Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja i otwartość

Apostoł Jan rzekł do Jezusa: «Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zaczęliśmy mu zabraniać, bo nie chodzi z nami».

Lecz Jezus odrzekł: «Przestańcie zabraniać mu, bo nikt, kto uczyni cud w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami». (Mk 9, 38-40)

W dzisiejszej Ewangelii uderza rozdźwięk między tolerancją i otwartością Jezusa, a mentalnością Jego uczniów.

Uczniowie Jezusa, którzy niedawno stanęli bezsilni wobec ducha nieczystego, teraz krytykują człowieka, który czyni to w imię Jezusa, gdyż nie należy do ich wspólnoty.

Podobne wydarzenie miało miejsce w życiu Mojżesza (por. Lb 11, 24nn). Gdy skarżył się na nadmiar obowiązków, Bóg polecił mu wybrać siedemdziesięciu starszych, którym przekazał swego Ducha. Odtąd mieli dźwigać wraz z Mojżeszem odpowiedzialność za lud. Gdy później Jozue z zazdrością donosi na Eldada i Medada, że prorokują, mimo, że nie byli obecni podczas zesłania Ducha, Mojżesz odpowiada: „Oby tak cały lud Pana prorokował, oby mu dał Pan swego ducha!” (Lb 11, 29).

My chcemy spojrzeć na te dwa wydarzenia w perspektywie medytacji. I kiedy myślimy o otwartości na innych, nie sposób nie wspomnieć postaci znanej wielu z nas – medytujących bądź to osobiście, bądź ze świadectw innych. Mam na myśli zmarłego przed jedenastu laty (przed trzema dniami – 20 lutego, obchodziliśmy rocznicę jego odejścia do wieczności) ojca Jana Berezy – benedyktyna z Lubinia, założyciela Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej przy tym klasztorze, jak również przeora lubińskiej wspólnoty, który piastując tę funkcję wprowadzał klasztor w nowe tysiąclecie.

Każdy, kto go znał z pewnością potwierdzi, że był człowiekiem otwartości i człowiekiem dialogu…

Pamiętam słowa ojca Jana z jednej z naszych rozmów przy herbacie, podczas spotkania Komitetu ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi, do którego obaj należeliśmy: „Duch Święty prowadzi każdego inaczej – mówił ojciec Jan. Działa nie tylko przez tych, którzy są w Kościele, wierzących chrześcijan, ale również przez tych, którzy są poza wspólnotą Kościoła. Jednak, aby dostrzec to działanie a także – co bywa jeszcze trudniejszym wyznaniem dla naszych nierzadko kierujących się ekskluzywizmem chrześcijańskich wspólnot – aby nie sprzeciwić się temu działaniu trzeba wielkiej pokory”. Tę prawdę przypomniał w swoim nauczaniu Sobór Watykański II w konstytucji Nosta Aetate, choć wielu z nas nie czytając dokumentów soborowych łatwo okopuje się w swoich egoistycznych ocenach innych. „To właśnie medytacja – mówił dalej ojciec Jan – a jeszcze bardziej medytacja, którą praktykowałem i praktykuję z przedstawicielami innych religii nieustannie mnie przekonuje, że Ducha Bożego nie da się uwięzić. Duch jest wolny. Nie jest związany żadnym rytuałem. Działa poza ograniczeniami, które ludzie chcieliby Mu niejednokrotnie narzucić”.

To jest właśnie to uwalniające doświadczenie medytacji, o której mówił ojciec Jan Bereza a które polega na tym, że im dłużej praktykujemy medytację, tym łatwiej nam dostrzec tę prawidłowość, że w każdym z nas działa Boży Duch – choć na różny sposób.

Chrystus i Jego Duch nie jest przypisany wyłącznie do tej czy innej kategorii ludzi. Jezus przyszedł do wszystkich. A jednym z zadań nas – chrześcijan jest dać o tym świadectwo przez naszą otwartość na innych, co nie musi oznaczać wyrzeczenia się naszej własnej tradycji, czy tożsamości ani też specyfiki naszej – chrześcijańskiej praktyki medytacji, ale oznacza jedynie wrażliwość na działanie Ducha Świętego w innych a tej postawy może nas nauczyć jedynie Duch Święty, którego formacji poddajemy się właśnie przez praktykę medytacji.

Co chciałby nam powiedzieć dzisiaj ojciec Jan w komentarzu do dzisiejszej Ewangelii?

„Nie bądźcie zazdrośni. Zwłaszcza wystrzegajcie się zazdrości o dary duchowe udzielane przez Ducha Świętego innym i unikajcie wszelkich przejawów niezdrowego ekskluzywizmu”. Bo bez wątpienia to właśnie te postawy kierują uczniami, gdy zwracają się do Jezusa, aby zabronił innym dokonywać cudów w Jego imię.

Musimy ciągle uczyć się cieszyć z tego, że Boże dzieło może wzrastać w innych, także tych, którzy czasem myślą inaczej niż my, czy wierzą inaczej niż my. Takiej postawy bez wątpienia uczył ojciec Jan.

Przyjąć zaszczepione w nas słowo

Wiedzcie, moi umiłowani, że każdy człowiek winien być chętny do słuchania, nieskory do mówienia, nieskory do gniewu. Gniew bowiem męża nie wypełnia sprawiedliwości Bożej. Odrzućcie przeto wszystko, co nieczyste, oraz cały bezmiar zła, a przyjmijcie w duchu łagodności zaszczepione w was słowo, które ma moc zbawić dusze wasze. Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie. Jeżeli bowiem ktoś tylko przysłuchuje się słowu, a nie wypełnia go, podobny jest do męża oglądającego w lustrze swe naturalne odbicie. Bo przyjrzał się sobie, odszedł i zaraz zapomniał, jakim był. Kto zaś pilnie rozważa doskonałe Prawo, Prawo wolności, i wytrwa w nim, ten nie jest słuchaczem skłonnym do zapominania, ale wykonawcą dzieła; wypełniając je, otrzyma błogosławieństwo. Jeżeli ktoś uważa się za człowieka religijnego, lecz łudząc serce swoje, nie powściąga swego języka, to pobożność jego pozbawiona jest podstaw. Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca jest taka: opiekować się sierotami i wdowami w ich utrapieniach i zachować siebie samego nie skażonym wpływami świata. (Jk 1, 19-27)

Zatrzymajmy się dzisiaj w naszym komentarzu do medytacji nad słowami z listu św. Jakuba Apostoła, który zaczyna się słowami: „Wiedzcie, moi umiłowani, że każdy człowiek winien być chętny do słuchania, nieskory do mówienia”.

Prawdziwa mądrość, którą pragnie nam przybliżyć słowo Boże na kartach Pisma Świętego często podkreśla, że jej atrybutem jest bardziej słuchanie, a mniej mówienie.

Ostatnio rozmawiając w gronie małżeństw należących do kręgu Domowego Kościoła na pytanie: „Dlaczego często mamy problem z dialogiem, czy w relacjach małżeńskich, w relacjach rodzicielskich lub z osobami sobie bliskimi?”, większość rozmówców zgodziła się z tezą, że powodem tego jest fakt, iż każdy chce mówić, a mało jest tych, którzy chcą słuchać. Tymczasem twórcza rozmowa polega na tym, abyśmy chcieli uratować to, co ktoś mówi. Zresztą doświadczenie podpowiada nam, że każdy z nas chciałby być wysłuchany i zrozumiany w tym, co ma do powiedzenia. Jest nam miło, kiedy ktoś słucha nas z uwagą i skupieniem, bo to jest dla nas znakiem zainteresowania i szacunku.

Podobnie rzecz ma się ze słowem Bożym. Przestrzeń, jaką poświęcamy w naszym życiu na jego słuchanie jest znakiem nie tylko zainteresowania tym słowem, ale też szacunku do Tego, który to słowo do nas kieruje.

I właśnie św. Jakub zachęca nas dzisiaj do korzystania z innego słowa, niż ludzkiego, a jest nim słowo Boże: „przyjmijcie – pisze w swoim liście –  w duchu łagodności zaszczepione w was słowo, które ma moc zbawić dusze wasze.”

Święty Jakub nie poprzestaje jednak na zachęcie do słuchania słowa, ale dodaje: „Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie. Jeżeli bowiem ktoś tylko przysłuchuje się słowu, a nie wypełnia go, podobny jest do męża oglądającego w lustrze swe naturalne odbicie. Bo przyjrzał się sobie, odszedł i zaraz zapomniał, jakim był.”

Dobrze jednak dostrzec dwa wymiary tego wprowadzania słowa w życie: można je określić jako wymiar bierny i czynny.

Mając na myśli ten pierwszy wymiar św. Jakub wskazuje jako warunek słuchanie i rozważenie tego słowa. To postawa, która wymaga od człowieka pewnego zaangażowania, choć w tym wymiarze dajemy jakby pierwszeństwo działaniu słowa, które – a co do tego nie może mieć wątpliwości nikt, kto wsłuchuje się w słowo Boże – ma niezwykłą moc kształtowania każdego, kto się w nie wsłuchuje. O tej mocy pisze m. in. Autor Listu do Hebrajczyków, gdy zapewnia, że: „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. (Hbr 4,12)

Z kolei wymiar czynny zachęca nas do tego, aby starać się odnieść to słowo do swojego życia, pozwalając aby miało ono większy wpływ przez to, że świadomie staramy się je przełożyć na nasze postępowanie, czy relacje międzyludzkie. Na przykład mogę sobie zadać pytanie na podstawie dzisiejszego słowa z Listu św. Jakuba, czy jestem człowiekiem bardziej skłonnym do mówienia, czy do słuchania? I czy praktyka medytacji – dłuższa lub krótsza – jaką mamy za sobą coś w tym względzie zmieniła? Czy np. praktyka codziennego, uważnego wsłuchiwania się w słowo w medytacji sprawia, że łatwiej nam kontrolować siebie w mówieniu, w umiejętności bardziej uważnego słuchania innych – i można mieć tu na myśli zarówno słuchanie innych osób w trakcie rozmowy, jak i nasze słuchanie w Kościele, na Eucharystii, próbując skontrolować siebie, jak słucham słowa Bożego i na ile to słowo przenika i przemienia moją codzienność.

Jeden z takich testów, które możemy zastosować w życiu proponuje nam już św. Jakub pisząc: „Jeżeli ktoś uważa się za człowieka religijnego, lecz łudząc serce swoje, nie powściąga swego języka, to pobożność jego pozbawiona jest podstaw. Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca jest taka: opiekować się sierotami i wdowami w ich utrapieniach i zachować siebie samego nie skażonym wpływami świata.”

Św. Jakub zwraca w tych słowach uwagę, że gadatliwość, która przejawia się np. plotkach, obmawianiu, przechwalaniu się grozi niebezpieczeństwem zabrudzenia naszego serca tym, co może zburzyć jego spokój a wprowadzić w nie chaos.

Dlatego św. Jakub podkreśla też, że człowiek religijny powinien iść za pragnieniem zachowania swojej duszy czystą i bez skazy przed Bogiem a powściągliwości tak w zachowaniu, jak i w mowie są krokami, które ułatwiają nam dojście do takiej postawy.

Słyszymy również zachętę św. Jakuba do służby ludziom, czyli woli uczynienia z siebie bezinteresownego daru dla innych, tak jak w sposób bezinteresowny nam samym nieustannie darowana jest łaska i słowo w praktyce medytacji .

Można powiedzieć, że św. Jakub pokazuje nam postawę człowieka o zdrowej religijności. Nie mamy jednak wątpliwości, że postawa taka jest bardziej owocem działającej w nas łaski, na która się otwieramy niż owocem naszego własnego wysiłku.

Odwołując się na koniec do dzisiejszej Ewangelii o uzdrowieniu niewidomego warto sobie uświadomić, że potrzebny jest nam dużo głębszy wymiar uzdrowienia niż ten, na którym często skupiamy się jedynie w naszym ludzkim sposobie patrzenia.

Jezus wskazuje na to w dwóch etapach uzdrowienia niewidomego z Betsaidy uświadamiając nam, że jest ważne nie tylko to, że widzimy, lecz nade wszystko to, czy umiemy patrzeć z miłością?

Nasze uzdrowienie duchowe często wymaga czasu, ale możemy mieć pewność, że stanie się naszym udziałem, jeśli tylko pozwolimy Jezusowi, by „ujął nas za rękę i wyprowadził” na miejsce osobne, w ciszę i samotność, co też czyni za każdym razem gdy siadamy do praktyki medytacji.

Bóg potrzebuje naszego czasu i naszej samotności, a przede wszystkim naszego zaufania w to, co robi w naszym życiu, by nas uzdrowić.

Medytacja uczy słuchania i rozumienia

Jezus przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego:

«Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz to, co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!»

Gdy się oddalił od tłumu i wszedł do domu, uczniowie pytali Go o tę przypowieść. Odpowiedział im: «I wy tak niepojętni jesteście? Nie rozumiecie, że nic z tego, co z zewnątrz wchodzi w człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka, i zostaje wydalone na zewnątrz». Tak uznał wszystkie potrawy za czyste.

I mówił dalej: «Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym». (Mk 7, 14-23)

I znów w Ewangelii mowa o tym tłumie, który Jezus przywołuje do siebie a który może nam się kojarzyć z mnóstwem osób medytujących. Dzisiejsza Ewangelia odsłania nam pewną tajemnicę, że medytacja, jako forma przychodzenia do Jezusa jest owocem łaski, która zawsze poprzedza nasz wybór. Przez św. Jana Jezus mówi o tym wprost:  „Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał” (J 6,44) Jak często myślimy o medytacji, jako o łasce, która została nam dana? Czy nosimy w sobie wdzięczność za ten dar modlitwy? W świecie, w którym tak wiele osób chcących się modlić skarży się na różnego rodzaju trudności, które im towarzyszą na drodze modlitwy, warto doceniać i pielęgnować w sobie ten dar łaski, jaki Jezus składa w nas przez medytację kontemplacyjną.

W dzisiejszym fragmencie Ewangelii Jezus dwukrotnie nalega, abyśmy Go słuchali: „Słuchajcie Mnie wszyscy i zrozumiejcie”. Słuchanie zawsze poprzedza rozumienie. Bez słuchania nie ma zrozumienia, choć w medytacji niedyskursywnej mamy głębszą świadomość, że zrozumienie paradoksalnie nie przychodzi przez rozum, ale przez serce i łaskę, na którą to serce jest otwarte. Ale również ci, którzy praktykują medytację dyskursywną mają świadomość, że próba zatrzymania się na intelektualnym rozumieniu Słowa, to jeszcze za mało i że prawdziwe zrozumienie przychodzi właśnie przez łaskę, na dużo głębszym poziomie niż nasze intelektualne pojmowanie. Wystarczy przypomnieć słowa Jezusa z Ewangelii według Mateusza: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”. (Mt 11, 25) Tej prostoty, o której mówi Ewangelia szukamy właśnie w medytacji i to medytacji niedyskursywnej, nie chcąc, aby nasz intelekt nazbyt nam przeszkadzał w wejściu w tajemnicę, w którą pragnie nas wprowadzić słowo, w które się wsłuchujemy.

Jezus nalega, abyśmy słuchał Jego słowa. Warto pytać, czy po latach praktyki medytacji jest w nas nadal pasja słuchania i zgłębiania mądrości słowa, pomimo iż praktyka ta może wydawać się monotonna? W doświadczeniu medytacji musimy się jednak wystrzegać źle rozumianej rutyny, gdyż może być ona – jak pisze św. Jan z Wałaamu w swoich listach – niedostrzegalną, ale poważną przeszkodą na drodze wiary. 

Jezus zwraca nam dziś uwagę na nasze wnętrza. Przestrzega nas przed nieczystością, która rodzi się w sercu i która potrafi zabrudzić całego człowieka i jego życie. To, co „wychodzi” z nas, zdradza stan naszych serc. Medytacja uczy nas uważności a ta ma również ogromne znaczenie w obserwowaniu naszego życia i jego owoców. Dzięki samoświadomości, którą wypracowuje w nas praktyka medytacji możemy dostrzec te owoce, które nie są dobre i przy pomocy łaski je niwelować. Do tych owoców, o których mówi Jezus można zaliczyć nasze myśli, słowa, gesty, zachowania, ale też uważność na to,  czego jest w nas więcej: pokoju czy niepokoju, wolności czy zniewolenia, dobroci czy złości…

Jezus wymienia różne „nieczystości”, które mogą być skrywane w sercu. Słowo, w które wsłuchujemy w medytacji pomaga nam zbadać stan naszych serc. Jezus, który przychodzi do nas w słowie, wraz ze swoją łaską pomaga nam rozeznać nie tylko stan naszych serc, ale jest także ich najlepszym lekarzem.

Ojcowie pustynie zachęcają nas, abyśmy stali na straży naszych serc, bo to co tam wpuścimy zapuści w nich korzenie, zakiełkuje i wyda owoce. Medytacja sprawia, że nie tylko stajemy się bardziej uważni na to, co może nasze serca zanieczyścić, ale też pozwala doświadczyć, że słowo, w które się wsłuchujemy jest najlepszą odtrutką na to, co próbuje dzisiaj te serca zatruć.

Medytacja monologiczna, przez towarzyszące jej wezwanie skierowane wprost do Jezusa pozwala naszym sercom przylgną do serca Jezusa i przez łaskę kształtować w nas serce na podobieństwo Jego serca.

Medytacja uczy ofiarowania

Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: «Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu». Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego.

A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż nie zobaczy Mesjasza Pańskiego.

Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił:

 

«Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu

w pokoju, według Twojego słowa.

Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,

któreś przygotował wobec wszystkich narodów:

światło na oświecenie pogan

i chwałę ludu Twego, Izraela». (Łk 2, 22-32)

Dzisiejsza medytacja odbywa się w świetle Święta Ofiarowania Pańskiego,  święta nadziei, bo jest zarazem spełnieniem obietnicy jak i obietnicą. W geście ofiarowania Jezusa w świątyni spełnia się przepowiednia proroka Malachiasza, który zapowiada ukazanie się Zbawcy wobec swojego ludu: „a potem nagle przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie” (Ml 3,1) .

Maryja w geście ofiarowania swojego Syna po raz kolejny zawierza się Bogu i swoją wolą wkracza w wolę Pana. W ten sposób pokazuje nam najprostszą drogę, na drodze do zbawienia. Wierzyć, zaufać Panu, wejść w Jego wolę: to właśnie podstawowa orientacja, jaką pragniemy również przyjmować w praktyce medytacji.

Jednym z podstawowych aspektów życia wiary jest życie w kontakcie z Bogiem. Medytacja, zwłaszcza medytacja monologiczna umożliwia ten kontakt na poziomie bardzo osobistym, na poziomie serca – stąd często jej nazwa „modlitwa serca”. Oczywiście także umysł jest w tej medytacji obecny, ale w przypadku medytacji monologicznej – w odróżnieniu od medytacji dyskursywnej – mówimy o medytacji, która jest nawiązaniem kontaktu z Bogiem na poziomie serca. W przypadku tej medytacji bardzo realnym wzorem jest Maryja. Ewangelista Łukasz wiele razy powtarza, że Maryja „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (2,19 por. 2, 51 b). Ten, kto strzeże, nie zapomina. Ona zwraca uwagę na to wszystko, co Pan do niej mówi.

W ten sposób dzień po dniu, w ciszy zwyczajnego życia, Maryja uczy się strzec w swoim sercu wydarzenie, jakim jest obecność Boga. To nie przeszkadza Maryi żyć swoim życiem w pełni, swoimi codziennymi obowiązkami, swoją misją Matki, wręcz przeciwnie pozwalaj Jej to zachować w sobie przestrzeń wewnętrzną, w której to noszone w sercu Słowo żyje, owocuje i wpływa na sposób i głębię przeżywania Jej codzienności.  Można powiedzieć, że dzięki „zachowywaniu w sercu Słowa” Maryja żyje nieustannie tajemnicą życia Jej Syna. To także zaproszenie, które Maryja kieruje do nas.

W naszych czasach jesteśmy pochłonięci tak wieloma działaniami i zobowiązaniami, troskami i problemami, że nie pozwalają nam one na pielęgnowanie życia duchowego na jakimś głębszym poziomie. Dlatego warto uczyć się od Maryi jak bardzo konieczne dla naszej wiary, ale też dla naszego życia psychicznego, by znaleźć w naszej codzienności, z całą jej aktywnością, chwile skupienia w ciszy, chwile kontaktu z Bogiem – chwile w których możemy usłyszeć i doświadczyć tego, czego pragnie nas nauczyć Jezus. Medytacja jest jednym z pierwszych wymiarów w których uczymy się dostrzegać obecność i działanie Boga w naszym życiu i w świecie.

Może nas zdumiewać to spojrzenie Symeona z dzisiejszej Ewangelii, który potrafi w tym małym dziecku przyniesionym na rękach Maryi zobaczyć „zbawienie świata”. Bez otwartości na światło Ducha Świętego, jakie miał Symeon i jakie przychodzi do nas w medytacji nie nauczymy się takiego sposobu patrzenia!

Jedno z błogosławieństw, które Jezus wypowiada w Kazaniu na Górze brzmi: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (Mt 5,8). Symeon był bez wątpienia człowiekiem czystego serca.

Praktyka medytacji jest także dla nas okazją do oczyszczania naszych serc z tego, co próbuje je zaśmiecić odbierając mu wrażliwość właściwą człowiekowi wiary. Jak pisze św. Faustyna Kowalska w swoim Dzienniczku: „Bóg nie udziela się duszy gadatliwej, która jak truteń w ulu wiele brzęczy, ale nie wyrabia miodu. Dusza – gaduła jest pusta we własnym wnętrzu. Nie ma w niej ani cnót gruntownych, ani poufałości z Bogiem. Nie ma mowy o życiu głębszym, o słodkim pokoju ciszy, w której mieszka Bóg. Dusza nie zaznawszy słodyczy ciszy wewnętrznej, jest duchem niespokojnym, który mąci też ciszę innym” [Dz. 118]

Idąc tropem wskazanym przez siostrę Faustynę w słowach, w których pobrzmiewa także radykalizm ojców pustyni można powiedzieć, ze dla człowieka wiary nie ma alternatywy. Bez codziennej i wytrwałej troski o tworzenie w nas stanu skupienia, ciszy wewnętrznej, aby medytować, nie przyswoimy sobie tajemnic wiary na poziomie serca – czyli tak jak czyniła to Maryja a w konsekwencji nie pozwolimy, aby Bóg tą tajemnicą przeniknął całe nasze życie począwszy od naszego sposobu myślenia aż po nasze działanie.

Medytacja pozwala nam zatrzymać się wobec Słowa, które właśnie w klimacie ciszy ma szansę szczególnie głęboko zapaść w nasze serca, bo  „żywe jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca (Hbr 4,12) a także umocnić naszą wiarę, bo „wiara rodzi się z tego, co się słyszy a tym, co się słyszy jest słowo Chrystusa” (Rz 10,17).

W poszukiwaniu tej postawy Maryja będzie dla nas zawsze filarem i wzorem.

„Maryja uczy nas – jak mówi papież senior Benedykt XVI że  wytrwałość w ofiarowywaniu czasu dla Boga jest elementem fundamentalnym dla wzrostu duchowego: sam Bóg da nam smak swych tajemnic, swoich słów, swojej obecności i działania, odczucia jak to jest pięknie, kiedy Bóg z nami rozmawia. Pozwoli On nam zrozumieć w najgłębszy sposób czego od nas oczekuje. W ostateczności właśnie to jest celem medytacji: powierzenie się coraz pełniej w Boże ręce, z ufnością i miłością, będąc pewnymi, że tylko pełniąc Jego wolę jesteśmy w ostateczności naprawdę szczęśliwi”. (Benedykt XVI uczestników audiencji ogólnej w Castel Gandolfo 17 sierpnia 2011)

Medytacja tworzy klimat dla Słowa

Jezus znowu zaczął nauczać nad jeziorem i bardzo wielki tłum ludzi zebrał się przy Nim. Dlatego wszedł do łodzi i usiadł w niej na jeziorze, a cały lud stał na brzegu jeziora. Uczył ich wiele w przypowieściach i mówił im w swojej nauce:

„Słuchajcie: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedno padło na drogę; i przyleciały ptaki, i wydziobały je. Inne padło na miejsce skaliste, gdzie nie miało wiele ziemi, i wnet wzeszło, bo gleba nie była głęboka. Lecz po wschodzie słońca przypaliło się i nie mając korzenia, uschło. Inne znów padło między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je, tak że nie wydało owocu. Inne w końcu padły na ziemię żyzną, wzeszły, wyrosły i wydały plon: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny”. I dodał: „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”. (Mk 4, 1-9)

Codzienną praktykę medytacji można by z powodzeniem porównać do bycia w tłumie ludzi, którzy każdego dnia siadają, aby wsłuchać się w Jezusa (gdyby policzyć wszystkich medytujących na świecie byłby to całkiem spory tłum).

Cisza medytacji wprowadza nas w klimat zasłuchania.

„Słuchajcie…” – tymi słowami Jezus chce zwrócić naszą uwagę na Słowo, które do nas kieruje. „Słuchaj Izraelu…” – to wezwanie jak mantra przewija się na kartach Starego Testamentu przypominając nam jaka powinna być postawa człowieka wiary, gdyż wiara rodzi się ze słuchania – napisze św. Paweł w Liście do Rzymian – a tym, co się słyszy jest Słowo Boże [Rz 10,17]. Słowo, które nie jest słuchane, nie może wybrzmieć w ludzkim sercu. Nie może zrodzić owoców, jakich Jezus oczekuje od nas – swoich słuchaczy i uczniów. Dzisiejsza przypowieść o Siewcy jest szczególną lekcją o słuchaniu. Gleba, na którą pada ziarno, to ludzkie serce.

Pierwszą przeszkodą w słuchaniu Słowa jest obojętność. Z serca twardego i zimnego Słowo natychmiast jest wyrzucane. Jednak każdy medytujący może się zapewne podpisać pod stwierdzeniem, że Słowo Boże ma moc skruszyć nawet najtwardsze ludzkie serce. Jednym z największych dowodów na to, że medytacja przynosi owoce w życiu medytującego jest fakt, że codzienna medytacja, codzienne wsłuchiwanie się w Słowo czyni ludzkie serce bardziej wrażliwym i to nie tylko na samo Słowo, ale też na sposób postrzegania całej otaczającej nas rzeczywistości. Dzieje się tak, bo wraz ze Słowem przychodzi zawsze łaska. Przedstawiciele kościołów ewangelicznych mówią wręcz o „sakramencie Słowa” . A sakrament – jak mówi jego najprostsza definicja – to widzialny znak niewidzialnie działającej łaski. O sakramentalności słowa pisze także papież – senior Benedykt XVI w swoje adhortacji apostolskiej Verbum Domini.

Inną przeszkodą dla słuchania Słowa jest życie jedynie na powierzchni zmysłowych wrażeń, które skutecznie wykradają nam czas przeznaczony na słuchanie Słowa. Serce takiego człowieka jest płytkie i niestałe, dlatego Słowo nie może się w nim zakorzenić. Stałość to jeden z fundamentów życia duchowego i medytacji. Element, bez którego nie możemy sobie nawet zamarzyć o głębi życia duchowego. Stałość, to także cecha konieczna do przezwyciężania zniechęcenia i rezygnacji z medytacji, które wkradają się od czasu do czasu do naszej praktyki.

Z kolei – jak mówi Jezus – serce zajęte troskami to serce, które nie jest wystarczająco zdolne do tego, aby usłyszeć Słowo. Same troski nie muszą być czymś złym. Troską o najbliższych wyraża się między innymi nasza miłość do nich, czy chęć niesienia komuś pomocy. Ale medytacja jest szkołą, która chce nauczyć nas większej ufności do Jezusa, zgodnie ze słowami św. Piotra Apostoła:  „Wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was”. [1P5,7]. Medytacja to postawa którą można określić odwołując się do znanych słów ks. Dolindo Ruotolo: „Jezus, Ty się tym zajmij” a ja posiedzę u Twoich stóp i posłucham, bo wiem, że tylko Twoje Słowo może przynieść ukojenie mojemu sercu i wlać w nie pokój.

Rozproszenia są tym, z czym Słowo najczęściej przegrywa w naszym sercu. Paradoksalnie jednak to nie my mamy z nimi walczyć. Pozostawmy to Słowu, w które wsłuchujemy się ciszy medytacji, nieustannie wracając do niego za każdym razem, gdy rozproszenia będą chciały pozbawić nas postawy zasłuchania.

Medytacja uczy nas – podobnie jak dzisiejsza przypowieść – postawy serca, które daje pierwszeństwo Słowu, bo tylko wtedy może ono wydać w naszym życiu największe owoce.