Teolog ciszy
Najmilsi:
Po tym poznajemy, że znamy Jezusa, jeżeli zachowujemy Jego przykazania. Kto mówi: «znam Go», a nie zachowuje Jego przykazań, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy. Kto zaś zachowuje Jego naukę, w tym naprawdę miłość Boża jest doskonała. Po tym właśnie poznajemy, że jesteśmy w Nim. Kto twierdzi, że w Nim trwa, powinien również sam postępować tak, jak on postępował. (1 J 2, 3-6)
Rzadko mamy okazję czytać św. Jana, więc korzystając z okazji, że towarzyszy nam on ze swoim słowem w tym poświątecznym okresie sięgnijmy do jego tekstów, zwłaszcza że jest on patronem medytujących. Hans Urs von Balthasar nazwał św. Jana „teologiem ciszy”. Z kolei teologia prawosławna określa św. Jana często – „teologiem w milczeniu”.
Milczenie św. Jana jest jednocześnie słuchaniem. Jedna z najbardziej znanych ikon przedstawia św. Jana jako siedzącego, z otwartą Ewangelią (na załączonym obrazie). Palce prawej ręki są uniesione do zamkniętych ust. Przy uchu Ja umieszczony jest anioł z ośmioramiennym „sofijskim” nimbem, który szepce do ucha słowa Ewangelii. Wspomniana teologia wschodnia na przełomie XVIII i XIX wieku ukazywała tę ikonę jako wzór postawy teologa i chrześcijanina. Uczeń Jezusa winien być nieustannie wsłuchany w Jego słowo i tylko w jego świetle interpretować rzeczywistość – pisze prawosławny abp. Londynu Anthony Bloom w swojej książce „Szkoła modlitwy”.
Dzisiaj św. Jan tłumaczy nam: Co to znaczy znać Jezusa? I daje prostą odpowiedź: „Po tym zaś poznajemy, że znamy Jezusa, jeżeli zachowujemy Jego przykazania. Kto mówi, że zna Jezusa…ale nie zachowuje Jego przykazań jest kłamcą”.
Mocne stwierdzenie… zwłaszcza dziś, kiedy wiele osób uważa się za wierzących, ale jednocześnie przymyka oko na pewne sprawy zarówno w swoim życiu, jak i w życiu społecznym…
To ważne, by sprawę postawić jasno… Chrześcijaństwo było, jest i będzie zawsze radykalne w swoim przesłaniu. Jest to podwójny radykalizm: radykalizm miłości, ale też radykalizm wiary, która jest posłuszeństwem słowu Bożemu.
„Światłem, które oświetla drogę ucznia Chrystusa jest Słowo” – napisze wspomniany abp. Anthony Bloom. To słowo usłyszane umysłem (rozumem), ale przefiltrowane sercem (będącym symbolem miłości) a zatem potrzebującym ciszy, milczenia, aby nim przesiąknąć i aby uchronić się przed narzucaniem mu swojej własnej interpretacji, co jest dzisiaj nierzadką pokusą ludzi wierzących. Św. Piotr napisze: „To przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśnienia. Nie z woli bowiem ludzkiej zostało kiedyś przyniesione proroctwo, ale kierowani Duchem Świętym mówili Boga święci ludzie”. (2 P 1,20-21) Wsłuchując się w przestrogę Piotra można powiedzieć, że przesłanie Słowa Bożego zrozumiemy tylko wówczas, jeśli pozwolimy, aby i nami kierował ten sam Duch nie zaś nasza samowola w myśleniu.
Św. Jan pisze: „Kto twierdzi, że w Nim trwa, powinien postępować jak On”
Swego czasu w USA popularne były bransoletki z inicjałem: WWJD (What Would Jesus Do? – Co zrobiłby Jezus?) Będąc uczniem Chrystusa każdego dnia stajemy przed takim pytaniem: Co On zrobiłby będąc na naszym miejscu? I w ciszy medytacji próbujemy wsłuchać się w odpowiedź, odpowiedź wolą od emocji, narzucających się nam obrazów, uprzedzeń. Odpowiedź, której może i chce nam udzielić Jezusa poprzez swoje słowo, w które wsłuchujemy się w medytacyjnym milczeniu. A wówczas jest szansa, że jak Maryja, jak św. Jan pozwolimy, aby to słowo przeniknęło nie tylko nasze myślenie, ale i nasze serce, stając się – jak to ujął abp. Bloom – światłem, które rozświetla naszą codzienną drogę…
Trwamy w oktawie Bożego Narodzenia – święcie mówiącym o Światłości, która przyszła na świat mającej moc rozświetlać nasze ciemności.
Św. Jan interpretując te wydarzenia pisze o Słowie, które staje się ciałem, które wchodzi w ludzki świat i ten świat przemienia. Mówi o Bożym Słowie. W Boże Narodzenie Bóg daje nam Słowo, które rzeczywiście jest zdolne zaświecić nawet w wielkiej ciemności i tę ciemność rozproszyć. To jest rzecz niezwykła, że słowo może mieć taką moc, choć często zapominamy, że my też zostaliśmy wyposażeni w taką mocą. Ale medytacja jest doświadczeniem, które nam o tym przypomina, bo w tej praktyce możemy doświadczyć osobiście, że to Słowo rodzi się w nas każdego dnia i staje się źródłem naszej wewnętrznej przemiany.
Na koniec przywołajmy słowa bł. Papieża Pawła VI, który w medytacji o Nazarecie – wskazując św. Rodzinę jako wzór milczenia, które uczy się codziennego życia w oparciu o zasłuchanie w słowo Boże pisze: „Tutaj przede wszystkim uczymy się patrzeć, słuchać, rozważać i przenikać głębokie i tajemne znaczenie tego bardzo prostego, pokornego i jakże pięknego objawienia się Syna Bożego. Może też i całkiem nieświadomie uczymy się Go naśladować. (…) Musimy się wyrzec pragnienia, aby zrozumieć Ewangelię tylko rozumem, gdyż tej nauce właściwie nigdy nie ma końca. Aby ją rozumieć na głębszym poziomie musimy nauczyć się najpierw lekcji milczenia. Niech się odrodzi w nas szacunek dla milczenia, tej pięknej i niezastąpionej postawy ducha. Jakże jest nam ona konieczna w naszym współczesnym życiu, pełnym niepokoju i napięcia, wśród jego zamętu, zgiełku i wrzawy. O milczenie Nazaretu, naucz nas skupienia i wejścia w siebie, otwarcia się na Boże natchnienia i słowa nauczycieli prawdy; naucz nas potrzeby słuchania, osobistego życia wewnętrznego i modlitwy, której Bóg wysłuchuje w skrytości”. (Z przemówienia papieża Pawła VI, Nazaret, dnia 5 stycznia 1964 r.)
Niech medytacja stanie się tą szkołą milczenia, w której jak św. Jan Apostoł będziemy uczyli się rozumienia Ewangelii bardziej na płaszczyźnie serca niż rozumu.
Przewodniczka na drodze wewnętrznej modlitwy
W owym czasie Maryja rzekła:
«Wielbi dusza moja Pana
i raduje się duch mój w Bogu, zbawicielu moim.
Bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy.
Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą
wszystkie pokolenia,
gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny,
a Jego imię jest święte.
Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie
nad tymi, którzy się Go boją.
Okazał moc swego ramienia,
rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich.
Strącił władców z tronu,
a wywyższył pokornych.
Głodnych nasycił dobrami,
a bogatych z niczym odprawił.
Ujął się za swoim sługą, Izraelem,
pomny na swe miłosierdzie.
Jak obiecał naszym ojcom,
Abrahamowi i jego potomstwu na wieki».
Maryja pozostała u Elżbiety około trzech miesięcy; potem wróciła do domu. (Łk 1, 46-56)
Magnificat – świadectwo głębokiej radości i wdzięczności przeżywanych pośród codziennych doświadczeń a nade wszystko z obecności Boga. Medytacja pozwala nam podtrzymywać w sobie świadomość obecności Boga w naszych sercach. Czy ta świadomość jest źródłem głębokiej radości i wdzięczności, jaką nosimy w sobie?
Radość, dziękczynienie, entuzjazm i uwielbienie Boga to podstawowy nastrój hymnu, jaki wyśpiewała Maryja, nastrój, który powinien także cechować chrześcijan z powodu zbawienia, jakie otrzymują w Chrystusie na mocy wiary i łaski.
Trzy Boże przymioty Maryja wysławia w swoim hymnie szczególnie – wszechmoc, świętość i miłosierdzie. Warto jednak pamiętać, że nie tylko Maryi uczynił wielkie rzeczy Wszechmocny, ale też nam wszystkim, którzy uwierzyliśmy w Niego, w Jezusa Chrystusa, i dzięki Jego łasce idziemy drogą życia wiecznego. I nie tylko Maryi okazał Bóg swoje miłosierdzie, ale „Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie nad tymi, którzy się Go boją”. Swoim miłosierdziem Bóg, dający nam własnego Syna, chce ogarnąć każdego z nas, nawet największych grzeszników.
Do Jego miłosierdzia odwołujemy się przecież za każdym razem, gdy w rytmie oddechu wypowiadamy z wiarą nasze wezwanie: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”, lub „Jezu ufam Tobie”…
Maryja w hymnie Magnificat przypomina nam, że po to Ten, którego imię jest święte, dał nam swojego Syna, ażebyśmy również my mogli stać się uczestnikami Jego świętości. W medytacji monologicznej opieramy się nie na swoich wysiłkach czy możliwościach, ale właśnie na mocy Imienia Jezus i podążamy drogą, którą On nas prowadzi, naszym modlitewnym wezwaniem wyrażając naszą zgodę na to prowadzenie i torując sobie wytrwale drogę wśród różnego rodzaju rozproszeń, które chcą nam w tej modlitwie przeszkodzić.
Słowa Maryi: „…oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia” mogłyby świadczyć o pysze, gdyby nie to, że Maryja była w pełni świadoma tego, co się stało w Jej życiu wraz ze zwiastowaniem anielskim. O tej jej świadomości świadczy właśnie ten hymn uwielbienia Boga.
Tymczasem nam często brak świadomości tego, co Bóg uczynił w naszym życiu! Mamy problem z dostrzeganiem Jego obecności i działania. W gonitwie codzienności tak łatwo nam je przeoczyć. To z kolei powoduje, że nie odkrywamy w pełni siebie – tego kim jesteśmy i czym nas Bóg obdarzył. A w konsekwencji żyjemy jakby „obok siebie”. Uczmy się od Maryi życia w pełni otrzymanymi od Boga łaskami.
O jednej z takich łask przypomina nam końcówka Adwentu i Boże Narodzenie. Mówi nam, że Bóg pragnie się nieustannie rodzić, ale nie w jakiejś abstrakcyjnej rzeczywistości. Jego pragnieniem jest to, aby przestrzenią Jego obecności, Jego domem, były nasze serca. Być może to jeden z największych cudów, jakie mają miejsce w naszym życiu, ale ponieważ dokonuje się w ciszy – podobnie jak Zwiastowanie – trzeba nam uważności, jaką wyrabia w nas modlitwa monologiczna, modlitwa serca, która podtrzymuje w nas świadomość nieustannej obecności Boga. Im bardziej żyjemy tą świadomością na co dzień podążając wytrwale ścieżką medytacji, tym bardziej odwdzięcza się ona tym, że kształtuje nasze życie i nasze postawy wobec siebie, wobec innych, czy wobec otaczającej nas rzeczywistości. Modlitwa serca uczy nas, że to właśnie serce jest głównym ośrodkiem relacji między nami a Bogiem, a jednocześnie źródłem jakości przeżywanego przez nas chrześcijaństwa i życia.
Św. Bernard powiedział kiedyś, że: „Jakość modlitwy jest odbiciem jakości ludzkiego serca”. Zdanie to bez wątpienia potwierdza modlitwa Maryi.
Prośmy Maryję, która dla nas jest najlepszą Przewodniczką na drodze pokornej służby i głębokiej wewnętrznej modlitwy, aby nas także uczyła kroczyć tą drogą serca.
Słowo, które staje się oparciem
Jan przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów i posłał ich do Jezusa z zapytaniem: «Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?»
Gdy ludzie ci zjawili się u Jezusa, rzekli: «Jan Chrzciciel przysyła nas do Ciebie z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?»
W tym właśnie czasie Jezus wielu uzdrowił z chorób, dolegliwości i uwolnił od złych duchów; także wielu niewidomych obdarzył wzrokiem. Odpowiedział im więc: «Idźcie i donieście Janowi to, co widzieliście i słyszeliście: Niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi ». (Łk 7, 18b-23)
Jezus mógł odpowiedzieć Janowi wprost: „Tak, jestem Tym, który miał przyjść”. Tymczasem w odpowiedzi udzielonej Janowi Jezus mówi o swoich czynach i o owocach swego przyjścia. Po tym właśnie poznajemy Boga – po Jego działaniu. Ale i tak tym, co poprzedza działanie jest SŁOWO. Doskonale zrozumiał to wczorajszy patron św. Jan od Krzyża, gdy pisał, że „Tylko jedno Słowo wypowiedział Bóg Ojciec, a jest nim Jego Syn i to Słowo wypowiada nieustannie w wieczystym milczeniu; w milczeniu też powinna słuchać go dusza”.
To nauczanie św. Jana od Krzyża zawsze mnie poruszało w kontekście medytacji monologicznej – posługującej się także jednym słowem, względnie jednym wersetem.
Inny Jan, tym razem Ewangelista opisze tę prawdę jeszcze krócej: Na początku było Słowo” (J 1,1).
Jednak to Boskie Słowo, o którym mówią przywołane teksty, nie jest żadnym ze słów ludzkiego języka. Ludzkich słów jest zawsze wiele. Czasami za wiele! Bóg ma zaś tylko jedno Słowo. Jeśli tak, to nie jest ono podobne do naszego – wielosłownego – języka. Nie może być też żadnym ze słów, które w takim języku odnajdujemy, straciłoby wówczas swój boski charakter, będąc zależne od słów przez nas stworzonych. Tymczasem Słowo, które wypowiada Bóg ma moc wyprowadzić nas z zamknięcia w świecie rzeczy stworzonych i niedoskonałych i wznieść nas ku doświadczeniu Tajemnicy Nieskończonego – jak pięknie określi to Merton w Nowym posiewie kontemplacji.
I dzisiaj kolejny Jan otrzymuje w odpowiedzi od Jezusa słowo, które ma go skłonić do wiary. Doskonałym komentarzem do tego dialogu Jana z Chrzciciela z Jezusem jest werset z Listu do Rzymian: „Wiara rodzi się z tego, co się słyszy a tym, co się słyszy jest słowo Chrystusa” (Rz 10,17). Jan Chrzciciel gdy przez swoich uczniów zadaje pytanie Jezusowi siedzi w więzieniu, przeżywając próbę wiary. W jego sercu rodzą się wątpliwości: Czy się nie pomylił, wskazując Jezusa, jako Zbawiciela!?
Ks. Dajczer w swojej książce Rozważania o wierze pisze, że wiara nie znosi ciemności, wręcz przeciwnie, ona je zakłada. Same wątpliwości w wierze nie są czymś złym. Zmuszają nas bowiem do szukania. Do zadawania pytań. Jezus pozwala na pytania w wierze. Nie dziwi się wątpliwościom Jana. Uczy nas w ten sposób, że wiara zakłada pytania i zmagania z wątpliwościami. Ileż podobnych doświadczeń będzie udziałem samych apostołów.
Jezus w odpowiedzi daje Janowi do zrozumienia, że wypełnia się obietnica dana przez proroka Izajasza. Chce, aby Jan oparł się na Słowie Bożym, które zawsze się spełnia.
„Wiara rodzi się z tego, co się słyszy a tym, co się słyszy jest słowo Chrystusa” (Rz 10,17).
Słowo Jezusa z pewnością stało się dla Jana silnym oparciem i światłem w ciemnościach więzienia, które są jednocześnie symbolem ciemności wiary. Jan całe życie karmił się Słowem żyjąc na pustyni. Słowo Boga było dla niego jedynym oparciem, w nim znajdował światło dla siebie. Tak dzieje się i tym razem i tego samego Jan uczy nas, odwołujących się w medytacji do mocy Słowa. Oprzyj się na Słowie! Zaufaj mu! Podążaj za nim wytrwale! Pozwól, aby przez swoje działanie w twoim sercu stało się światłem rozpraszającym twoje ciemności!
W życiu Jana Chrzciciela, ale też i w naszym życiu ma szansę dokonać się to o czym wspomina wiersz pewnej polskiej mistyczki.
Przeniknęło mnie Słowo
ogarnęło myśli
przejrzało zamysły mojego serca
To Słowo to Bóg
który przychodzi uleczyć moją duszę
Pozwólmy, aby mocą Boskiego Słowa, które przywołujemy w medytacji zrodziła się wewnątrz nas cisza konieczna do jego działania. Wyciszmy stopniowo nasze „ego” aktywnie produkujące myśli, uczucia, obrazy mające wykrzyczeć jego istnienie, które biorą się z życiowych okoliczności. Nie zatrzymujmy się na nich i nie przywiązujmy się do nich. Pozwólmy, aby tak jak wyłaniają się z ciszy, tak wraz ze słowem przyzywanym w rytmie oddechu w ciszy znikały.
„Błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi” – powie Jezus. Powtarzając w sercu Słowo, pozwólmy, aby ono stawało się odpowiedzą na nasze pytania i wątpliwości w wierze, na nasze lęki; aby przenikało zamysły serca i mocą niesionej przez nie łaski uzdrawiało i kształtowało nasze dusze.




