Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Pragnienie by być przy Panu

Uczniowie byli w drodze, zdążając do Jerozolimy. Jezus wyprzedzał ich, tak że się dziwili; ci zaś, którzy szli za Nim, byli strwożeni. Wziął znowu Dwunastu i zaczął mówić im o tym, co miało Go spotkać:

«Oto idziemy do Jerozolimy. A tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą poganom. I będą z Niego szydzić, oplują Go, ubiczują i zabiją, a po trzech dniach zmartwychwstanie».

Wtedy podeszli do Niego synowie Zebedeusza, Jakub i Jan, i rzekli: «Nauczycielu, pragniemy, żebyś nam uczynił to, o co Cię poprosimy».

On ich zapytał: «Co chcecie, żebym wam uczynił?»

Rzekli Mu: «Daj nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie».

Jezus im odparł: «Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić, albo przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony?»

Odpowiedzieli Mu: «Możemy».

Lecz Jezus rzekł do nich: «Kielich, który Ja mam pić, wprawdzie pić będziecie; i chrzest, który Ja mam przyjąć, wy również przyjmiecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej lub lewej, ale dostanie się ono tym, dla których zostało przygotowane».

Gdy usłyszało to dziesięciu pozostałych, poczęli oburzać się na Jakuba i Jana. A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł do nich:

«Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu». (Mk 10, 32-45)

Ewangelia dzisiejsza zaczyna się od słów: „Uczniowie byli w drodze”…

Każda i każdy z nas – współczesnych uczniów Chrystusa – uczestniczy w tym samym doświadczeniu: jesteśmy w drodze – w drodze życia, w drodze wiary, w drodze modlitwy, w drodze medytacji…

Najważniejsze jednak jest to, że w tej drodze idzie z Nami Jezus, który sam jest Drogą. Trzymać się Go, to mieć gwarancję tego, że nie zbłądzimy w drodze do celu, jakim jest nasze zbawienie. Trzymać się Go, oznacza, że możemy mieć pewność, że On przeprowadzi nas zwycięsko przez każde życiowe doświadczenie. Trzymać się Go, oznacza, że przejdziemy przez życie najlepszą z możliwych dróg, którą On zna, my nie musimy! Wystarczy że Mu zaufamy!

Oczywiście każda i każdy z nas ma na tej drodze swoje ludzkie ambicje, plany, podobnie jak synowie Zebedeusza i ich matka. Niezwykłe jest to, że Jezus nie lekceważy naszych ambicji, ale zawsze stara się – jako Dobry Nauczyciel – właściwie je ukierunkować.

Nie do końca rozumiem oburzenie pozostałych apostołów w dzisiejszej Ewangelii. Nie do końca wiem, czy wynikało z zazdrości, czy z obłudy – udawania, że oni nie chcą zasiadać najbliżej Jezusa w Jego chwale!? Bo czy może być piękniejsze pragnienie, bardziej determinujące naszą świętość, niż to, żeby zasłużyć na miejsce blisko Syna Bożego w Jego Królestwie? Oby wszyscy chrześcijanie nosili w sercu takie pragnienia. Może to – zbyt ambitne powie ktoś – zapatrzenie w wieczność determinowałoby to, że mniej bylibyśmy przywiązani do tego świata i do chęci robienie doczesnych karier.

Nie wstydzę się przyznać, że także chciałbym w wieczności siedzieć blisko Jezusa. Niekoniecznie na tronie, niekoniecznie po Jego lewej czy prawej stronie. Wystarczy mi miejsce u Jego stóp. Czy takie pragnienie nie powinno być bliskie każdemu sercu ucznia Chrystusa?

Ale ponieważ moja słabość i grzech nieustannie przypominają mi o tym, że o własnych siłach nie jestem w stanie zrealizować tego pragnienia, ani też nie jestem godzien o nie prosić, więc pozostaje mi inne wołanie, bardziej adekwatne do mojej postawy: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem!” I póki co ono mi wystarczy, bo przypomina mi, że wszystko jest łaską!

A ponad to wezwanie Modlitwy Jezusowej uczy mnie nieustannego zaufania w to, co przygotował mi Jezus i uczenia się gotowości przyjęcia tego daru.

Wiem jedno, że Jezus nie mniej niż ja pragnie dla mnie miejsca w wieczności, co więcej już je przygotował przez swoją śmierć i zmartwychwstanie. Jak wspomniano już wcześniej, codzienna medytacja uświadamia mi, że to nie tylko ja codziennie myślę o Jezusie, ale że i On myśli o mnie i mnie oczekuje. Dzisiaj w modlitwie, w medytacji,  w Eucharystii a kiedyś w wieczności.  

Medytacja pozwala mi się zbliżać do Jezusa jak do Przyjaciela i Powiernika. A powtarzane w rytmie oddechu wezwanie jest pełnym ufności i miłości wezwaniem, aby On strzegł mnie i mojego miejsca zarówno teraz, jaki w wieczności.

Nie wiem, co jest moim kielichem doświadczeń, jaki jeszcze mam do wypicia w tym życiu. Ale jeśli pomyślę tylko, że Tym który mi go przygotował jest Jezus, który zawsze pragnie mojego dobra, to wiem, że o nic nie muszę się martwić. Medytacja monologiczna to także prośba o to, abym był gotów przyjmować Jego wolę i to, co ona przynosi mi każdego dnia.

W codziennej medytacji Jezus pokazuje mi ewangeliczną drogę do nieba. A sama praktyka medytacji od zawsze jest dla mnie drogą i szkołą wolności serca, uwalniającej od niezdrowej rywalizacji i wywyższania się, uwalniającej od skupiania się na sobie samym, zabezpieczającej przed uleganiem modzie tego świata, który tak lubi manifestować swoją władzę i siłę nad innymi; ale jest też drogą, która nieustannie przypomina mi o tym, że powołanie do wielkości mamy w genach. Może nie koniecznie jest to wielkość rozumiana z perspektywy tego świata, ale ta, o której mówił patron dnia dzisiejszego św. Filip Neri: „Wszyscy są stworzeni do wielkości. I do tego, by przez całą wieczność być blisko Jezusa. Tego nie można kupić ani pieniędzmi, ani dobrymi uczynkami. Tego nie można też załatwić po znajomości. To się osiąga służbą i zgodą na cierpienie, które jest nam zadanie do pokonania. Prawdziwą wielkością człowieka jest bowiem miłość, a ona realizuje się w służbie i poprzez akceptację cierpienia i życia. Wszelkie inne postacie wielkości są złudne – dają poczucie wielkości, ale wielkością nie są, więc szybko przynoszą rozczarowanie”.

Paraklet

W ostatnim, najbardziej uroczystym dniu Święta Namiotów Jezus wstał i zawołał donośnym głosem:

«Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie – niech przyjdzie do Mnie i pije! Jak rzekło Pismo: Rzeki wody żywej popłyną z jego wnętrza».

A powiedział to o Duchu, którego mieli otrzymać wierzący w Niego; Duch bowiem jeszcze nie był dany, ponieważ Jezus nie został jeszcze uwielbiony. (J 7, 37-39)

Gdyby policzyć wszystkie zesłania Ducha Świętego opisane w Ewangeliach i Dziejach Apostolskich, zebrałoby się ich przynajmniej kilka. I nie są to analogiczne opisy tego samego wydarzenia. Każde z nich jest inne, jedyne i niepowtarzalne.

Ewangelia Jana zaprasza nas dziś ponownie do Wieczernika w dniu zmartwychwstania. Jesteśmy świadkami spotkania, podczas którego Jezus „tchnie” na Apostołów, mówiąc do nich: „Weźmijcie Ducha Świętego”.

Dlaczego właśnie to wydarzenie, jakim było zesłanie Ducha Świętego przykuwa naszą uwagę równie mocno jak Zmartwychwstanie? Otóż najprostszą odpowiedzią byłaby ta, że jest to wydarzenie niezwykłe, oryginalne i z tej racji doskonale wpisuje się w mentalność współczesnego odbiorcy.

Bo czy nie jest trochę tak, że żyjemy w czasach mających obsesję na punkcie oryginalności i niepowtarzalności!? Im bardziej coś jest niezwykłe, niespotykane, jeszcze nieodkryte, a najlepiej szokujące swoją nowością, tym lepiej i tym łatwiej przyciąga uwagę innych. Taka musi być sztuka, taka musi być popkultura, technologia i – co najważniejsze – taki musi być człowiek.

Nie tak dawno słyszałem (chyba dosyć smutną) odpowiedź pewnej nastolatki, maturzystki z renomowanej szkoły społecznej w Warszawie, która zapytana o to „dlaczego tak bardzo chce być oryginalna, chce być – jak to się mówi w języku ludzi młodych – trendy?”, stwierdziła wprost, że: „Jeśli jesteś zwyczajny, niczym się nie wyróżniasz i nie nadążasz za współczesnymi trendami, to nic nie znaczysz!”.

Oczywiście nie chodzi o oryginalność dla samej oryginalności, chodzi o odkrycie własnego „ja”, własnej niepowtarzalności, czegoś wyjątkowego, co jest w każdym gdzieś głęboko schowane.

Jakiś czas temu odwiedzając mojego kolegę kapłana pracującego w duszpasterstwie akademickim w Londynie zauważyłem, że na autobusach miejskich umieszczono hasło: „Słuchaj własnego serca i podążaj za jego natchnieniami”.

W sumie brzmi nieźle i zapewne udałoby się ten slogan obronić niejednemu religijnemu liderowi, gdyby nie fakt, że słowo Boże mówi na ten temat zupełnie coś innego.

W dzisiejszej Ewangelii stoi bowiem czarno na białym, że Duch Święty po odejściu Jezusa do nieba nie będzie mówił niczego od siebie, tylko będzie powtarzał po Synu Bożym. Z ludzkiego punktu widzenia może nam się wydawać, że Duch Święty nie da ludziom nic oryginalnego i swojego, ale weźmie z tego, co Jezusowe i tym będzie ich obdarzał.

Co ciekawe, gdybyśmy sięgnęli do wcześniejszych fragmentów Ewangelii okazałoby się, że z Jezusem sprawa miała się bardzo podobnie. Wielokrotnie powtarzał, że mówi tylko to, co usłyszał od Ojca, i robi tylko to, co widział u Ojca.

Przeciętna uniwersytecka komisja egzaminacyjna słuchając tych słów mogłaby z czystym sumieniem orzec, że w Trójcy Świętej są sami plagiatorzy i odtwórcy. Jezus mówi to, co Ojciec; Duch Święty mówi, to co Jezus i Ojciec… Gdzie tutaj miejsce na ulubioną przez współczesne pokolenie oryginalność i innowacyjność?

Otóż ta oryginalność polega właśnie na tym, że dzięki Duchowi Świętemu dowiadujemy się, że prawda jest tylko jedna, a jej oryginalna wersja, jest w Bogu Ojcu, który jest początkiem wszystkiego, jest stwórcą każdego bytu, a więc wszystkie pomysły – nawet te najbardziej innowacyjne – pochodzą od Niego.

Ten fakt daje nam – chrześcijanom – poczucie ogromnej wolności, wypływającej z faktu, że niczego nie musimy udowadniać i niczego bronić. Prawda jest jedna i nie da się jej zakrzyczeć różnego rodzaju przemijającymi pseudo-filozofiami. Już w latach 60-tych XX wieku, kanadyjski filozof Herbert McLuhlan prorokował: „rozwój mass-mediów uczyni ze świata globalną wioskę, a tym, co może okazać się największą przeszkodą w zrealizowaniu tego projektu na modłę określoną przez największe światowe koncerny oferujące poczucie pseudo-wolności ukrytej pod hasłem globalizacji jest… PRAWDA”.

Jedyne, co powinniśmy zrobić, jako uczniowie Chrystusa, to żyć prawdą, której źródłem jest Duch Święty działający w naszych sercach. A możemy to uczynić jedynie wówczas, gdy staniemy się ludzi autentycznej modlitwy i kontemplacji, które zapraszając nas do „zejścia w głąb” siebie pozwolą Duchowi Świętemu prowadzić nas do prawdy. I w tym sensie warto słuchać własnego serca, pod warunkiem, że ono też słucha Boga, który do niego przemawia.

Jak zwykł mawiać znany niemiecki teolog XX-wieku Karl Rahner: „Chrześcijanin XXI wieku, albo będzie człowiekiem kontemplacji, albo go w ogóle nie będzie” i pozwoli się ponieść prądom współczesnych ideologii i konsumpcji.

Warto dziś zadać sobie pytanie: Czy wolę gonić za nowinkami i newsami, którymi nieustannie świat karmi nieposkromioną ludzką ciekawość – czy wolę zasłuchać się w szept Ducha Świętego, który jest jedynym źródłem prawdy?

Tylko żyjąc prawdą, której źródło odnajdujemy w Bogu i w Jego Słowie, w które wsłuchujemy się wytrwale każdego dnia możemy oprzeć się kłamstwu współczesnego świata i pana tego świata i autentycznością naszego życia opartego na prawdzie, wierze i miłości zmusić do milczenia niewiedzę ludzi głupich – do czego zachęca nas św. Piotr Apostoł w swoim Liście (por. 1P 2,15).  

I tylko ktoś, kto szuka w Bogu, może znaleźć w bliskości z Nim swoją prawdziwą oryginalność i wyjątkowość. Szukając potwierdzenia naszej wyjątkowości w świecie lub w sobie, znajdziemy jedynie skrawki tego, kim naprawdę jesteśmy.

Twórczość i kreatywność Boga Ojca nie mają końca, więc każdy Jego byt i dzieło są niepowtarzalne – dlatego ktoś, kto szuka u Niego, nigdy nie przestanie się dziwić.

Jak wspomniano na początku Zesłanie Ducha Świętego nie było jednorazowym aktem, który miał miejsce w dniu Pięćdziesiątnicy.

Gdyby spojrzeć na historię Kościoła, także tego, którego częścią jesteśmy my sami, nie sposób policzyć wszystkich zesłań Ducha.

Z tego rodzi się jeden wniosek: Duch Święty jest pośród nas i nieustannie zstępuje na kolejne pokolenia uczniów Chrystusa. I tak, jak różni jesteśmy my sami i zadania, przed którymi stajemy, tak różne są dary Jego łaski, jakiej nam nieustannie udziela.

Byle byśmy na te Jego zesłania, w których On pragnie się nam udzielać zawsze pozostawali otwarci.

Zachowani w imieniu Jezus

W czasie Ostatniej Wieczerzy Jezus, podniósłszy oczy ku niebu, modlił się tymi słowami:

«Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, i ustrzegłem ich, a nikt z nich nie zginął z wyjątkiem syna zatracenia, aby się wypełniło Pismo.

Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jeszcze na świecie, aby moją radość mieli w sobie w całej pełni. Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata.

Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie». (J 17, 11b-19)

 

W ostatnim tygodniu okresu paschalnego Ewangelia zabiera nas jeszcze raz do Wieczernika, by uczynić nas świadkami jednej z najpiękniejszych modlitw, jakie zna historia – Modlitwy Arcykapłańskiej Jezusa.

Dzisiaj słuchamy kolejnych strof tej modlitwy i z pewnością uwagę każdego, kto podąża droga medytacji monologicznej, Modlitwy Jezusowej przyciągnie zdanie Jezusa, który prosi Ojca: „zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś…”

Można powiedzieć wsłuchując się w słowa Modlitwy Arcykapłańskiej, że Bóg Ojciec dał Jezusowi swoisty „prezent”. Mam na myśli nas samych. To prezent, który przede wszystkim sprawia Jezusowi dużo kłopotu. Jednak Jezus cieszy się z tego „prezentu”. I chce, abyśmy byli z Nim na zawsze. Modlitwa nieustanna, do której wzywa nas sam Pan [por Łk 18,1] jest jednym z wymiarów odkrywania tego nieustannego zjednoczenia z Jezusem.

Dla mnie osobiście modlitwa monologiczna jest takim szczególnym prezentem, który został mi podarowany przez Pana Jezusa.

To modlitwa, która pozwala mi nieustannie czuć Jego obecność.

To modlitwa, która uczy mnie polegać jedynie na Bożej łasce.

To modlitwa, w której pozwalam co dnia prowadzić się Jezusowi, który przez tę modlitwę bierze mnie za rękę w mojej słabości i nie pozwala abym się zagubił na bezdrożach świata, lecz abym z Nim szedł wytrwale do celu.

To modlitwa, która pozwala mi szukać schronienia w Imieniu Jezus.

To modlitwa, w której Jezus walczy o mnie i to pomimo tego, że ja często odwracam się od Niego a świadomość tej walki odkrywam zwłaszcza w trudnych momentach mojego życia.

To modlitwa, która wprowadza mnie w tajemnicę Jezusowego Serca.

To modlitwa, przez którą Jezus „Uświęca mnie w prawdzie” i pozwala mi doświadczać tego, że „stanowimy jedno” ze wszystkimi, którzy idą drogą modlitwy monologicznej, choćby byli oddaleni czasem i przestrzenią.

To wreszcie modlitwa, która jest źródłem nieustającej radości w moim sercu, bo czy można pragnąć tu na ziemi innego i wspanialszego daru niż trwanie w Bogu, którego bliskości ta modlitwa jest urzeczywistnieniem!?

Ale Modlitwa Arcykapłańska, towarzysząca nam w tych dniach jest też pięknym obrazem modlitwy wstawienniczej, w której Jezus modli się za Apostołów w ich obecności. Zastanawiam się czasem, co Apostołowie przeżywali w swoich sercach, kiedy Jezus modlił się za nich?

Podobne doświadczenie towarzyszy mi, gdy modlę się przyzywając w medytacji monologicznej imienia JEZUS. To nie tylko Ja modlę się do Niego, przez Niego i zanurzony w Jego obecność, ale On także przez moc Imienia, które towarzyszy tej modlitwie modli się we mnie i za mnie:

„Ojcze, zachowaj go w Twoim imieniu (…), ustrzeż od złego (…), uświęć w prawdzie”. On ciągle modli się za Mnie! Jego modlitwa jest wzorem i pełną modlitwy nieustannej!

Warto czasem pomyśleć co czujemy w naszym sercu i co myślimy, mając świadomość, że siadając do codziennej medytacji Jezus modli się wraz z nami, w nas i za nas włączając nas tym samym w swoją nieustanną modlitwę do Ojca?

Wstąpienie w wieczność

Jezus, ukazawszy się Jedenastu, powiedział do nich:

«Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Te zaś znaki towarzyszyć będą tym, którzy uwierzą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, a ci odzyskają zdrowie».

Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał naukę znakami, które jej towarzyszyły. (Mk 16, 15-20)

Kiedy Jezus chciał wyjaśnić słuchaczom jakąś rzeczywistość nadprzyrodzoną, często sięgał do obrazów wziętych z życia, by przez porównanie przybliżyć prawdę, którą chciał objawić.   Pomyślałem sobie, że dotykając prawdy o wniebowstąpieniu Jezusa również możemy odwołać się do takiego znanego znakomitej większości z nas doświadczenia a mianowicie różnicy między zakochaniem a miłością.

Zakochanie to czas, kiedy nam się wydaje, że spotkaliśmy osobę, która uczyni nas szczęśliwym; miłość natomiast zaczyna się z chwilą podjęcia decyzji, że to ja chcę uczynić szczęśliwą tę drugą, kochaną osobę. W konsekwencji to już nie moje plany i wizje są najważniejsze. Gotowy jestem zrezygnować ze swoich pragnień ze względu na drugą osobę. Jest to droga nie tylko do dojrzałej relacji, ale także do osobistego wzrostu i szczęścia.

Dzisiaj widzimy, jak zmienia się relacja uczniów do Pana Jezusa. Podczas Jego ziemskiego życia uczniowie mieli mnóstwo wyobrażeń na temat Mesjasza i oczekiwań co do Niego. Jako dobrzy Żydzi marzyli o wyzwoleniu i pomyślności Izraela, jako zwykli ludzie pragnęli własnego szczęścia. Jezus Mesjasz budując swoje królestwo, które Żydzi kojarzyli z doczesnością miał im to szczęście zapewnić. Jego śmierć pogrzebała te nadzieje, ale Jego zmartwychwstanie wzmogło oczekiwania. Stąd naglące pytanie uczniów, które słyszymy w dzisiejszym pierwszym czytaniu: Czy to wtedy przywrócisz królestwo Izraela?

Jednocześnie coś się zmienia w uczniach, gdy idą głosić Ewangelię. Pogodzili się z myślą, że Jezus nie jest Mesjaszem z ich wyobrażeń, który odnowi polityczny byt. I kiedy w końcu porzucili swoje wizje, byli w stanie rozpoznać Syna Bożego, który ma zbawić cały świat. Choć Jezusa nie było już pomiędzy nimi, nagle doświadczyli prawdziwej bliskości z Nim. W każdym miejscu współdziałał z nimi. Jeśli wcześniej mogli zobaczyć, jak uzdrawia i czyni cuda, teraz doświadczyli, jak działa przez ich własne ręce. Poznali prawdziwego Jezusa, zaczęli żyć prawdą i miłością objawioną im przez Ducha Świętego, a nie złudzeniami. To zupełnie inny poziom bliskości.

Na tym polega paradoks wniebowstąpienia. Wydaje się, że aby zasiąść po prawicy Ojca, Jezus odszedł z tego świata. Ale to nieprawda. W chwale niebieskiej Jezus jest jeszcze bliżej nas. Królestwo Boże nie jest daleko, jest pomiędzy nami. Duch Święty, jeśli Go przyjmiemy, zstępuje właśnie po to, aby otworzyć nam oczy i pokazać nam tę rzeczywistość.

Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego zaprasza nas, byśmy razem z „mężami z Galilei” wpatrywali się w niebo i ufnie przylgnęli do Jezusa. To zapatrzenie w wieczność, do której zmierzamy wyznacza nasz azymut. Niestety zbyt często gubimy tę ważną perspektywę i skupiając się zbyt mocno na tym co doczesne i pozwalamy by urastało to do rangi problemu, który wypełnia całą naszą rzeczywistość. Tymczasem tylko z właściwej perspektywy możemy właściwie ocenić to, co jest naszym udziałem tu i teraz.  I tą perspektywą dla chrześcijanina jest właśnie wpatrywanie się w niebo, w cel naszych dążeń.

Pięknie pisze o tym w jednej ze swoich książek p. t. „W pełni wiary” wybitny współczesny teolog Hans Urs von Balthasar: „Wieczność to jest to coś w naszym duchowym DNA, coś z samego Boga, co sprawia, że gdy raz zaistniejemy to już trwamy… Życie tutaj to jakby kurs przygotowawczy do życia w wieczności. Gdy zaczynamy rozumieć, że życie to coś znacznie więcej niż to, co doświadczamy tu i teraz i uświadamiamy sobie, że jest ono przygotowaniem do wieczność, to zaczynamy żyć zupełnie inaczej.

Gdy na życie patrzymy w świetle wieczności to wpływa to na nasze relacje z innymi, na podejmowane zadania oraz okoliczności. Nagle okazuje się, że wiele zajęć, starań, a nawet problemów, które wydawały się ogromnie ważne, to rzeczy małej wagi. W świetle wieczności zmienia się hierarchia naszych wartości. Mądrzej zarządzamy pieniędzmi i czasem. Relacje z innymi oraz kształtowanie własnego charakteru cenimy bardziej niż popularności, stan posiadania, osiągnięcia, a nawet przyjemności.

Zmianie ulegają też nasze priorytety. Podążanie za trendami, modami i powszechnie przyjętymi wartościami nie maja już dla nas aż takiego znaczenia. Im bliżej Boga żyjemy, tym bardziej wszystko to, co naprawdę nieistotne dla życia wiecznego zaczyna tracić na znaczeniu”.

Apostoł Paweł  w Liście do Filipian napisał: „wszystko to, mi było zyskiem, uznałem ze względu na Chrystusa za stratę” (Flp 3, 7-8). Chrystus wnosząc w jego życie, podobnie jak i w życie pozostałych apostołów perspektywę wieczności zmienił zupełnie ich postrzeganie świata. I nas także pragnie nauczyć tego samego sposobu patrzenia.

Najbardziej szkodliwym aspektem współczesnego stylu życia jest myślenie krótkowzroczne.

 

Bo jak pisze poeta:

Bo moja krótkowzroczność jest

Jedną z przeszkód mojego istnienia

Widzę tylko to co chcę widzieć

Innych rzeczy nie doceniam

 

Czy nie jest tak, że ta pamięć o wieczności jest czasami drażniąca i niewygodna i wolelibyśmy o niej zapomnieć?

Czy nie jest tak, że chcielibyśmy przed tą niewygodną świadomością o wieczności, która będzie konsekwencją naszego doczesnego życia uciec, pozbyć się jej i tym samym uciec od wyrzutów sumienia i niewygodnego poczucia winy, które nosimy w sobie właśnie z powodu krótkowzrocznego sposobu myślenia, którego owocem nierzadko jest krzywda wyrządzona innym przez nas lub fakt, że zamykamy oczy na potrzeby bliźnich i usypiamy swoje sumienie obojętnością?

By życie przeżyć najpełniej po chrześcijańsku musimy stale dbać o dwie rzeczy: w umysłach pielęgnować wizję wieczności, a w sercach nosić poczucie jej wartości.

Bo jak zwykł mawiać  Clive S. Lewis „Każdy nasz czyn trąca jakąś strunę, która zagra dopiero w wieczności”.

 

Medytacja – pełne zanurzenie w Obecność

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi.

Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi». (J 16, 12-15)

„Życie stworzenia Bożego ma na celu oddawanie chwały Bogu w Trójcy Świętej Jedynemu” – napisze św. Tomasz a Akwinu, gdy rozwinie tezę, którą znajdujemy już w Księdze Mądrości: „Głupi już z natury są wszyscy ludzie, którzy nie poznali Boga: z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego, który jest, patrząc na dzieła nie poznali Twórcy (…) Bo z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę (Mdr 13, 1-5). Najbardziej zaś z całego stworzenia – zdaniem Akwinaty ujętym w słynnej Summie Teologicznej – chwałę Bogu powinien oddawać człowiek, bo jest on też najważniejszy w hierarchii stworzenia, ponieważ to on potrafi myśleć i w swoim życiu kieruje się zmysłami.

Święty Tomasz  ponadto we wspomnianej Summie Teologicznej uważał, że skoro człowiek jest istotą rozumną, powinien iść przez życie drogą cnotliwą i wolną od grzechów. Jedną z propozycji, które daje swoim czytelnikom winno być pragnienie, by każdego dnia zanurzać nasze życie w Bogu, by owocem tego był pokój panujący naszym sercu.

Z kolei Katechizm Kościoła Katolickiego uczy nas, że „całe życie chrześcijańskie jest komunią z każdą z Osób Bożych, bez jakiegokolwiek ich rozdzielenia. Kto oddaje chwałę Ojcu, czyni to przez Syna w Duchu Świętym; kto idzie za Chrystusem, czyni to, ponieważ Ojciec go pociąga, a Duch porusza.” (KKK n. 259)

Oczywiście, by w pełni zrozumieć to, że nasze życie jest zjednoczone z Bogiem potrzebujemy Ducha Prawdy, który nas o tym poucza.

Jezus w dzisiejszej Ewangelii poniekąd przygotowuje nas na przyjęcie Ducha Świętego. Jego natchnienia przychodzą często przez Słowo. Dlatego praktyka medytacji, kontemplacji, adoracji Najświętszego Sakramentu zawsze kojarzyły mi się z miejscem szczególnie uprzywilejowanym w otwartości na działanie Ducha Świętego. To te momenty w praktyce życia duchowego, gdzie możemy doświadczyć, że Bóg mówi wprost do naszego serca, gdyż rolą tych form modlitwy jest prowadzenie do otwartości serca człowieka, stąd inna nazwa, której często używa się zamiennie – Modlitwy Serca.

Medytacja monologiczna – jak chce tego wspomniany wcześniej św. Tomasz z Akwinu – jest sposobem zanurzania naszego życia w Bogu. Owocem tej praktyki jest nie tylko pokój serca, ale i doświadczenie, które pięknie opisuje pewien mnich benedyktyński w swojej książce będącej zapiskami z modlitwy wewnętrznej i rozmów z samym Panem Jezusem: „Przenoszę jego duszę (dusze modlącego się) tam, gdzie Ja jestem. Z radością przyjmuję jego pragnienie przebywania w Mojej bliskości. Daję łaskę Mojej obecności w najtajniejszej części jego duszy. Tam może mnie znaleźć i adorować.” [In Sinu Jesu]

Te zdania pokazują niezbicie, że pragnienie przebywania w obecności Jezusa, którego owocem jest medytacja, czy Modlitwa Jezusowa, jeśli jest prawdziwe i wielkie zostaje wynagrodzone łaską odczuwania tej obecności zawsze i wszędzie. Czy to nie echo słów św. Pawła z dzisiejszego pierwszego czytania mówiących, że „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,28), bo choć to oczywiste, to nie wszyscy nosimy w sobie tę łaskę świadomości życia w nieustannej Bożej obecności.

Jest to łaska lub jak kto woli wiedza, która może płynąć z jednego Źródła, jakim jest Duch Święty, który jest tchnieniem naszego życia, którego obecność nieustannie nam towarzyszy, przenika nas i łączy z życiem Trójcy Przenajświętszej. Życie w Duchu Świętym, którego medytacja monologiczna jest jedną z from owocuje zawsze prawdą. Oczywiście jest to wiedza pozaintelektualna, bo nie da się przecież nieustannie myśleć o Bogu, zwłaszcza gdy nasz intelekt jest zaangażowany w inne aktywności. Jednak człowiekowi modlitwy, to nie przeszkadza, bo Duch Święty potrafi „wlewać” w nas swoją wiedzę innymi kanałami, jak chociażby drogą serca czy drogą wiedzy intuicyjnej.  Pięknie o tym pisał jeden z wielkich myślicieli i neotomistów francuskich (skoro już nawiązaliśmy dzisiaj do św. Tomasza z Akwinu) Jacques Maritain, który w swoich rozważaniach nad dziełami św. Tomasza wiele uwagi poświęca dowodom kosmologicznym (drogi św. Tomasza) czy antropologicznym (ontologicznym, aksjologicznym, praktycznym) na istnienie Boga, to jednak szczególnie dużo uwagi poświęca poznaniu intuicyjnemu. Owocem jego przemyśleń jest tzw. „szósta droga” poznania Boga, w którym to sposobie poznania kwestia intuicji człowieka odgrywa istotną rolę w stosunku do aktywności intelektualnej. Nie będę tego zazbytnio rozkminiać w tym miejscu, żeby nie skomplikować tego co piszę. Podzielę się wszak jednym doświadczeniem – dla mnie osobiście praktyka medytacji monologicznej jest najlepszym i najprostszym sposobem odkrywania w praktyce tego, co Jacques Maritain określił mianem „szóstej drogi” poznania Boga. A w skrócie i na pocieszenie dla współczesnych twardogłowych racjonalistów można powiedzieć po prostu, że tam gdzie zawodzi intelekt jest jeszcze na szczęście podarowana nam przez Boga inna droga – Droga Serca! I prośmy, aby Duch Święty dał nam w postaci otwartego i wrażliwego serca najlepsze narzędzie odkrywania Jego nieustannej miłującej obecności. Niech zatem nasze serca przez medytację w pełni zanurzają się w obecność Boga, odkrywając Jego miłość.