem, nie ja, co prawda, lecz łaska Boża ze mną. (por. 1 Kor 15,10) Jak bardzo te słowa pasują do doświadczenia medytacji.
Dobrze jest się rozczarować światem, żeby doświadczyć, że Tym, który człowieka nigdy nie rozczaruje jest jedynie Bóg.
Dobrze jest się też rozczarować swoją modlitwą, w której chcielibyśmy być autorami i reżyserami, po to, aby dać w niej większe pole do działania Bogu. Wówczas nasza modlitwa ma szansę stać się mniej dyskursywna a bardziej otwarta na kontemplację, czyli zatopienie się w Bogu przy którym – jak pisze Jan Kasjan – człowiek odkrywa tak wielką wolność, że zaczyna do tego doświadczenia tęsknić, chcąc trwać w nim bez końca.
Kasjan uważał, że najwyższa forma modlitwy odbywa się bez wyobrażeń i słów. To, co nam towarzyszy to prosta modlitewna formuła, która także jest jedynie narzędziem służącym dalszemu wstępowaniu. Jej działanie polega na tym, że wiążąc nasz umysł uczy nas ona przekraczać wszystko, co podlega zmysłom i podnosi modlącego się do wyższej świadomości. „Tą drogą dusza dochodzi do czystej modlitwy, w której umysł nie tworzy już żadnych obrazów, język nie wypowiada słów a dusza płonie ogniem pełnego miłości zachwytu. W tym stanie dusza wznosi się ponad to, co widzialne ku Bogu”. (Rozmowy z Ojcami) Tego właśnie doświadczamy w medytacji monologicznej, jaką praktykujemy.
Kiedy puszczamy stery modlitwy, pozwalając na to, aby tym, który nią kieruje był Duch, zaczynamy doświadczać – bez jakiegoś napinania się – że pewne sprawy toczą się swoim naturalnym rytmem i biegną w określony sposób. Dzieje się tak dlatego, że ziarno modlitwy zostało już zasiane w nas w chwili chrztu i ono wie jak rosnąć. Najlepiej zatem nie komplikować – jak pisze Merton – a jedynie dbać o glebę. Robić to, co się robi, trzymać się każdego dnia tej modlitwy a wówczas Bóg będzie dokonywał reszty. Jak u św. Pawła teraz widzimy niewyraźnie, dopiero w przyszłości zobaczymy wszystko w pełni. Jednym z najpiękniejszych doświadczeń modlitwy monologicznej (Jezusowej) jest to, że najcenniejsze rzeczy powstają wówczas, kiedy sobie tego nie planujemy. Jeśli zatem czegoś teraz nie wiem i nie rozumiem, to najwyraźniej nie muszę. Medytacja uczy najważniejszego – mieć spojrzenie utkwione w Jezusie. To On jest Przewodnikiem. Bez tego będziemy poruszali się w życiu po omacku.
«Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, zostaje wycięte i wrzucone w ogień. A więc: poznacie ich po ich owocach». (Mt 7, 15-20)
Ta Ewangelia wydaje się nader aktualna w dzisiejszych czasach pluralizmu, w jakich żyjemy. Jezus broniąc proroków obcych, którzy nie należą do Jego uczniów, przy okazji czego wypowiedział słynne zdanie: „Kto bowiem nie jest przeciwko wam, ten jest z wami” (Łk 9,50; Mk 9,43), zarazem ostrzega nas przed prorokami fałszywymi.
Chrystus odsłania w ten sposób różnicę między pluralizmem autentycznym i nieautentycznym. Pluralizm autentyczny wynika z wiary, że wszyscy ludzie są zdolni do poszukiwania prawdy i w różnorodny sposób ją znajdują (o tym pisał już św. Tomasz z Akwinu, czy konstytucja Nostra Aetate Soboru Watykańskiego II. Autentyczny pluralizm potrafi uszanować prawdę u innych, nie lęka się też asymilować cudzej prawdy, jeżeli tylko rzeczywiście jest to prawda.
Natomiast pluralizm nieautentyczny jest to otwarcie się na wszelkie możliwe poglądy – bez zastanawiania się nad tym, czy są one prawdziwe, czy nie, czy służą ludzkiemu rozwojowi, czy też destrukcji. Słowa Pana Jezusa o fałszywych prorokach przypominają nam, że niestety istnieje coś takiego jak zatruwanie dusz, rozbudzanie niskich namiętności, nazywanie białym tego, co czarne, i czarnym tego, co białe.
Podpowiedź jak rozróżnić fałszywych proroków znajdujemy już w Księdze Jeremiasza – „Fałszywi prorocy dodają otuchy złoczyńcom, by nie porzucili swej złości” (23,14). Jedni robią to z całą otwartością inni skrycie, ale podstawowym kryterium ich rozpoznawania jest to, że nie chodzi im o prawdę i dobro.
Innym kryterium, po którym można rozróżnić fałszywych proroków, jest to, że lubią oni schlebiać swoim słuchaczom, przytakiwać złym nawykom i je usprawiedliwiać. O ile prawdziwi prorocy, pocieszając, wzywają do większego wysiłku, to fałszywi uczą pustego samozadowolenia lub biernego oczekiwania na lepsze czasy.
Natomiast samą istotą fałszywego prorokowania jest odwodzenie ludzi od Boga prawdziwego i przekonywanie do ulegania bożkom (konsumpcjonizm, kariera, samozadowolenie, przejawy różnego rodzaju duchowości, które wydają się mniej wymagające a bardziej egzotyczne niż Ewangelia).
Niestety żyjemy w czasach, w których owo zwodzenie przez fałszywych proroków przybrało na sile i co jeszcze smutniejsze temu zwodzeniu ulegają nierzadko chrześcijanie, co de facto oznacza, że uwierzyli, że może ich nasycić i przynieść poczucie szczęścia i spełnienia coś poza Bogiem. Pięknie o tym pisze autor książki, którą właśnie czytam p. t. Hewel, wszystko jest ulotne oprócz Boga.
Odwołując się do nauczania Ojców Kościoła autor przypomina, że „dla duszy człowieka wierzącego najlepszy jest niedosyt, pewna niewystarczalność. Dzięki temu można pozbywać się diabelskiego przekonania, że wszystko zależy ode mnie, od mojej pracy, planów, decyzji.” Jakże kłóci się to z mentalnością fałszywych proroków, którzy głoszą coś wręcz przeciwnego i zachęcają nas do kolekcjonowania naszych sukcesów, przekonania o naszej mocy, samowystarczalności, które skutecznie odbierają nam pokój ducha, bo idąc za tą filozofią cierpimy na ciągły niedosyt i ciągle chcielibyśmy więcej i więcej pieniędzy, sukcesów, uznania, władzy, przyjemności…
Praktyka medytacji monologicznej uczy nas właśnie tego oderwania od „kolekcjonowania” osiągnieć naszego ego. W tej praktyce wiemy, że nic nie zależy od nas. Oparcie się na jednym, powtarzanym w kółko wezwaniu może przynosić poczucie pewnego niedosytu, ale uświadamia nam, że Pan Bóg nie potrzebuje wiele, potrzebuje jedynie otwartości naszego serca, po to, aby dokonać jego przemiany. A czyni to najskuteczniej wówczas, gdy jak pisze Mistrz Eckhart: „Potrafimy wyrzec się samych siebie, po to by powierzyć siebie z całkowitym zaufaniem działaniu Ducha Świętego, gdyż On lepiej niż my troszczy się o nasze życie wewnętrzne i On również wie jaką drogą doprowadzić nas do prawdziwego pokoju serca” .
„Każdy człowiek ma w sobie czystą, niezmąconą głębie, gdzie mieszka Bóg. Panuje tam całkowita cisza. Tu wszystko jest zdrowe, tu także goją się rany, jakie zadało nam życie. Do tego obszaru nie ma dostępu żaden inny człowiek, to najintymniejsza przestrzeń w nas. Dlatego nie jest możliwe w pełni żyć życiem Bożym (i uchronić się przed zgubnym wpływem fałszywych proroków współczesnego świata – przypis autora), jeśli się nie rozluźni kontaktów z zżyciem doczesnym. (…) Podobna zasada obowiązuje w sferze ducha. To proces stopniowego oczyszczania się, rezygnowania z czegoś na rzecz większego dobra”. (Hewel). A wszystko zaczyna się – jak uczy Jan Kasjan – od porzucenia „bogatych i rozległych myśli”, które łatwo nas zwodzą. To właśnie od porzucenia myśli rozpoczyna się wejście w doświadczenie medytacji, która uczy nas zgody na to że są w życiu sprawy, którym powinniśmy pozwolić umrzeć, aby móc żyć pełniej i przynosić obfitsze owoce.