Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja strzeże w nas życia

Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim: «Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu».

Powiedział do Niego Natanael: «Skąd mnie znasz?»

Odrzekł mu Jezus: «Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym».

Odpowiedział Mu Natanael: «Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela!»

Odparł mu Jezus: «Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci: Widziałem cię pod drzewem figowym? Zobaczysz jeszcze więcej niż to».

Potem powiedział do niego: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego». (J 1, 47-51)

W minionym tygodniu odbywały się w stolicy Katolickie Targi Książki i poza walką z pokusą wydania zawsze za dużo pieniędzy na książki, była to okazja do spotkania z ciekawymi ludźmi. Jedną z takich osób była moja znajoma ze studiów, ale także „z podwórka”, z którą przegadaliśmy blisko dwie godziny i która na odchodne podarowała mi małą książeczkę ze swoimi przemyśleniami, które od kilku dni są dla mnie inspiracją. Także, jeśli chodzi o medytację. Pozwólcie, że wezmę pierwszy z brzegu cytat: „życie, aby mogło zaistnieć, potrzebuje do tego pewnych warunków i okoliczności”. Reguła ta dotyczy także życia duchowego! I dalej: „życie jest w swej istocie darem i możliwością rozwoju przez doświadczenie zmierzające do jego pełni”. Czyż nie piękne!?

Doświadczenie – to termin, który często przewija się w naszych rozważaniach. Medytacja, aby mogła urzeczywistnić cały swój potencjał potrzebuje praktyki a więc doświadczenia. A ponieważ rzeczona znajoma też medytuje, to podzieliła się ze mną niesamowitą prawdą:

wiesz, im dłużej się modlę i medytuję tym większą mam pewność, że to właśnie medytacja strzeże życia we mnie. Zarówno jeśli chodzi o życie duchowe, którego jest naturalną strażniczką, jak i o życie w ogóle, które dzięki medytacji postrzegam jako dar i uczę się w nim rozsmakowywać z chwili na chwilę. Dzięki medytacji uczę się, że życie jest prezentem od Pana Boga, którym należy się cieszyć i tak naprawdę nie jest istotne, jakie ono jest, bo przecież „darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda”.

Pomyślałem sobie – słysząc te słowa, że mógłbym się pod nimi podpisać oburącz, właśnie dzięki temu, że moje doświadczenie medytacji uczy mnie podobnego podejścia do życia. To podejście dające wiele wolności serca, uzdrawiające ze zbytnich oczekiwań na rzecz wdzięczności za to, co to życie niesie.

Zwłaszcza, że jak zapewnia nas dzisiejsza Ewangelia – jest to życie, które odbywa się pod czujnym okiem Jezusa i tych czystych duchów, których nazywamy aniołami.

„Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego…” (w. 47). On widzi każdy mój krok, który czynię i wie, czy jest to krok w Jego kierunku, czy też krok, który grozi niebezpiecznym zboczeniem z drogi życia.

Jezus zna nas podobnie jak Natanaela. Nigdy nie spuszcza z nas wzroku: czy modlimy się, czy pracujemy, czy śpimy. „Bóg na wiecznym dyżurze! (kocham to porównanie ks. Ala Niewęgłowskiego). Więcej – Jezus znał nas, zanim wzięliśmy pierwszy oddech. Dobrze o tym pamiętać, gdy trwamy skupieni na oddechu w medytacji, że żaden z nich nie dokonuje się poza Nim, bo „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”.

Medytacja daje nam tę niezwykłą szansę bycia skupionymi na spojrzeniu Jezusa i na Jego słowie, w których On odsłania nam prawdę o nas samych.

Zwróćmy uwagę na reakcję Natanaela z Ewangelii. Spojrzenie Jezusa przeniknęło i przemieniło Go do głębi, dzięki czemu wyznaje, że jest Synem Bożym i Królem! To jest to, czego Jezus dokonuje także a nami w medytacji: przemienia nas swoim Słowem i swoim pełnym miłości spojrzeniem.

Jezus składa dziś niezwykłą obietnicę : „Zobaczysz jeszcze więcej niż to” (w. 50). To także obietnica dla nas. Mówiliśmy przed dwoma tygodniami, że medytacja daje nam udział w zupełnie innym – Jezusowym widzeniu rzeczywistości. Życie z Jezusem przekracza nasze wyobrażenia i oczekiwania. Codzienne wytrwałe siadanie do medytacji utwierdza mnie w przekonaniu, że nikt poza Jezusem nie może uczynić mojego życia w pełni szczęśliwym!

Kiedyś św. Augustyn napisał: „Raz wybrawszy, codziennie wybierać muszę” (i mówił to oczywiście w kontekście drogi wiary i Chrystusa). Oby nasze codzienne siadanie do medytacji potwierdzało decyzję wyboru Jezusa na Pana i Króla naszego życia!

Niech aniołowie wspierają nas w tym wyborze każdego dnia, ucząc nas nieustannego zapatrzenia i zasłuchania w Jezusa, które jest ich domeną.

Chrześcijańska modlitwa, która otwiera drogę do głębszego przeżycia wiary

Jezus zwołał Dwunastu, dał im moc i władzę nad wszystkimi złymi duchami oraz władzę leczenia chorób. I wysłał ich, aby głosili królestwo Boże i uzdrawiali chorych.

Mówił do nich: «Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy; nie miejcie też po dwie suknie. Gdy do jakiegoś domu wejdziecie, pozostańcie tam i stamtąd będziecie wychodzić. Jeśliby was gdzieś nie przyjęli, wychodząc z tego miasta, strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo przeciwko nim!»

Wyszli więc i chodzili po wsiach, głosząc Ewangelię i uzdrawiając wszędzie. (Łk 9, 1-6)

Chciałbym rozpocząć dzisiejsze rozważania od wspomnienia zmarłego w tym roku wybitnego szwajcarskiego teologa, kolegi z akademickiej ławy Josepha Ratzingera a jednocześnie zażartego krytyka Watykanu Hansa Künga. Dla jednych dysydent, dla innych współczesny reformator myśli katolickiej, doczekał się pięknego epitafium podczas ubiegłotygodniowego zjazdu teologów faundamentalnych, który odbywał się w Kalwarii Zebrzydowskiej, podczas którego podsumowując działalność Künga jeden z prelegentów powiedział: ”Mimo wszystkich sporów z hierarchią katolicką, ten wybitny szwajcarski uczony pozostał do końca kapłanem swojego Kościoła. Pełen przekonania podsumował w jednym z ostatnich swoich wywiadów: Mimo całej wiedzy, jaką zdobyłem w międzyczasie o Buddzie, o proroku Mahomecie, o Konfucjuszu, o wielkich religiach, to Jezus z Nazaretu pozostał dla mnie drogą, prawdą i życiem

Tenże sam Küng, człowiek mocno zaangażowany w dialog międzyreligijny dzielił się kiedyś podczas wywiadu dla Deutsche Welle, pięknym opisem medytacji monologicznej:  „Istnieje taka chrześcijańska modlitwa – mówił –  która otwiera drogę do jeszcze głębszego przeżycia wiary. Przybiera ona formę medytacji i pozwala zagubionemu współcześnie człowiekowi zarówno odnaleźć samego siebie, jak również właściwie ustosunkować się do wszystkiego, poczynając od tego, co go otacza a kończąc na samym Bogu, którego ślady obecności możemy odnajdywać niemal na każdym kroku, wszak w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. To jedna z najstarszych modlitw, które uformowały się w łonie kościoła i która otwierając serce człowieka na tajemnicę istnienia, umożliwia modlącemu się swoiste <<oddychanie>> Bogiem”.

Dzisiejsza Ewangelia zdaje się opisywać właśnie ten proces, o którym mówi Küng. Jednak – nie mam co do tego wątpliwości – wspomniana zdolność odnalezienia siebie, Boga i właściwego stosunku do otaczającej rzeczywistości wymaga od tego, kto wchodzi na ścieżkę medytacji porzucenia schematów (zwłaszcza w naszym sposobie myślenia): «Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy; nie miejcie też po dwie suknie.»

Wytrwałe podążanie drogą medytacji pozwala odkryć, że życie ulega stopniowej przemianie, choć w czasie jej trwania można odnieść wrażenie, iż nie zaszły żadne zmiany i tak naprawdę nic się nie dzieje.

Ale właśnie dzięki temu, że na ścieżce medytacji monologicznej pozbywamy się naszych ludzkich zabezpieczeń w postaci wiary w moc intelektu i we własne możliwości na rzecz całkowitego zaufania Jezusowi i oparcia się na Jego słowie i łasce możemy zakosztować konkretnych owoców, jakie podążanie drogą tej modlitwy niedyskursywnej przynosi:

1Najpierw to uczenie się życia w chwilą obecną – medytując, człowiek całkowicie się w niej zanurza, a uważność skierowana na towarzyszący tej modlitwie oddech i modlitewne wezwanie, otwiera nas na tę chwilę. Uczymy się w niej nie myśleć o przeszłości, nie planować rzeczy przyszłych, ale BYĆ całym sobą „tu i teraz”;

Ta umiejętność BYCIA, to kolejny dar tej modlitwy – podczas medytacji o niczym się nie myśli, niczego się nie wyobraża. Istotą tej praktyki jest trwanie w doskonałym uspokojeniu, bezruchu, ciszy. W milczeniu medytacji, wychodząc poza myśli i wyobrażenia, człowiek uczy się bycia sobą, a nie kimś określonym przez pracę, jakikolwiek proces myślowy, czy oczekiwania innych.

Zaproszeni przez medytację do życia w pełni, w chwili obecnej, uświadamiamy sobie, że rzeczywistość stanowi trwanie w Bogu, który jest podstawą naszego istnienia. Stąd rodzi się uwolnienie od natarczywości naszych pragnień, wszechobecnej bieganiny, podejmowania nieustannych zmagań. W ten sposób medytacja uczy nas otwierać się więc na Boży plan względem nas.

Medytacja uczy nas też nieprzywiązywania się – nie chodzi tu o „unikanie” samego siebie, odwracania się od swoich problemów czy aktualnej sytuacji życiowej. „Nieprzywiązywanie się” to w istocie uwalnianie się od ciągłego zaabsorbowania sobą samym, od takiego nastawienia umysłu, w którym moje „ja” umieszczone zostaje w centrum stworzenia. „Nieprzywiązywanie się” pozwala uzdrawiać nasze relacje z Bogiem i z człowiekiem, przestając używać ich instrumentalnie. Ponadto uwalnia nas od niepokoju, którego źródłem jest obawa, że stracimy własne „ja”.

Medytacja zaprasza nas też do odpowiedzi na pytanie, czy potrafimy rozpoznać obraz Boży w nas samych? Bez tego warunku nie będziemy potrafili też rozpoznać obecności Boga w innych!

Regularne medytacja prowadzi do wolność ducha – jest drogą do serca, do głębin jestestwa, gdzie można zwyczajnie „być” – nie usprawiedliwiając i nie tłumacząc siebie, ale radując się i odpowiadając na dar własnego istnienia;

To z kolei prowadzi nas do większej harmonii i głębszego zakorzenienia w Bogu – ta harmonia to nic innego, jak owoc pokoju wyrastającego, którego doświadczamy w naszym sercu, nawiązując w medytacji kontakt z Podstawą naszego istnienia, czyli z Bogiem. A ponieważ stałość praktyki „zakotwicza” nas w głębinach naszego jestestwa, zaczynamy dostrzegać, że przestaje nas interesować powierzchowność, lecz coraz bardziej uczymy się poszukiwać oparcia w Bogu i tylko w Nim. Medytacja będąca nieustannym przywoływaniem imienia JEZUS sprawia, że to On z czasem jest dla nas stałym punktem odniesienia w nieustannie zmieniającej się rzeczywistości.

„Bycie chrześcijaninem – pisał Hans Küng – nie oznacza na pierwszym miejscu wyznawania światopoglądu lub sposobu życia zwanego «chrześcijaństwem» ani przynależności do organizacji określanej jako «Kościół», lecz oznacza znalezienie egzystencjalnej drogi życiowej w naśladowaniu osoby Jezusa Chrystusa i podążanie tą drogą”. Dlatego pod koniec swojego życia mógł powiedzieć: „Po dziesiątkach lat mojej przygody z teologią i doświadczeniem wiary, ale też spotkań z przedstawicielami innych religii i uczenia się rozumienia ich wiary i postrzegania świata, nie mam wątpliwości, że to Jezus Chrystus jest ostatecznym zaspokojeniem tęsknot umysłu i serca człowieka.”  [Fenomen chrześcijaństwa pośród religii i filozofii świata – esej 2004 r]

Cisza

Obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena.

Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja». I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie. (J 19, 25-27)

Dzisiaj znowu Nauczycielką Medytacji jest dla nas Maryja, której wspomnienie, jako Matki Bolesnej obchodzimy.

Jan, jako jedyny z Ewangelistów, opisuje spotkanie Jezusa z Matką na Golgocie. Ewangelista wymienia z imienia czworo bardzo bliskich Jezusowi ludzi, którzy wytrwali przy Nim w godzinie Jego ukrzyżowania.

W zasadzie cała scena opisana przez Jana odbywa się w ciszy, którą przerywa jedynie głos Jezusa skierowany do Matki a następnie do Jana. W tym sensie scena ta jest tak bardzo symboliczna dla doświadczenia medytacji monologicznej, która także odbywa się w ciszy, przerywanej jednym słowem lub wersetem. Medytujący przyjmuje w doświadczeniu medytacji postawę Maryi i postawę Jana – jest zasłuchany w słowo. Wsłuchuje się w nie z uwagą i miłością, aby nic z niego nie uronić, aby później móc wcielić je w życie, aby pozwolić mu działać…

Jan zwraca także uwagę na spojrzenie Jezusa. Dobrze w praktyce medytacji być świadomym tego spojrzenia Jezusa. Ilekroć stajemy do modlitwy/medytacji, tylekroć możemy być pewni, że zawsze towarzyszy jej w ciszy pełne miłości Jezusowe spojrzenie.

Podczas ostatniej sesji medytacyjnej mówiliśmy o ciszy i o jej znaczeniu w życiu. Cisza jest naszym wiernym towarzyszem w praktyce medytacji, jest brama prowadzącą do coraz głębszego złączenie ze wszystkim: ze sobą, z naszym sercem, z Bogiem, wreszcie z otaczająca nas rzeczywistością. Powiedzieliśmy, że cisza ma te niezwykłą moc, która pozwala, że każde doświadczenie może okazać się dla nas przemieniające, jeśli otoczymy je pełną szacunku ciszą, która nada mu znaczenia, tożsamość, ważność.

Cisza jak pisze Merton w Nowym posiewie kontemplacji nie jest brakiem, czy nieobecnością. Cisza to obecność otaczająca każde „wiem” pokornym „nie wiem”; chroniąca autonomię i godność wydarzeń, ludzi, zwierząt i wszystkich rzeczy. Żyć w tej pierwotniej, fundamentalnej przestrzeni, którą nazywamy ciszą, oznacza wchodzić w rezonans ze wszystkim, co nas otacza. Bez ciszy nasze reakcje będą jedynie bezwarunkowymi odruchami.

Nie możemy usłyszeć ciszy (w sensie dosłownym!), ale to dzięki niej potrafimy słyszeć.

Cisza jak dodaje ojciec Rohr jest rodzajem myślenia, które widzi (contemplatio oznacza „widzenie”, „przyglądanie się”). Jest zatem sposobem poznania wykraczającego poza nasze umysłowe analizy, które normalnie nazywamy myśleniem. [Milczące współczucie, R. Rohr]

A jednocześnie cisza chowa się przed nami, jeśli chcielibyśmy ją pochwycić, zapanować nad nią, czy manipulować nią. Cisza ujawnia w pełni swoją moc wówczas, gdy pozostajemy na nią otwarci – tak jak w doświadczeniu medytacji.

Z doświadczeniem ciszy w medytacji jest tak, że najpierw daje nam ona tylko odrobinę, ale jeśli wykorzystamy właściwie tę cząstkę, którą nam podarowała, dostaniemy więcej. To tak, jak z unoszeniem się na wodzie – kiedy przestajemy walczyć z nurtem, czujemy, że możemy płynąć o wiele lepiej.

Wewnętrzna cisza, która towarzyszy nam w medytacji uwalnia nas od ciężaru myślenia i utopijnego przeświadczenia, że nasz osąd jest potrzebny albo jakikolwiek istotny. Dlatego właśnie cisza staje się najlepszym miejscem rozwiązywania naszych wewnętrznych konfliktów, bo gdy milknie nasze ego ma szansę ujawnić się istota rzeczy, Tajemnica, na którą hałas (czy to zewnętrzny czy wewnętrzny)  nas skutecznie zamyka.

Taka cisza, to źródło pokoju, jakiego świat dać nam nie może [J 14,27]

Nie oznacza to bynajmniej, że nie ma w nas miejsca na wyjaśnianie i rozumienie, jednak aby ono mogło być pełne i obiektywne musimy zacząć ot powiedzenia „tak” chwili obecnej. I tego właśnie uczy nas Maryja. Podpowiada nam, że musimy ciągle zaczynać od „tak”, jak Ona zaczęła w Nazarecie, czy stojąc pod Krzyżem. Jeśli będziemy przeżywać nasze życie zaczynając od „nie”: od krytykowania, od osądzania, szufladkowania, analizowania, czy odrzucania, będzie nam później bardzo trudno powiedzieć „tak” doświadczeniom naszego życia. A przecież to przez nie przychodzi i przemawia do nas Bóg.

Niech zasłuchanie i zapatrzenie w Jezusa i Jego słowo – które było udziałem Maryi i Jana pod Krzyżem – towarzyszy nam także w medytacji. 

Za kogo Mnie uważasz?

Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: «Za kogo uważają Mnie ludzie?»

Oni Mu odpowiedzieli: «Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków».

On ich zapytał: «A wy za kogo Mnie uważacie?»

Odpowiedział Mu Piotr: «Ty jesteś Mesjasz». Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili.

I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy wiele musi wycierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że zostanie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa.

Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: «Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku».

Potem przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: «Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je». (Mk 8, 27-35)

Jeżeli ktoś zadaje nam pytanie, to zazwyczaj chce osiągnąć określony cel: uzupełnić swą wiedzę albo sprawdzić stan naszej. Czy jednak pytanie Chrystusa: „Za kogo uważają Mnie ludzie?” i „Za kogo Mnie uważacie?”, należy do takiej kategorii?

Pytanie Jezusa nie jest z pewnością egzaminem, przez który mieli przejść Jego uczniowie. Jezusa żywo interesuje, co myślą o Nim ludzie i choć z pewnością to wie jednak chce dowiedzieć się, czy apostołowie budując swój własny obraz Jezusa bardziej słuchają opinii ogółu, czy raczej swojego serca i doświadczenia, które zdobywają przy Chrystusie!?

Jednak w tych pytaniach nie chodzi o historię Jezusa z Nazaretu: relację o gwieździe betlejemskiej i trzech mędrcach; liczbę dokonanych uzdrowień i cudów. Jezus chce, by człowiek próbując odpowiedzieć na tak postawione pytanie zmierzył się z ogromem wiedzy o Bogu i zobaczył, jak małe i niestosowne jest każde słowo, w którym pragniemy Go zamknąć.

Poznanie ograniczoności naszego rozumu próbującego ogarnąć tajemnicę Boga a jednocześnie nieadekwatność naszych słów ma szansę nas otworzyć na prawdę o Bogu, która staje się naszym udziałem na zupełnie innym poziomie niż intelektualny. Tym, który tę prawdę nam objawia na poziomie wewnętrznym, na poziomie serca jest Duch Święty! Bez pomocy Ducha Świętego pozostaniemy niemi, nawet wśród morza słów, gdy chodzi o chęć przybliżenia prawdy o Bogu. Święty Paweł ujmie to jednym zdaniem: „Nikt też nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: Panem jest Jezus” [1 Kor 12,3]

Odwaga udzielenia odpowiedzi na pytanie Jezusa, to odwaga zmierzenia się z poznaniem samego siebie, z wyobrażeniem Boga, jakie w sobie nosimy – nierzadko fałszywym. A fałszywy obraz Boga rodzi niebezpieczeństwo fałszywie przeżywanej religijności!

Na pytaniu i usłyszanych odpowiedziach jednak dialog się nie kończy. Jezus idzie dalej i mówi o swojej męce, o odrzuceniu, o cierpieniu, o śmierci i w końcu o zmartwychwstaniu.

I to, jak się okazuje, dla pewnego siebie Piotra jest już za wiele. Chciał być mądrzejszy, zapobiegliwy, zatroskany o Jezusa, ale zamiast pochwały słyszy niespodziewanie mocne upomnienie: „Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku”.

Dlaczego Jezus tak ostro karci Piotra? Otóż ubóstwo języka sprawia, że tę scenę odczytujemy, jako potraktowanie Piotra niczym wroga.

Tymczasem Jezus oczywiście upomina Piotra, ale robi to inaczej, niż oddaje to polskie tłumaczenie. W greckim tekście Ewangelii św. Marka wyrażenie „zejdź mi z oczu” oznacza bowiem tyle co „stań za mną”. Jezus upomina więc Piotra, aby pozwolił Mu się prowadzić, by szedł za Nim, a nie próbował Go wyprzedzać i pisać po swojemu historii zbawienia. Te słowa, to poniekąd echo Ewangelii, którą słyszeliśmy zaledwie w piątek, gdzie Jezus przypomina, że: „Uczeń nie przewyższa nauczyciela, lecz każdy, dopiero w pełni wykształcony, będzie jak jego nauczyciel” [Łk 6,40].

Jezus chce nam przypomnieć, że domeną ucznia jest towarzyszyć Mistrzowi, słuchać Go i wpatrywać się w Niego, po to, aby móc Go potem naśladować, aby uczyć się Jego sposobu myślenia. Zawsze gdy uczeń Jezusa próbuje interpretować Ewangelię po swojemu, przekonany – jak Piotr z dzisiejszej Ewangelii – że wie lepiej niż Jezus jak ją dopasować do wymagań współczesności rodzą się z tego kłopoty, zaczynamy bowiem naszą wiarę, Ewangelię, Kościół kształtować a nie po Bożemu a po naszemu!

Jezus nie chce ani Piotrowi, ani innym swoim uczniom podcinać skrzydeł. Pokazuje jedynie, że kiedy nasze koncepcje, pomysły, rozwiązania – nawet jeśli wynikają z dobrych chęci – nie pokrywają się z Jezusowym sposobem myślenia przestają mieć także wiele wspólnego z Ewangelią.

Słuchając tych słów, można mieć wrażenie, że są zachętą do pozbycia się samodzielnego myślenia i poszukiwania. Otóż nic bardziej mylnego!

Chodzi bowiem o to, by tak kształtować nasze życie wiary i tak wsłuchiwać się w Słowo Boże, by wszystkie nasze pomysły były odbiciem pomysłów Jezusa, by nasze myślenie było odbiciem sposobu Jego myślenia a nasze życie naśladowaniem Jego dróg.

Ale aby tak się stało potrzeba nam otwartości proroka Izajasza z pierwszego czytania. Sługa Jahwe opisany przez proroka Izajasza jest ponad wszelkie granice otwarty na głos swojego Boga.

Pozwala też, by to, co słyszy, poprowadziło go o wiele dalej, niż mógłby przypuszczać. W doświadczeniu wiary istniej bowiem zawsze pewne ryzyko – jeśli zaryzykujemy oparcie naszego życia na jej fundamencie i na fundamencie Bożego Słowa nie wiemy jakimi drogami nas one poprowadzą.

Pamiętam rozmowę z pewnym człowiekiem, który opowiadał mi o swojej postawie wobec żony, która walczyła o zmianę w jego życiu, która mogła ocalić ich małżeństwo: „Nie chciałem jej słuchać – mówił – bo wiedziałem, że mówi prawdę i gdy przyjmę to, co mówi nie będę się mógł dłużej opierać”.

To niesamowicie ważna zasada, która z ukrycia może sterować sposobem naszego postępowania: gdy nie chcemy czegoś zrobić, zamykamy uszy, by o niczym nie słyszeć.

Nigdy jednak nie zrodzi się w nas gotowość na zmianę, jeśli nie pozwolimy Słowu, by nas przekonało… Dotyczy to zarówno słowa Bożego, jak i słowa drugiego człowieka!

Wejście w dialog ze Słowem potrafi też – nieraz w jednej chwili – przenieść nas na nowy poziom patrzenia i rozumienia. Doświadczył tego Piotr, który – przy całym swym wewnętrznym poplątaniu – w rozmowie z Jezusem zrozumiał Jego mesjańską tajemnicę. Dlatego mógł powiedzieć, że: „Wiara rodzi się ze słuchania”, lecz martwa jest sama w sobie, jeśli nie wyraża się w decyzjach i w aktywnej odpowiedzi z naszej strony na usłyszane Słowo.

Jezus poprzez tę scenę z Piotrem mówi nam bardzo ważną rzecz: Bądź ze Mną, ale nie wyprzedzaj Mnie. Bądź blisko, ale pozwól Mi się prowadzić. Słuchaj Mojego słowa i uwierz, że nawet jeśli bywa dla ciebie trudne i wymagające, to zawsze jest twórcze i przemieniające.

To właśnie dzięki życiu Słowem otrzymujemy poznanie od Boga i z czasem zaczynamy patrzeć w taki sposób, jak Bóg patrzy na nas. To poznanie i ten sposób widzenia był udziałem dwojga dzisiaj ogłoszonych błogosławionych. A od tego nowego sposobu widzenia jest już tylko jeden krok, aby nie tylko słowami, ale i naszym życiem zaświadczyć, że Jezus jest dla nas Mesjaszem i Panem.

Medytacja wprowadza nas w historię zbawienia

Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama.

Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama; Aram ojcem Aminadaba; Aminadab ojcem Naassona; Naasson ojcem Salmona; Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut. Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida.

Dawid był ojcem Salomona, a matką była dawna żona Uriasza. Salomon był ojcem Roboama; Roboam ojcem Abiasza; Abiasz ojcem Asy; Asa ojcem Jozafata; Jozafat ojcem Jorama; Joram ojcem Ozjasza; Ozjasz ojcem Joatama; Joatam ojcem Achaza; Achaz ojcem Ezechiasza; Ezechiasz ojcem Manassesa; Manasses ojcem Amosa; Amos ojcem Jozjasza; Jozjasz ojcem Jechoniasza i jego braci w czasie przesiedlenia babilońskiego.

Po przesiedleniu babilońskim Jechoniasz był ojcem Salatiela; Salatiel ojcem Zorobabela; Zorobabel ojcem Abiuda; Abiud ojcem Eliakima; Eliakim ojcem Azora; Azor ojcem Sadoka; Sadok ojcem Achima; Achim ojcem Eliuda; Eliud ojcem Eleazara; Eleazar ojcem Mattana; Mattan ojcem Jakuba; Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem.

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.

Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów».

A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: «Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel», to znaczy: «Bóg z nami». (Mt 1, 1-16. 18-23)

Długo się zastanawiałem, czy w dzisiejszym komentarzu do medytacji odnieść się do Ewangelii z przeżywanego święta Narodzenie Najświętszej Maryi Panny. Tyle tam imion, jeszcze obcobrzmiących. Ale trzygodzinna medytacja, na którą wybrałem się dziś do lasu rozwiała moje wątpliwości. W końcu szereg imion nie powinien być kłopotem dla kogoś, kto modli się Imieniem…

Ten szereg imion wymienionych przez Ewangelistę, to tak naprawdę historia. Historia konkretnych ludzi i historia zbawienia. Pomyślałem sobie, że z historią przywołanych przodków Jezusa jest trochę tak jak z naszą. Każdy z nas ma swoją historię osobistą, historię rodzinną… Ale ta historia nigdy nie będzie w pełni zrozumiała bez Chrystusa. Jak mówił to św. papież Jan Paweł II: „Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie”. Te słowa tak pięknie odnoszą się do tej napisanej w lapidarnym skrócie przez św. Mateusza historii, ale odnoszą się też do naszej historii.

Wśród przodków Zbawiciela są nie tylko sprawiedliwi, tacy jak Izaak, ale również grzesznicy, jak np. bezbożny król Manasses. Historia przodków Pana Jezusa, to historia człowieka, która pokazuje nam, jak bardzo potrzebujemy Zbawiciela.

Na uwagę zasługują cztery kobiety, które Ewangelista umieścił w genealogii Pana Jezusa: Tamar, Rachab, Rut i Batszeba. Trzy z nich to wielkie grzesznice, a wszystkie cztery to cudzoziemki. Te cztery kobiety wskazują, że Pan Jezus, który urodził się jako syn Abrahama, jako syn narodu wybranego, jest zarazem synem całej ludzkości. On przynosi zbawienie wszystkim, którzy tego pragną i którzy otworzą się na ten dar.  Ale ta ludzkość reprezentowana przez wspomniane kobiety, to także symbol ludzi pogrążonych w bałwochwalstwie. A to grzech, który grozi ludziom każdego czasu i każdego pokolenia. Nie ominął on Narodu Wybranego. I grozi także nam. Pokusa szukania sobie innych bożków, innych podpórek życiowych poza Jezusem, innych wartości, które zdobędą nasze serca bardziej niż Jezus i Jego miłość.

Ze wspomnianymi czterema kobietami kontrastuje niepokalana dziewica Maryja, z której narodził się Pan Jezus. O ile tamte kobiety są obrazem ludzkości oddalonej od Boga i pogrążonej w grzechu o tyle Maryja pokazuje wartość życia zjednoczonego z Bogiem. Dlatego jest także dla nas najlepszą Nauczycielką medytacji – modlitwy zjednoczenia.

Na tym tle medytacja monologiczna jawi mi się jako ciągłe przypominanie mojemu sercu, kto jest jego Panem i komu przede wszystkim winno służyć i być oddane. Powtarzane w rytmie oddechu imię Jezus, jest ciągłym „torowaniem” drogi do serca medytującego, drogi która w pierwszej kolejności powinna prowadzić do Jezusa, do adorowania Jego obecności, do wsłuchiwania się w Jego słowo w ciszy serca, bo raz jeszcze przywołam słowa Jana Pawła II – tylko w ten sposób i tylko przy Jezusie jestem w stanie zrozumieć samego siebie, moja rolę nie tylko w życiu, ale i w całej historii zbawienia. Tylko przy Jezusie potrafię odkryć kim jestem i dokąd oraz jak winienem zmierzać, tak aby się nie zagubić na ścieżkach życia.

Każde wezwanie medytacji jest tym, które pozwala mi na nowo uchwycić właściwą perspektywę; pozwala wciąż na nowo powracać do świadomości, że ta historia, która rozpoczęła się wraz z Abrahamem wciąż trwa a ja jestem jej częścią. Jest tylko jedna różnica a pozwalają nam ja odkryć ostatnie wersety dzisiejszej genealogii. Ewangelia dzieli genealogię na trzy odcinki po czternaście pokoleń. Symbolika liczb jest bardzo ważna w biblii: do czasów Jezusa minęło już sześć razy po siedem pokoleń. Siódmy okres zaczyna się z chwilą urodzin Zbawiciela. (Siódemka, jak pamiętamy, symbolizuje pełnię czasu). Jezus Chrystus, jest oczekiwanym Zbawicielem a zarazem ostatnim darem Boga dla ludzkości. Ewangelista przywołując w Ewangelii liczbę pokoleń umieścił w niej ewidentny sygnał, że z chwilą narodzin Jezusa zaczęły się czasy ostateczne. I my jesteśmy ich częścią…