Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Tak Bóg umiłował świat

Jezus powiedział do Nikodema:

«Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego.

A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto źle czyni, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby jego uczynki nie zostały ujawnione. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki zostały dokonane w Bogu».(J 3, 14-21)

Słowa, które dziś słyszymy, ogniskują w sobie całą treść Ewangelii: Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Jeśli jesteśmy gotowi przyjąć i uwierzyć w to, co usłyszeliśmy, nie pozostaje nic innego, jak w uwielbieniu adorować tajemnicę zbawienia, która jest tak naprawdę niczym innym, jak tajemnicą miłości Boga wobec nas.

Chciałbym jednak się zatrzymać przy trzech prawdach zawartych w dzisiejszej Ewangelii:

Po pierwsze: przy prawdzie o wszechmocy i wolności Boga, które są podstawą Jego miłości. Bóg jest Tym, który stworzył świat, kocha ten świat i chce go zbawić. Jego działaniu nic nie może przeszkodzić ani diabeł, ani grzech. Czasami jest w nas pokusa dualistycznego myślenia, zgodnie z którym Bóg stworzył świat, ale diabeł pokrzyżował Mu plany i wobec tego Bóg walczy teraz z grzechem. Ale to nieprawda: Boże działanie nie zostało zakłócone: Bóg stwarza, Bóg kocha i Bóg zbawia zapraszając do jedności z sobą.

Z tą pierwszą prawdą związana jest kolejna: Bóg nie potępia! Potępienie jest odrzuceniem Boga, potępia się ten, kto nie chce Go przyjąć. Dla tego, kto jest w jedności z Synem, nie ma już potępienia. My niestety mamy czasem pokusę, aby kogoś potępić: zerwać wspólnotę z osobą, której postępki nam się nie podobają. Tyle że wtedy jest to zaprzeczenie misji Syna Człowieczego, misji którą jako Jego uczniowie i naśladowcy mamy za zadanie kontynuować.

Ale na czym polega ta misja? Na tym, aby pomóc innym otworzyć się na miłość Boga. Żeby jednak tak się stało musimy zgodzić się na to, aby Jezus zasiał najpierw w nas samych swoją miłość. Trzeba chcieć się na nią otworzyć. Tak jak w przypowieści o siewcy. Bóg sieje swoja miłość, ale ode mnie zależy, czy przyjmę to ziarno i czy wydam z niego owoc. Trzeba  zaryzykować życie w miłości. A to nie jest łatwe. I tak naprawdę ten zasiew miłości trwa nadal. Tyle tylko, że Jezus chce się dzisiaj posługiwać nami w mówieniu innym i świadczeniu o miłości Boga. Jezus zdaje się mówić dziś do Nikodema i do każdej i każdego z nas: Nie przybyłem, żeby żądać, ale przybyłem aby obdarować, aby was zaprosić do miłości.

I bywa tak, że czasem odpowiadamy na to wezwanie i z wielkim entuzjazmem, ale potem dzieje się coś, co sprawia, że gubimy dobre chęci, tracimy entuzjazm.

Zauważmy raz jeszcze – to pięknie wybrzmiewa w rozmowie z Nikodemem: Jezusowi nie zależy na tym, żebyś coś Mu obiecała, czy obiecał, albo dał. On chce żebyś przyjął, przyjęła! Żebyś otworzył się na Jego miłość. I nie raz na zawsze, ale żebyś ciągle zaczynał od nowa, dzień po dniu. To błogosławiony Karol de Focouald kazał na swoim grobie wyryć napis: Tu leży ten, który codziennie zaczynał od nowa.

Bo na tym polega sekret drogi świętości i zbawienia. Na tym polega to nowe narodzenie do którego wezwie Jezus Nikodema w dalszej części ich nocnej rozmowy. Trzeba nam się powtórnie narodzić z miłości, bo jeśli tego nie zrobimy nie będziemy w stanie kontynuować naszym życiem misji Jezusa.  W miłości nie chodzi o jakieś nieprawdopodobne rzeczy. Prawdziwa miłość składa się z drobiazgów, tylko trzeba odważyć się nią dzielić. I naprawdę w miłości nie trzeba wiele.

Aby zobrazować to o czym mówię pozwólcie, że przywołam pewne wydarzenie, które opowiadałem w tej parafii podczas rekolekcji, które miałem przywilej głosić tutaj przed 15 laty.

Jest ono związane z Woodstockiem, a właściwie z towarzyszącym mu Przystankiem Jezus, który przeplata się z tym wydarzeniem, bo tam naprawdę dzieje się tyle dobrych spraw. Otóż to o czym opowiem miało miejsce, gdy właśnie wyjeżdżaliśmy wiele lat temu z Woodstocku, gdzie z biskupem Edwardem Dajczakiem uczestniczyliśmy w Przystanku Jezus. I w pewnym momencie zatrzymaliśmy się, bo przy drodze siedziała bardzo smutna dziewczyna. Nawet nie zatrzymywała nikogo. Dlatego zatrzymaliśmy się i zaproponowaliśmy, że ją podwieziemy na dworzec. Mieszkała po drugiej stronie Polski. Wsiadła do auta popatrzyła na nas i zapytała: Księża są też z tych tam od Jezusa.  I nie czekając na odpowiedź  zaczęła mówić, że była tam przez tydzień że ćpała, piła, i że seksu tez nie brakowało, bo był z nią jej chłopak, ale pokłócili się, bo on traktował ja jak przedmiot, wiec gdzieś go tam zostawiła. Wtedy padło pytanie jednego z księży: Czy to nie boli? Takie traktowanie? A ona odparła, że alkohol i narkotyki służą jako dobry znieczulacz, naprawdę źle jest wtedy, kiedy przestają działać. I w pewnym momencie, w chwili trzeźwości przyszła do niej refleksja „Przecież nie można zapić ani zaćpać całego życia” i wtedy zobaczyła, że tam na Woodstocku chodzą młodzi ludzie w koszulkach z napisem Jesteś ważny w oczach Boga. I mówi dalej: Ja nigdy nie byłam ważna w niczyich oczach. Nie wiedziałam zatem, co to znaczy być ważnym w oczach Boga.

I mówi: „wreszcie się odważyłam. Szedł jakiś chłopak. Wyglądał na dobrego człowieka. Miał na sobie te koszulkę z napisem o tym, że jesteś ważny w oczach Boga. Stanęłam przed nim i pokazałam mu brzydki gest, środkowym palcem. Wtedy on, odstawił kubek z kawą, który miał w ręku, popatrzył na mnie i po chwili, w której nie wiem czy myślał, czy się modlił, podszedł i mocno mnie przytulił. I mówi dalej ta dziewczyna: „Wiedzą księża, po raz pierwszy w życiu przytulił mnie i to z taką czułością mężczyzna, o którym wiedziałam, że nic ode mnie nie chce. Nigdy mnie nawet własny ojciec tak nie przytulił. Po czym ten chłopak cofnął się i powiedział: „Widzisz, to jest to, tylko Bóg to robi nieskończenie piękniej. I wtedy się rozpłakałam. I wtedy też mówi ta dziewczyna uświadomiłam sobie, że coś z życiem trzeba zrobić i że może Bóg rzeczywiście nie spisał mnie jeszcze na straty. Myślę sobie, że gdyby ten młody chłopak zaczął jej mówić o miłości Boga, pewnie nic by z tego nie wyszło. Ale on miał serce, które zostało dotknięte miłością Pana Boga i nie potrzeba było slow, wystarczyło przytulenie, które było niepodobne do innych. I ta dziewczyna doskonale odczytała jego znaczenie. Bo komuś, kto w głębi tęskni za miłością nie potrzeba wiele, aby się na nią otworzyć, gdy jej doświadczy.

I Wielki Post jest takim czasem szczególnego zaproszenia do tego, aby się znaleźć w przestrzeni tej ogarniającej każdego z osobna i bardzo indywidualnie miłości Boga.

Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy nie zginął, nie zmarnował życia, ale mógł się nim cieszyć zarówno tu jak i w wieczności.

Owszem trzeba było, aby Jezus został ukrzyżowany, bo Jego krzyż wytrąca ostatecznie argumenty tym, którzy nie wierzą, że Bóg jest miłością.

Pan Jezus przywołuje obraz miedzianego węża na pustyni. Gdy w konsekwencji grzechu na lud przyszła śmierć, ten, kto spojrzał na miedzianego węża, którego Bóg polecił wykonać Mojżeszowi, odzyskiwał zdrowie. Wąż na pustyni był obrazem Bożego miłosierdzia. Skoro Boże miłosierdzie objawiało się w kawałku metalu, to tym bardziej może się objawić w naszych, nawet najdrobniejszych gestach miłości.

Tamto wydarzenie z Woodstoku ciągle mi przypomina o tym dlaczego Jezus na Krzyżu ma rozpostarte ramiona. Bo chce każda i każdego z nas przytulić, tak mocno, abyśmy mogli usłyszeć bicie Jego Serca bijącego dla nas z miłością i byśmy już nigdy w tę miłość nie zwątpili.

Iść na spotkanie do Tego, który czeka

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem, powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni.

Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim». (Mt 5, 17-19)

Dzisiejsza Ewangelia chce nas uwrażliwić na Boże Prawo i na wierność w życiu Słowem.

Słowo zostało dane po to, aby je wypełniać. Najpełniej słowo wypełnia się w Jezusie – w Jego osobie, będącej uobecnieniem słowa Bożego, ale też w Jego życiu, które jest wzorem posłuszeństwa temu słowu.  To posłuszeństwo było owocem wewnętrznego zjednoczenia Jezusa z Ojcem. Jeśli przylgniemy do Chrystusa, On nauczy nas tak wiernego wypełniania Bożego słowa. Drogą do tego przylgnięcia jest medytacja. Ona przez zasłuchanie i podążanie za słowem kształtuje w nas zdolność zlewania się z nim naszej woli.

Wysiłek medytacji, jeśli będzie systematyczny będzie prowadził do znajdowania w słowie źródła mądrości i ukojenia. A to z kolei będzie rodziło w naszym sercu ład i ciszę, będące owocem zgody na działanie w naszym wnętrzu łaski. Następnie praktyka medytacji pozwala nam to samo doświadczenie przenosić na życie zewnętrzne. Ład, pogoda ducha i pokój w życiu zewnętrznym są obrazem zgody na to, by w życiu realizowało się Boże Prawo i Boża wola.  Są także potwierdzeniem głębokiej jedności między życiem wewnętrznym i zewnętrznym.

Fenomen Słowa Bożego polega na tym, że ilekroć się w nie wsłuchujemy, tylekroć dotyczy ono bezpośrednio osoby, która się w nie wsłuchuje. Ono pragnie wypełnić i przemienić życie konkretnej osoby, ale owoce tej przemiany są zależne od osobistej otwartości na to słowo.

To działanie słowa doskonale obrazuje doświadczenie medytacji. Nawet jeśli w praktyce medytacji posługujemy się jednym słowem (Jezus, Marana-tha), czy jednym wezwaniem (Panie Jezu, Synu Boży ulituj się nade mną grzesznikiem), to zawsze będzie ono wyrażane w różnoraki sposób. To słowo jest zawsze inne, zawsze świeże, zawsze pełne łaski, choćby było powtarzane w nieskończoność. Jak pisze o tym jeden ze współczesnych mistyków: „Modlitwa, wyrażona jednym słowem potrafi być bardziej zróżnicowana i osobista, niż można to sobie wyobrazić a to dlatego, że pod osłoną tego jednego słowa wyraża się cały Duch Jezusa, który jest także Duchem Ojca”. (Carlo Carretto, Listy z pustyni)

Modlitwę nazywamy Jezusową nie dlatego, że jest nieustannym przywoływaniem Imienia Jezus, ale dlatego, że to właśnie Duch Jezusa wypełnia tę modlitwę i to On jest źródłem natchnienia do tej modlitwy. To, co należy do nas to jedynie przygotować usta i serce, aby stały się w tej modlitwie narzędziem Ducha i aby mogło nim zawładnąć Boskie natchnienie.

To doświadczenie uświadamia nam, że modlitwa jest przede wszystkim darem, który bardziej przyjmujemy niż dajemy. Gdyż jak pisze przywołany przeze mnie Carlo Carretto:

„W tym tkwi pierwsza wielkość i pierwsza niespodzianka modlitwy, że tak wielki Bóg, zechciał rozmawiać ze mną, tak małym; On – Stwórca, ze mną stworzeniem. To nie ja pragnąłem modlitwy; to On jej chciał. To nie ja Go szukałem; to On pierwszy mnie szukał. Nadaremne byłoby moje poszukiwanie Jego, gdyby przed wszystkimi czasami On nie zechciał mnie szukać.

Nadzieja, na której opiera się moja modlitwa, wiąże się z faktem, że to właśnie On pragnie mojej modlitwy. A jeżeli idę na spotkanie z Nim, to dlatego, że On mnie już oczekuje.

Jeśliby On pozostał w milczeniu i ukryciu, ja nie mógłbym przerwać mojego milczenia. Nikt przecież nie wdał się nigdy w dłuższą rozmowę ze ścianą, z drzewem, z gwiazdą. Jeśli nawet ją zaczął, to przerwał bardzo szybko, nie otrzymawszy odpowiedzi.

Z Bogiem rozmawiam przez cale życie; ale to ledwie początek rozmowy. Nasza modlitwa miała kiedyś swój początek, ponieważ i my mieliśmy swój początek, ale nie będzie miała końca i towarzyszyć nam będzie w wieczności. Będzie przejawem naszej kontemplacji Boga”. (tamże)

Pamiętając o Kobietach

Wszystkim Drogim Paniom, a szczególnie Tym, z którymi dane jest mi podążać drogą medytacyjnej pasji.

Dziękuję, że jesteście!

Z modlitwą!

Oczyścić świątynię serca

Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus przybył do Jerozolimy. W świątyni zastał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas, sporządziwszy sobie bicz ze sznurów, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: «Zabierzcie to stąd i z domu mego Ojca nie róbcie targowiska!» Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: «Gorliwość o dom Twój pochłonie Mnie».

W odpowiedzi zaś na to Żydzi rzekli do Niego: «Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz?» Jezus dał im taką odpowiedź: «Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzy dni wzniosę ją na nowo».

Powiedzieli do Niego Żydzi: «Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni?»

On zaś mówił o świątyni swego ciała. Gdy zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus.

Kiedy zaś przebywał w Jerozolimie w czasie Paschy, w dniu świątecznym, wielu uwierzyło w Jego imię, widząc znaki, które czynił. Jezus natomiast nie zawierzał im samego siebie, bo wszystkich znał i nie potrzebował niczyjego świadectwa o człowieku. Sam bowiem wiedział, co jest w człowieku. (J 2, 13-25)

Dzisiejsza Ewangelia ukazuje Jezusa gwałtownego, Jezusa nie kryjącego swojego gniewu. Może to nas dziwić, bo Jezus przyzwyczaił nas raczej do łagodności.

Jaki zatem był Jezus? Bliższy temu, co znajdujemy u proroka Izajasza, który opisuje Go jako Pokornego Sługę Jahwe, który nie będzie podnosił głosu, nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi ledwie palącego się knota świecy (por. Iz 42,2-3); czy też gwałtowny i surowy – jak opisuje Go dzisiejsza perykopa ewangeliczna.

Myślę, że najlepszą odpowiedzą jest stwierdzenie, że był PRAWDZIWY! W każdej sytuacji był sobą, nie udawał. I z cała pewnością nie należał do tych, którzy nie panują nad emocjami.

Rodzi się jednak pytanie: Dlaczego Jezus demoluje dziś wszystko to, co było zwyczajem świątyni? Przecież za każdym razem, gdy przybywał do świątyni widział przekupniów, bankierów i nie reagował?

Szukając odpowiedzi na te pytania trzeba jednak być ostrożnym, bo można popełnić szereg błędów w interpretacji dzisiejszej perykopy ewangelicznej.

Można na przykład zrozumieć to wydarzenie na wzór handlarzy  – oburzonych postawą Jezusa, gdyż zniszczył prowadzony przez nich interes, osłabiając zyski.

Inni mogą przyjąć interpretację pobożnych bywalców świątyni, którzy korzystają z usług handlarzy, gwarantujących, że zwierzę zakupione u nich nie będzie odrzucone przez kapłana składającego ofiarę, dla których zachowanie Jezusa jest swego rodzaju uzurpacją władzy, która do Niego nie należy.

Tymczasem wyjaśnienie zachowanie Jezusa znajdujemy w zdaniu, które wydaje się najmniej na to wskazywać: „Zbliżała się pora paschy żydowskiej”. Ono pozwala dostrzec, że nic w zachowaniu Jezusa nie było przypadkowe. Także dzisiejszy zamęt, który spowodował

W obrzędzie uczty paschalnej na początku istniał ryt oczyszczenia polegający na szukaniu starego kwasu, by pozbyć się wszystkiego, co mogłoby zanieczyścić obrzędy, wszystkiego, co nie było przaśne.

Interwencja Jezusa w świątyni nawiązuje więc do tych czynności liturgicznych.

Wśród Żydów żywe było przekonania, że mesjasz przyjdzie w czasie paschy i dokona oczyszczenia świątyni. W domyśle, to czego dopuścił się Jezus byłoby zrozumiale jedynie, gdyby rzeczywiście był On Mesjaszem, stąd uczeni w Piśmie domagają się znaku, który potwierdziłby tę mesjańską misję Jezusa. Dlatego starając się zrozumieć to, czego byli świadkami zadają Jezusowi pytanie: : „Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz?”.

 Można by postawić pytanie: czy rzeczywiście tak wiele żądają, gdy oczekują, że Ten, który burzy ustalony porządek spraw i postępowania, wykaże się czymś więcej niż biczem i siłą?   

I Jezus udziela im odpowiedzi, jednak oni jej nie zrozumieli: „Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzy dni wzniosę ją na nowo”.

My oczywiście możemy tę Jezusową wypowiedź odczytać i zrozumieć dlatego, że mamy już pespektywę zmartwychwstania. Zresztą św. Jan również zaznacza w swojej Ewangelii, że apostołowie zrozumieli odpowiedź Jezusa dopiero po Jego zmartwychwstaniu.

Jednak dzisiaj te słowa są skierowane także do nas. I trzeba abyśmy zrozumieli je na jeszcze głębszym poziomie. Jezus chce nam przypomnieć, że wraz z Jego życiem i ofiarą Krzyża został zapoczątkowany nowy kult, w nowej świątyni, jaką jest Jego człowieczeństwo.

Dzięki śmierci, zmartwychwstaniu i zesłaniu Ducha Świętego przez chrzest nasze człowieczeństwo, nasze życie, nasze ciało jest świątynią, miejscem kultu, miejscem chwały Boga.

Pamiętamy słynne zdanie Jezusa skierowane do Samarytanki: „Prawdziwi czciciele oddają cześć Bogu w duchu i w prawdzie”.

Na takie rozumienie wskazuje drugie czytanie, mówiące o głoszeniu krzyża Chrystusowego – krzyża, który objawia i realizuje się również w nas, w naszym życiu i może być dla nas „mocą Bożą i mądrością Bożą”.

Jezus pragnie nieustannie oczyszczać świątynię naszego ciała, nasze życie i nasze serca z tego, co nie jest czyste, co jest starym kwasem, co nie jest przaśne, czyli nie jest gotowe na uczestnictwo w ofierze zbawczej Jezusa Chrystusa żyjącego w nas.

Jezus pragnie oczyścić nasze życie z tego, co jest relacją do Boga opartą na zasadzie handlu, a nie na miłości gotowej ofiarować Bogu nasze życie w postaci daru, tak jak On ofiarował nam swoje życie jako dar swojej miłości.

Może zatem nie czekajmy, aż Jezus „posprząta nasze życie”. Zróbmy to sami. Oczyśćmy się przez sakrament pojednania, ładujmy „akumulatory wiary” przez codzienne życie słowem Bożym, wyłączajmy natomiast to wszystko, co nasze życie zaśmieca i prowadzi do grzechu.

A wówczas nasze serce będzie miejscem, gdzie łatwiej nam będzie spotkać cichą obecność Boga, gdzie Serce Boże będzie mogło mówić do naszego serca a w naszym ciele, włączonym w Mistyczne Ciała Chrystusa będziemy mogli rozpoznać świątynię Ducha Świętego.

Coś ważniejszego niż działanie

Udając się do Jerozolimy,  Jezus wziął osobno Dwunastu i w drodze rzekł do nich: «Oto idziemy do Jerozolimy: a tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą Go poganom, aby został wyszydzony, ubiczowany i ukrzyżowany; a trzeciego dnia zmartwychwstanie».

Wtedy podeszła do Niego matka synów Zebedeusza ze swoimi synami i oddawszy Mu pokłon, o coś Go prosiła.

On ją zapytał: «Czego pragniesz?»

Rzekła Mu: «Powiedz, żeby ci dwaj moi synowie zasiedli w Twoim królestwie jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie».

Odpowiadając zaś, Jezus rzekł: «Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?»

Odpowiedzieli Mu: «Możemy».

On rzekł do nich: «Kielich mój wprawdzie pić będziecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej i lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował».

Gdy usłyszało to dziesięciu pozostałych, oburzyli się na tych dwóch braci. Lecz Jezus przywołał ich do siebie i rzekł: «Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę.

Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszy między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, tak jak Syn Człowieczy, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu». (Mt 20, 17-28)

Już drugi raz w tym tygodniu czytamy w Ewangelii, że Jezus wziął ze sobą uczniów osobno. W niedzielę wprawdzie dotyczyło to trzech z nich, dzisiaj wszystkich dwunastu, ale to zaproszenie do bycia na osobności z dwunastoma kojarzy mi się nieodzownie z doświadczeniem medytacji. W medytacji bowiem Jezus zaprasza nas byśmy pobyli z Nim na osobności. Jest z nami by mówić do naszego serca. Aby swoim słowem kształtować serce medytującego a więc tego, kto pragnie trwać na modlitwie, która jest nade wszystko wsłuchiwaniem się w słowo.

Medytacja jest także doświadczeniem przypominającym nam, że jest coś ważniejszego w naszym życiu niż działanie i że tym czymś jest MODLITWA. I że jest coś ważniejszego niż moje słowo a jest nim SŁOWO BOŻE, słowo które zawsze – w odróżnieniu od naszych ludzkich słów – jest do nas kierowane z miłości. To jedyny powód dla którego Bóg do nas mówi: MIŁOŚĆ! Bo Bóg jest miłością.

Pozwólcie, na jedną małą dygresję: To, co napisano przed chwilą wpisuje się również w nauczanie kard. Roberta Saraha, który właśnie ze względu na osiągnięcie wieku emerytalnego zakończył swoją pracę w Watykanie, a o którym napisano, że „żaden inny z kardynałów nie wypowiadał się tak wiele na temat… ciszy”. To on zachęca w swojej książce p. t. „Moc milczenia. Przeciw dyktaturze hałasu” następującymi słowami, które wybrzmiały także w czasie prowadzonych przez niego rekolekcji przed dwoma laty w Centrum Formacji Duchowej u Salwatorianów w Krakowie: „Odzyskanie poczucia ciszy jest priorytetem, pilną koniecznością. Cisza jest ważniejsza niż jakakolwiek praca ludzka, bo ona wyraża Boga. Bóg jest ciszą, a diabeł jest hałaśliwy.

Jest jeszcze jeden aspekt dzisiejszej Ewangelii, który przypomina mi o wartości medytacji. Jest nim scena z synami Zebedeusza, którzy proszą dla siebie o szczególne miejsce w Królestwie Jezusa.

Tymczasem nie dalej niż wczoraj Jezus rysując podwójny obraz ucznia – jeden karykaturalny, na tle krytyki zachowań faryzeuszów; drugi prawdziwy przestrzegał przed szukaniem dla siebie pierwszych miejsc, skupianiem na sobie uwagi, pychą…

Jezus kreśląc obraz prawdziwego ucznia przypomniał, że jest nią osoba, która nie skupia uwagi na sobie, ale kieruje ją dalej, na jedynego Mistrza. Uczeń Jezusa jest w cieniu, nie na pierwszym planie; nie podkreśla znaczenia swoich słów ani nie szuka swojej chwały. Uznaje, że wszyscy są braćmi (równi), a nawet więcej, w pokorze innym służy.

Znów przypomina mi się w tym miejscu chyba mało znana postać błogosławionego Michała Giedroyća, którego tak pięknie opisał Marcin Styczneń w jednym ze swoich utworów z najnowszej płyty „Święci”, jako „mistrza drugiego planu”.

Apostołowie jak się zdaje nie odrobili tej lekcji. I nic dziwnego, bo dla mnie jest to dowodem na to, że to nie teoria – nawet najpiękniejsza – nas zmienia. Zmienia nas doświadczenie! Nie wystarczy jedynie słuchać słowa, nawet jeśli jest to słowo Boże!

I tutaj powrócę do praktyki medytacji. Medytacja sprawia, że nie tylko słucham słowa, ale że słowo to staje się doświadczeniem. Innymi słowy medytacja zaprasza nas byśmy wsłuchując się w słowo, które wybrzmiewa w naszym sercu w rytmie oddechu nie tylko słuchali, ale poddali się jego działaniu, gdyż za słowem, które towarzyszy naszej medytacji stoi łaska, która pragnie nas przemieniać. Medytacja jest zatem zaproszeniem do zgody na to, aby Chrystus przychodzący w swojej łasce, której znakiem jest słowo przemieniał nas i kształtował.

I dopóki nie przemienimy się przez uczestnictwo w życiu Boga, w które zanurza nas medytacja, dopóki nie pozwolimy przemienić się przez miłość, będziemy podobnie jak owi synowie Zebedeusza należeć jedynie do tej ziemi a nie do Królestwa Chrystusa.

Medytacja jest dla nas zaproszeniem do tego, aby nieustannie przekraczać płaszczyznę czysto ludzką, by umożliwić sobie przekształcenie nas przez nadprzyrodzoną miłość, która w tej modlitwie pragnie nas dotknąć, wypełnić, uzdrowić i prowadzić.