Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Zgoda na królowanie Jezusa

Jezus opowiedział przypowieść, ponieważ był blisko Jeruzalem, a oni myśleli, że królestwo Boże zaraz się zjawi.

Mówił więc: «Pewien człowiek szlachetnego rodu udał się do dalekiego kraju, aby uzyskać dla siebie godność królewską i wrócić. Przywołał więc dziesięciu sług swoich, dał im dziesięć min i rzekł do nich: „Obracajcie nimi, aż wrócę”. Ale jego współobywatele nienawidzili go i wysłali za nim poselstwo z oświadczeniem: „Nie chcemy, żeby ten królował nad nami”.

Gdy po otrzymaniu godności królewskiej wrócił, kazał przywołać do siebie te sługi, którym dał pieniądze, aby się dowiedzieć, co każdy zyskał. (Łk 19, 11-15)

Jezus zmierza do Jerozolimy, żeby tam umrzeć na krzyżu. Nasze życie to również droga i jeśli ma być naśladowaniem Chrystusa także często będzie odbywała się w cieniu krzyża.

Jezus opowiada przypowieść, w której bohaterem jest On sam. Musi odbyć daleką podróż, zanim obejmie w sposób widzialny swoją władzę królewską. Kiedy po raz pierwszy przeczytałem ten fragment Ewangelii pomyślałem sobie, że my również musimy przebyć długą drogę zanim modlitwa monologiczna zacznie królować w naszym życiu, czyli stanie się modlitwą nieustanną. Mam tu na myśli taki stan ducha, który sprawia, że za każdym razem gdy ustaje nasza aktywność, która zajmuje nasz umysł; lub kiedy budzimy się w nocy pierwszym, co przychodzi na myśl i odzywa się w sercu jest wezwanie, które towarzyszy naszej medytacji: „Panie Jezus Chryste, synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”.

Jezus mówi też dziś w przypowieści o trzech rodzajach ludzi.

Najpierw mówi o ludziach, którzy jednoznacznie nie chcą Jego panowania. Kim są ludzie, którzy nie chcą Jego panowania? Mogą to być nawet chrześcijanie, jeśli nie dbają o życie Boże. Jeśli pozwalają, aby cokolwiek detronizowało Jezusa. Tym czymś może być grzech, to może być moje własne „ja” wokół którego wszystko się kręci, mogą to być to zachcianki, którymi wypełniam swoje życie i za którymi gonię.  Często zapominamy, że wszystko to jest zawsze świadomym i dobrowolnym wyborem człowieka…

Medytacja monologiczna ucząc nas sztuki odpuszczania uczy nas nieustannego powrotu do tego, co najważniejsze: TO JEZUS, którego imię przywołujemy w rytmie oddechu. I tylko wówczas, gdy On będzie królował w moim sercu nic innego nie zagrozi jego zniewoleniem.

Jezus mówi też o sługach, którzy powiększają lub też nie otrzymany majątek.

Tym majątkiem, jaki Jezus powierza nam jest – rzecz jasna – dar wiary. Ten dar trzeba pomnażać a pomnażanie to ma zawsze dwa wymiary: można je określić jako pomnażanie „w głąb” i „wszerz”. Medytacja jest jedną z przestrzeni tego pomnażnia: w wymiarze zmierzającym do głębi sprawia, że nasze serce coraz bardziej jest skupione na Chrystusie a nasza relacja z Nim coraz głębsza, zaś w wymiarze „wszerz” sprawia, że ta pogłębiona jedność zaczyna coraz bardzie określać całe nasze życie, nasze wybory, nasz sposób patrzenia na rzeczywistość; także nasze relacje z innymi przez które wiara ta staje się wyrazem świadectwa.

Dlatego Jezus przestrzega przed pokusą ulegania przeświadczeniu, że wiara jest sprawą jedynie prywatną. Jeśli nasz wiara będąca przestrzenią spotkania z Chrystusem jest prawdziwa i głęboka (czyli realizuje się nie tylko w pewnego rodzaju rytuałach, ale dotyka naszego serca, naszego jestestwa) wówczas nie sposób, aby była ona niewidoczna także w innych wymiarach naszego życia. Czasem bojąc się ujawnić naszą wiarę stosujemy różnego rodzaju zabiegi, które w konsekwencji sprawiają, że ani wobec innych nie jesteśmy autentyczni ani tym bardziej wobec siebie.

Medytacja monologiczna uczy nas nie stawiać granic działaniu łaski, co w konsekwencji sprawia, że nie wiemy jaką drogą i dokąd nas ta praktyka doprowadzi. Zgoda na Boże prowadzenie w wymiarze życia wewnętrznego,  uczy nas też zgody na Boże prowadzenie w naszym codziennym życiu. To zgoda na królowanie Chrystusa. A zgoda na nasze życie nie bierze się wbrew pozorom nie z naszej głowy. Jej źródłem jest wolne serce! Serce otwarte na tajemnicę życia. Zgodnie z tym co ukazuje dialog Kubusia Puchatka i Prosiaczka.

– „Prosiaczku, jaki dzisiaj dzień? – zapytał Puchatek.                  

– Dziś jest dzisiaj, Kubusiu!

Na co Puchatek odpowiada: – „To mój ulubiony dzień, Prosiaczku”.

Medytacja ucząc nas zgody na nasze życie, sprawia, że każdy dzień i każda chwila mogą stać się naszymi ulubionymi, gdyż – jak pisze Merton – mogą stać się dla nas Epifanią, czyli objawieniem Bożej obecności o ile nie zabraknie nam tylko uważności i otwartości na Boga, którzy przychodzi pod osłoną życia. A regularna Praktyka medytacji wyrabia w nas tę uważność i wrażliwość.

Modlitwa Jezusowa uczy nas wdzięczności

Zdarzyło się, że Jezus, zmierzając do Jeruzalem, przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei.

Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: «Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!» Na ten widok rzekł do nich: «Idźcie, pokażcie się kapłanom!» A gdy szli, zostali oczyszczeni.

Wtedy jeden z nich, widząc, że jest uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem, padł na twarz u Jego nóg i dziękował Mu. A był to Samarytanin.

Jezus zaś rzekł: «Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec?» Do niego zaś rzekł: «Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła». (Łk 17, 11-19)

Ewangelia opisuje przejmującą scenę spotkania Jezusa z trędowatymi. Stoją z daleka! Sytuacja trędowatych dobrze obrazuje, doświadczenie innej choroby, której na imię grzech. Trędowatych uważano za nieczystych, podobnie jest z każdym, kto żyje w stanie grzechu. Trędowatych wyłączano ze społeczeństwa z obawy przed zarażeniem; tymczasem często zapominamy, że grzechem także mogę zarażać innych. Można bowiem zarazić kogoś złem. Dlatego w wymiarze duchowym każdy grzech zawsze wpływa negatywnie na innych. I dlatego też wymaga wołania o Boże miłosierdzie: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nade mną grzesznikiem”.

To lub inne wołanie, które towarzyszy nam w modlitwie monologicznej jest wyrazem głębokiego zaufania do Jezusa i świadomości, że o własnych siłach niewiele możemy zrobić zwłaszcza w tak delikatnej dziedzinie, jaką jest życie duchowe – życie w łasce.

Jezus – jak słyszymy w Ewangelii – uzdrawia trędowatych. Czyni to w chwili, gdy się tego nie spodziewali. „A gdy szli, zostali oczyszczeni”. To także doskonały obraz naszego życia. Także nasze nawrócenie i uświęcenie dokonuje się, gdy jesteśmy w drodze. Przywołajmy w tym miejscu ojca Richarda Rohra – duchowego syna św. Franciszka, który w swojej książce „Prosta sztuka odpuszczania” pisze: „Nie nawracamy się w naszych głowach, lub dzięki kazaniom, które usłyszymy, czy dzięki naszemu wysiłkowi; nawracamy się dzięki okolicznościom – jeśli naprawdę zgadzamy się ich wysłuchać. A kiedy pozwalamy rzeczywistości, aby nas przeniknęła, wtedy nawrócenie jest już o krok. Ono zawsze przychodzi jako dar, jako łaska chwili”.

Warto pytać siebie: Czy dostrzegam w swoim życiu działanie łaski? Także tej, która przychodzi do mnie jako odpowiedź Jezusa na moje wołanie, które towarzyszy mi w medytacji monologicznej.

Uzdrowiony z Ewangelii krzyczy z radości, chwali Boga. Czy nie taka powinna być nasza reakcja na tyle łask, jakimi Bóg nas obdarowuje każdego dnia!? Czy umiem żyć duchem wdzięczności!?

Jak pisze ojciec Buno Koniecko – benedyktyn z Tyńca: „Modlitwa Jezusowa uczy nas wdzięczności. Już sama praktyka wyraża wdzięczność wobec Stwórcy za Jego obecność przy nas. Siadam do medytacji, ponieważ wierzę w Obecność Boga i chcę za nią Jemu podziękować. Pragnę podziękować za dobroć, którą mi wyświadcza i wszelkie łaski od Niego otrzymane. Modlitwa Jezusowa nie polega na załatwianiu swoich spraw przed Bogiem, ale przede wszystkim na byciu z Nim, wyrażeniu swojej wdzięczności z Jego obecności”.

Niestety każdemu z nas grozi postawa tych dziewięciu uzdrowionych, którzy zajęci swoim szczęściem, zapomnieli o Tym, który jest Źródłem i Dawcą tego szczęścia. Nasze małe „ja” lubi być skupione na sobie i tylko na sobie a to w życiu duchowym owocuje tym, że nasze drogi z Jezusem często się rozchodzą, gdyż egoizmu i miłości nie da się pogodzić, bo ich wektory są skierowane w przeciwnych kierunkach.

W jaki sposób kształtować zdrową umiejętność radowania się z tego, co się posiada, która nie przekreślając wartości naszego „ja” unika jednak nadmiernego skupiania się na sobie? Pseudo-Antoni zaleca właśnie ćwiczenie się we wdzięczności. Warto być uważnym na sytuacje, w których możemy powiedzieć komuś „dziękuję”.

Niech medytacja będzie także tym czasem wdzięczności za to, że możemy dzięki niej nieustannie odkrywać obecność Jezusa działającego przez słowo i towarzyszącą mu łaskę. Za każdym razem bowiem, gdy  wraz z towarzyszącym medytacji wezwaniem kierujemy nasz wzrok na Jezusa, który jest Dawcą, uczymy się jednocześnie odrywać od samych siebie a przez to przyjęcie łaski jak i nasza wewnętrzna przemiana stają się pełniejsze.

Pozwólmy Bogu iść na przedzie

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On odwrócił się i rzekł do nich: «Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.

Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem». (Łk 14, 25-33)

W zasadzie można bez zbytniej przesady powiedzieć, że medytując idziemy w tłumie ludzi, którzy starają się podążać za Jezusem. Twarze i imiona jednych znamy, inni, choć podążają tą samą ścieżką duchowości modlitwy monologicznej są nam nieznani. Każda z tych osób niesie własną historię życia, własne pragnienia. Jezus w dzisiejszej Ewangelii odwołuje się pośrednio do naszego stanu ducha.

Mówi dzisiaj o rzeczach tak podstawowych w każdej duchowości, że aż oczywistych: o potrzebie wyrzeczenia, zaparcia się siebie…

Jezus uczy nas mądrego podchodzenia do naszych wyborów. Także a zwłaszcza do miłości, choć w dzisiejszej perykopie używa porównania negatywnego: „kto nie ma w nienawiści…” Bliższa nam jest ta Ewangelia w odsłonie św. Mateusza: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10,37-42)

Słowa, które wydają się trudne do przetrawienia… Ale może właśnie nie o przetrawienie – zwłaszcza na poziomie intelektu tu chodzi a o przyjęcie tego słowa sercem, jak uczy nas medytacja monologiczna. Przecież Jezusowi wcale nie chodzi o zrywanie więzi rodzinnych… O zaniedbywanie bliskich…

Chodzi o postawienie sobie priorytetów. Bóg nie może być na końcu kolejki! Tak jak mówi dzisiejsza Ewangelia – Jezus idzie na przedzie i tak powinno być w naszym życiu!

Bóg zawsze powinien być pierwszy, bo to On jest Panem naszego życia. I tego uczy nas właśnie modlitwa monologiczna. Wyrzekania się siebie, po to by dać pierwszeństwo Bogu – najpierw w modlitwie a potem w życiu!

To jest droga prowadząca do zharmonizowania naszego wnętrza a następnie do wprowadzenia harmonii w naszym życiu zgodnie ze słynnym zdaniem św. Augustyna: „Jeżeli Bóg jest na pierwszym miejscu, wszystko jest na właściwym miejscu”.

Bo jeśli Bóg nie będzie naszą „pierwszą miłością”, Jego miejsce szybko zajmą inni. Rodzina, dzieci, zdrowie, praca, które łatwo stają się bożkami, przed którymi bezwiednie klękamy i które zaczynamy adorować. A najbardziej ubiegającym się o pierwsze miejsce w naszym życiu jest nasze ego

Dzisiejsza Ewangelia uświadamia nam, że w życiu duchowym musimy mieć głębszy kontakt z samym sobą, z własnymi motywacjami, z potrzebami, z wewnętrznymi konfliktami. Takiego kontaktu uczy nas medytacja monologiczna. A to dlatego, że pozwala nam ona korzystać z narzędzi, jakie są owocami Ducha działającego przez słowo, które nam towarzyszy w medytacji.

Jak to pięknie ujął Merton: „Nigdy nie dorównamy Bogu w uwadze, z jaką On skupiony jest na nas” (Nowy posiew kontemplacji). My jedynie próbujemy niedoskonale naśladować tę uważność.

Medytacja jest praktycznym doświadczeniem tego, o czym św. Paweł pisze w Liście do Rzymian, że sam Duch modli się w nas nieustannie w naszym imieniu [por. Rz 8, 27].

Dlatego my sami nie musimy się zbytnio napinać sądząc, że wartość i skuteczność modlitwy zależą od nas i od naszych wysiłków.

Medytacja monologiczna zaprasza nas do całkowitego oparcia się na obecności Boga działającego w naszym wnętrzu, którego synonimem obecności jest słowo, które nam tej medytacji towarzyszy.

Uczy nas wyrzeczenia się siebie na rzez powierzenia się prowadzeniu przez Boga, który idąc na „przedzie” modlitwy pozwala nam przez swoje słowo i współdziałającą z nim łaskę coraz głębiej zapuszczać korzenie w tym, co w nas niezmienne: czyli w Bogu i Jego miłości oraz przekonaniu, że ona jest pewna i niewzruszona, po to by odkryć, że jedynym fundamentem, na którym warto oprzeć swoje życie jest Bóg i że wyrzekając się wszystkiego innego ze względu na Niego niczego nie tracimy, lecz dopiero wszystko odzyskujemy, choć w zupełnie innej perspektywie niż ta, którą próbuje nam narzucić nasze zaborcze „ja”.

Dzięki temu ten, kto traci swoje życie dla Jezusa… znajdzie je!

Wąska ścieżka życia i ciasna brama śmierci

Jezus przemierzał miasta i wsie, nauczając i odbywając swą podróż do Jerozolimy.

Raz ktoś Go zapytał: «Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?»

On rzekł do nich: «Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie zdołają. (Łk 13, 22-23)

Jezus przemierzając drogi Palestyny był doskonałym obserwatorem codziennego życia ówczesnych ludzi i często w oparciu o to, co widział budował ewangeliczną narrację, jakby chcąc uświadomić słuchaczom, że Ewangelia nie jest nigdy oderwana od życia, nawet gdy mówi o rzeczach wzniosłych i ostatecznych a Królestwo Boże, które się urzeczywistniło wraz z Jego przyjściem, choć z jednej strony nie jest z tego świata, to jednocześnie jest w nas i pośród nas.

To są te paradoksy, którymi przesiąknięte jest nauczanie Jezusa, dla zrozumienia których trzeba czasem odpuścić na płaszczyźnie intelektu, na rzecz przyjmowania Jezusowego słowa sercem. Tego uczy nas zresztą medytacja monologiczna, modlitwa serca.

Ta dzisiejsza Ewangelia jest także rodzajem paradoksu, choć św. Mateusz zapamiętał to zdanie inaczej: „Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wiele jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znają.” (Mt 7,13–14)

Jezus w tych słowach przedstawia trudną a zarazem paradoksalną wizję. Jest nią obraz „drogi”, którą trzeba pokonać i obraz „bramy” przez którą trzeba przejść, aby ukończyć etap ziemskiej pielgrzymki i otrzymać „dom, nie ludzką ręką zbudowany”. Jest to droga pielgrzyma, który zdąża do miejsca swego przeznaczenia, ale nie jakąś nieznaną drogą, lecz drogą dokładnie wytyczoną przez Chrystusa i co więcej mając Go za Przewodnika i Towarzysza drogi. W medytacji to Jezusowe towarzyszenie uobecnia się w słowie, w Imieniu, które przyzywamy a które w języku Biblii zawsze oznacza obecność. Chciałoby się powiedzieć zatem, że nie sposób się na tej drodze zagubić. A jednak nic bardziej mylnego.

Zwroty „ciasna brama”, „wąska droga” są przenośniami, które oznaczają trudną decyzję i wybór wstąpienia na drogę radykalizmu ewangelicznego, na drogę naśladowania Jezusa. „Niestety – jak komentuje to papież Franciszek – ponieważ jesteśmy wolni a droga, którą proponuje Jezus nie jest jedyną drogą, jaką możemy przejść przez życie, dlatego wielu szuka szerokiej i wygodnej drogi, choć często nie przedstawia ona żadnej wartości. Dąży nieustannie do nadmiernego wygodnictwa, komfortu i przyjemności. Obca takim osobom jest ofiara i umartwienie a dobra doczesne są traktowane jako cel życia. Takiego człowieka cechuje radość na myśl o „szerokiej bramie”, która jawi się w postaci ciągłej, bezkrytycznej konsumpcji, a w sercu gości bezustanny hedonizm. Ale nie jest to nigdy prawdziwa radość, bo wystarczy, że odbierzemy takim osobom przyjemność a stają się sfrustrowane i agresywne. Uważajcie na siebie – kończy swoją katechezę papież – bo droga ta prowadzi do zguby – przestrzega Pan: „…aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych.” (Łk 21,34) Konkludując Franciszek stwierdza, że „… wszystko rozstrzygnie się w „bramie”, która oznacza koniec ziemskiego życia a przez tą bramę poza naszą duszą będą mogły się przecisnąć jedynie owoce naszej wiary, nadziei i miłości.”

Już Jan Kasjan nauczając o modlitwie monologicznej mówił, że przypomina ona raczej przeciskanie się wąską ścieżką i ciasną bramą. Jest tak dlatego, że modlitwa ta wymaga od nas porzucenia bagażu wielu naszych nawyków i przyzwyczajeń zarówno w modlitwie jak i w iluzorycznym  sposobie myślenia o naszym życiu, w którym ciągle kuszą nas władza, prestiż i posiadanie, jako wartości określające nasze życie.

Tymczasem medytacja monologiczna uczy nas czegoś zupełnie odwrotnego: dobrze przeżywane życie jest zawsze wyrazem zawierzenia się i zgody na to, że Bóg poprowadzi nas tam, gdzie On chce i jak chce, bo realnie tylko On ma władzę, ludzki prestiż nie ma najmniejszego znaczenia w Jego oczach a to, co posiadamy i tak nie przejdzie przez ciasną bramę śmierci o ile nie należy do sfery życia wewnętrznego, do sfery serca.

W ten sposób jeden z pierwszych nauczycieli modlitwy monologicznej uczył swoich uczniów wolności serca, która uwalnia nas od frustracji tak bardzo przynależnych owym trzem wspomnianym pokusom: władzy, prestiżu i posiadania.

Mistrz Eckhart mówi, że esencją prawdziwego życia duchowego jest czasownik: ”BYĆ”. I tego być mamy się nieustannie uczyć, bo ono stanowi nasze podobieństwo do Boga, który przedstawia się imieniem: JESTEM.

Jezus chce by doświadczenie bycia i to bycia naprawdę stało się naszym udziałem. Tymczasem większość naszego życia poświęcamy na odmianę czasowników: „chcieć”, „mieć”, „robić” a zapominamy, że żaden z nich nie ma naprawdę głębokiego znaczenia, jeśli nie nabierze wymiaru transcendentnego – pisze Eckhart.

Pozwólmy się zatem prowadzić Jezusowi tą drogą bycia i wolności, przyzywając Jego imienia.

Medytacja i czuwanie

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie przyjść ma złodziej, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie».

Wtedy Piotr zapytał: «Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich?»

Pan odpowiedział: «Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoim mieniem, żeby rozdawał jej żywność we właściwej porze? Szczęśliwy ten sługa, którego pan, powróciwszy, zastanie przy tej czynności. (Łk 12, 39 – 42)

Jezus chce skupić naszą uwagę na chwili obecnej, gdyż każda z nich może być a zarazem jest chwilą Jego przyjścia.

Jednak kluczem wydają się być w dzisiejszej Ewangelii słowa: „bądźcie gotowi”. Owa gotowość, którą ja nazywam dyspozycyjnością serca ale często określana jest też mianem uważności jest warunkiem niezbędnym, żeby rozpoznać Jezusa, który przychodzi.

Mam na myśli zarówno Jego przychodzenie w ciągu całego naszego życia, które dokonuje się na różne sposoby: przez łaskę chwili, przez obecność drugiego człowieka, przez słowo w które się wsłuchujemy, przez sakramenty…, jak i przyjście Jezusa na końcu czasów (choć te również należy rozumieć bardzo osobiście, gdyż dla nas takim ostatecznym czasem przyjścia Jezusa jest moment śmierci). Zapewne wielu z nas tu obecnych zna słowa piosenki „jakie życie taka śmierć” śpiewaną przez Edytę Geppert. Zresztą nie tylko ten wspomniany werset piosenki jest godny uwagi.

Ale wracając do sedna można powiedzieć, że ta dzisiejsza Ewangelia uczy nas jak przeżywać swój czas na ziemi. I jest tylko jeden właściwy wybór: z głębokim wewnętrznym przekonaniem, że wszystko jest w rękach Boga. Wówczas – znów odnosząc się do słów rzeczonej piosenki – „Nie zdziwi nas nic!” a naszemu doświadczaniu, choć chciałoby się powiedzieć smakowaniu codzienności chwila po chwili będzie towarzyszył „cały spokój serca” (to też z tej piosenki) a bez wątpienia mniej napięć, które rozbijają się o ufność i zawierzenie z jaką składamy nasze życie w ręce Boga.

Dla nas miejscem uczenia się takiego zawierzenia i ufności, że wszystko jest w ręku Boga jest medytacja, gdzie – i tu znów użyję słów wspomnianej piosenki „całym zapasem słów” jest wezwanie: „Jezu, ufam Tobie”, lub „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”.

Dzisiejszy fragment Ewangelii stanowi kontynuację mowy, której część słyszeliśmy już wczoraj w liturgii.

Jak mantra powtarzają się w niej słowa Jezusa: „Syn Człowieczy przyjdzie”.

To obietnica, która nieustannie spełnia się na naszych oczach. Praktyka medytacji to nic innego jak trwanie w wierze, że Jezus przychodzi na każde wezwanie, które wypływa wraz z oddechem z naszego serca: MARANATHA – Przyjdź Panie!

Medytacja uczy nas, że nasza pamięć o Jego przyjściu ma być aktem miłości – oczekiwaniem na Tego, który pragnie być w głębokim zjednoczeniu z nami zarówno tutaj jak i przez całą wieczność. Medytacja chce nas bowiem nauczyć tego, by nie przeoczyć Jego nieustannego przychodzenia do nas, gdyż tylko żyjąc w świadomości Jego nieustannej obecności, w której zanurzone jest nasze życie będziemy realnie doświadczali wpływu tej Jezusowej obecności na nasze życie, na nasze wybory, sposób myślenia! To właśnie medytacja uczy mnie w szczególny sposób uważności na tę Jezusową obecność.

Jezus postawił nas nad swoim mieniem o czym przypomina w dzisiejszej Ewangelii. Innymi słowy życie i czas są wianem, które otrzymaliśmy od Niego. Powierzył je nam, to znaczy, że nam ufa. Medytacja uczy mnie odpowiedzialności za otrzymany czas i życie, ucząc przeżywania go z głęboką intensywnością.

A ucząc odpowiedzialności za otrzymany czas i życie uczy również przezwyciężania pokusy zajmowania się rzeczami niepotrzebnymi i przez to rozmieniania naszego życia na drobne, bo jak przypomina św. Paweł: „ Czas jest krótki!” [1 Kor 7,29]

Jezus zapewnia: „Szczęśliwy sługa, którego pan, powróciwszy, zastanie przy tej czynności”. Myślę sobie, że dobrze byłoby, żeby gdy przyjdzie, zastał nas medytujących.