Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Siewca słowa

Owego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami:

«Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedne ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na grunt skalisty, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne wreszcie padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny.

Kto ma uszy, niechaj słucha! (Mt 13, 1-9)

Ewangeliczny obraz dzisiejszej przypowieści stawia w centrum postać siewcy. Tym siewcą jest Jezus. I w tym sensie wydaje się to obraz bardzo dobrze nawiązujący do praktyki medytacji monologicznej czy modlitwy Jezusowej, w której pozwalamy, aby Słowo, które powtarzamy w rytmie oddechu było nieustannie zasiewane w naszych sercach. Przyjrzyjmy się, jaki jest styl dokonywania tego zasiewu? Jezus jest hojnym Siewcą. Nie dokonuje obliczeń, nie prowadzi rachunków, nie zajmuje się wyliczaniem zysków i strat. Jego misją jest sianie, dlatego nie boi się rzucać obficie ziarna, nie martwi się na zapas o efekty. I do przyjęcia podobnej postawy zaprasza nas medytacja. Podejmując praktykę warto przezwyciężyć w sobie pokusę myślenia o owocach czy efektach medytacji, o tym, kiedy przyjdą, co przyniosą. Po prostu siadając do medytacji bądźmy hojni w otwieraniu naszego serca na Słowo, które do nas przychodzi, podobnie jak hojny jest Ten, który pragnie je zasiewać w naszym sercu. 

Obserwacja pracy rolnika pokazuje, że przed zasiewem niezbędne jest odpowiednie przygotowanie gleby, by ziarno znalazło właściwe środowisko dla wzrostu. Dla nas – medytujących takim przygotowaniem jest zawalczenie o przestrzeń ciszy, w której ten zasiew słowa ma się dokonać, o to, aby jak najmniej bodźców oddziałujących na nas z zewnątrz (otoczenie, hałasy, dźwięki), ale i od wewnątrz (myśli, obrazy) przeszkadzało wzrastać temu Słowu.

Z drugiej strony intrygujące w przypowieści jest to, że Siewca nie wybiera terenu. Rzucając ziarno, nie zwraca uwagi, na jaką glebę trafi. Nie decyduje, który teren nadaje się pod zasiew, a który nie daje nadziei na plon. Można powiedzieć, że marnuje ziarno, rzucając je na drogę, między skały czy ciernie.

Takie podejście Jezusa wskazuje na wielki optymizm. Jezus wierzy, że Jego dzieło przyniesie wielkie plony. Jezus kontynuuje swoją misję siania Słowa, mimo niepowodzeń, niezrozumienia, mimo odrzucenia. Jezus nie zniechęca się niepowodzeniami, nie zaprzestaje swojego dzieła, sieje ziarno Słowa w przekonaniu, że potrafi ono rozbić skały, wyrosnąć na ubitej drodze, bowiem żywe jest Słowo Boże i skuteczne, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca (Hbr 4, 12). Dokonuje zasiewu wszędzie, głosi Słowo Boże wszystkim – dobrym i złym, bogatym i biednym, zdrowym i chorym, dorosłym i dzieciom. Podejmuje ryzyko zasiewu Słowa, poddając próbie wszystkie rodzaje ziemi.

To także ważna wskazówka dla nas, abyśmy i my nie ulegali zniechęceniu, gdy nie widzimy owoców medytacji, gdy pojawiają się przeszkody w postaci znużenia, zniechęcenia, subiektywnych przekonań, że medytacja, jest może dla innych, ale nie dla mnie! Że może łatwiej poszłoby z inną formą modlitwy i szybciej można by zobaczyć jej owoce w życiu.

Tymczasem Jezus zaprasza nas poniekąd w medytacji monologicznej do pewnego rodzaju rozrzutności. Mamy usiąść, otworzyć nasze serca na Słowo i cierpliwie czekać… Można by nawet rzec, że w ocenie świata trwonić czas. Pozwolić temu Słowu i Bożej łasce działać w nas tak, jako ono chce, niekoniecznie na miarę naszych oczekiwań.

Dzisiejszy świat nie znosi rozrzutności. Wszystko jest skrupulatnie policzone. Każda godzina pracy, każdy włożony wysiłek przekładany jest na wynagrodzenie, według z góry uzgodnionej taryfy. Liczy się przede wszystkim efektywność. W dobie kryzysu gospodarczego ważna jest także oszczędność, rozsądne gospodarowanie zasobami, ograniczanie wydatków. Obraz hojnego Siewcy ani praktyka medytacji nie pasują do takiej rzeczywistości.

Wyjaśnienie przypowieści o Siewcy przesuwa akcent z siewcy na rodzaj gleby. Nie każda gleba przynosi obfity plon. Tą glebą jest serce człowieka. Warto pytać; jakie jest moje serce, serce człowieka medytującego? Czy mogę powiedzieć, że jest glebą, w której Słowo pada na podatny grunt?

Praktyka medytacji, jeśli ma przetrwać różne duchowe i życiowe przeciwności takie jak: zniechęcenie, pokusy, brak stałości w praktyce medytacji i przynieść owoce w naszym życiu musi mieć odpowiedni fundament, którym jest nasza wiara i zaufanie do Słowa i działającej przez nie łaski, zaufanie większe niż nasze wątpliwości i przeciwności, które przychodzą.

Jezus, mówiąc o żyznej glebie ludzkiego serca, wskazuje więc ogromne możliwości, jakie drzemią w człowieku. Jeśli nasze serca przyjmą to Słowo na serio i wytrwale dochowają mu wierności, wówczas Słowo spełni pomyślnie swoje posłannictwo i  doświadczymy, że ma ono moc przemiany ludzkich serc i umysłów a plon przewyższy znacznie nasze oczekiwania.

Wypocznijcie!

Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali.

A On rzekł do nich: «Pójdźcie wy sami osobno na pustkowie i wypocznijcie nieco». Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu.

Odpłynęli więc łodzią na pustkowie, osobno.

Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich wyprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać o wielu sprawach. (Mk 6, 30-34)

Gdy myślimy o świętych, także o Apostołach, często możemy ulec pokusie ich gloryfikacji. Na szczęście Ewangelia nie pozwala nam zapomnieć, że byli oni takimi samymi ludźmi jak my i dostrzec ich zwyczajność.

Uprzednio wysłani przez Pana Jezusa, aby głosić Dobrą Nowinę, wracają i pragną się podzielić tym, co zdziałali. Chcą, podobnie jak każdy z nas, otworzyć przed kimś swoje serce, opowiedzieć o swoich sukcesach i porażkach. I Pan Jezus im to umożliwia, stwarza przestrzeń, w której czują się słuchani i rozumiani.

To dla nas ważna lekcja. Żebyśmy innym pozwolili mówić o tym, co dla nich jest ważne. Warto pytać siebie: Czy stwarzamy taką przestrzeń, w której inni mogliby się poczuć słuchani i rozumiani? „Dom, to nie jest miejsce, gdzie mieszkasz; dom winien być miejscem, gdzie jesteś rozumiany i starasz się rozumieć innych” – uczył swoich podopiecznych św. Jan Bosko. I dotyczy to zarówno naszych domów rodzinnych, domów zakonnych, domów, jakimi są plebanie… Umiejętność słuchania stwarza przestrzeń, w której czujemy się ważni, dowartościowani. Brak umiejętności słuchania rodzi często poczucie samotności.

Jezus uczy nas takiej postawy zasłuchania w drugiego człowieka, której dzisiaj często brakuje (obrazek: dwie osoby w kawiarni, każda wpatrzona w swój smartfon)

Pan Jezus troskliwie zauważył, że apostołowie są przemęczeni.  „Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło – notuje Ewangelista – że nawet na posiłek nie mieli czasu”. Wysyła więc ich na pustynię, żeby sobie trochę odpoczęli. Chociaż Ewangelia mówi wyraźnie o odpoczynku, w tych słowach Pana Jezusa można również usłyszeć przestrogę przed utopieniem większości naszego czasu w pracy. Trzeba zachować hierarchię obowiązków. A do nich należy także odpoczynek.

Ojciec Dolindo zwykł mawiać do swoich duchowych dzieci, że zarówno dobrze wykonywana praca, jak i dobrze przeżywany odpoczynek należą do sfery naszej pobożności, do płaszczyzny wiaty – i to kolejna ważna lekcja płynąca z dzisiejszej Ewangelii.

Dlatego warto w kontekście dzisiejszej Ewangelii zapytać siebie o to: „Czy umiemy DOBRZE odpoczywać?”

Nie każdy jednak rozumie, że odpoczynek jest nie tylko prawem, ale też obowiązkiem, o którego dobre wypełnienie winniśmy pytać w sumieniu. Przypomina mi się rozmowa z jedną z byłych parafianek, której sparaliżowanego w wyniku wylewu męża odwiedzałem z sakramentem chorych. Mówiła całkiem szczerze: „Mąż nie musiał tyle pracować. Pracował za dużo. On nie umiał odpoczywać. Odpoczynek uważał za stratę czasu. Dzisiaj nie mam wątpliwości, że jego choroba była wypadkową jego pracoholizmu!”

Trzecia ważna wskazówka: warto udać się na miejsce pustynne. Tymczasem większość z nas robi wprost przeciwnie. W ramach urlopu jeden tłum zamieniamy często na inny, może bardziej anonimowy i przypadkowy. Nie ma znaczenia, czy to Polska czy zagranica,  Międzyzdroje, Mazury czy Rodos. A tłum sprawia, że trudno odpocząć zarówno naszej psychice a już na pewno naszemu duchowi! Mądrość Ewangelii podpowiada nam, że miejsce urlopu, odpoczynku powinno być wolne od pośpiechu, zgiełku, przeludnień. Bliższe pustyni niż ludzkim mrowiskom. Czy jednak pod tym względem słuchamy mądrości Ewangelii? Spotykam osoby, które z urlopu potrafią wracać bardziej zmęczeni niż byli przed nim. Często na własne życzenie.

I trzecia wskazówka: Warto pokusić się na samotne bycie z sobą samym. Nie każdy potrafi się na to zdobyć. Samotność, cisza, sprawiają bowiem, że musimy nieraz stanąć oko w oko z tym, co siedzi w nas samych a co skutecznie potrafimy zagłuszać w tłumie, wśród wielu zewnętrznych bodźców. „Samotność jest przyjemnością dla tych, którzy nie boją się prawdy o sobie, męką zaś dla tych, którzy przed tą prawdą uciekają” [św. Jan z Waałamu]

Jest taka historia, którą słyszałem od znajomego misjonarza z Amazonii – werbisty pracującego wśród Indian i jak sądzę dobrze odnosi się zarówno do czasu dobrze przeżywanej pracy, jak i dobrze przeżywanego odpoczynku:

Pewien przedsiębiorca z Europy przemierzał w czasie urlopu nieprzebyte lasy Amazonii, liczył bowiem, że połączy przyjemne z pożytecznym; spędzi urlop w Ameryce Południowej a przy okazji może znajdzie jakieś złoża szlachetnych kruszców do eksploatacji. Dlatego zawsze się spieszył. W pierwszych dwóch dniach tubylcy – Indianie wynajęci przez niego jako tragarze robili wszystko, aby za nim nadążyć.

Jednak trzeciego dnia o świcie zatrzymali się i stanęli przed nim w milczeniu. Wyraz ich twarzy świadczył, jakby byli nieobecni. To, że nie byli w stanie już dłużej pracować, było jasne jak słońce.

Zniecierpliwiony poszukiwacz spoglądając na swój zegarek zawołał szefa tragarzy, dał mu do zrozumienia, że muszą ruszyć, bo czas ucieka. «To niemożliwe – odpowiedział spokojnie człowiek. – Ci ludzie biegli nazbyt szybko, teraz czekają, aż dogonią ich, ich dusze».

Żyjemy w czasach, które często wymuszają na nas, abyśmy byli we wszystkim coraz szybsi. Niestety konsekwencją tego jest fakt, że zamiast cieszyć się owocami naszego życia, stajemy się coraz bardziej nieszczęśliwi, umęczeni i rozdrażnieni.

A może dzieje się tak dlatego, że – jak mówią Indianie – nasze dusze zostają w tyle i nie mogą za nimi nadążyć!?

Medytacja uwalnia od złudzeń

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.

Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić». (Mt 11, 25-27)

Bardzo lubię ten fragment Ewangelii, bo sam w sobie jest już pięknym komentarzem do medytacji monologicznej – modlitwy prostoty i tych, którzy tę prostotę umiłowali.

Jezus pragnie, abyśmy uczestniczyli w Jego modlitwie do Ojca. Także dlatego nazywamy tę modlitwę Jezusową. Przez słowo, które towarzyszy tej modlitwie i które czynimy dla nas oparciem, Jezus prowadzi nas do serca – jako centrum naszego jestestwa i miejsca naszego bardzo osobistego spotkania z Nim, obecnym w sercu człowieka.

Jezus przypomina nam, że Ojciec ma upodobanie w ludziach prostych, z ufnością otwartych na wszystko, co objawia przez Jezusa.

Jezus przez słowo – wezwanie, które towarzyszy nam w modlitwie monologicznej nieustannie zaprasza nas do intymnej relacji z Nim samym. Chce przez tę modlitwę obecności objawiać wobec nas swoją największą miłość i uczyć nas tej miłości – miłości do Ojca, by uczynić z niej centrum naszego życia i naszej uwagi. W ten sposób Jezus chce kształtować w nas serce dziecka a przez zwrócenie się ku Bogu odwrócić naszą zbytnio skoncentrowaną często uwagę na sobie samych. Taka postawa uczy nas postawy wolności i zaufania i właściwego dystansu do spraw, które próbują zaprzątać nasze serca, do tego stopnia, że przestają one myśleć o Bogu i pozwalają by różne problemy detronizowały Boga z pierwszego miejsca w naszym życiu. A to pierwszy krok do duchowego zamieszania i kłopotów.

W czasie medytacji nie skupiamy się na swoich myślach, nie rozgrzebujemy doświadczeń z przeszłości, ani nie planujemy przyszłości. Cokolwiek się pojawia w głowie (myśli, uczucia, echa naszych przeżyć) przyjmujemy je z pokorą i z ufnością powierzamy je Bogu, ale nie zajmujemy się nimi w czasie medytacji. Czas medytacji to czas kiedy, całą naszą uwagę kierujemy ku Bogu. Tylko On się liczy, nie zaś nasze myśli, emocje i problemy. Takim sposobem uczymy się zgadzać na to, że nasz Bóg działa w sposób ukryty.

Modlitwa monologiczna, modlitwa obecności uczy nas żyć na co dzień świadomością bliskości Boga, który patrzy na nas, widzi całe nasze życie, zna nasze serca. Medytacja monologiczna nie odrywa nas od życia, nie sprawia, że nagle wszystkie problemy zostają rozwiązane, ale uczy nas spoglądać na nie z właściwej perspektywy, uwalniając nasze serca od ich dyktatu. Uczy nas jak mówi stare powiedzenie nie tyle mówić Bogu o naszych wielkich problemach, ale przeżywać nasze życiowe problemy z pokojem w sercu płynącym z prawdy, że mamy wielkiego Boga, który jest najlepszym rozwiązaniem dla naszych problemów. Uzdrawiającym owocem modlitwy monologicznej jest to, że uczy nas ona zgody na nasze  życie i zaufania Panu Bogu i Jego prowadzeniu w każdych okolicznościach, tak jak bezgranicznie powierzamy się Jego prowadzeniu w medytacji.

Nasze codzienne życie w świecie informatyzacji daje nam aż nadto dowodów na to, że w naszych głowach dzieje się za dużo… ciągła gonitwa, ciągły dialog. Medytacja monologiczna daje nam szansę, aby się zresetować. Pozwala odpocząć zarówno naszej głowie, jak i naszemu sercu, które jest z nią bezpośrednio połączone. Pozwala nam nabrać dystansu i ZROBIĆ PRZESTRZEŃ DLA TEGO, CO NAPRAWDĘ WAŻNE, dla tego co nasz umysł i nasze serce odżywia.

Niech puentą tych dzisiejszych rozważań będzie myśl, którą usłyszałem kiedyś od ś. p. ks. prof. Józefa Tischnera: „Medytacja jest źródłem duchowej siły, czasem w którym człowiek ma szansę uwolnić się od złudzeń: złudzenia pozornej wiedzy i fałszywej pewności. Medytacja oczyszcza śmietnik, jaki codzienność – często za naszym przyzwoleniem – robi nam z głowy i z serca”.

Prośmy Jezusa, aby pomógł nam wsłuchując się w słowo, które wybrzmiewa w naszych sercach w rytmie oddechu odkrywać Jego prawdziwą obecność i miłość. Niech wezwanie: „Panie Jezu, Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” uczy nas nieustannego trwania w pełnym prostoty zaufaniu.

Medytacja jako powołanie

Jezus przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości.

A oto imiona dwunastu apostołów: pierwszy – Szymon, zwany Piotrem, i brat jego Andrzej, potem Jakub, syn Zebedeusza, i brat jego Jan, Filip i Bartłomiej, Tomasz i celnik Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, Szymon Gorliwy i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził.

Tych to Dwunastu wysłał Jezus i dał im takie wskazania: «Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego. Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie». (Mt 10, 1-7)

Nie wiem czy ktoś z Was pomyślał kiedyś o medytacji w kontekście powołania? Zazwyczaj kojarzymy termin „powołanie” z jakimś konkretnym wymiarem życia, może dlatego rzadko myślimy o powołaniu do modlitwy, które jest jednym z aspektów życia chrześcijańskiego, koniecznym do jego podtrzymywania i ożywiania. W tym sensie również można mówić, że konkretne rodzaje modlitwy są wpisane w konkretny wymiar powołania. Modlitwa kontemplacyjna – w powołanie kontemplacyjne, modlitwa brewiarzowa – w powołanie kapłańskie i zakonne, modlitwa adoracyjna – w powołanie klauzurowe, modlitwa monastyczna – w klimat powołania monastycznego. Naturalnie różne rodzaje modlitwy będą się przeplatały w różnych powołaniach, ale zawsze jakiś rodzaj modlitwy jest bardziej charakterystyczny dla danej drogi powołania.

Jak już wielokrotnie wspominaliśmy medytacja jest sama w sobie drogą. Zwłaszcza gdy mówimy o jej aspekcie monologicznym.  Doświadczenie pokazuje, że nie wszyscy, którzy próbują zmierzyć się z tym rodzajem modlitwy odnajdują w niej „swoją” modlitwę. Są jednak tacy, którzy wchodząc w praktykę medytacji monologicznej doświadczają, że ten rodzaj medytacji przesądza o sposobie modlitwy, który wyznaczy jej sposób na długie lata a często i na całe życie. W tym sensie medytacja monologiczna staje się powołaniem, czyli darem ofiarowanym nam przez Pana Boga. Mam głębokie przekonanie, że – jak uświadamia nam to często św. Paweł – nie czerpiemy zdolności do tej modlitwy sami z siebie, ale staje się ona dla nas łaską, darem.

Oczywiście praktyka medytacji monologicznej nie wyklucza innych sposobów modlitwy, ale staje się osią budowania naszej osobistej relacji z Bogiem i dopełnieniem wszystkich innych rodzajów modlitwy.

Innymi słowy: mogę modlić się Liturgią Godzin, mogę modlić się na różańcu, czy adorować Najświętszy Sakrament, ale bez codziennej praktyki medytacji odczuwałbym zawsze jakiś brak, jakiś niedosyt. A z drugiej strony z biegiem czasu – sądzę, że to doświadczenie wszystkich praktykujących medytację – widzę, że medytacja monologiczna pogłębia wszystkie inne wymiary modlitwy nadając im bardziej kontemplacyjny, bardziej skupiony na Bogu niż na moim „ja” wymiar.

Obraz dzisiejszej Ewangelii jest bardzo adekwatnym dla doświadczenia praktyki codziennej medytacji. Codzienna medytacja uświadamia mi bowiem, że Jezus przywołuje mnie codziennie do siebie, tak jak przywołał Apostołów, aby udzielać mi swojej mocy. Trwanie przy Jezusie, „bycie z Nim” na medytacji, czyni mnie mocnym w mojej kruchej osobowości i w najbardziej kruchych sytuacjach życia.

Podstawą medytacji jest Słowo a to z kolei uświadamia mi, że nigdzie poza nim nie znajdę głębszego źródła mojej mądrości. Codzienna medytacji pozwala mi nie tylko uświadomić sobie, że staję przed Bogiem, moim Stwórcą i Odkupicielem, ale też odkryć i doświadczyć tego, że On wciąż patrzy na mnie i mówi do mnie. Dialog zaś jest najlepszym obrazem relacji. Ktoś, kto trwa w dialogu pokazuje, że zależy mu na budowaniu relacji.

Medytacja będąc modlitwą jest otwarciem całego człowieka, całej głębi osobowej na obecność i działanie zbawcze Boga. Konkretnie: chodzi o to, by z maksymalną uwagą nakierować wszystkie zmysły (zwłaszcza słuch i wzrok) a przede wszystkim duchowe zdolności (pamięć i rozum) na Słowo, który towarzyszy medytacji i będąc synonimem Obecności Boga uczy nas jednocześnie przeżywać z zjednoczeniu z Nim nasze „tu i teraz”. „To zaktywizowanie i ukierunkowanie zdolności poznawczych w medytacji – jak pisze Merton –  obudzi głębię serca”.

Taka postawa jest naszą odpowiedzią na działanie łaski w praktyce medytacji. Polega ona głównie na poddaniu się prowadzeniu przez Słowo tam, gdzie ono pragnie nas zaprowadzić: w ciszę, w głębszy kontakt ze sobą, w doświadczenie obecności Boga, w kontemplację…

Dopełnieniem powołania medytacyjnego jest to, że owoce codziennej praktyki przenosimy w nasze życie, w którym dzięki medytacji uświadamiamy sobie jego głębię, zacierając iluzoryczną granice między sacrum i profanum, ponieważ cale nasze życie jest święte. Medytacja pozwala nam nieustannie przeżywać prawdę, że „w Bogu żyjemy, poruszmy się i jesteśmy” [Dz 17.28], że każda bez wyjątku sytuacja czy wydarzenie jest zaproszeniem do otwartości na Jego łaskę i że „tu i teraz” jest wszystkim, co tak naprawdę mamy i im lepiej, głębiej i bardziej świadomie przeżyjemy chwilę obecną, tym lepiej i głębiej przeżyjemy całe nasze życie.

Codzienna medytacja uczy mnie jak ufnie składać moje życie w Boże ręce i nieustannie żyć prawdą, której uczy św. Paweł „że nic nas nie może odłączyć od miłości Chrystusowej” [por. Rz 8, 35]

Jezus Mistrzem naszego sposobu słuchania i patrzenia

Podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, [wie], że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą. Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim* dla ich dobra.  [Rz 8,26-28]

Wymiar kontemplacyjny jest wpisany w życie osoby ludzkiej: można kontemplować patrząc na słońce wschodzące o poranku lub na szczyty gór; można kontemplować słuchając muzyki lub śpiewu ptaków, czy stojąc przed dziełem sztuki… Carlo Maria Martini, posłany jako biskup do Mediolanu, zatytułował swój pierwszy list pasterski „Kontemplacyjny wymiar życia”. Istotnie, mieszkańcom wielkich miast, gdzie wszystko, możemy powiedzieć, jest sztuczne i funkcjonalne, grozi utrata zdolności do kontemplacji.

Kontemplacja nie jest przede wszystkim sposobem działania, lecz sposobem bycia.

Bycie człowiekiem kontemplacyjnym nie zależy od oczu, lecz od serca – przypomniał papież Franciszek. I również w sercu zaczyna się modlitwa, jako akt wiary i miłości, jako sposób naszej relacji z Bogiem.

„Modlitwa oczyszcza serce, a wraz z nim rozjaśnia także spojrzenie, pozwalając nam pojąć rzeczywistość z innego punktu widzenia” – pisze w Merton w Nowym posiewie kontemplacji.

Katechizm Kościoła Katolickiego opisuje tę przemianę serca przez modlitwę, odwołując się do znanego świadectwa świętego Jana Vianneya, proboszcza z Ars: „Kontemplacja jest spojrzeniem wiary utkwionym w Jezusa Chrystusa”. «Wpatruję się w Niego, a On wpatruje się we mnie» – mówił do w czasach swego świętego proboszcza wieśniak z w Ars modlący się przed tabernakulum..

Spojrzenie Jezusa, które On kieruje na nas i które zawsze jest darem łaski ludzkiego serca; uzdalniając nas do widzenia wszystkiego w świetle Jego prawdy i miłosiernej miłości (por. KKK, 2715).

Dlatego kontemplatywny wymiar życia, o którym pisze Franz Jalics rodzi się w sercu, które czuje, że jest postrzegane z miłością.

„Wpatruję się w Niego, a On wpatruje się we mnie!”

Dodatkowo w praktyce medytacji możemy powiedzieć: „Wsłuchuję się w Niego a On wsłuchuje się we mnie!”

To Jezus jest dla nas Mistrzem tego spojrzenia i słuchania! Dlatego On znajduje się w centrum modlitwy, którą słusznie nazywamy Modlitwą Jezusową.

Jak uczy papież Franciszek: „W życiu Jezusa nigdy nie brakowało okresów i przestrzeni, milczenia, miłosnej komunii, która pozwala istnieniu, by nie zostać spustoszonym przez nieuniknione próby, lecz zachować piękno w nienaruszonym stanie. Jego tajemnicą była relacja z Ojcem Niebieskim”.

To jest tajemnica, w którą Jezus pragnie wprowadzać także nas poprzez praktykę medytacji i kontemplacji.

I jeszcze jedno zdanie Ojca Świętego: „Niektórzy dawni mistrzowie duchowości pojmowali kontemplację jako przeciwieństwo działania i wywyższali te powołania, które uciekają od świata i jego problemów, aby całkowicie poświęcić się modlitwie. W Jezusie Chrystusie i w Ewangelii nie ma jednak opozycji między kontemplacją a działaniem. Być może taka tendencja pochodzi z wpływów jakiegoś filozofa neoplatońskiego, ale z pewnością jest to dualizm, który nie należy do orędzia chrześcijańskiego”.

W medytacji i kontemplacji, w która może się ona przeradzać chodzi jedynie o to, aby iść za Jezusem droga miłości.

Święty Jan od Krzyża twierdził, że: „mały akt czystej miłości jest bardziej pożyteczny dla Kościoła niż wszystkie inne dzieła razem wzięte.

Największe dzieła, które są owocem chrześcijańskiego rodzą się zawsze z modlitwy, a nie z pychy naszego „ja”. Droga medytacji i kontemplacji pozwala by to, co jest często dyktatem naszego „ja” zostało oczyszczone przez pokorę i przez miłość włączone w dzieło samego Boga.