Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Osamotnienie

Udając się do Jerozolimy, Jezus wziął osobno Dwunastu i w drodze rzekł do nich: «Oto idziemy do Jerozolimy: a tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą Go poganom, aby został wyszydzony, ubiczowany i ukrzyżowany; a trzeciego dnia zmartwychwstanie».

Wtedy podeszła do Niego matka synów Zebedeusza ze swoimi synami i oddawszy Mu pokłon, o coś Go prosiła.

On ją zapytał: «Czego pragniesz?»

Rzekła Mu: «Powiedz, żeby ci dwaj moi synowie zasiedli w Twoim królestwie jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie».

Odpowiadając zaś, Jezus rzekł: «Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?»

Odpowiedzieli Mu: «Możemy».

On rzekł do nich: «Kielich mój wprawdzie pić będziecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej i lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował».

Gdy usłyszało to dziesięciu pozostałych, oburzyli się na tych dwóch braci. Lecz Jezus przywołał ich do siebie i rzekł: «Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę.

Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszy między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, tak jak Syn Człowieczy, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu». (Mt 20, 17-28)

„Osamotnienie Pana Jezusa” – tak bym zatytułował dzisiejszą Ewangelię. Jezus podejmuje swoją ostatnią drogę do Jerozolimy. Idzie na mękę. Zabiera ze sobą Dwunastu, których sobie wybrał na najbliższych przyjaciół. Mówi im wyraźnie, co Go wkrótce czeka. I w tym właśnie momencie Jego najbliżsi przyjaciele oddzieleni są od Niego murem niezrozumienia.

Najpierw podchodzi do Niego matka Jakuba i Jana, prosi Go, żeby w swoim królestwie przydzielił jej synom ważne stanowiska.  Wszystko dzieje się na dziesięć dni przed męką a uczniowie, którzy są przy Jezusie od trzech lat, słuchają Go, wciąż nie potrafią pojąć, że Jego Królestwo nie jest z tego świata, więc zabiegają o to da im namiastkę ziemskiej władzy o zysk jedynie w horyzoncie doczesnym.

Żaden z Dwunastu nie zrozumiał wtedy swojego Mistrza. Z dzisiejszej Ewangelii jednoznacznie wynika, że Jakub i Jan ucieszyli się z tego, że mamusia załatwia dla nich stanowiska, a pozostałych dziesięciu oburzyło się na nich tylko z tego powodu, że zostali uprzedzenia przez tych dwóch braci, bo sami też mieli duży apetyt na dobre stanowiska.

Kiedy czytam tę dzisiejszą scenę z Ewangelii nie dziwi mnie, że kiedy przyszedł czas męki ich Mistrza, uczniowie pouciekali i rozproszyli się.

To wszystko, co w ich wierze płynęło z czysto ludzkich wyobrażeń i ambicji, przemieniło się w Wielki Piątek w rumowisko gruzów.

Ale czytając tę dzisiejszą Ewangelie pomyślałem sobie, że ona ciągle się powtarza. Że Jezus wciąż doświadcza samotności i niezrozumienia ze strony swoich uczniów – także współczesnych. Przejawem tej samotności Jezusa jest każda sytuacja, w której brakuje nam czasu na modlitwę, czy medytację.
Przejawem tej samotności Jezusa jest to, że ciągle nosimy w sobie jakieś ambicje, które niekoniecznie zbieżne są z duchem Ewangelii. Przejawem tej samotności Jezusa jest to, że niechętnie jesteśmy gotowi wziąć krzyż, który nam proponuje, że uciekamy od ducha służby, że tak trudno nam zaprzeć się samych siebie, że nieustannie łapiemy się na tym, iż interpretujemy Jego słowo przez pryzmat naszych wyobrażeń i dostosowując je do nich…

„Obecne chrześcijaństwo jest – zwłaszcza na Zachodzie – zarażone wirusem bogactwa, komfortu a niejednokrotnie i konformizmu.(…) Kościół – tak jak kiedyś naród Izraela – nieustannie kuszony jest, aby wielbić samego siebie. Jezus zwraca uwagę nam, tak jak mówił to Apostołom. że Królestwo Boże jest tutaj, lecz nie w sensie fizycznym, nie jesteśmy zatem w stanie ani go schwycić, ani dotknąć. Nie wiąże się ono z żadną instytucją, którą mogli byśmy kontrolować. (…) Tymczasem przekształciliśmy Ewangelię – szczególnie na Zachodzie – w system samokontroli, gdy tym czasem w Ewangelii chodzi bardziej o samo-poddanie”. „Stworzyliśmy Boga, który wchodzi do naszej gry, wpasowując Go w system, bo Bóg, który stoi poza systemem jest czymś, czego nie możemy znieść”. My chrześcijanie Zachodu nosimy w sobie często wizerunek Kościoła tryumfującego, gdy tym czasem Jezus wielokrotnie przestrzega, że władza, prestiż i posiadanie, to trzy podstawowe rzeczy, które uniemożliwiają nam rozpoznanie Królestwa Bożego i wejście do niego” (R.Rohr)  Czy te słowa nie przypominają nam dzisiejszej Ewangelii?

Tymczasem w Ewangelii nie chodzi o to, abyśmy więcej osiągnęli, ale abyśmy bardziej zaufali: odpuść sobie, zaufaj Bogu, zaufaj życiu i temu, czego cię ono uczy. Takiej postawy uczy nas tez medytacja.

Ona także jest poniekąd drogą samotności. Nawet jeśli medytujemy we wspólnocie, to ostatecznie tę drogę pokonujemy w większości sami, choć oczywiście z Jezusem. To nieustanne wsłuchiwanie się w słowo i nie-myślenie, które sprowadza praktykę medytacji z głowy do serca pozwala nam bardziej utożsamić się z Jezusem i z Jego sposobem myślenia a dzięki temu zburzyć mur niezrozumienia, który odgradza nas często od Mistrza i Przewodnika naszego zbawienia.

Jezus spędził czterdzieści dni na pustyni, gdzie pozbył się swoich wyobrażeń i ogołocił się wewnętrznie. Takie jest prawdziwe znaczenie postu, który przeżywamy. Medytacja także pragnie nas prowadzić drogą wewnętrznej wędrówki, wolną od naszych fałszywych wyobrażeń, oczekiwań, roszczeń… Drogą wolności serca, bo tylko takie serce gotowe jest współczuć z innymi i służyć im.

Medytacja demaskuje nasze oczekiwania

Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić: «To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz stał się znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia.

Królowa z południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona z krańców ziemi przybyła słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon.

Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz». (Łk 11, 29-32)

W pierwszym odruchu chciałem poszukać sobie innej, łatwiejszej Ewangelii do skomentowania. No bo jak tu mówić do medytujących: „Plemię przewrotne”, skoro tak bardzo się starają wsłuchiwać w Jezusa, że są już zupełnie wolni od oczekiwań.

Ale myślę sobie, że i nam nieraz przeszło przez myśl, że gdyby Pan Jezus dał nam taki to a taki znak, to już byśmy uwierzyli tak na 100%.

Pomyślałem sobie w kontekście dzisiejszej Ewangelii, że żyjemy w czasach, kiedy cud coraz częściej staje się dla nas pewnym abstrakcyjnym pojęciem. Dzisiaj nawet dla jawnych cudów szuka się za wszelką cenę innego, racjonalnego wyjaśnienia. Nie pamiętam już kiedy ktoś ostatni raz przyniósł jakieś wotum do kościoła jako symbol wdzięczności za otrzymana łaskę. A przecież kiedyś była to rzecz powszechna. Czytając zapiski z wędrówek średniowiecznych pielgrzymów do Compostelli może się wydawać, że droga ich była wręcz usłana cudami i raczej zdziwili by się, gdyby się cud nie dokonał niż wówczas, gdy był on udziałem pielgrzymów.

Czasem – podobnie jak tłum z dzisiejszej Ewangelii chcielibyśmy jakiegoś cudu, który by nas przekonał. A tak często i obojętnie przechodzimy obok cudu Eucharystii, podczas której za każdym razem obecność Chrystusa staje się wręcz namacalna dla tych, którzy wierzą.

Jesteśmy świadkami bratobójczej wojny w Ukrainie. Paradoksalnie w dniu wybuchu tej wojny Liturgia godzin przywołała tekst z Księgi Hioba: „Bojowaniem jest życie człowieka” [Hi7,1].

W tym kontekście przypominają mi się słowa zmarłego w początkach pandemii o. Włodzimierza Zatorskiego – benedyktyna, długoletniego opiekuna oblatów w Tyńcu, który w jednym ze swoich ostatnich w życiu kazań mówił: „W świecie trwa walka o wpływy i władzę; w ekonomii o pieniądze i posiadanie. Walka jednak toczy się o coś znacznie ważniejszego niż się na pozór zdaje. Człowiek jest w samym centrum kosmicznej walki pomiędzy dobrem i złem. Niestety, bardzo często zapominamy o tej najbardziej podstawowej walce. Walka ta toczy się w życiu każdej i każdego z nas jako walka o serce, o to, kto nim będzie rządził…”

Mogą nim rządzić rozmaite pokusy, namiętności, lęki, oczekiwania… A może nim rządzić wiara, nadzieja, miłość i nieustanna świadomość życia jako cudu podarowanego nam i podtrzymywanego przez Boga, o czym nam – medytującym przypomina każdy oddech towarzyszący naszej medytacji będący symbolem tchnienia życia, którego źródłem jest Bóg.

Jezus w dzisiejszej Ewangelii demaskuje przywiązanie do własnych oczekiwań, które mogą stanowić istotne zagrożenie na drodze naszej wiary zwłaszcza wówczas, gdy staną się dla nas ważniejsze niż słowo Jezusa i Jego wola a tym bardziej, gdy staną się sprzeczne z duchem Ewangelii.

Medytacja ucząc nas wrażliwości na to, co pojawia się w naszym sercu i w naszym myśleniu jest doskonałym narzędziem odkrywania tego wszystkiego, co najbardziej przeszkadza nam w spotkaniu z Jezusem i w budowaniu naszej relacji z Nim. Wsłuchując się w słowo, które towarzyszy tej modlitwie czynimy nasze serce także bardziej wrażliwym na Boże natchnienia, które pojawiają się w naszym życiu.

Jezus nieustannie daje nam znaki swojej obecności i swojej uwagi. Ilekroć wsłuchujemy się w słowo w medytacji, przyjmujemy je i pozwalamy, aby zakorzeniło się w naszych sercach, tylekroć możemy powiedzieć za Nim: „tu jest coś więcej…”. W tym sensie medytacja, to kolejny cud obecności i działania Boga, których owoców możemy doświadczyć w naszym życiu.

Pozwólcie, że na koniec raz jeszcze przywołam słowa o. Włodzimierza, które dziś wydają się tak bardzo aktualne: „Bardzo często dopiero doświadczenia jakiegoś braku, zagrożenia śmiercią, czy czyjaś śmierć prowokują myśl o własnej śmierci i refleksję nad pochodzeniem naszego życia i jego sensem. Zaczynamy rozumieć, że niczego cenniejszego nie mamy i niczego cenniejszego nie jesteśmy w stanie zdobyć sami. Odkrywamy prawdę, że życie jest darem niezasłużonym, a Ten, który nam go udzielił, jest Kimś najważniejszym dla nas”.

Wsłuchując się w rytmie oddechu słowo pozwólmy, aby medytacja stawała się dla nas afirmacją życia, pełnego niezwykłych znaków do Boga. Trzeba tylko otworzyć oczy i serce, aby je dostrzec.

Holistyczny wymiar Wielkiego Postu

Jezus powiedział do swoich uczniów:

Kiedy dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni to lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam, już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i obmyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie». (Mt 6, 2-6. 16-18)

Rozpocznijmy dzisiejszy komentarz do medytacji dykteryjką:

Na początku Wielkiego Postu Katechetka pyta dzieci w klasie:

– Dzieci, czy macie jakieś postanowienie wielkopostne?

Gdy podniosło się sporo rąk do góry, katechetka zapytała Jasia:

– Jasiu, jakie jest twoje postanowienie na ten czas?

– Obiecałem sobie, że nie będę się bił z bratem.

– I co? – ciągnęła dalej katechetka – Czy sądzisz, że uda Ci się wytrwać w tym postanowieniu?

– Myślę, że tak – mówi Jaś – ale szczerze mówiąc nie mogę się już doczekać Wielkanocy!

Ta historyjka pokazuje pewną prawdę o naszym sercu, że po wzniosłych postanowieniach równie chętnie wracamy do swoich starych nawyków. A przecież Ewangelia nie proponuje nam nawrócenia na jakiś czas, lecz doświadczenie nowego  życia w Bogu, które wymaga stałej pracy nad sobą. Stałego nawrócenia!

Praktyka medytacji ukazuje nam sedno takiej stałej pracy nad sobą. Każdy, kto nosi w sobie pragnienie dojścia przez medytację do postawy modlitwy nieustannej doskonale wie, że tej praktyki –  gdy się ją rozpoczęło –  nie można zarzucić.

Za programem, który proponuje nam Jezus w dzisiejszej Ewangelii stoi coś więcej niż trzy konkretne praktyki. Tym czymś więcej jest po prostu Nowe Życie, dla którego post, modlitwa i jałmużna to tylko pewne elementy stylu życia, w którym mamy naśladować Chrystusa. Jeśli prawdą jest że post, jałmużna i modlitwa są dla nas dobre w Wielkim Poście, dlaczegóż miałyby być dla nas złe poza tym okresem? Jeśli podejmujemy wyrzeczenia tylko w czasie Wielkiego Postu lub Adwentu to znaczy, że jest w nas jakieś niezrozumienie sensu stylu chrześcijańskiego życia.

Ojcowie pustyni nauczali, że poszcząc, odmawiając sobie pokarmów i jakichś przyjemności, zyskujemy czas i określone środki, zaoszczędzone w ten sposób środki materialne. Co z nimi zrobić? Czas należy przeznaczyć na modlitwę, a tym, co materialnie zaoszczędziliśmy, trzeba podzielić się z potrzebującymi. To pokazuje jak te trzy elementy, które proponuje nam dzisiaj Jezus wzajemnie się dopełniają tworzą całość.  W oczach ojców pustyni dopiero takie, holistyczne przeżywanie czasu postu czyni go sensownym. Tę zasadę ojcowie pustyni odnosili dalej do całości życia, w którym różne sfery naszego człowieczeństwa – duchowa, fizyczna i psychiczna muszą ze sobą współdziałać i się uzupełniać, abyśmy mogli mówić o dobrym przeżywaniu swojego człowieczeństwa a tym bardziej swojego chrześcijaństwa.

Jezus dając nam trzy punkty oparcia do dobrego przeżycia czasu przemiany: uczynki miłosierdzia, modlitwę i post zaprasza nas jednocześnie do postawienia sobie pytania: Jakie miejsce zajmują one w całym naszym życiu? Być może któryś z nich został zaniedbany i wymaga odnalezienia na nowo dla niego jego miejsca i sensu w życiu?

Dzisiejsza liturgia słowa przypomina nam, że chrześcijaństwo tworzy całościowy styl życia. Dzisiejsze przypomnienie o poście, modlitwie i jałmużnie nie jest narzucaniem sobie dyscypliny, ascezy czy jakiejś formy wyrzeczenia się służącej samodoskonaleniu się, wręcz przeciwnie prowadzi do jednego: do postawienia Boga na pierwszym miejscu w swoim życiu a w konsekwencji do pogłębienia naszej miłości. Do postawienia na pierwszym miejscu jako zasady i fundamentu relacji z Bogiem. Takiej postawy uczy nas też medytacja monologiczna.

Wiemy jak często to pierwsze miejsce jest zajęte przez nasze ego. Praktyki, które proponuje nam Jezus mają nas uwalniać od dyktatu naszego ego.

Dyskretna dobroczynność uczy nas wychodzić poza pragnienie naszego ego i uwrażliwia nasze serca na potrzeby drugiego człowieka, również te niewypowiedziane.

Odnalezienie swojej izdebki do medytacji i modlitwy uwrażliwia nasze serca i daje możliwość zdiagnozowania i zapobieżenia temu wszystkiemu, co w naszym życiu próbuje zająć miejsce należne Bogu.

I wreszcie wartość postu, który uczy nas budowania naszego życia w oparciu o zaufanie Bogu bardziej niż własnym siłom a ponadto uczy nas tak potrzebnego dystansu do tego, bez czego wydaje nam się, że nie potrafimy żyć, poszerzając wolność naszego serca.

Dzisiejsze słowo uświadamia nam, że nie musimy wywracać naszego świata do góry nogami. Wystarczy, że na początek spróbujemy być bardziej wrażliwi na Boże słowo i Jego łaskę, na które łatwiej otworzyć się w ciszy oraz na potrzeby innych chociażby w takim stopniu, w jakim jesteśmy często wrażliwi na nasze własne potrzeby a to już ważny krok ku przemianie naszego serca i życia.

Medytacja i otwartość

Apostoł Jan rzekł do Jezusa: «Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zaczęliśmy mu zabraniać, bo nie chodzi z nami».

Lecz Jezus odrzekł: «Przestańcie zabraniać mu, bo nikt, kto uczyni cud w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami». (Mk 9, 38-40)

W dzisiejszej Ewangelii uderza rozdźwięk między tolerancją i otwartością Jezusa, a mentalnością Jego uczniów.

Uczniowie Jezusa, którzy niedawno stanęli bezsilni wobec ducha nieczystego, teraz krytykują człowieka, który czyni to w imię Jezusa, gdyż nie należy do ich wspólnoty.

Podobne wydarzenie miało miejsce w życiu Mojżesza (por. Lb 11, 24nn). Gdy skarżył się na nadmiar obowiązków, Bóg polecił mu wybrać siedemdziesięciu starszych, którym przekazał swego Ducha. Odtąd mieli dźwigać wraz z Mojżeszem odpowiedzialność za lud. Gdy później Jozue z zazdrością donosi na Eldada i Medada, że prorokują, mimo, że nie byli obecni podczas zesłania Ducha, Mojżesz odpowiada: „Oby tak cały lud Pana prorokował, oby mu dał Pan swego ducha!” (Lb 11, 29).

My chcemy spojrzeć na te dwa wydarzenia w perspektywie medytacji. I kiedy myślimy o otwartości na innych, nie sposób nie wspomnieć postaci znanej wielu z nas – medytujących bądź to osobiście, bądź ze świadectw innych. Mam na myśli zmarłego przed jedenastu laty (przed trzema dniami – 20 lutego, obchodziliśmy rocznicę jego odejścia do wieczności) ojca Jana Berezy – benedyktyna z Lubinia, założyciela Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej przy tym klasztorze, jak również przeora lubińskiej wspólnoty, który piastując tę funkcję wprowadzał klasztor w nowe tysiąclecie.

Każdy, kto go znał z pewnością potwierdzi, że był człowiekiem otwartości i człowiekiem dialogu…

Pamiętam słowa ojca Jana z jednej z naszych rozmów przy herbacie, podczas spotkania Komitetu ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi, do którego obaj należeliśmy: „Duch Święty prowadzi każdego inaczej – mówił ojciec Jan. Działa nie tylko przez tych, którzy są w Kościele, wierzących chrześcijan, ale również przez tych, którzy są poza wspólnotą Kościoła. Jednak, aby dostrzec to działanie a także – co bywa jeszcze trudniejszym wyznaniem dla naszych nierzadko kierujących się ekskluzywizmem chrześcijańskich wspólnot – aby nie sprzeciwić się temu działaniu trzeba wielkiej pokory”. Tę prawdę przypomniał w swoim nauczaniu Sobór Watykański II w konstytucji Nosta Aetate, choć wielu z nas nie czytając dokumentów soborowych łatwo okopuje się w swoich egoistycznych ocenach innych. „To właśnie medytacja – mówił dalej ojciec Jan – a jeszcze bardziej medytacja, którą praktykowałem i praktykuję z przedstawicielami innych religii nieustannie mnie przekonuje, że Ducha Bożego nie da się uwięzić. Duch jest wolny. Nie jest związany żadnym rytuałem. Działa poza ograniczeniami, które ludzie chcieliby Mu niejednokrotnie narzucić”.

To jest właśnie to uwalniające doświadczenie medytacji, o której mówił ojciec Jan Bereza a które polega na tym, że im dłużej praktykujemy medytację, tym łatwiej nam dostrzec tę prawidłowość, że w każdym z nas działa Boży Duch – choć na różny sposób.

Chrystus i Jego Duch nie jest przypisany wyłącznie do tej czy innej kategorii ludzi. Jezus przyszedł do wszystkich. A jednym z zadań nas – chrześcijan jest dać o tym świadectwo przez naszą otwartość na innych, co nie musi oznaczać wyrzeczenia się naszej własnej tradycji, czy tożsamości ani też specyfiki naszej – chrześcijańskiej praktyki medytacji, ale oznacza jedynie wrażliwość na działanie Ducha Świętego w innych a tej postawy może nas nauczyć jedynie Duch Święty, którego formacji poddajemy się właśnie przez praktykę medytacji.

Co chciałby nam powiedzieć dzisiaj ojciec Jan w komentarzu do dzisiejszej Ewangelii?

„Nie bądźcie zazdrośni. Zwłaszcza wystrzegajcie się zazdrości o dary duchowe udzielane przez Ducha Świętego innym i unikajcie wszelkich przejawów niezdrowego ekskluzywizmu”. Bo bez wątpienia to właśnie te postawy kierują uczniami, gdy zwracają się do Jezusa, aby zabronił innym dokonywać cudów w Jego imię.

Musimy ciągle uczyć się cieszyć z tego, że Boże dzieło może wzrastać w innych, także tych, którzy czasem myślą inaczej niż my, czy wierzą inaczej niż my. Takiej postawy bez wątpienia uczył ojciec Jan.

Przyjąć zaszczepione w nas słowo

Wiedzcie, moi umiłowani, że każdy człowiek winien być chętny do słuchania, nieskory do mówienia, nieskory do gniewu. Gniew bowiem męża nie wypełnia sprawiedliwości Bożej. Odrzućcie przeto wszystko, co nieczyste, oraz cały bezmiar zła, a przyjmijcie w duchu łagodności zaszczepione w was słowo, które ma moc zbawić dusze wasze. Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie. Jeżeli bowiem ktoś tylko przysłuchuje się słowu, a nie wypełnia go, podobny jest do męża oglądającego w lustrze swe naturalne odbicie. Bo przyjrzał się sobie, odszedł i zaraz zapomniał, jakim był. Kto zaś pilnie rozważa doskonałe Prawo, Prawo wolności, i wytrwa w nim, ten nie jest słuchaczem skłonnym do zapominania, ale wykonawcą dzieła; wypełniając je, otrzyma błogosławieństwo. Jeżeli ktoś uważa się za człowieka religijnego, lecz łudząc serce swoje, nie powściąga swego języka, to pobożność jego pozbawiona jest podstaw. Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca jest taka: opiekować się sierotami i wdowami w ich utrapieniach i zachować siebie samego nie skażonym wpływami świata. (Jk 1, 19-27)

Zatrzymajmy się dzisiaj w naszym komentarzu do medytacji nad słowami z listu św. Jakuba Apostoła, który zaczyna się słowami: „Wiedzcie, moi umiłowani, że każdy człowiek winien być chętny do słuchania, nieskory do mówienia”.

Prawdziwa mądrość, którą pragnie nam przybliżyć słowo Boże na kartach Pisma Świętego często podkreśla, że jej atrybutem jest bardziej słuchanie, a mniej mówienie.

Ostatnio rozmawiając w gronie małżeństw należących do kręgu Domowego Kościoła na pytanie: „Dlaczego często mamy problem z dialogiem, czy w relacjach małżeńskich, w relacjach rodzicielskich lub z osobami sobie bliskimi?”, większość rozmówców zgodziła się z tezą, że powodem tego jest fakt, iż każdy chce mówić, a mało jest tych, którzy chcą słuchać. Tymczasem twórcza rozmowa polega na tym, abyśmy chcieli uratować to, co ktoś mówi. Zresztą doświadczenie podpowiada nam, że każdy z nas chciałby być wysłuchany i zrozumiany w tym, co ma do powiedzenia. Jest nam miło, kiedy ktoś słucha nas z uwagą i skupieniem, bo to jest dla nas znakiem zainteresowania i szacunku.

Podobnie rzecz ma się ze słowem Bożym. Przestrzeń, jaką poświęcamy w naszym życiu na jego słuchanie jest znakiem nie tylko zainteresowania tym słowem, ale też szacunku do Tego, który to słowo do nas kieruje.

I właśnie św. Jakub zachęca nas dzisiaj do korzystania z innego słowa, niż ludzkiego, a jest nim słowo Boże: „przyjmijcie – pisze w swoim liście –  w duchu łagodności zaszczepione w was słowo, które ma moc zbawić dusze wasze.”

Święty Jakub nie poprzestaje jednak na zachęcie do słuchania słowa, ale dodaje: „Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie. Jeżeli bowiem ktoś tylko przysłuchuje się słowu, a nie wypełnia go, podobny jest do męża oglądającego w lustrze swe naturalne odbicie. Bo przyjrzał się sobie, odszedł i zaraz zapomniał, jakim był.”

Dobrze jednak dostrzec dwa wymiary tego wprowadzania słowa w życie: można je określić jako wymiar bierny i czynny.

Mając na myśli ten pierwszy wymiar św. Jakub wskazuje jako warunek słuchanie i rozważenie tego słowa. To postawa, która wymaga od człowieka pewnego zaangażowania, choć w tym wymiarze dajemy jakby pierwszeństwo działaniu słowa, które – a co do tego nie może mieć wątpliwości nikt, kto wsłuchuje się w słowo Boże – ma niezwykłą moc kształtowania każdego, kto się w nie wsłuchuje. O tej mocy pisze m. in. Autor Listu do Hebrajczyków, gdy zapewnia, że: „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. (Hbr 4,12)

Z kolei wymiar czynny zachęca nas do tego, aby starać się odnieść to słowo do swojego życia, pozwalając aby miało ono większy wpływ przez to, że świadomie staramy się je przełożyć na nasze postępowanie, czy relacje międzyludzkie. Na przykład mogę sobie zadać pytanie na podstawie dzisiejszego słowa z Listu św. Jakuba, czy jestem człowiekiem bardziej skłonnym do mówienia, czy do słuchania? I czy praktyka medytacji – dłuższa lub krótsza – jaką mamy za sobą coś w tym względzie zmieniła? Czy np. praktyka codziennego, uważnego wsłuchiwania się w słowo w medytacji sprawia, że łatwiej nam kontrolować siebie w mówieniu, w umiejętności bardziej uważnego słuchania innych – i można mieć tu na myśli zarówno słuchanie innych osób w trakcie rozmowy, jak i nasze słuchanie w Kościele, na Eucharystii, próbując skontrolować siebie, jak słucham słowa Bożego i na ile to słowo przenika i przemienia moją codzienność.

Jeden z takich testów, które możemy zastosować w życiu proponuje nam już św. Jakub pisząc: „Jeżeli ktoś uważa się za człowieka religijnego, lecz łudząc serce swoje, nie powściąga swego języka, to pobożność jego pozbawiona jest podstaw. Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca jest taka: opiekować się sierotami i wdowami w ich utrapieniach i zachować siebie samego nie skażonym wpływami świata.”

Św. Jakub zwraca w tych słowach uwagę, że gadatliwość, która przejawia się np. plotkach, obmawianiu, przechwalaniu się grozi niebezpieczeństwem zabrudzenia naszego serca tym, co może zburzyć jego spokój a wprowadzić w nie chaos.

Dlatego św. Jakub podkreśla też, że człowiek religijny powinien iść za pragnieniem zachowania swojej duszy czystą i bez skazy przed Bogiem a powściągliwości tak w zachowaniu, jak i w mowie są krokami, które ułatwiają nam dojście do takiej postawy.

Słyszymy również zachętę św. Jakuba do służby ludziom, czyli woli uczynienia z siebie bezinteresownego daru dla innych, tak jak w sposób bezinteresowny nam samym nieustannie darowana jest łaska i słowo w praktyce medytacji .

Można powiedzieć, że św. Jakub pokazuje nam postawę człowieka o zdrowej religijności. Nie mamy jednak wątpliwości, że postawa taka jest bardziej owocem działającej w nas łaski, na która się otwieramy niż owocem naszego własnego wysiłku.

Odwołując się na koniec do dzisiejszej Ewangelii o uzdrowieniu niewidomego warto sobie uświadomić, że potrzebny jest nam dużo głębszy wymiar uzdrowienia niż ten, na którym często skupiamy się jedynie w naszym ludzkim sposobie patrzenia.

Jezus wskazuje na to w dwóch etapach uzdrowienia niewidomego z Betsaidy uświadamiając nam, że jest ważne nie tylko to, że widzimy, lecz nade wszystko to, czy umiemy patrzeć z miłością?

Nasze uzdrowienie duchowe często wymaga czasu, ale możemy mieć pewność, że stanie się naszym udziałem, jeśli tylko pozwolimy Jezusowi, by „ujął nas za rękę i wyprowadził” na miejsce osobne, w ciszę i samotność, co też czyni za każdym razem gdy siadamy do praktyki medytacji.

Bóg potrzebuje naszego czasu i naszej samotności, a przede wszystkim naszego zaufania w to, co robi w naszym życiu, by nas uzdrowić.