Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Bóg uzdrawia przez medytację

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie mógł się oprzeć ani sprzeciwić.

A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie». (Łk 21, 12-19)

 

Kiedy po raz pierwszy przeczytałem wczoraj tę Ewangelię pomyślałem sobie: „Fajna zapowiedź przed wyruszeniem na „Kolędę”.

Ale tak nieco przewrotnie pomyślałem też, że choć lubimy często szukać wrogów na zewnątrz, to czy najczęściej nie jest tak, że to my sami jesteśmy wobec siebie największymi prześladowcami!? Przez brak akceptacji, przez brak miłości, przez noszenie w sobie nadmiernego poczucia winy i wybujałą samokrytykę i oczekiwania…

Kiedyś wspominałem o tym, że kilkakrotnie brałem udział w Przystanku Jezus, który towarzyszy Woodstokowi. Można tam było się spotkać z przejawami gniewu, może nawet nienawiści wobec ludzi Kościoła, ale dużo więcej w rozmowach z różnymi osobami tej nienawiści można było zobaczyć w nich samych i to takiej, która jak oścień była zwrócona przeciw samym sobie.

Pomyślałem sobie wtedy, że aby móc uzdrawiać innych z nienawiści trzeba być najpierw samemu uzdrowionym (uzdrawianym sic!) z jej wszelkich – nawet często niewidocznych przejawów. A tego – jak sądzę – nie można zrobić inaczej niż drogą, która wskazuje Jezus.

Jezus stawia wysoko poprzeczkę: „Miłujcie i dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą” [Łk 6,27]. Prawdziwie naśladowcami Chrystusa stajemy się dopiero wówczas, jeżeli staramy się błogosławić tych, którzy nas nienawidzą, i życzyć im dobra i kochać ich. Bo i sam Chrystus – jak to pięknie napisał Apostoł Piotr – „gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie groził, ale oddawał się Temu, który sądzi sprawiedliwie” (1 P 2,23).

Co to ma wspólnego z medytacją? Myślę, że wiele.

Po pierwsze, jak wielokrotnie o tym wspominaliśmy medytacja jest miejscem uzdrowienia naszego serca – także wobec rzeczonej wrogości wobec samych siebie; jest przestrzenią uzdrowienia z emocji, które czasem potrafią w naszym wnętrzu dominować nad racjonalnością i akceptacją.  Medytacja uczy nas sztuki odpuszczania i nie przywiązywania się zbytniego do naszego „ja”, do naszych wygórowanych oczekiwań, także do naszej samooceny czy opinii innych. Zaś zdolność odpuszczania na tym poziomie rodzi w nas przestrzeń dla przyjęcia innego – Jezusowego sposobu widzenia. Medytacja uczy nas, że łaska, która przychodzi do nas wraz ze słowem, z przywoływanym Imieniem Jezus, jest zawsze darmowa, że nie musimy na nią zasługiwać, że jest darem bezinteresownej miłości i akceptacji nas przez Boga. Jest to miłość przemieniająca i uzdrawiająca.

Dzisiaj często wrogość przejawia się w próbie przekrzyczenia kogoś i zapanowania nad kimś. Tymczasem medytacja uczy nas słuchania. Uczy nas wolności od chęci dominacji, panowania nad innymi. Uczy, że cisza porządkuje najpierw nasze wnętrze, nasze emocje a następnie nasze relacje. Cisza medytacji na nowo uczy nas przywracać pierwsze miejsce naszej relacji z Bogiem. A ustawienie tej relacji na pierwszym miejscu porządkuje wszystko inne. Medytacja uczy nas także prawdy, że „Miłość jest jedna”. Jeżeli nauczymy się kochać Jezusa w medytacji (choć w praktyce oznacza to właściwie otwartość na Jego miłość) i nauczymy się Go słuchać, to tę samą miłość i umiejętność słuchania będzie nam łatwiej przenieść na nasze relacje z innymi.

Ktoś niedawno napisał mi, że „pół godziny medytacji to pół godziny łaski, żeby zdystansować się, zapomnieć, obmyć w źródle ciszy to, co bruka duszę, czasem z naszym przyzwoleniem a często bez naszej woli”.

Mój pierwszy nauczyciel medytacji o. Lotz. zwykł mawiać, że „Poważnie traktowana medytacja wymaga od nas właściwego odnoszenia się do Boga, właściwego odnoszenia się do siebie i właściwego odnoszenia się do drugiego człowieka”.

A kto inny nauczy nas takiego właściwego, czyli opartego na miłości „odnoszenia się” jeśli nie Jezus, który w medytacji formuje nas – swoich współczesnych uczniów mocą słowa w które się wsłuchujemy i łaski, na którą się otwieramy?