Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Zachowani w imieniu Jezus

W czasie Ostatniej Wieczerzy Jezus, podniósłszy oczy ku niebu, modlił się tymi słowami:

«Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, i ustrzegłem ich, a nikt z nich nie zginął z wyjątkiem syna zatracenia, aby się wypełniło Pismo.

Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jeszcze na świecie, aby moją radość mieli w sobie w całej pełni. Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata.

Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie». (J 17, 11b-19)

 

W ostatnim tygodniu okresu paschalnego Ewangelia zabiera nas jeszcze raz do Wieczernika, by uczynić nas świadkami jednej z najpiękniejszych modlitw, jakie zna historia – Modlitwy Arcykapłańskiej Jezusa.

Dzisiaj słuchamy kolejnych strof tej modlitwy i z pewnością uwagę każdego, kto podąża droga medytacji monologicznej, Modlitwy Jezusowej przyciągnie zdanie Jezusa, który prosi Ojca: „zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś…”

Można powiedzieć wsłuchując się w słowa Modlitwy Arcykapłańskiej, że Bóg Ojciec dał Jezusowi swoisty „prezent”. Mam na myśli nas samych. To prezent, który przede wszystkim sprawia Jezusowi dużo kłopotu. Jednak Jezus cieszy się z tego „prezentu”. I chce, abyśmy byli z Nim na zawsze. Modlitwa nieustanna, do której wzywa nas sam Pan [por Łk 18,1] jest jednym z wymiarów odkrywania tego nieustannego zjednoczenia z Jezusem.

Dla mnie osobiście modlitwa monologiczna jest takim szczególnym prezentem, który został mi podarowany przez Pana Jezusa.

To modlitwa, która pozwala mi nieustannie czuć Jego obecność.

To modlitwa, która uczy mnie polegać jedynie na Bożej łasce.

To modlitwa, w której pozwalam co dnia prowadzić się Jezusowi, który przez tę modlitwę bierze mnie za rękę w mojej słabości i nie pozwala abym się zagubił na bezdrożach świata, lecz abym z Nim szedł wytrwale do celu.

To modlitwa, która pozwala mi szukać schronienia w Imieniu Jezus.

To modlitwa, w której Jezus walczy o mnie i to pomimo tego, że ja często odwracam się od Niego a świadomość tej walki odkrywam zwłaszcza w trudnych momentach mojego życia.

To modlitwa, która wprowadza mnie w tajemnicę Jezusowego Serca.

To modlitwa, przez którą Jezus „Uświęca mnie w prawdzie” i pozwala mi doświadczać tego, że „stanowimy jedno” ze wszystkimi, którzy idą drogą modlitwy monologicznej, choćby byli oddaleni czasem i przestrzenią.

To wreszcie modlitwa, która jest źródłem nieustającej radości w moim sercu, bo czy można pragnąć tu na ziemi innego i wspanialszego daru niż trwanie w Bogu, którego bliskości ta modlitwa jest urzeczywistnieniem!?

Ale Modlitwa Arcykapłańska, towarzysząca nam w tych dniach jest też pięknym obrazem modlitwy wstawienniczej, w której Jezus modli się za Apostołów w ich obecności. Zastanawiam się czasem, co Apostołowie przeżywali w swoich sercach, kiedy Jezus modlił się za nich?

Podobne doświadczenie towarzyszy mi, gdy modlę się przyzywając w medytacji monologicznej imienia JEZUS. To nie tylko Ja modlę się do Niego, przez Niego i zanurzony w Jego obecność, ale On także przez moc Imienia, które towarzyszy tej modlitwie modli się we mnie i za mnie:

„Ojcze, zachowaj go w Twoim imieniu (…), ustrzeż od złego (…), uświęć w prawdzie”. On ciągle modli się za Mnie! Jego modlitwa jest wzorem i pełną modlitwy nieustannej!

Warto czasem pomyśleć co czujemy w naszym sercu i co myślimy, mając świadomość, że siadając do codziennej medytacji Jezus modli się wraz z nami, w nas i za nas włączając nas tym samym w swoją nieustanną modlitwę do Ojca?

Wstąpienie w wieczność

Jezus, ukazawszy się Jedenastu, powiedział do nich:

«Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Te zaś znaki towarzyszyć będą tym, którzy uwierzą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, a ci odzyskają zdrowie».

Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał naukę znakami, które jej towarzyszyły. (Mk 16, 15-20)

Kiedy Jezus chciał wyjaśnić słuchaczom jakąś rzeczywistość nadprzyrodzoną, często sięgał do obrazów wziętych z życia, by przez porównanie przybliżyć prawdę, którą chciał objawić.   Pomyślałem sobie, że dotykając prawdy o wniebowstąpieniu Jezusa również możemy odwołać się do takiego znanego znakomitej większości z nas doświadczenia a mianowicie różnicy między zakochaniem a miłością.

Zakochanie to czas, kiedy nam się wydaje, że spotkaliśmy osobę, która uczyni nas szczęśliwym; miłość natomiast zaczyna się z chwilą podjęcia decyzji, że to ja chcę uczynić szczęśliwą tę drugą, kochaną osobę. W konsekwencji to już nie moje plany i wizje są najważniejsze. Gotowy jestem zrezygnować ze swoich pragnień ze względu na drugą osobę. Jest to droga nie tylko do dojrzałej relacji, ale także do osobistego wzrostu i szczęścia.

Dzisiaj widzimy, jak zmienia się relacja uczniów do Pana Jezusa. Podczas Jego ziemskiego życia uczniowie mieli mnóstwo wyobrażeń na temat Mesjasza i oczekiwań co do Niego. Jako dobrzy Żydzi marzyli o wyzwoleniu i pomyślności Izraela, jako zwykli ludzie pragnęli własnego szczęścia. Jezus Mesjasz budując swoje królestwo, które Żydzi kojarzyli z doczesnością miał im to szczęście zapewnić. Jego śmierć pogrzebała te nadzieje, ale Jego zmartwychwstanie wzmogło oczekiwania. Stąd naglące pytanie uczniów, które słyszymy w dzisiejszym pierwszym czytaniu: Czy to wtedy przywrócisz królestwo Izraela?

Jednocześnie coś się zmienia w uczniach, gdy idą głosić Ewangelię. Pogodzili się z myślą, że Jezus nie jest Mesjaszem z ich wyobrażeń, który odnowi polityczny byt. I kiedy w końcu porzucili swoje wizje, byli w stanie rozpoznać Syna Bożego, który ma zbawić cały świat. Choć Jezusa nie było już pomiędzy nimi, nagle doświadczyli prawdziwej bliskości z Nim. W każdym miejscu współdziałał z nimi. Jeśli wcześniej mogli zobaczyć, jak uzdrawia i czyni cuda, teraz doświadczyli, jak działa przez ich własne ręce. Poznali prawdziwego Jezusa, zaczęli żyć prawdą i miłością objawioną im przez Ducha Świętego, a nie złudzeniami. To zupełnie inny poziom bliskości.

Na tym polega paradoks wniebowstąpienia. Wydaje się, że aby zasiąść po prawicy Ojca, Jezus odszedł z tego świata. Ale to nieprawda. W chwale niebieskiej Jezus jest jeszcze bliżej nas. Królestwo Boże nie jest daleko, jest pomiędzy nami. Duch Święty, jeśli Go przyjmiemy, zstępuje właśnie po to, aby otworzyć nam oczy i pokazać nam tę rzeczywistość.

Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego zaprasza nas, byśmy razem z „mężami z Galilei” wpatrywali się w niebo i ufnie przylgnęli do Jezusa. To zapatrzenie w wieczność, do której zmierzamy wyznacza nasz azymut. Niestety zbyt często gubimy tę ważną perspektywę i skupiając się zbyt mocno na tym co doczesne i pozwalamy by urastało to do rangi problemu, który wypełnia całą naszą rzeczywistość. Tymczasem tylko z właściwej perspektywy możemy właściwie ocenić to, co jest naszym udziałem tu i teraz.  I tą perspektywą dla chrześcijanina jest właśnie wpatrywanie się w niebo, w cel naszych dążeń.

Pięknie pisze o tym w jednej ze swoich książek p. t. „W pełni wiary” wybitny współczesny teolog Hans Urs von Balthasar: „Wieczność to jest to coś w naszym duchowym DNA, coś z samego Boga, co sprawia, że gdy raz zaistniejemy to już trwamy… Życie tutaj to jakby kurs przygotowawczy do życia w wieczności. Gdy zaczynamy rozumieć, że życie to coś znacznie więcej niż to, co doświadczamy tu i teraz i uświadamiamy sobie, że jest ono przygotowaniem do wieczność, to zaczynamy żyć zupełnie inaczej.

Gdy na życie patrzymy w świetle wieczności to wpływa to na nasze relacje z innymi, na podejmowane zadania oraz okoliczności. Nagle okazuje się, że wiele zajęć, starań, a nawet problemów, które wydawały się ogromnie ważne, to rzeczy małej wagi. W świetle wieczności zmienia się hierarchia naszych wartości. Mądrzej zarządzamy pieniędzmi i czasem. Relacje z innymi oraz kształtowanie własnego charakteru cenimy bardziej niż popularności, stan posiadania, osiągnięcia, a nawet przyjemności.

Zmianie ulegają też nasze priorytety. Podążanie za trendami, modami i powszechnie przyjętymi wartościami nie maja już dla nas aż takiego znaczenia. Im bliżej Boga żyjemy, tym bardziej wszystko to, co naprawdę nieistotne dla życia wiecznego zaczyna tracić na znaczeniu”.

Apostoł Paweł  w Liście do Filipian napisał: „wszystko to, mi było zyskiem, uznałem ze względu na Chrystusa za stratę” (Flp 3, 7-8). Chrystus wnosząc w jego życie, podobnie jak i w życie pozostałych apostołów perspektywę wieczności zmienił zupełnie ich postrzeganie świata. I nas także pragnie nauczyć tego samego sposobu patrzenia.

Najbardziej szkodliwym aspektem współczesnego stylu życia jest myślenie krótkowzroczne.

 

Bo jak pisze poeta:

Bo moja krótkowzroczność jest

Jedną z przeszkód mojego istnienia

Widzę tylko to co chcę widzieć

Innych rzeczy nie doceniam

 

Czy nie jest tak, że ta pamięć o wieczności jest czasami drażniąca i niewygodna i wolelibyśmy o niej zapomnieć?

Czy nie jest tak, że chcielibyśmy przed tą niewygodną świadomością o wieczności, która będzie konsekwencją naszego doczesnego życia uciec, pozbyć się jej i tym samym uciec od wyrzutów sumienia i niewygodnego poczucia winy, które nosimy w sobie właśnie z powodu krótkowzrocznego sposobu myślenia, którego owocem nierzadko jest krzywda wyrządzona innym przez nas lub fakt, że zamykamy oczy na potrzeby bliźnich i usypiamy swoje sumienie obojętnością?

By życie przeżyć najpełniej po chrześcijańsku musimy stale dbać o dwie rzeczy: w umysłach pielęgnować wizję wieczności, a w sercach nosić poczucie jej wartości.

Bo jak zwykł mawiać  Clive S. Lewis „Każdy nasz czyn trąca jakąś strunę, która zagra dopiero w wieczności”.

 

Medytacja – pełne zanurzenie w Obecność

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi.

Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi». (J 16, 12-15)

„Życie stworzenia Bożego ma na celu oddawanie chwały Bogu w Trójcy Świętej Jedynemu” – napisze św. Tomasz a Akwinu, gdy rozwinie tezę, którą znajdujemy już w Księdze Mądrości: „Głupi już z natury są wszyscy ludzie, którzy nie poznali Boga: z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego, który jest, patrząc na dzieła nie poznali Twórcy (…) Bo z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę (Mdr 13, 1-5). Najbardziej zaś z całego stworzenia – zdaniem Akwinaty ujętym w słynnej Summie Teologicznej – chwałę Bogu powinien oddawać człowiek, bo jest on też najważniejszy w hierarchii stworzenia, ponieważ to on potrafi myśleć i w swoim życiu kieruje się zmysłami.

Święty Tomasz  ponadto we wspomnianej Summie Teologicznej uważał, że skoro człowiek jest istotą rozumną, powinien iść przez życie drogą cnotliwą i wolną od grzechów. Jedną z propozycji, które daje swoim czytelnikom winno być pragnienie, by każdego dnia zanurzać nasze życie w Bogu, by owocem tego był pokój panujący naszym sercu.

Z kolei Katechizm Kościoła Katolickiego uczy nas, że „całe życie chrześcijańskie jest komunią z każdą z Osób Bożych, bez jakiegokolwiek ich rozdzielenia. Kto oddaje chwałę Ojcu, czyni to przez Syna w Duchu Świętym; kto idzie za Chrystusem, czyni to, ponieważ Ojciec go pociąga, a Duch porusza.” (KKK n. 259)

Oczywiście, by w pełni zrozumieć to, że nasze życie jest zjednoczone z Bogiem potrzebujemy Ducha Prawdy, który nas o tym poucza.

Jezus w dzisiejszej Ewangelii poniekąd przygotowuje nas na przyjęcie Ducha Świętego. Jego natchnienia przychodzą często przez Słowo. Dlatego praktyka medytacji, kontemplacji, adoracji Najświętszego Sakramentu zawsze kojarzyły mi się z miejscem szczególnie uprzywilejowanym w otwartości na działanie Ducha Świętego. To te momenty w praktyce życia duchowego, gdzie możemy doświadczyć, że Bóg mówi wprost do naszego serca, gdyż rolą tych form modlitwy jest prowadzenie do otwartości serca człowieka, stąd inna nazwa, której często używa się zamiennie – Modlitwy Serca.

Medytacja monologiczna – jak chce tego wspomniany wcześniej św. Tomasz z Akwinu – jest sposobem zanurzania naszego życia w Bogu. Owocem tej praktyki jest nie tylko pokój serca, ale i doświadczenie, które pięknie opisuje pewien mnich benedyktyński w swojej książce będącej zapiskami z modlitwy wewnętrznej i rozmów z samym Panem Jezusem: „Przenoszę jego duszę (dusze modlącego się) tam, gdzie Ja jestem. Z radością przyjmuję jego pragnienie przebywania w Mojej bliskości. Daję łaskę Mojej obecności w najtajniejszej części jego duszy. Tam może mnie znaleźć i adorować.” [In Sinu Jesu]

Te zdania pokazują niezbicie, że pragnienie przebywania w obecności Jezusa, którego owocem jest medytacja, czy Modlitwa Jezusowa, jeśli jest prawdziwe i wielkie zostaje wynagrodzone łaską odczuwania tej obecności zawsze i wszędzie. Czy to nie echo słów św. Pawła z dzisiejszego pierwszego czytania mówiących, że „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,28), bo choć to oczywiste, to nie wszyscy nosimy w sobie tę łaskę świadomości życia w nieustannej Bożej obecności.

Jest to łaska lub jak kto woli wiedza, która może płynąć z jednego Źródła, jakim jest Duch Święty, który jest tchnieniem naszego życia, którego obecność nieustannie nam towarzyszy, przenika nas i łączy z życiem Trójcy Przenajświętszej. Życie w Duchu Świętym, którego medytacja monologiczna jest jedną z from owocuje zawsze prawdą. Oczywiście jest to wiedza pozaintelektualna, bo nie da się przecież nieustannie myśleć o Bogu, zwłaszcza gdy nasz intelekt jest zaangażowany w inne aktywności. Jednak człowiekowi modlitwy, to nie przeszkadza, bo Duch Święty potrafi „wlewać” w nas swoją wiedzę innymi kanałami, jak chociażby drogą serca czy drogą wiedzy intuicyjnej.  Pięknie o tym pisał jeden z wielkich myślicieli i neotomistów francuskich (skoro już nawiązaliśmy dzisiaj do św. Tomasza z Akwinu) Jacques Maritain, który w swoich rozważaniach nad dziełami św. Tomasza wiele uwagi poświęca dowodom kosmologicznym (drogi św. Tomasza) czy antropologicznym (ontologicznym, aksjologicznym, praktycznym) na istnienie Boga, to jednak szczególnie dużo uwagi poświęca poznaniu intuicyjnemu. Owocem jego przemyśleń jest tzw. „szósta droga” poznania Boga, w którym to sposobie poznania kwestia intuicji człowieka odgrywa istotną rolę w stosunku do aktywności intelektualnej. Nie będę tego zazbytnio rozkminiać w tym miejscu, żeby nie skomplikować tego co piszę. Podzielę się wszak jednym doświadczeniem – dla mnie osobiście praktyka medytacji monologicznej jest najlepszym i najprostszym sposobem odkrywania w praktyce tego, co Jacques Maritain określił mianem „szóstej drogi” poznania Boga. A w skrócie i na pocieszenie dla współczesnych twardogłowych racjonalistów można powiedzieć po prostu, że tam gdzie zawodzi intelekt jest jeszcze na szczęście podarowana nam przez Boga inna droga – Droga Serca! I prośmy, aby Duch Święty dał nam w postaci otwartego i wrażliwego serca najlepsze narzędzie odkrywania Jego nieustannej miłującej obecności. Niech zatem nasze serca przez medytację w pełni zanurzają się w obecność Boga, odkrywając Jego miłość.

Trwać w Jego miłości

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości.

To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna.

To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.

Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni jego pan, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego.

Nie wy Mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby Ojciec dał wam wszystko, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali». (J 15, 9-17)

Trwajcie w miłości mojej! – mówi dziś do nas Jezus. I tak samo mówi do nas dzisiejszy świat: „Trwajcie w miłości mojej!”. Ale rozumie ją zupełnie inaczej – jako trwanie w szukaniu przyjemności, pobłażaniu sobie, wybieraniu „rozwiązań”, które idą po linii najmniejszego oporu. Kiedy w małżeństwie się nie układa, będzie zachęcał do rozwodu, a nie do wytrwania w jedności i wierności. Będzie zachęcał do pobłażania sobie i absolutnej wolności, a nie do ograniczania swoich apetytów, które sam najpierw rozbujał. I na dodatek opatruje to często chwytliwym sloganem: „Jesteś tego warta! Jesteś tego wart!”

Jezus mówi dziś do nas: owszem jesteś warta/wart miłości, ale tej prawdziwej a nie jej namiastek. Niestety żyjemy w świecie, w którym chyba nie ma innego słowa, które byłoby tak często używane i nadużywane jak słowo MIŁOŚĆ. Stąd tyle cierpienia związanego z  faktem, że albo jesteśmy kochani źle, egoistycznie, albo sami nie do końca rozumiemy, co to znaczy kochać.

Dzisiaj Jezus zaprasza nas mówiąc: Trwajcie w miłości mojej! Innymi słowy: „uczcie się miłości widzianej i przeżywanej z Mojej perspektywy. Tylko taki sposób patrzenia uczy nas dostrzegać w innych i w samych sobie o wiele więcej niż potrafimy dostrzec patrząc na kogoś jedynie po ludzku.

Wytrwajcie w mojej miłości, wytrwajcie w tym, że Ja was kocham, zamieszkajcie w tym doświadczeniu bycia kochanym. Tą miłością, której ja od Niego doświadczam, mogę kochać innych. Jeśli Jezus stawia nam takie wymagania, to znaczy, że są one niemożliwe do spełnienia.

Jezus uczy nas całym swoim życiem, że miłość, to nie tylko uczucie, do wymiaru którego zwykł ograniczać ją dzisiaj świat.  Miłość to proces angażujący wszystkie potencjalne możliwości osoby. Dlatego św. Paweł może powiedzieć, że prawdziwa miłość nigdy się nie kończy, co najwyżej zmienia się z biegiem życia. Dojrzewa!

Sama wolność czy samo pragnienie miłości nie wystarcza. Niestety pozostaje ono często na poziomie domniemania, że skoro jestem wolny, to umiem kochać. Sprawdzianem miłości staje się dopiero codzienne życie i to, czy gotów jestem zapłacić za miłość największą cenę. Jezus zapłacił ogromną cenę za nasze zbawienie, które jest owocem Jego miłości do nas: cenę cierpienia, odrzucenia i śmierci. Jeśli chcemy być Jego uczniami nie ominie nas płacenie za wierność miłości. Na szczęście Jezus obdarza nas łaską, czyli potężnym nadprzyrodzonym wsparciem w duchowej walce o wolność, miłość i służbę w naszej codzienności. Bez Niego nie potrafilibyśmy kochać naprawdę. Owocem prawdziwej miłości jest zawsze wewnętrzna radość i pokój serca. To wypłata za nasz wysiłek i wierność dobru wbrew pokusom, by sobie odpuścić. Takiej radości nie może nam dać świat.

Przykazanie miłości, jakie zostawia nam Jezus uświadamia nam, że nie można kochać drugiego człowieka jedynie jakimś wycinkiem naszego człowieczeństwa: duszą, słowem, deklaracją, ciałem. W prawdziwą miłość jest zawsze zaangażowana cała osoba, bo miłość obejmuje całość egzystencji, każdy wymiar jestestwa. Dlatego i tylko dlatego prawdziwa miłość zdolna jest do bezinteresownego daru z siebie.

O takiej miłości Boga mówi dziś Chrystus – miłości, która wypływa z wnętrza Boga podobnie jak lawa wypływa z wulkanu, bo jak ktoś to ładnie powiedział: „Bóg jest jak wulkan kipiący miłością”. I w tej miłości od samego początku mamy swój udział. Istniejemy, żyjemy, bo jesteśmy kochani przez Boga. Jesteśmy przez niego chciani. Nasze życie nie jest igraszką ślepych sił przyrody. Moje i twoje życie jest owocem miłości Boga.

Jezus mówi, że ten, kto jest kochany czuje się szczęśliwy. Dlatego mówi nam nieustannie o miłości Ojca, abyśmy mieli w sobie Jego radość, radość dziecka samego Boga i abyśmy nie musieli już szukać źródła szczęścia gdzie indziej, zadowalając się jego namiastkami.

W człowieku Bóg kocha swoje najpiękniejsze dzieło i cieszy się nim. I żadna nasza słabość ani grzech nie są w stanie przyćmić tej Bożej radości z nas. A pragnąc nas przekonać, do swojej bezinteresownej miłości do nas chce też, aby i nam udzielała się ta radość istnienia, której źródło jest w Bogu.

Będąc przyjacielem Jezusa jestem zaproszony do tego, aby uczyć się patrzeć na wszystko tak jak On, bo tylko wówczas nasza radość może być pełna.

Jezus mówi nam dzisiaj, że jesteśmy przyjaciółmi Boga! Mamy oczywiście problem z wzajemnością, to znaczy Bóg nas traktuje jak przyjaciół, ale my Boga niekoniecznie. Często wyobrażamy Go sobie jak groźnego sędziego, albo żandarma, albo jak złotą rybkę od spełniania życzeń, albo jak niegroźnego staruszka, z którym nie trzeba się liczyć. A On chce, byśmy traktowali Go jak przyjaciela, czyli odpowiedzieli miłością na miłość, lojalnością na lojalność i gotowością oddania życia dla Niego na oddanie Jego życia za nas. Łatwo jest brać dowody przyjaźni, trudniej jest je dawać.

Ale Jezus nie chce nas martwić tym, że nie jesteśmy w stanie odwzajemnić miłości Boga, tak jak byśmy tego pragnęli.  „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili i by owoc wasz trwał” – mówi Jezus.

On nas wybrał na swoich przyjaciół, znając naszą słabość i wiedząc, że my miłości i przyjaźni dopiero się uczymy. Na szczęście jednak mamy najlepszego i najcierpliwszego Nauczyciela – Jezusa.

Im więcej będziemy spędzali z Nim czasu, tym łatwiej nauczymy się przeżywania prawdziwej miłości i przyjaźni. Nauczymy się Jego sposobu patrzenia na rzeczywistość, bo przecież jak mówi stare przysłowie: ”kto z kim przystaje, takim się staje”.

Trwać w Chrystusie

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który go uprawia. Każdą latorośl, która nie przynosi we Mnie owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was będę trwać. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeżeli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie.

Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto nie trwa we Mnie, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. Potem ją zbierają i wrzucają w ogień, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, to proście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami». (J 15, 1-8)

Dzisiejsza Ewangelia pyta nas o nasze zjednoczenie z Chrystusem.

Trwanie w Chrystusie w wymiarze duchowym jest pytaniem o naszą wiarę. O jej głębię! Ale dla mnie osobiście trwanie w Chrystusie w wymiarze praxis, czyli w wymiarze praktyki, ćwiczenia się jest synonimem medytacji monologicznej, do której po raz pierwszy usiadłem trzydzieści pięć lat temu i która na trwałe przesądziła o moim sposobie modlitwy.

Z perspektywy tego czasu wiem, że wierność praktyce medytacji  wymaga duchowego zmagania, ale wiem też, że trwanie w Chrystusie, to jedyna droga do tego, aby nasze życie przyniosło owoc w wymiarze nie tylko duchowym, ale i ludzkim. Nie wiem, gdzie dzisiaj bym był, gdyby w pewnym momencie mojego życia Jezus nie zaprosił mnie na tę drogę. Spoglądając z bardzo osobistej perspektywy  mogę powiedzieć jedynie, że taka droga nie jest łatwa, ale jest konieczna. Przynajmniej dla mnie, ale też dla wielu osób, którym na drodze tego doświadczenia przez te lata towarzyszyłem i które otwierając przede mną swoje serce zechciały się ze mną podzielić swoim osobistym doświadczeniem, które spotyka się w jednym oczywistym dla nas stwierdzeniu: „Jeśli nie chcę przegrać mojego życia to muszę być zjednoczona/y z Jezusem!”.

Piszę te słowa na świeżo po dzisiejszej porannej medytacji, do której obudził mnie mój anioł stróż o 5.00. W tym względzie  jest niezawodny od lat i za tę troskę mu dziękuję. Mnie osobiście dzisiejsza Ewangelia wskazuje właśnie na taką duchowość medytacyjną, która jest duchowością Słowa Bożego.

Dzisiejsza Ewangelia jest dla tych, którzy pracują i pochylają się wytrwale nad wsłuchiwaniem się w Słowo. I Jezus ukazuje dziś tę prawdę o Słowie od strony wnętrza człowieka. Pokazuje jak to Słowo działa w naszym wnętrzu. Punktem wyjścia jest to, że to Słowo jest w nas, że otwieramy przed nim drzwi naszego serca. To wielkie ryzyko, bo ktoś kto na serio otwiera się przed Słowem musi zgodzić się że na to, że nic już nie będzie takie samo. Słowo bowiem oczyszcza człowieka. Ono w nas pracuje, doskonali nas. To jest Słowo o Bogu, ale i o człowieku.

Im dłużej podążam drogą medytacji, tym bardziej jej praktyka uświadamia mi, że potrzebuję ciągłego karmienia się Słowem, potrzebuję ciągłego oczyszczania się mocą Słowa.

Można powiedzieć, że praktyka medytacji monologicznej jest przyjęciem w pokorze i zgodzie tej pracy Jezusa i Jego Słowa we mnie. Ale aby mogła się ona dokonać i wydać owoce potrzebuję „trwać Chrystusie”.

Medytacja pozwala mi uchwycić nie tylko moim umysłem, ale nade wszystko moim sercem i życiem znaczenie tego słowa „trwać”. Jest to bowiem bardziej trwanie Słowa we mnie niż moje trwanie przy Nim. Ono zawsze jest łaską! Ja ze swojej strony mogę jedynie pozwolić lub nie, by to Słowo trwało i pracowało we mnie. Medytacja monologiczna, Modlitwa Jezusowa uczy mnie żyć w komunii ze Słowem, w zjednoczeniu z Nim. To trwanie, to wyraz, ale też i owoc mojej więzi z Bogiem, o którym wiem, że sam z siebie go nie przynoszę. Między tymi, którzy medytują a Bogiem rodzi się coś, co można by określić witalną więzią, tak jak ta, która tworzy się między winnym krzewem a latoroślą, która z niego i dzięki niemu może rozwijać się i wzrastać. Dzięki temu możemy odkrywać z wielkim zdumieniem i zachwytem w sobie tę samą moc, która jest też obecna w Bogu.

Ewangelia dzisiejsza to streszczenie programu dla wszystkich, którzy podążają wiernie drogą medytacji. I przypomina nam, że bycie uczennicą/uczniem Chrystusa zasłuchanym w Słowo to wielki przywilej, ale i wielka odpowiedzialność za ten dar, który On przez swoje Słowo za każdym razem, gdy siadamy do medytacji składa w naszym sercu.