Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Serce – źródło dobra i zła

U Jezusa zebrali się faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy. I zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów brali posiłek nieczystymi, to znaczy nieobmytymi rękami. Faryzeusze bowiem, i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I gdy wrócą z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych zwyczajów, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych.

Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: «Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami?»

Odpowiedział im: «Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach, jak jest napisane: „Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi”. Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji».

Potem przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: «Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz to, co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym». (Mk 7, 1-8a. 14-15. 21-23)

A gdyby tak dzisiejsze Słowo Boże potraktować dosłownie?

A gdyby zaopiekować się sierotami ze szkoły, do której chodzą twoje dzieci, czy pomagać wdowie, która mieszka w twojej kamienicy?

Albo gdyby z dzisiejszego psalmu uczynić prosty projekt na życie: „Ten, kto postępuje nienagannie, działa sprawiedliwie i mówi prawdę w swym sercu, kto swym językiem oszczerstw nie głosi. Kto nie czyni bliźniemu nic złego, nie ubliża swoim sąsiadom, kto za godnego wzgardy uważa złoczyńcę, ale szanuje tego, kto się boi Pana. Kto dotrzyma przysięgi dla siebie niekorzystnej, kto nie daje swych pieniędzy na lichwę i nie da się przekupić przeciw niewinnemu”.

Pomimo iż wierzymy, że to Prawo, które zostało nam przez Boga objawione w Piśmie Świętym, rzeczywiście jest sprawiedliwe i mądre, trudno nam je tak wprost przenieść na życie!

I na usprawiedliwienie mówimy: „Trzeba być rozsądnym! Nie można być fanatykiem religijnym!” Przecież Słowo Boże też trzeba mądrze interpretować i dostosować je do rzeczywistości, w której żyjemy…

Mówię o tym, bo faryzeusze, z którymi toczy już od kilku dni w Ewangelii spór Pan Jezus też postępowali podobnie.

Faryzeusze byli bardzo rozsądni. Precyzyjnie dopasowali Boże Prawo do swojej wizji życia. Skupili się na zewnętrznych gestach, na ludzkich tradycjach. Byli mistrzami życia religijnego – co nie przeszkadzało im gardzić bliźnimi. Przypomnijmy sobie choćby opowieść o modlitwie faryzeusza i celnika w Świątyni.

Jezus przestrzega dziś, że prawdziwe życie z Bogiem to coś o wiele więcej niż wykonywanie religijnych gestów i zachowywanie przepisów. Wymaga ono przemiany serca, którą zapowiadał Bóg już przez proroka Ezechiela: „Dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, zabiorę wam serca kamienne, a dam wam serca z ciała”.

Co zatem winniśmy zrobić, żeby ustrzec się błędu faryzeuszy? Zaufajmy św. Jakubowi: „Przyjmijcie w duchu łagodności zaszczepione w was słowo, które ma moc zbawić dusze wasze. Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie”. Wtedy doświadczymy, że przemiana serca a także naszego myślenia, które idzie w ślad za nim tak naprawdę nie jest naszym dziełem.

Często zdarza nam się tkwić w błędnym kole przekonań, że: Gdyby otaczający nas świat był lepszy, my też bylibyśmy lepsi. Tak myślimy często, próbując usprawiedliwić zło, którego się dopuszczamy.

Lubimy szukać winy i źródeł zła w ludziach wokół nas, mówiąc, że „takie mamy czasy”, albo „taki klimat”. Nasze małe ego broni się, jak tylko potrafi przed uznaniem winy. A samousprawiedliwienie umie się posłużyć wszystkim: społecznym przyzwoleniem, odwiecznymi zwyczajami, cechami wrodzonymi, znakiem zodiaku, a nawet religijnością.

Tymczasem, jak pisał Leszek Kołakowski w swoim eseju Jezus ośmieszony: „Zdolność poczucia winy jest warunkiem naszego człowieczeństwa. Ta zdolność czyni nas istotami ludzkimi, o czym przypomina nam już Księga Rodzaju. I dobrze! Jeśli bowiem nie umiemy czuć się winni – pisze dalej filozof – nie jesteśmy zdolni do odróżniania dobra od zła. A taka postawa byłaby dla nas samobójstwem. Mam na myśli takie odróżnianie, którego znaczenie, obiektywizm nie pochodzi od nas, którego nie możemy unieważnić, ani zmienić według naszej woli, czy kaprysu” a następnie z pewnym przerażeniem pisze: „Pomyślmy teraz o naszej  europejskiej cywilizacji, o tym w jaki sposób odróżnienie dobra od zła w niej funkcjonuje, od kiedy wyzwoliła się – jeśli jeszcze nie całkowicie, to przynajmniej w dużym stopniu – od śmiesznych chrześcijańskich przesądów. Owo wielkie wyzwolenie, to ściśle rzec biorąc wyzwolenie od grzechu, od poczucia winy, czyli od osobistej odpowiedzialności. Jeżeli wyobrażam sobie, że grzeszę, współczesna filozofia podpowiada mi, że muszę po prostu pójść do psychoanalityka a on mnie wyleczy z moich urojeń. Jeśli zaś jestem zdrowy na umyśle, widzę jasno, że to „społeczeństwo”, „system” (cokolwiek miałoby to znaczyć) są odpowiedzialne za wszystko i są źródłem wszystkiego, co uważam za złe, czyli niezadowalające. Wyobrażenie, że zło jest we mnie, w tobie, w nim, w niej, jest wedle współczesnej filozofii godne pogardy i infantylne i trzeba się z niego jak najszybciej wyzwolić”

Jezus wywraca to myślenie do góry nogami i przypomina, że „nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym” (Mk 7, 15).

Grzechy, które wylicza, pochodzą z wnętrza człowieka, z jego serca, a nie z zewnętrznych okoliczności.

Mówiąc to, Jezus chce nam przypomnieć o odpowiedzialności, z której nic nie może nas zwolnić.

Nie chce, byśmy byli zakładnikami głupoty otępiającej sumienie i umysł. Wszak to właśnie ona demonizuje rzeczywistość, której się boimy: Nie bierz, nie kosztuj, nie dotykaj (por. Kol 2, 21).

Zło rodzi się wtedy, gdy posługujemy się stworzonymi rzeczami w niewłaściwy sposób lub gdy używamy ich niezgodnie z celem, którym jest miłość Boga i bliźniego. Konsekwencje, dobre lub złe, mają źródło w naszych decyzjach.

Ewangelia to zasada wolności chrześcijańskiej wobec całej natury. To, co stworzone, jest dobre, gdyż jest dziełem Boga oddanym w nasze ręce.

Fundamentem dobra i zła jest zawsze nasze serce – oświecone miłością lub zaćmione egoizmem.

W każdym z nas jest wolność decyzji.

To skarb złożony przez Boga w naszym sumieniu.

Nie warto tego skarbu sprzedawać za kilka srebrników samousprawiedliwienia, czy szukania winy na zewnątrz nas, które i tak na dłuższa metę nie przyniosą prawdziwego pokoju naszemu sercu.

Bo może je dać jedynie Boża miłość i Boże przebaczenie.

Abba

Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: „Abba, Ojcze”. A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej. (Ga 4, 4-7)

Te słowa, które rozbrzmiewają  w Liście św. Pawła „Abba Ojcze” doskonale pasują do tego, aby stać się wezwaniem modlitwy monologicznej.  Modlitwa monologiczna, to szczególna modlitwa, która swój początek bierze w naszych sercach i wznosi się do Boga, niczym dym kadzidła.

Szczególnie w tym – przywołanym przez św. Pawła wezwaniu – jak i za każdym razem staje się ona modlitwą dziecka, Bożego dziecka. A wołanie dziecka czyni z modlitwy monologicznej modlitwę szczególnej bliskości. O tej bliskości zapewnia nas także sam Bóg, który wraz z tchnieniem, jakiego nam udziela a którego synonimem jest oddech towarzyszący naszej medytacji posyła do naszych serc Ducha Syna swego. Mamy więc pewność płynącą z wiary, że tych słów, które towarzyszą nam w medytacji monologicznej nie wypowiadamy sami, ale właśnie pod natchnieniem Ducha Świętego. To przekonanie także uzasadnia św. Paweł, który mówi w innym miejscu: „Nikt nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: «Panem jest Jezus»” [1 Kor 12, 3].

To wołanie „Abba Ojcze”, podobnie jak wołanie „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”, czy też wołanie „Jezu, ufam Tobie” kształtuje w naszych sercach właściwy obraz Boga. Często my – Jego dzieci – nosimy w naszych sercach na skutek różnych życiowych doświadczeń niewłaściwy obraz Boga. Powiem więcej: ten obraz potrafi być zły i zabójczy dla naszej relacji z Bogiem i naszego życia duchowego.

Zwłaszcza doświadczenie słabości i grzechu niszczy w nas prawdziwy obraz Boga. Szatan często rysuje w naszej wyobraźni zgoła inny obraz, obraz „mściwego boga”, którego wyobrażamy sobie, jako policjanta lub surowego sędziego, uciekamy przed nim, chowamy się, jak Adam i Ewa po grzechu pierworodnym. Wydaje nam się, iż Bóg nie chce słuchać grzesznika; że grzech pozbawia nas prawa przystępu do Boga.

I właśnie w takiej sytuacji, kiedy doświadczeni grzechem i sparaliżowani lękami nie potrafimy zwrócić się do Boga, z pomocą przychodzi nam Ona – Maryja, Święta Boża Rodzicielka, o której nie sposób nie wspomnieć dzisiaj w przededniu Jej uroczystości. Jest Matką miłosierdzia, jest Matką grzeszników, jest Matką medytacji monologicznej, bo przecież kto, jak nie Ona proponuje nam bardzo podobną modlitwę – Różaniec. I nawet, jeśli komuś nie po drodze z tą modlitwą, jeśli dla kogoś jest ona modlitwą trudną, to dla tych, którzy modlą się nią jest niemal oczywiste, że przynosi bardzo konkretne i tożsame owoce w życiu modlącego się, co medytacja monologiczna. Zresztą – to nie tylko moje własne doświadczenie – ale też wielu osób, które dzielą się podobnym, że medytacja monologiczna pozwoliła im na nowo odkryć wartość modlitwy różańcowej i dzięki skupieniu i uważności, jakiego uczy nas medytacja na nowo odkryć w różańcu „swoją modlitwę”.

Maryja, którą często nazywamy Mistrzynią życia duchowego, czy Przewodniczką na drodze wiary przekonuje mnie jak bardzo kochającego Ojca mamy w Bogu, skoro daje nam taką Matkę, Przewodniczkę i Opiekunkę.

Święty Paweł pisze dzisiaj, że dowodem na to, że rzeczywiście zostaliśmy przez Boga zaadoptowani jest obecność w naszych sercach Ducha Świętego, który jest Duchem Jezusa.  Ta obecność Ducha łączy nas z Maryją, która jako pierwsza została Nim napełniona i dlatego uczy nas Ona nowej pobożności – pobożności płynącej prosto z serca przepełnionego miłością. W tę duchowość wpisuje się modlitwa serca – medytacja monologiczna. Duch Syna Bożego „krzyczy” w sercu Maryi wdzięcznością hymnu Magnificat. Niech będzie także w naszych sercach źródłem pełnego miłości i wdzięczności wołania płynącego w rytmie oddechu: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”.

Modlitwa na rozpoczęcie medytacji:

Panie Boże,

prosimy Cię, aby ta prosta i cicha modlitwa była skierowana na większą chwałę Twojego Boskiego Majestatu i na Jego służbę.

Aby każdy oddech był doświadczeniem Twojej Boskiej Miłości i Twojego Miłosierdzia.

Aby każde słowo modlitwy było udziałem w życiu, śmierci i zmartwychwstania Jezusa.

Aby każdy powrót do modlitewnego wezwania był wyznaniem, że Jezus Chrystus jest naszym Panem i Bogiem.

Maryjo, przyjmij nasze myśli, uczucia i nasze ciała zaangażowane w tę modlitwę, tak jak przyjęłaś swojego Syna, Jezusa Chrystusa i powierz Mu je z ufnością. Amen

Trudne pytanie

W synagodze w Kafarnaum Jezus powiedział:

«Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem».

A wielu spośród Jego uczniów, którzy to usłyszeli, mówiło: «Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?»

Jezus jednak, świadom tego, że uczniowie Jego na to szemrali, rzekł do nich: «To was gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego wstępującego tam, gdzie był przedtem? To Duch daje życie; ciało na nic się nie zda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem. Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą».

Jezus bowiem od początku wiedział, którzy nie wierzą, i kto ma Go wydać. Rzekł więc: «Oto dlaczego wam powiedziałem: Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli nie zostało mu to dane przez Ojca». Od tego czasu wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: «Czyż i wy chcecie odejść?»

Odpowiedział Mu Szymon Piotr: «Panie, do kogo pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A my uwierzyliśmy i poznaliśmy, że Ty jesteś Świętym Bożym».(J 6, 55. 60-69)

„Trudna jest ta mowa”…

Te słowa zaskakują, bo przecież mówią o Ewangelii. O dobrej nowinie! O radosnej nowinie!

Być chrześcijaninem to również chodzić za Chrystusem. Naśladować Go.

Ewangelia jest dla nas drogą prowadzącą do szczęścia. Kiedy jednak zrozumiemy, że ta droga niekoniecznie i nie zawsze pokrywa się a  naszymi pragnieniami i wizjami szczęścia, że droga do zmartwychwstania prowadzi przez krzyż, choć my wolelibyśmy, aby nasze życie było lekkie i przyjemne, wówczas okazuje się, że pokusa odejścia czy też porzucenia Ewangelii jest ciągle realna.

A pytanie Jezusa: „Czy i wy chcecie odejść?” – wciąż aktualne.

Wielu dzisiaj usprawiedliwia swoje odejście z Kościoła słowami: „Chrystus tak, kościół nie!” Lecz Jezus przestrzega przed taką prostą konstatacją mówiąc, że ten, kto nie będzie spożywał Ciała Syna Człowieczego i nie będzie pił Krwi Jego – a te można otrzymać jedynie w Kościele – nie będzie miał życia w sobie… I dopowie: że karmienie się Eucharystią jest koniecznym warunkiem wskrzeszenia człowieka i dostąpienia życia wiecznego. [por. J 6, 53 nn]

Kto zatem ma rację? Ci którzy twierdzą, że do realizowania swojego życia wiary nie potrzebują Kościoła? Czy też Jezus, który mówi, że bez karmienia się Nim, nie możliwe jest też trwanie w Nim, co można by określić najprostszą definicją tego, czym jest wiara.

Chrystus chce nas przekonać, że tak jak jedzenie chleba jest czymś normalnym i codziennym, tak samo powinno być z przyjmowaniem Komunii Świętej dla człowieka wierzącego. Każdorazowe spożywanie Ciała Chrystusa to zapraszanie Go do swojego życia, to otwieranie przed Nim serca.

Choć to właśnie ta nauka skłoniła słuchaczy Jezusa do stwierdzenia: „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać…”

Zdanie Jezusa: „Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem”  powoduje konflikt, kiedy człowiek trzeźwo analizuje słowa Jezusa… W słuchaczach pojawiają się wątpliwości…

Jak to? Spożywać Jego Ciało… pić Jego Krew? Może tu chodzi o jakiś symbol? I kiedy człowiek próbuje do tego podejść wyłącznie racjonalnie, wówczas „wymięka”… i mówi: trudna jest ta mowa… Owszem jest trudna…

Bo tu trzeba czegoś więcej niż rozumu, trzeba wiary… i zaufania… że Jego Słowo jest prawdą… skoro On tak powiedział…

„Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą”.

Jezus widzi niewiarę i mówi o tym wprost. Widzi zapewne i dzisiejszą niewiarę w świecie, który dawniej był przeniknięty wiarą. Smutny i bolesny jest widok pustych kościołów i seminariów, przypominających o uczniach, którzy odeszli i już nie chodzą z Jezusem. Tyle ołtarzy, przy których nie jest już sprawowana Eucharystia. Coraz mocniejsze są dziś głosy „postępowych” teologów i pasterzy, że nie należy się użalać nad zjawiskiem sekularyzacji, że trzeba pogodzić się z upadkiem kultury przenikniętej wiarą, bo w gruncie rzeczy sekularyzacja daje wspaniałą szansę na nową, bardziej dojrzałą formę chrześcijaństwa.

Czy pośród nas nie ma również takich, którzy nie wierzą?… Którzy chodzą do kościoła z przyzwyczajenia… bo rodzice chodzili… dziadkowie chodzili, więc tradycję trzeba podtrzymać…

Warto czasem zatrzymać się i zapytać: dlaczego próbuję chodzić za Jezusem? Co mnie powstrzymuje przed odejściem, jaki dzisiaj wielu czyni?

Jezus pozwala by każdy chodził z Nim… Nawet ten, który dzisiaj ma słabą wiarę, który przeżywa jej kryzys. Nikogo nie odrzuca! Nawet tych, którzy przestają wierzyć, o których wie, że… odejdą.

W doświadczenie wiary zawsze wpisany jest pewien rodzaj próby… Dobrze jest chodzić z Jezusem, kiedy rozmnaża chleb… kiedy uzdrawia chorych… i robi wiele innych ciekawych rzeczy… Dobrze jest być w Jego towarzystwie, gdy przemienia wodę w wino… albo wskrzesza umarłych…albo gdy na Jego wezwanie ucichnie jakaś życiowa burza…, albo gdy pobłogosławi naszym planom…

Ale gdy Jego nauka staje się dla nas ciężka, wymagająca, nie do pogodzenia ze współczesnym rozwojem człowieka a jeszcze bardziej, gdy wymaga od nas zgody na jakiś rodzaj krzyża w naszym życiu… Wówczas rodzi się pokusa, żeby odejść.

Tak zrobiło wielu Jego uczniów…

Stąd pytanie Jezusa: „Czyż i wy chcecie odejść?”

Dramatycznie brzmi to pytanie Pana w chwili obecnego kryzysu Kościoła. Jest tyle powodów, aby go porzucić. Media, uniwersytety, polityka, prawo, kultura robią wszystko, by zachęcić do apostazji. Jezus nie robi wiele na swoją obronę. Nie wzywa do podjęcia twórczego dialogu z niewiarą.

„Czyż i wy chcecie odejść?”

To pytanie jest oznaką pełnego zaufania do człowieka. Do ciebie i do mnie!

Każdy ma wolną wolę i choć Bóg wie, co zrobimy, zanim pomyślimy o tym, to jednak ciągle wierzy, że podejmiemy słuszną decyzję…

Poniekąd każda chwila próby zawiera w sobie pytanie: „Czy chcesz odejść?”

Możesz to zrobić… Ja nie mogę Cię zatrzymać na siłę… Nie mogę Cię przywiązać do siebie złotym łańcuchem… To byłoby nie fair wobec Ciebie…

Dałem Ci wolną wolę, więc możesz decydować… Możesz zostać… i możesz odejść…

Znamienna jest odpowiedź Piotra: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga”. To wyznanie Piotra jest aktem wiary… Potwierdzeniem, że gdybyśmy nie wierzyli, już dawno by nas tutaj nie było.

Prawdziwa wiara jest zawsze wyborem, jest ryzykiem postawienia wszystkiego na jedną kartę… Jest przekonaniem silniejszym niż nasze wątpliwości, że Jezus ma słowa życia wiecznego…

Więc gdybyśmy odeszli to dokąd?

Módlmy się o taką wiarę… o to byśmy w pełni świadomie i w wolności potrafili powtórzyć za Piotrem, że „Słowa, które Jezus mówi do nas, są dla nas duchem i są życiem”.

I że to właśnie z tego powodu warto przy Nim trwać bez względu na wszystko.

„Denar” za medytację

Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść:

«Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy.

Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił.

Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?” Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy”.

A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych”. Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze.

Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzy znosiliśmy ciężar dnia i spiekotę”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czyż nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi». (Mt 20, 1-16)

Jeśli istnieje jakiś owoc medytacji, jakiś wymierny efekt, na który mamy prawo oczekiwać, jest nim jedynie ów „denar”, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia – czyli zbawienie, które pragniemy wykuwać naszą wytrwałą wiernością, naszym zasłuchaniem i zapatrzeniem w Jezusa, po to by w codzienności nasze życie stawało się odbiciem Jego życia; nasza modlitwa odbiciem Jego modlitwy, nasza miłość odbiciem Jego miłości a nasze posłuszeństwo woli Boga odbiciem Jego posłuszeństwa. Co oczywiście nie zmienia faktu, że i tak ów denar pozostaje zawsze owocem łaski i miłości Gospodarza winnicy a nie naszą zasługą. My co najwyżej możemy powiedzieć, że okazujemy się często sługami nieużytecznymi…

Jezus opowiada historię wziętą z życia, jakby chciał nam przypomnieć, że to właśnie nasze życie jest miejscem objawiania się Boga. By jednak umieć to dostrzec trzeba mieć w sobie po pierwsze wiarę, po drugie pokorę, po trzecie zdolność tego szczególnego rodzaju patrzenia, które pod osłoną codzienności potrafi dostrzec obecność Boga. Wszystkie trzy wymienione  cechy wyrabia w nas praktyka medytacji.

Medytacja jest modlitwą wiary i to można by powiedzieć nagiej wiary, która opiera się jedynie na mocy Słowa – jednego wezwania, wyrzekając się wszystkich innych aspektów, które mogłyby urozmaicać tę podróż wiary.

Medytacja jest modlitwą pokory, bo nie tylko uczy nas odwracać spojrzenie od nas samych a kierować nieustannie nasz wzrok i słuch na Jezusa, ale też jest modlitwą zgody na to, aby droga, którą Duch Święty prowadzi nas po ścieżkach wiary była absolutnie Jego drogą, bez naszego wpływu na to, co na ścieżce medytacji się dzieje.

Wreszcie medytacja jest modlitwą, która uczy nas prostoty patrzenia na rzeczywistość, uczy pod pozorami tego, że choć często nic niezwykłego nie dzieje się w praktyce modlitwy monologicznej dostrzegać właśnie w słowie złączonym z oddechem obecnego i działającego Boga.

Ewangelia mówi o tym, że Gospodarz zaprasza do swojej winnicy. Tą winnica, do której jesteśmy codziennie zaproszeni przez Jezusa jest nasza medytacja a następnie nasze życie, z którym medytacja jest nierozerwalnie złączona. Można by powiedzieć więcej: praktyka medytacji jest dobrym wprowadzeniem do bardziej intensywnego i uważnego przezywania naszego życia.

Medytacja sprawia, że do codziennej pracy (zarówno tej zarobkowej, jak i niezarobkowej) potrafimy podchodzić wewnętrznie wolni, odnajdując w niej miejsce odpowiedzi na zaproszenie, które skierował do nas Jezus. Jeśli ktoś chce może to określić mianem powołania.

To zaproszenie do codziennej pracy, czy jak ktoś woli powołanie, jest wyrazem tego, że Bóg troszczy się o nas i chroni nas przed często niebezpieczną dla naszego życia (nie tylko duchowego) bezczynnością.

Ale medytacja to modlitwa na wskroś humanistyczna w najlepszym tego słowa znaczeniu. Wyrywa nas z naszego egoizmu. Tak jak podejmujemy medytację dla pokoju, tak możemy w medytacji łączyć się i medytować dla tych, którzy dzisiaj cierpią z powodu bezrobocia. Możemy oddychać w ich kierunku naszą solidarnością z nimi.

W dalszym ciągu medytacja uwalnia nas od pretensjonalności „robotników pierwszej godziny”, którzy nie potrafią się cieszyć tym, co otrzymali. Uwalniając nas od zachłanności, ucząc poprzestawać na małym i to z wdzięcznością, medytacja chroni nas także przed powszechnym – również wśród współczesnych chrześcijan – malkontenctwem.

Wiele osób praktykujących medytację monologiczną dzieli się jej owocami, które polegają na tym, że od chwili kiedy medytują regularnie dostrzegają, że potrafią się bardziej cieszyć się tym, co otrzymują każdego dnia. Co więcej – uważność sprawia, że łatwiej im patrzeć na życie i jego składowe jako na dar od Pana; że dzięki praktyce medytacji mniej jest w ich życiu zgorzknienia i niezadowolenia

„Pierwsi będą ostatnimi”. Jezus przestrzega nas przed niezadowoleniem, które sprawia, że możemy nosić w sobie fałszywe poczucie, że jest się „wiecznie ostatnią/ostatnim”. Medytacja w każdym oddechu, który jest synonimem tchnienia życia przypomina nam, że w życiu naprawdę wszystko jest łaską!

Dar wdzięczności, to bardzo konkretny owoc medytacji: Uczy nas ona cieszyć się każdą chwilą.

Modlitwa na rozpoczęcie medytacji:

Ojcze niebieski, otwórz nasze serca na cichą obecność Ducha Twojego Syna. Wprowadź nas w misterium ciszy, w której Twoja miłość objawia się wszystkim, którzy wołają: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” Amen.

Pustynia uczy bycia przed Bogiem

PUSTYNIA… miejsce, które nie oznacza nieobecności ludzi, ale pozwala bardziej odnaleźć obecność Boga. Choć przyznam, że tych pierwszych też spotykam niewiele. Jedynym towarzyszem mojego pustelnicowania jest kot, który mieszka w małej pustelni obok. Z tego, co wiem od właściciela kota mieszka tam już od lat, więc można się od niego uczyć pustelniczego stylu życia. Wprawdzie przez moje blisko dwa tygodnie pobytu nie wypowiedział ani słowa, ale jego postawa mówi więcej niż słowa. Prawie cały dzień wyleguje się w słońcu, w obecności Pana, sprawy przyziemne (wyłączając fakt, że leży na ziemi) w ogóle go nie zajmują. Jakby chciał powiedzieć wszystkim przechodzącym obok, że najbezpieczniejszym i najpewniejszym miejscem jest żyć w bliskiej relacji z Bogiem a wówczas już o nic nie trzeba się martwić…

Możliwość pobycia w pustelni to dzisiaj pewnego rodzaju komfort. Pamiętam rekolekcje prowadzone przez kard. Roberta Saraha, który mówiąc, że raz w miesiącu stara się spędzić weekend w pustelni, gdzie nie zabiera nic oprócz Pisma Świętego, traktuje jako rzecz nieodzowną dla duchowej formacji, jednocześnie pytał: „Czy stać nas dziś na to?”

Być może nie trzeba pobytu w pustelni, żeby uświadomić sobie – jak już o tym pisałem – że w naszej głowie dzieje się za dużo… Za dużo myśli, za dużo spraw, za dużo zmartwień…

Pustelnia pozwala w niezwykły sposób wyłączyć głowę. Zresetować ten natłok myśli, który często próbuje nas przytłoczyć. I nie potrzeba wcale magicznych zabiegów. Wystarczy wsłuchać się w ciszę a ona dopełni reszty. Cisza jest tym niezwykłym lekarstwem, który pozwala odpocząć naszym głowom. Pozwala zrobić przestrzeń dla bycia przed Bogiem. Jak pokazuje to mój sąsiad kot-pustelnik. Leżąc przy pustelni jak martwy przypomina: memento mori, więc nie musisz się niczym zazbytnio przejmować. I tak nie zabierzesz stąd nic więcej niż to, co najważniejsze. Resztę, na której tak często próbujemy zacisnąć swoje serce i ręce będziemy musieli zostawić. Nie przejdzie przez „ciasna bramę” Bożego sądu.

Uczę się tego wszystkiego patrząc co dzień na kota – mojego nauczyciela pustelniczego życia, wsłuchując się w ciszę przerywaną w porze jutrzni śpiewem ptaków, w porze godziny południowej cykaniem cykad, zaś w porze nieszporów szumem fal rozbijających się o nadbrzeżne skały. Nauczyłem się już nawet rozróżniać, że kiedy cykady śpiewają nocą, zapowiada się następnego dnia upał, gdy nie cykają będzie zwykle 30 stopni Celsjusza. Siedzę w duchu wdzięczności w nieprzerwanej medytacji nad hojnością Boga, który w ciszy pustelni pozwala mi doświadczyć radości, lekkości, beztroski bycia przed Nim, wyrzekając się wszelkiego osądu i oczekiwań. Po prostu… jestem! A jak mówią filozofowie „bycie określa świadomość” i szczególnie pustelnia pozwala doświadczyć tego w praktyce.

Dzisiaj wspomnienie św. Klary, więc pozwoliłem sobie przywołać, jako tekst wprowadzenia czytanie z oficjum uroczystości, jakie czytają dziś siostry Klaryski ze Starego Sącza, klasztor szczególnie bliski memu sercu, więc mimo oddalenia świętuję wraz z nimi.

Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć,

wzywajcie Go, dopóki jest blisko!

Bo myśli moje nie są myślami waszymi

ani wasze drogi moimi drogami –

wyrocznia Pana.

Bo jak niebiosa górują nad ziemią,

tak drogi moje – nad waszymi drogami

i myśli moje – nad myślami waszymi.

Zaiste, podobnie jak ulewa i śnieg

spadają z nieba

i tam nie powracają,

dopóki nie nawodnią ziemi,

nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju,

tak iż wydaje nasienie dla siewcy

i chleb dla jedzącego,

tak słowo, które wychodzi z ust moich,

nie wraca do Mnie bezowocne,

zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem,

i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa. [Iż 55, 6. 8-11]

Medytacja jest byciem przed Bogiem, jest słuchaniem, jest oczekiwaniem…

Bycie w medytacji jest udziałem w byciu samego Boga: „JAHWE” – to znaczy „JESTEM” – przedstawia się Bóg Izraelitom.

Słuchanie oznacza w medytacji naszą otwartość na Słowo i jego działanie.

Oczekiwanie jest konsekwencją wsłuchania w Słowo, gdyż jak przypomina Pismo Święte: „Słowo nie przemija nieskuteczne, zanim wpierw nie dokona tego, co zamierzało…” [por Iż 55,11] Działanie Słowa w nas – medytujących – nie dokonuje się jednak dzięki naszemu czysto ludzkiemu wysiłkowi, dzięki jakiejś technice medytacji, ale dzięki temu, że buduje ono w nas przestrzeń relacji i miłości, doświadczenie komunii, którą można by określić inaczej „stopieniem się” medytującego ze Słowem. „W czasie medytacji – jak określał to św. Jan Maria Vianney – dochodzi do tego, że Bóg i dusza są jakby stopionymi kawałkami wosku, których nikt nie potrafi rozdzielić”. To zjednoczenie Boga ze stworzeniem jest jednak zawsze darem i owocem łaski, za który winniśmy być nieustannie wdzięczni. Z naszej strony potrzeba jedynie dyspozycji, abyśmy starali się ze wszech miar, aby nasze serca w praktyce medytacji były całkowicie i bez reszty w nią zatopione, co zresztą również nie dokonuje się bez pomocy łaski. To dlatego medytację zawsze zaczynamy modlitwą, w której prosimy o udzielenie nam łaski dobrej medytacji.

Medytacja zaprasza nas do tego. abyśmy cali zmienili się w słuch. Aby wsłuchane w Słowo były nasz umysł, nasze uszy, nasze serce… To wówczas możemy doświadczyć czegoś niewyobrażalnego: tego mianowicie, że nagle wszystko inne przestaje być ważne, odchodzi na drugi plan. Jeśli pozwolimy, aby słowo, które towarzyszy naszej praktyce medytacji monologicznej „wciągnęło” naszą dusze i ciało możemy wejść w zupełnie nową przestrzeń ducha i chociaż zewnętrznie pozostajemy w tym samym miejscu, nasz duch zostaje porwany mocą Ducha Świętego, za przyczyną którego nasza modlitwa przechodzi w kontemplację a następnie – jak Bóg da – w doświadczenie mistyczne.

Przy czym warto nadmienić, że takie doświadczenie nigdy nie jest tym, które odrywa nas od rzeczywistości, w której żyjemy. Mam na myśli oderwanie w tym niezdrowym sensie alienacji czy próby uczynienia z medytacji duchowego schronu w ucieczce przed codziennością. Taka wizja medytacji byłaby jedynie potwierdzeniem niedojrzałości naszego życia duchowego i trudno byłoby się spodziewać po niej wyżej wspomnianych owoców. Dojrzale przeżywana medytacja, podobnie jak dojrzale przeżywane życie duchowe nigdy nie alienuje nas z codzienności, nie pozwala na to, abyśmy na rzecz życia duchowego zaniedbywali nasze codzienne obowiązki, gdyż one są częścią tego życia duchowego.

Dobrze przeżywana medytacja sprawia, że naszą codzienność zaczynamy przeżywać z dużo większą intensywnością i uważnością a nasze codzienne obwiązki z większym i pełnym miłości zaangażowaniem, jak o tym mówi św. Paweł Apostoł: „Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko czyńcie na chwałę Pana”. [1 Kor. 10,31] A na chwałę Pana moich codziennych czynności nie mogę wykonywać byle jak, nawet gdyby były one najbardziej prozaiczne i niewdzięczne. Wdzięczność za dobrze wypełnioną pracę pozostawmy Bogu. A my pamiętajmy, że jesteśmy „sługami nieużytecznymi, którzy wykonują to, co jest do zrobienia”. [por. Lk 17,10 ]

Jeśli moglibyśmy określić codzienną praktykę medytacji jako „najlepszą cząstkę”, której wyboru nie będziemy pozbawieni, to bycie tą najlepszą cząstką zostaje potwierdzone właśnie przez resztę naszego życia, przez to, że medytacja powiększa jego jakość, głębię i intensywność przeżywania naszej codzienności. A z czasem nasza codzienna praktyka medytacji przechodzi – jak mówił o. Jan Bereza – w umiejętność medytowania przy obieraniu ziemniaków, gotowaniu, sprzątaniu mieszkania, piciu popołudniowej filiżanki herbaty.

Warto na koniec nadmienić, że nasz kontakt ze Słowem nie staje się od razu głęboki. Głębię osiąga przez codzienną, wytrwałą wierność praktyce, która nie poddaje się zniechęceniu nawet, gdyby na owoce trzeba by czekać wiele lat. Jak to pięknie określił Pseudo-Dionizy Aeropagita w swoim Lectio Divina: „medytacja jest jak schodzenie w towarzystwie Słowa wijącymi się schodami w głąb sztolni, często w ciemności, ale posuwając się wytrwale w dół, mając za przewodnika jedynie Słowo i Ducha Świętego bądź pewien, że z dnia na dzień zanurzając się coraz bardziej w siebie zanurzasz się także coraz głębiej w Boga”. I nie ma to znaczenia – jak pisze o tym Pseudo-Dionizy, że nasze pierwsze doświadczenia nie okazują się wcale nadzwyczajne. Słowo bowiem wydaje owoc w swoim czasie. Duch, który tchnie przez Słowo, sam prowadzi nas na głębię. Ważne jest abyśmy ze swej strony nie ustawali w wiernym i stałym kontakcie ze Słowem, pozwalając by ono wybrzmiewając w nas stawało się modlitwą nieustanną.