Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Patronka Medytacji

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja.

Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”.

Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie.

Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”.

Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”

Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”.

Na to rzekła Maryja: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!”

Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1, 26-38)

Maryja jest prostą, młodą dziewczyną. Jej codzienność w małym Nazarecie jest szara i zwyczajna. Bóg wchodzi ze swoją łaską w Jej, podobnie jak w moje zwyczajne życie. Bóg zna mój „Nazaret”. Zna mój trud, moje plany i moje pragnienia. Są one dla Niego ważne. Chce „używając” mojego życia pisać wraz ze mną ciąg dalszy historii zbawienia.

Dzisiejsza uroczystość daje nam kolejną szansę spojrzenia na Maryję, jako na Patronkę i  Nauczycielkę medytacji. Maryja słucha słowa, które przez anioła kieruje do niej Bóg. Uświadamia sobie, że wola Boża okazuje się inna od tego, co zaplanowała wspólnie z Józefem.

Przy tej okazji warto raz jeszcze spojrzeć też na św. Józefa, który był patronem mijającego roku – to kolejna postać, która jest dla nas nauczycielem milczenia, bez którego nie da się usłyszeć tego, co Bóg pragnie powiedzieć do naszego serca.

Zarówno Maryja, jak i św. Józef nie odrzucają słów Boga tylko dlatego, że wydają się trudne. Noszą i rozważają je w sercu (można powiedzieć – medytują). Maryja zadaje pytanie. Mamy prawo zadawać Bogu pytania, ale winniśmy wystrzegać się nieposłuszeństwa wobec Jego woli nawet wówczas, gdy nie do końca ją rozumiemy, czy wówczas, gdy odpowiedzi na pytania nie nadchodzą.

Niejednokrotnie bywa i tak, że samo podążanie drogą milczącego zawierzenia, które dokonuje się w medytacji staje się odpowiedzią.

Maryja godzi się na Boże prowadzenie, choć po ludzku wszystko pozostaje dla Niej niezrozumiałe. Ufa Bogu i Jego mocy pomimo swoich pytań i wątpliwości, które nurtują Jej serce. Jak bardzo postawa ta przypomina niejednokrotnie naszą postawę z jaką przystępujemy do medytacji!

Nie jest nam łatwo w życiu powiedzieć Bogu nasze „TAK”. Dlatego dobrze uczyć się najpierw mówienia Panu Bogu „TAK” w modlitwie.

Medytacja uczy nas wolności wobec pokusy kontrolowania wszystkiego, co dzieje się w modlitwie, w której niewiele od nas zależy – jak jest w przypadku modlitwy prostoty, jaką jest modlitwa monologiczna.  A z drugiej strony właśnie dzięki sztuce odpuszczania doświadczamy tego, że gdy z całkowitym zaufaniem powierzymy się w tej modlitwie prowadzeniu słowa, które wypowiadamy w sercu, w rytmie oddechu, doświadczamy pokoju w swoim sercu.

Bardzo jest mi bliskie to czego nauczał o. Jacek Bolewski – jezuita, bez przesady można powiedzieć, że pionier medytacji monologicznej w Warszawie: „Słowo, za którym podążam w medytacji w rytmie oddechu jest naszym pokojem” (wspominam tego nauczyciela medytacji, bo jego postać przywołuje także jeden z artykułów ostatniego Gościa Niedzielnego). I inne zdanie ojca Jacka, które także zapadło w pamięć: „Podstawowym sensem medytacji nie jest cel, czy kres ku któremu zmierzamy, ale droga. Dzięki temu medytacja symbolizuje nasze życie, które przecież jest wędrówką”.

Maryję można określić Patronką naszej wędrówki przez życie.  Ona sama wędrując do Ain Karem, do Betlejem, do Egiptu, a potem towarzysząc w drodze Jej Syna uczy nas, że na drogę warto zabrać słowo i zachować je w sercu, gdyż noszone i rozważane w sercu słowo ma szansę stać się modlitwą nieustanną.

Bóg, na którego czekam

Jezus przywołał swoich uczniów i rzekł: «Żal Mi tego tłumu! Już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają, co jeść. Nie chcę ich puścić zgłodniałych, żeby ktoś nie zasłabł w drodze». Na to rzekli Mu uczniowie: «Skąd tu na pustkowiu weźmiemy tyle chleba, żeby nakarmić tak wielki tłum?» Jezus zapytał ich: «ile macie chlebów?» Odpowiedzieli: «Siedem i parę rybek».

A gdy polecił tłumowi usiąść na ziemi, wziął siedem chlebów i ryby i odmówiwszy dziękczynienie, połamał, dawał uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a pozostałych ułomków zebrano jeszcze siedem pełnych koszów. (Mt 15, 32-37)

Czas adwentu, to czas, który kojarzy się z medytacją, gdyż medytacja, podobnie jak adwent jest oczekiwaniem…

Na co czekam w tym świętym czasie adwentu? Na co czekam w świętym czasie, który poświęcam na bycie z Bogiem a który nazywam medytacją?

Pierwsza odpowiedź, która się nasuwa, to: „Czekam na Boga!”

Na jakiego Boga czekam jednak w adwencie, w medytacji?..

Prorok Izajasz – prorok Adwentu mówi: „Oto wasz Bóg, oto Bóg, który przychodzi z mocą” [Iz 40, 10]

Bóg, na którego czekam jest Bogiem, który mnie pociesza.

Bóg, na którego czekam jest delikatny i czuły. Nie narzuca ani siebie  ani swej obecności i miłości siłą.

Bóg, na którego czekam jest Bogiem, który mówi do mnie przez swoje słowo, przez wydarzania. I jest Bogiem, który mnie karmi swoim słowem i swoim ciałem, abym nie ustał/a w drodze wiary.

Medytacja sprawia, że możemy usiąść blisko Jezusa, podobnie jak tłumy z dzisiejszej Ewangelii. I nawet jeśli jesteśmy w „tłumie medytujących”, to nasza relacja z Jezusem zawsze pozostaje osobista, jedyna w swoim rodzaju, wyjątkowa. Medytacja uczy nas zapatrzenia w Jezusa i zasłuchania w Niego po to, abyśmy uwierzyli, że On chce stać się dla każdej i każdego z nas Bogiem bliskim, wrażliwym na pragnienia i tęsknoty – słowem na głód ludzkiego serca. Można powiedzieć, że w każdej medytacji stajemy się świadkami cudu rozmnożenia Jego łaski, działania Jego słowa, tak jak w czasie Eucharystii stajemy się świadkami cudu rozmnożenia chleba, cudu, który nieprzerwanie trwa już dwadzieścia wieków. Medytacja uczy nas innego sposobu patrzenia na rzeczywistość i dostrzegania cudów Bożego działania i Bożej miłości tam, gdzie większość osób ich nie dostrzega.

Jednym z cudów medytacji jest to, że doświadczamy, iż ta modlitwa nie jest dziełem naszych zabiegów, czy starań. A to dlatego, że prawdziwa modlitwa istnieje w nas już niejako od zawsze. „W głębi duszy ochrzczonego człowieka trwa dialog Ojca, Syna i Ducha Świętego – pisze o. Wilfrid Stinissen. Ten trynitarny dialog jest właśnie modlitwą. I to ona znajduje w nas swoje mieszkanie”. [Kiedy zapada noc] Medytacja zaprasza nas do odkrywania tego źródła modlitwy, które bije w nas, wsłuchaniu się w nią, zgodzie na to, aby ona zawładnęła naszym sercem, aby stawała się źródłem jego przemiany.

Stąd powinno wynikać inne doświadczenie, to mianowicie, że nasza modlitwa winna się upraszczać w miarę jej dojrzewania. A to dlatego, że autentyczna modlitwa prowadzi do odkrycia tego, że to my jesteśmy modlitwą. Wybitny teolog Hans Urs von Balthasar pisze, że „Jezusowe „ja” u samych korzeni jest modlitwą, bo jest nieustannym zjednoczeniem i dialogiem, który trwa w Jego sercu z Ojcem. I dodaje, że od chwili chrztu jesteśmy do Niego podobni, gdyż i w naszym wnętrzu trwa ten nieustanny dialog, który sprawia, że wsłuchując się w niego mamy szansę odkryć naszą prawdziwą tożsamość dzieci Bożych”. [Odpowiedź wiary]

Medytacja monologiczna, to nic innego, jak włączenie się w ten wewnętrzny dialog z Bogiem, do którego drogę rozświetla nam słowo, które towarzyszy nam w medytacji. Podążając za tym słowem powoli będziemy doświadczali przejścia z poziomu zmysłów, na poziom ducha; z poziomu zapatrzenia w siebie na poziom zapatrzenia w Jezusa; z poziomu medytacji na poziom kontemplacji; z poziomu korzystania z naszych własnych zdolności, na poziom ogołocenia wobec pełnego miłości spojrzenia Boga i łaski, którą Bóg chce nas napełnić.

Medytacja pozwala nam doświadczyć, że z poziomu słów wchodzimy na poziom milczenia i zasłuchania, gdzie słowa nie są już potrzebne, bo w naszym wnętrzu trwa inny dialog – dialog miłości Boga, który powoli sprawia, że jak to ujmuje św. Paweł Apostoł: „Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” [Ga 2,20]

Bóg uzdrawia przez medytację

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie mógł się oprzeć ani sprzeciwić.

A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie». (Łk 21, 12-19)

 

Kiedy po raz pierwszy przeczytałem wczoraj tę Ewangelię pomyślałem sobie: „Fajna zapowiedź przed wyruszeniem na „Kolędę”.

Ale tak nieco przewrotnie pomyślałem też, że choć lubimy często szukać wrogów na zewnątrz, to czy najczęściej nie jest tak, że to my sami jesteśmy wobec siebie największymi prześladowcami!? Przez brak akceptacji, przez brak miłości, przez noszenie w sobie nadmiernego poczucia winy i wybujałą samokrytykę i oczekiwania…

Kiedyś wspominałem o tym, że kilkakrotnie brałem udział w Przystanku Jezus, który towarzyszy Woodstokowi. Można tam było się spotkać z przejawami gniewu, może nawet nienawiści wobec ludzi Kościoła, ale dużo więcej w rozmowach z różnymi osobami tej nienawiści można było zobaczyć w nich samych i to takiej, która jak oścień była zwrócona przeciw samym sobie.

Pomyślałem sobie wtedy, że aby móc uzdrawiać innych z nienawiści trzeba być najpierw samemu uzdrowionym (uzdrawianym sic!) z jej wszelkich – nawet często niewidocznych przejawów. A tego – jak sądzę – nie można zrobić inaczej niż drogą, która wskazuje Jezus.

Jezus stawia wysoko poprzeczkę: „Miłujcie i dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą” [Łk 6,27]. Prawdziwie naśladowcami Chrystusa stajemy się dopiero wówczas, jeżeli staramy się błogosławić tych, którzy nas nienawidzą, i życzyć im dobra i kochać ich. Bo i sam Chrystus – jak to pięknie napisał Apostoł Piotr – „gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie groził, ale oddawał się Temu, który sądzi sprawiedliwie” (1 P 2,23).

Co to ma wspólnego z medytacją? Myślę, że wiele.

Po pierwsze, jak wielokrotnie o tym wspominaliśmy medytacja jest miejscem uzdrowienia naszego serca – także wobec rzeczonej wrogości wobec samych siebie; jest przestrzenią uzdrowienia z emocji, które czasem potrafią w naszym wnętrzu dominować nad racjonalnością i akceptacją.  Medytacja uczy nas sztuki odpuszczania i nie przywiązywania się zbytniego do naszego „ja”, do naszych wygórowanych oczekiwań, także do naszej samooceny czy opinii innych. Zaś zdolność odpuszczania na tym poziomie rodzi w nas przestrzeń dla przyjęcia innego – Jezusowego sposobu widzenia. Medytacja uczy nas, że łaska, która przychodzi do nas wraz ze słowem, z przywoływanym Imieniem Jezus, jest zawsze darmowa, że nie musimy na nią zasługiwać, że jest darem bezinteresownej miłości i akceptacji nas przez Boga. Jest to miłość przemieniająca i uzdrawiająca.

Dzisiaj często wrogość przejawia się w próbie przekrzyczenia kogoś i zapanowania nad kimś. Tymczasem medytacja uczy nas słuchania. Uczy nas wolności od chęci dominacji, panowania nad innymi. Uczy, że cisza porządkuje najpierw nasze wnętrze, nasze emocje a następnie nasze relacje. Cisza medytacji na nowo uczy nas przywracać pierwsze miejsce naszej relacji z Bogiem. A ustawienie tej relacji na pierwszym miejscu porządkuje wszystko inne. Medytacja uczy nas także prawdy, że „Miłość jest jedna”. Jeżeli nauczymy się kochać Jezusa w medytacji (choć w praktyce oznacza to właściwie otwartość na Jego miłość) i nauczymy się Go słuchać, to tę samą miłość i umiejętność słuchania będzie nam łatwiej przenieść na nasze relacje z innymi.

Ktoś niedawno napisał mi, że „pół godziny medytacji to pół godziny łaski, żeby zdystansować się, zapomnieć, obmyć w źródle ciszy to, co bruka duszę, czasem z naszym przyzwoleniem a często bez naszej woli”.

Mój pierwszy nauczyciel medytacji o. Lotz. zwykł mawiać, że „Poważnie traktowana medytacja wymaga od nas właściwego odnoszenia się do Boga, właściwego odnoszenia się do siebie i właściwego odnoszenia się do drugiego człowieka”.

A kto inny nauczy nas takiego właściwego, czyli opartego na miłości „odnoszenia się” jeśli nie Jezus, który w medytacji formuje nas – swoich współczesnych uczniów mocą słowa w które się wsłuchujemy i łaski, na którą się otwieramy?

Zgoda na królowanie Jezusa

Jezus opowiedział przypowieść, ponieważ był blisko Jeruzalem, a oni myśleli, że królestwo Boże zaraz się zjawi.

Mówił więc: «Pewien człowiek szlachetnego rodu udał się do dalekiego kraju, aby uzyskać dla siebie godność królewską i wrócić. Przywołał więc dziesięciu sług swoich, dał im dziesięć min i rzekł do nich: „Obracajcie nimi, aż wrócę”. Ale jego współobywatele nienawidzili go i wysłali za nim poselstwo z oświadczeniem: „Nie chcemy, żeby ten królował nad nami”.

Gdy po otrzymaniu godności królewskiej wrócił, kazał przywołać do siebie te sługi, którym dał pieniądze, aby się dowiedzieć, co każdy zyskał. (Łk 19, 11-15)

Jezus zmierza do Jerozolimy, żeby tam umrzeć na krzyżu. Nasze życie to również droga i jeśli ma być naśladowaniem Chrystusa także często będzie odbywała się w cieniu krzyża.

Jezus opowiada przypowieść, w której bohaterem jest On sam. Musi odbyć daleką podróż, zanim obejmie w sposób widzialny swoją władzę królewską. Kiedy po raz pierwszy przeczytałem ten fragment Ewangelii pomyślałem sobie, że my również musimy przebyć długą drogę zanim modlitwa monologiczna zacznie królować w naszym życiu, czyli stanie się modlitwą nieustanną. Mam tu na myśli taki stan ducha, który sprawia, że za każdym razem gdy ustaje nasza aktywność, która zajmuje nasz umysł; lub kiedy budzimy się w nocy pierwszym, co przychodzi na myśl i odzywa się w sercu jest wezwanie, które towarzyszy naszej medytacji: „Panie Jezus Chryste, synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”.

Jezus mówi też dziś w przypowieści o trzech rodzajach ludzi.

Najpierw mówi o ludziach, którzy jednoznacznie nie chcą Jego panowania. Kim są ludzie, którzy nie chcą Jego panowania? Mogą to być nawet chrześcijanie, jeśli nie dbają o życie Boże. Jeśli pozwalają, aby cokolwiek detronizowało Jezusa. Tym czymś może być grzech, to może być moje własne „ja” wokół którego wszystko się kręci, mogą to być to zachcianki, którymi wypełniam swoje życie i za którymi gonię.  Często zapominamy, że wszystko to jest zawsze świadomym i dobrowolnym wyborem człowieka…

Medytacja monologiczna ucząc nas sztuki odpuszczania uczy nas nieustannego powrotu do tego, co najważniejsze: TO JEZUS, którego imię przywołujemy w rytmie oddechu. I tylko wówczas, gdy On będzie królował w moim sercu nic innego nie zagrozi jego zniewoleniem.

Jezus mówi też o sługach, którzy powiększają lub też nie otrzymany majątek.

Tym majątkiem, jaki Jezus powierza nam jest – rzecz jasna – dar wiary. Ten dar trzeba pomnażać a pomnażanie to ma zawsze dwa wymiary: można je określić jako pomnażanie „w głąb” i „wszerz”. Medytacja jest jedną z przestrzeni tego pomnażnia: w wymiarze zmierzającym do głębi sprawia, że nasze serce coraz bardziej jest skupione na Chrystusie a nasza relacja z Nim coraz głębsza, zaś w wymiarze „wszerz” sprawia, że ta pogłębiona jedność zaczyna coraz bardzie określać całe nasze życie, nasze wybory, nasz sposób patrzenia na rzeczywistość; także nasze relacje z innymi przez które wiara ta staje się wyrazem świadectwa.

Dlatego Jezus przestrzega przed pokusą ulegania przeświadczeniu, że wiara jest sprawą jedynie prywatną. Jeśli nasz wiara będąca przestrzenią spotkania z Chrystusem jest prawdziwa i głęboka (czyli realizuje się nie tylko w pewnego rodzaju rytuałach, ale dotyka naszego serca, naszego jestestwa) wówczas nie sposób, aby była ona niewidoczna także w innych wymiarach naszego życia. Czasem bojąc się ujawnić naszą wiarę stosujemy różnego rodzaju zabiegi, które w konsekwencji sprawiają, że ani wobec innych nie jesteśmy autentyczni ani tym bardziej wobec siebie.

Medytacja monologiczna uczy nas nie stawiać granic działaniu łaski, co w konsekwencji sprawia, że nie wiemy jaką drogą i dokąd nas ta praktyka doprowadzi. Zgoda na Boże prowadzenie w wymiarze życia wewnętrznego,  uczy nas też zgody na Boże prowadzenie w naszym codziennym życiu. To zgoda na królowanie Chrystusa. A zgoda na nasze życie nie bierze się wbrew pozorom nie z naszej głowy. Jej źródłem jest wolne serce! Serce otwarte na tajemnicę życia. Zgodnie z tym co ukazuje dialog Kubusia Puchatka i Prosiaczka.

– „Prosiaczku, jaki dzisiaj dzień? – zapytał Puchatek.                  

– Dziś jest dzisiaj, Kubusiu!

Na co Puchatek odpowiada: – „To mój ulubiony dzień, Prosiaczku”.

Medytacja ucząc nas zgody na nasze życie, sprawia, że każdy dzień i każda chwila mogą stać się naszymi ulubionymi, gdyż – jak pisze Merton – mogą stać się dla nas Epifanią, czyli objawieniem Bożej obecności o ile nie zabraknie nam tylko uważności i otwartości na Boga, którzy przychodzi pod osłoną życia. A regularna Praktyka medytacji wyrabia w nas tę uważność i wrażliwość.

Modlitwa Jezusowa uczy nas wdzięczności

Zdarzyło się, że Jezus, zmierzając do Jeruzalem, przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei.

Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: «Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!» Na ten widok rzekł do nich: «Idźcie, pokażcie się kapłanom!» A gdy szli, zostali oczyszczeni.

Wtedy jeden z nich, widząc, że jest uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem, padł na twarz u Jego nóg i dziękował Mu. A był to Samarytanin.

Jezus zaś rzekł: «Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec?» Do niego zaś rzekł: «Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła». (Łk 17, 11-19)

Ewangelia opisuje przejmującą scenę spotkania Jezusa z trędowatymi. Stoją z daleka! Sytuacja trędowatych dobrze obrazuje, doświadczenie innej choroby, której na imię grzech. Trędowatych uważano za nieczystych, podobnie jest z każdym, kto żyje w stanie grzechu. Trędowatych wyłączano ze społeczeństwa z obawy przed zarażeniem; tymczasem często zapominamy, że grzechem także mogę zarażać innych. Można bowiem zarazić kogoś złem. Dlatego w wymiarze duchowym każdy grzech zawsze wpływa negatywnie na innych. I dlatego też wymaga wołania o Boże miłosierdzie: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nade mną grzesznikiem”.

To lub inne wołanie, które towarzyszy nam w modlitwie monologicznej jest wyrazem głębokiego zaufania do Jezusa i świadomości, że o własnych siłach niewiele możemy zrobić zwłaszcza w tak delikatnej dziedzinie, jaką jest życie duchowe – życie w łasce.

Jezus – jak słyszymy w Ewangelii – uzdrawia trędowatych. Czyni to w chwili, gdy się tego nie spodziewali. „A gdy szli, zostali oczyszczeni”. To także doskonały obraz naszego życia. Także nasze nawrócenie i uświęcenie dokonuje się, gdy jesteśmy w drodze. Przywołajmy w tym miejscu ojca Richarda Rohra – duchowego syna św. Franciszka, który w swojej książce „Prosta sztuka odpuszczania” pisze: „Nie nawracamy się w naszych głowach, lub dzięki kazaniom, które usłyszymy, czy dzięki naszemu wysiłkowi; nawracamy się dzięki okolicznościom – jeśli naprawdę zgadzamy się ich wysłuchać. A kiedy pozwalamy rzeczywistości, aby nas przeniknęła, wtedy nawrócenie jest już o krok. Ono zawsze przychodzi jako dar, jako łaska chwili”.

Warto pytać siebie: Czy dostrzegam w swoim życiu działanie łaski? Także tej, która przychodzi do mnie jako odpowiedź Jezusa na moje wołanie, które towarzyszy mi w medytacji monologicznej.

Uzdrowiony z Ewangelii krzyczy z radości, chwali Boga. Czy nie taka powinna być nasza reakcja na tyle łask, jakimi Bóg nas obdarowuje każdego dnia!? Czy umiem żyć duchem wdzięczności!?

Jak pisze ojciec Buno Koniecko – benedyktyn z Tyńca: „Modlitwa Jezusowa uczy nas wdzięczności. Już sama praktyka wyraża wdzięczność wobec Stwórcy za Jego obecność przy nas. Siadam do medytacji, ponieważ wierzę w Obecność Boga i chcę za nią Jemu podziękować. Pragnę podziękować za dobroć, którą mi wyświadcza i wszelkie łaski od Niego otrzymane. Modlitwa Jezusowa nie polega na załatwianiu swoich spraw przed Bogiem, ale przede wszystkim na byciu z Nim, wyrażeniu swojej wdzięczności z Jego obecności”.

Niestety każdemu z nas grozi postawa tych dziewięciu uzdrowionych, którzy zajęci swoim szczęściem, zapomnieli o Tym, który jest Źródłem i Dawcą tego szczęścia. Nasze małe „ja” lubi być skupione na sobie i tylko na sobie a to w życiu duchowym owocuje tym, że nasze drogi z Jezusem często się rozchodzą, gdyż egoizmu i miłości nie da się pogodzić, bo ich wektory są skierowane w przeciwnych kierunkach.

W jaki sposób kształtować zdrową umiejętność radowania się z tego, co się posiada, która nie przekreślając wartości naszego „ja” unika jednak nadmiernego skupiania się na sobie? Pseudo-Antoni zaleca właśnie ćwiczenie się we wdzięczności. Warto być uważnym na sytuacje, w których możemy powiedzieć komuś „dziękuję”.

Niech medytacja będzie także tym czasem wdzięczności za to, że możemy dzięki niej nieustannie odkrywać obecność Jezusa działającego przez słowo i towarzyszącą mu łaskę. Za każdym razem bowiem, gdy  wraz z towarzyszącym medytacji wezwaniem kierujemy nasz wzrok na Jezusa, który jest Dawcą, uczymy się jednocześnie odrywać od samych siebie a przez to przyjęcie łaski jak i nasza wewnętrzna przemiana stają się pełniejsze.