Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Słuchać aby zrozumieć

Jezus przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego:

«Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz to, co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!»

Gdy się oddalił od tłumu i wszedł do domu, uczniowie pytali Go o tę przypowieść. Odpowiedział im: «I wy tak niepojętni jesteście? Nie rozumiecie, że nic z tego, co z zewnątrz wchodzi w człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka, i zostaje wydalone na zewnątrz». Tak uznał wszystkie potrawy za czyste.

I mówił dalej: «Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym». (Mk 7, 14-23)

Dzisiejsza perykopa ewangeliczna rozpoczyna się ważnym zdaniem. Aż dwukrotnie Jezus nalega, abyśmy Go słuchali: „Słuchajcie mnie wszyscy i zrozumiejcie”; „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha” (ww. 14.16).

Medytacja, to przede wszystkim słuchanie.

Jezus nalega, abym słuchał Jego słowa. Czy potrafię słuchać? Co mogę powiedzieć o mojej medytacji? Czy jest we mnie pasja słuchania? Niejednokrotnie już przywoływaliśmy tutaj zdanie św. Pawła z listu do Rzymian, który przypomina, że z postawy słuchania słowa  rodzi się wiara. [por. Rz 10,17] Bez wątpienia tym, który udziela daru wiary jest Pan Bóg. Mógł wybrać inną drogę udzielania nam tej łaski. Jednak droga zasłuchania w słowo wydaje się drogą o tyle ważną, że uczy nas pokory, pozwala nie zapomnieć, że na drodze wiary zawsze pozostaniemy uczniami, gdzie jeden jest nasz Mistrz i Nauczyciel – Chrystus. [por. Mt 23,10]

Ostatnio po powrocie do lektury Listów Starca Jana z Wałaamu, jestem na etapie czytania historii mnichów z Monasteru Pskowsko-Pieczerskiego z jego ponad pięćsetletnimi dziejami naznaczonymi życiem świętych mnichów a zwłaszcza starców, których ukształtowało pełne pokory zasłuchanie w Słowo Boże i recytacji Modlitwy Jezusowej.

Prostota, która jest darem.

Prostota, którą odkrywamy w praktyce medytacji monologicznej.

Prostota zasłuchania w słowo, które przypomina mi o Tym, który jest pierwszy.

Ale codzienna praktyka medytacji jest także najlepszym sposobem demaskowania tego, co najbardziej przeszkadza mi w słuchać słowa.

Medytacja stawia nas w prawdzie zrodzonej ze Słowa. To jednak jest prawda, która nie jest naszym oskarżycielem, ale miejscem naszego uzdrowienia, zgodnie ze słowami Jezusa: „poznacie prawdę a prawda was wyzwoli” [J 8,32] Ta prawda domaga się od nas cierpliwego wsłuchiwania się w słowo i zgody na to, aby dotykało ono naszego wnętrza na coraz to głębszych pokładach naszego jestestwa. A słowo, które jest „żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić zamiary i myśli serca” [Hbr 4,12] powoli, ale stopniowo będzie nas prowadziło do całej prawdy o nas i do pełni wolności, którą tylko dlatego jesteśmy gotowi przyjąć, że jest nam podarowana w miłości.

Jezus zwraca w dzisiejszej Ewangelii uwagę na wnętrze. Przestrzega przed nieczystością, która może zrodzić się w sercu i potrafi zabrudzić całego człowieka. Na szczęście Słowo Boże skutecznie chroni nasze serca przed tym, co chce je zainfekować nieczystością.

W tym miejscu przychodzi mi na myśl słynne zdanie: „Stój na straży swojego serca, bo to, co tam wpuścisz zapuści korzenie, wyrośnie i wyda owoce”. To zdanie po raz pierwszy usłyszałem z ust prawosławnego mnicha na górze Athos, który jednak czerpał z doświadczenia całych pokoleń Ojców Kościoła. A przywoływany już wielokrotnie przeze mnie prawosławny Metropolita Londynu abp Anthony Bloom zwykł udzielać swoim duchowym dzieciom takiego oto błogosławieństwa:

Niech Pan stoi na straży twojego serca, niech zachowa twoją duszę wrażliwą na Jego natchnienia, niech umacnia i chroni twoją wiarę, aby ta prowadziła cię prostymi ścieżkami do coraz głębszego poznania Boga, zrozumienia Jego nauki i doskonałego z Nim zjednoczenia.

Z tym błogosławieństwem Was pozostawiam, życząc pięknych owoców medytacji. Niech zasłuchanie w Słowo pozwoli Wam przylgnąć całym sercem do serca Jezusa.

Modlitwa, to dar dla tego, kto się modli

Po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł i podniósł ją, ująwszy za rękę, a opuściła ją gorączka. I usługiwała im.

Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto zebrało się u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ Go znały.

Nad ranem, kiedy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: «Wszyscy Cię szukają». Lecz On rzekł do nich: «Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo po to wyszedłem».

I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy. (Mk 1, 29-39)

 

Myślenie wielu współczesnych ludzi jest przeniknięte przekonaniem, że w życiu nie będzie problemów, nie będzie cierpienia, kłopotów i trudu. Świat reklam pokazuje, jak wiele jest rzeczy, które mogłyby nas uszczęśliwić. Zaczynamy gonić za coraz wyższym standardem życia, szukamy przyjemności i wygody, przekonani, że będzie coraz lepiej.

To wszystko wydaje się normalne i ludzkie, ale niewiele ma wspólnego z Ewangelią a Ewangelia ma niewiele wspólnego z marketingiem i reklamą.

Niestety my często nie bierzemy Ewangelii na serio i gdy Jezus, że  będzie gorzej nie dowierzamy Mu.

Prawdą obiektywną jest fakt, że każda i każdy z nas się starzeje (i zwykle dzieje się to szybciej niż byśmy chcieli), wcześniej czy później dopadnie każda i każdego z nas choroba i wcześniej czy później każda i każdy z nas będzie musiał przekroczyć granicę śmierci, choć świat nie lubi poruszać tego tematu, jednocześnie na każdym kroku epatując śmiercią. Jednym słowem każda i każdy z nas – czy chce, czy nie – będzie miał taki czas, o którym mówi pierwsze czytanie.

Otóż cierpiący mędrzec Hiob wskazuje na powszechny los człowieka, który nie uniknie takiego czy innego cierpienia. „Czyż nie do bojowania podobny jest byt człowieka?” – pyta retorycznie.

O co jednak wojuje człowiek? Pierwsze czytanie pragnie nam uświadomić, że człowiek wiary nade wszystko wojuje o mądrość, ale nie tę, która jest mądrością świata, lecz tę, która staje się jego udziałem jako owoc osobowej więzi z Bogiem. Drogą do tego zjednoczenia jest przyjęcie realizmu ludzkiej codzienności, innymi słowy zgoda na nasze życie ze wszystkimi jego aspektami, także z wymiarem cierpienia, przed którym najczęściej uciekamy. Życie Hioba pokazuje, że cierpienie może stać się ni tylko próbą wiary, czy mieć – jak chce święty Paweł – walor zadośćuczynienia, czy wręcz dopełnienia cierpień Chrystusa, ale nade wszystko można wyjść z tego doświadczenie umocnionym.

Lektura Księgo Hioba zostawia nam cenną naukę: Bez mądrości zdrowie na nic się nie zda – człowiek i tak będzie nieszczęśliwy. Natomiast dysponując Bożą mądrością nawet pośród cierpienia człowiek zachowuje pokój i nie przestaje być szczęśliwy.

Ewangelia z kolei ukazuje Jezusa, który uwalnia z chorób i choć liczne uzdrowienia są znakiem potwierdzającym Jego naukę, to jednak nadzieja, którą głosi Jezus nie jest w żadnym razie  gwarancją uzdrowienia ze wszystkich chorób. Nadzieja, którą głosi Jezus nie dotyczy doczesności. Jezus uzdrawia wielu chorych, lecz Ewangelia nie mówi, że uzdrowił całe miasto. Zresztą niewykluczone, że uzdrowieni powtórnie zachorowali, tak jak wskrzeszony Łazarz – umarł.

Czasem nasze zabieganie o życie lekkie, łatwe i przyjemne jest pierwszą gorączką, która trawi współczesnego człowieka i z której to nade wszystko warto prosić, aby Jezus nas zdrowiał, tak jak uzdrowił teściową Piotra.

Nie o to więc chodzi w chrześcijaństwie, by życie było bezproblemowe. Życie jest jak podróż przez bezdroża – pełne przeszkód, pułapek, w dodatku czasem poruszamy się jak w ciemności, nie wiedząc, co będzie za następnym zakrętem. Wiara i towarzysząca jej modlitwa jest jak światła reflektorów w naszym pojeździe. Dopóki świecą reflektory, damy radę – pomimo trudności i przeszkód. Jeżeli jednak światła zgasną, dalsze poruszanie się będzie trudne i bardzo ryzykowne.

Ewangelia ukazuje dziś także Jezusa, który „nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne i tam się modlił”. Myślę sobie, że skoro Jezus, który nieustannie był zjednoczony z Ojcem potrzebował przestrzeni modlitwy, bycia sam na sam z Bogiem, to tym bardziej my jej potrzebujemy.

Postawa Jezusa,  który często mimo zmęczenia znajduje zawsze czas na modlitwę chce nam przypomnieć o tak ważnej w naszym życiu hierarchii ważności. Jeśli na pierwszym miejscu w naszym życiu postawimy to, co na to miejsce nie zasługuje, nie dziwmy się, że inne rzeczy zaczynają nam się sypać…

Jezus nieustannie przypomina nam jak ważny i bezcenny jest czas, dla siebie i dla Boga. Ileż to razy wśród natłoku codziennych obowiązków i towarzyszącego im zmęczenia potrafimy modlitwę odłożyć na później. Bez jednej modlitwy świat się nie zawali – mówimy. Owszem, ale jak wspomniałem życie człowieka wierzącego bez modlitwy i bez Słowa Bożego jest jak jazda w nocy przy zgaszonych światłach. Czasem dostrzegamy to w chwili, gdy zatrzymamy się już na ścianie. A Bóg chce nas przed tym chronić.

Bóg chce, żaby nasza modlitwa stawała się szkołą tak bardzo potrzebnej wolności od presji terminów, różnych spraw do załatwienia i wnosiła w nasze codzienne życie tak bardzo potrzebną równowagę między aktywnością a oderwaniem od niej, uwalniała nas od nadmiernego przywiązania i nabrania dystansu do tego, co próbuje stać się bożkiem w naszym życiu.

Jezus udając się na miejsce pustynne i ciche chce nam też dać pewną cenną wskazówkę: Jeśli chcemy spotkać Boga osobiście, to powinniśmy Go szukać „na miejscu pustynnym”, a więc w odosobnieniu, w ciszy, z dala od zgiełku. Nie znaczy to oczywiście, że Boga nie ma wśród codziennego życia, ale najłatwiej Go spotkać poza zgiełkiem i zabieganiem codzienności.

Wiemy, że tłumie w ogóle trudno jest kogokolwiek znaleźć. Jeśli ktoś zgubi nam się w tłumie, to mamy problem, by go zobaczyć. Tłum przeszkadza w spotkaniu z człowiekiem, a także w spotkaniu z Bogiem. Tym bardziej, że tłum swoją presją skutecznie potrafi  zdominować nasze myślenia i działanie i to niekoniecznie w Bożym tego słowa znaczeniu.

Dlatego jeśli chcemy spotkać prawdziwego Boga, powinniśmy Go szukać „na miejscu pustynnym”, jakkolwiek ono będzie faktycznie wyglądać – czy będzie to cisza świątyni, czy odosobnienie jakiegoś domu rekolekcyjnego, czy po prostu zacisze własnego pokoju.

Codzienna modlitwa jest spotkaniem z Panem, który przychodzi, by podnieść nas z grzechu i zniechęcenia, wyrwać z rutyny, aby uczynić z nas żywych świadków spotkania, które nieustannie nas odnawia, i czyni nas prawdziwie wolnymi w Jezusie Chrystusie.

Modlitw, to tak naprawdę czas, który jest darem bardziej dla nas, niż dla Pana Boga.

Nie odkładajmy jej na potem!

Serce człowieka – miejsce odpoczynku Boga

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: «Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?» I powątpiewali o Nim.

A Jezus mówił im: «Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony».

I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał. (Mk 6, 1-6)

Pierwsze skojarzenie, które przyszło mi do głowy, kiedy dziś rano przed poranną medytacją po raz pierwszy przeczytałem tę perykopę ewangeliczną, to to, że ojczyzną, w której Bóg chciałby się czuć jak w swoim domu jest ludzkie serce. I w tym sensie dzisiejsza Ewangelia jest nader aktualna.

Jezus dokonując wielu cudów podsumowywał je często lapidarnym stwierdzeniem: „Twoja wiara cię uzdrowiła”. I to nie był przejaw jakiejś niezwykłej pokory Jezusa, ale stwierdzenie faktu – niejednokrotnie dramatycznego – że to, co może ograniczać działanie Boga w życiu człowieka to jego wiara lub nie wiara, lub mówiąc innymi słowami to ludzkie serce, które albo odrzuci, albo przyjmie dar Bożej łaski.

Jak często zdarza nam się myśleć o naszym sercu jak o ojczyźnie Boga? Przecież to On je stworzył, czy więc nie powinien się tam czuć jak u siebie? Tymczasem w tak wielu sercach Bóg jest wciąż lekceważony, poniżany, prześladowany, wręcz jest wygnańcem z tych Jego małych ojczyzn…

Każdy pierwszy piątek miesiąca (a ten już za dwa dni) przypomina mi o tym, gdy sprawuję Eucharystię – która zgodnie z objawieniem danym św. Małgorzacie Marii Alacoque – winna być Mszą wynagradzającą właśnie za to lekceważenie Jezusa w naszych sercach. Jezus prosił wówczas tę mistyczkę, aby przynajmniej jej miłość i modlitwa była dla Niego zadośćuczynieniem. W podobnym tonie brzmi prośba Jezusa skierowana do innej mistyczki – tym razem współczesnej i polskiej – Kunegundy Siwiec. Na pytanie tej prostej kobiety, której rozmowy z Jezusem zostały zawarte w pięknej i chwytającej za serce książce „Miejsce mojego miłosierdzia i odpoczynku” Jezus zapytany przez nią: „Gdzie lubi odpoczywać?”, odpowiada: „W twoim sercu!”

To cudowna lektura, którą czyta się ze łzami w oczach. Kiedyś już o niej wspominałem. Ponieważ sama Kunegunda nie potrafiła pisać, ks. Bronisław – jej spowiednik i kierownik duchowy notował skrupulatnie słowo po słowie. Książka „Miejsce mojego miłosierdzia i odpoczynku” to nieprawdopodobny dziennik zapisujący rozmowy dwojga zakochanych osób: Jezusa i Kunegundy.

Często, gdy myślę o medytacji, o modlitwie, w centrum której stoi Jezus, o modlitwie, którą wprost nazywamy Modlitwą Jezusową lub Modlitwą Serca myślę o niej jako o modlitwie, dzięki której możemy pozwolić Jezusowi, aby odpoczął w naszym sercu, aby czuł się tam dobrze, aby czuł się tam chciany, kochany i adorowany.

Historia medytacji każdej i każdego z nas, to także pisany dzień po dniu dziennik duchowy dwojga zakochanych osób: Jezusa i Ciebie, Jezusa i mnie… Piszę go od ponad trzydziestu lat a raczej – używając słów św. Pawła – muszę powiedzieć: Nie ja co prawda, lecz łaska Boża ze mną.

Dzięki temu prostemu doświadczeniu mogę kontemplować Jezusa w mojej zwykłej codzienności, która – jak ufam – jest też Jego zwykłą codziennością. Dzięki medytacji mogę doświadczać Jego obecności przy sobie i przy prostych zajęciach dnia: podczas sprawowanej Eucharystii, która jest tak naprawdę moim jedynym bogactwem, na modlitwie, w rozmowach, kiedy się smucę i kiedy jestem szczęśliwy, gdy odpoczywam i gdy śpię. Przypomina mi o tym wezwanie „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” , który pojawia się w moim sercu i umyśle zawsze po przebudzeniu.

Praktyka medytacja uświadamia mi, że Jezus kocha moją codzienność, moje życie i składające się na nie zajęcia. Jest ze mną wszędzie i wszystko, co mnie otacza jest środowiskiem Jego obecności a każde doświadczenie medytacji pozwala mi Go odnajdywać w moim sercu.

Codzienna praktyka medytacji sprawia, że przyzwyczajam się do Jezusa. Trzeba jednak zachować czujność, bo przyzwyczajenie może zrodzić rutynę a ta z kolei może sprawić, że Jezus i Jego słowa spowszednieją. Wiem jednak, że moc Jego słowa jest silniejsza od moich słabości a powtarzane w rytmie oddechu wezwanie: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” ma moc ciągle na nowo rozpalać w moim sercu miłość do Niego.

Jezus nie oczekuje od nas wiele. Pragnie być przez nas chciany. Pragnie byśmy go kochali i wierzyli Mu. Pragnie mieć swoje miejsce w naszych sercach i czuć się tam jak w swojej ojczyźnie.

Myślę, że medytacja daje nam możliwość odpowiedzi na to Jezusowe pragnienie.

 

Lekcja ofiarowania

Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: «Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu». Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego.

A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż nie zobaczy Mesjasza Pańskiego.

Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił:

«Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu
w pokoju, według Twojego słowa.
Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,
któreś przygotował wobec wszystkich narodów:
światło na oświecenie pogan
i chwałę ludu Twego, Izraela».

A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono.

A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta Nazaret.

Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim. (Łk 2, 22-40)

Dzisiaj jest ostatni dzień, kiedy możemy nawiedzić szopkę, wedle tradycji śpiewać kolędy, zobaczyć w kościele choinki. Jutro to wszystko będzie jedynie wspomnieniem. Będzie trochę pusto zanim się przyzwyczaimy…

Ale zanim to nastąpi dzisiaj Maryja mówi – mam coś dla Ciebie!

Tak się dobrze składa, że dwie nazwy dzisiejszego święta są jakby dwoma podarunkami od Maryi dla chrześcijan, mówią bowiem o dwóch sprawach, bez których każde życie nie miałoby najmniejszego sensu.

Pierwszy dar, sprawa i pierwsza nazwa – Ofiarowanie Pańskie.

Od początku świata człowiek Panu Bogu chciał coś dać, to znaczy ofiarować. Kain mizerne plony zboża, Abel porządnego baranka, Abraham syna Izaaka, Noe ofiarę dziękczynną po potopie.

Co robi Maryja? Ofiaruje Jezusa. Bierze Go i razem z Józefem maszerują do jerozolimskiej świątyni. Boże! To dziecko należy do Ciebie. Uczyń z Nim, to, co Ty chcesz!

I to jest niesamowita lekcja dzisiejszego święta.

Maryja mówi do Ciebie: oddaj Bogu to, co dla Ciebie najdroższe!

Jeśli najdroższe są dzieci – powiedz: Boże weź je w opiekę. Niech w ich życiu realizuje się Twoja wola, jakakolwiek ona będzie. Czy potrafisz się na to zdobyć?

Jeśli najdroższa jest praca, powiedz – Boże weź ją w swe ręce. Jak chcesz bym zrobił karierę, to dobrze, jeśli chcesz, żebym ją stracił, to też O. K. Bądź wola Twoja!

Jeśli ważne są dla ciebie szkołę, studia, to ofiaruj je Bogu. Poproś: „Panie dodaj mi wiary i zdolności, abym jak najlepiej się rozwijał. A jeśli Twoja wola jest inna,  dodaj światła, bym ją zrozumiał i przyjął bez buntu.

Ofiarować – to oddać Bogu to, co najdroższe, pozwolić, żeby Bóg zrobił z tym, to, co On uważa za najlepsze dla nas, nawet za cenę ryzyka utraty czegoś,  zmagań i cierpienia, które się będzie z tym wiązało.

Matka Boża nie mówi dzisiaj:

– Panie Boże! Przynoszę Jezusa do świątyni i modlę się do Ciebie, żeby był zdrowy, silny, zdolny i popularny, żeby zrobił karierę znanego nauczyciela.

Maryja nie stawia warunków. Oddaje życie Jezusa, tak jak kiedyś oddała Bogu swoje życie bez warunków i bez zastrzeżeń.

Dramat wielu ludzi wierzących polega na tym, że sprowadzają Boga do rangi kogoś, kto powinien spełniać ich prośby, realizować ich plany na życie. A jeśli Pan Bóg je krzyżuje, to jest niedobry. To się buntujemy. Warto pytać siebie czy bliższą naszej duchowości i przeżywanej przez nas wierze jest modlitwa: „Bądź wola Twoja”, czy też „Bądź wola moja”?

Drugi dar i druga nazwa dzisiejszego święta to Matki Bożej Gromnicznej.

Już od tysiąca lat chrześcijanie przynoszą w to święto do kościoła świece, zapalają je i zanoszą do domów. Po co?

Otóż świeca jest znakiem Jezusa. Jak Maryja i Symeon trzymali Jezusa na swym ręku, tak ja Go trzymam, trzymając świecę.

Wedle starej tradycji kiedy rozpętała się burza, w domu zapalano gromnicę. Kiedy umierał domownik, zapalano gromnicę.

To przypominało, że w trudnych chwilach najlepiej przylgnąć do Jezusa. Może dziś już tak bardzo nie zagrażają nam burze, jak wtedy, gdy domy były kryte strzechą, ale ile jest tych życiowych burz sami dobrze wiecie. Dlatego warto mieć tę świecę świecę i w najtrudniejszych momentach życia – gdy przychodzi kryzys w wierze, gdy pojawia się ryzyko utraty pracy, gdy pojawia się choroba, lub gdy rozpacz beznadzieja wkradają się w serce, gdy różne niepowodzenia podstawiają nam nogi – zapalić ten znak, który nam przypomina: Panie! przecież Ty jesteś ze mną! I choćby jak było źle, to i tak mnie nie opuścisz i gdy Ci zaufam przeprowadzisz mnie najlepsza dla mnie drogą przez te doświadczenia, przez życie…

I to są dwie niesamowite lekcje dzisiejszego święta. Maryja i Józef składają ofiarę z siebie samych – nie z Jezusa. Uczmy się od Maryi i Józefa ofiarować Bogu swe życie, uczmy się je ofiarować innym…  Nie upierajmy, że zawsze musi być tak, jak my chcemy. To lekcja pierwsza. Lekcja druga – w trudnych sytuacjach trzymajmy się Jezusa, bo On nas nie zawiedzie.

Najważniejsze, żeby uwierzyć, że to jest Ewangelia, Dobra Nowina. Bo, człowiek tak naprawdę nie może zrealizować się inaczej jak tylko przez dar z samego siebie.

Nauczanie z mocą

W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie.

Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: «Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży».

Lecz Jezus rozkazał mu surowo: «Milcz i wyjdź z niego».

Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego.

A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: «Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne». I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej. (Mk 1,21-28)

 

Scena, o której mówi dzisiejsza Ewangelia, rozgrywa się w synagodze w Kafarnaum. Słuchacze od samego początku zauważają różnice w nauczaniu Jezusa: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie, pisze Ewangelista. Musimy sobie uświadomić, że uwaga ta pojawia się jeszcze przed dokonaniem przez Jezusa pierwszego cudu.

Co takiego innego było w tym nauczaniu? Uczeni w Piśmie byli specjalistami od nauczania, teologami, komentatorami Biblii, wykwalifikowanymi interpretatorami Prawa. Moglibyśmy powiedzieć, że odwoływali się do wiedzy, którą zdobyli. Podstawowa różnica między nimi a Jezusem pojawia się na płaszczyźnie świadectwa, doświadczenia i spotkania z Bogiem żywym, obecnym w życiu ludzkim. Czy te doświadczenia były obce uczonym w Piśmie? Tego nie wiemy. Ale wiemy, że nie potrafili się nimi dzielić z innymi. Tę różnicę od razu wyczuli słuchacze.

W głoszonym przez Jezusa słowie była wyczuwana nadzieja. Słowo głoszone przez uczonych w Piśmie było trudne do wypełnienia, postrzegane jako coś zewnętrznego, przeżywane jako ciężar trudny do uniesienia. Wypełniane nie przynosiło umocnienia i radości (trudno przecież wypełnić 613 drobiazgowych przykazań w stu procentach a tego właśnie wymagało hebrajskie poczucie sprawiedliwości przed Bogiem).

Tymczasem słuchający Jezusa mogli doświadczyć czegoś zupełnie innego: Odkrywali przede wszystkim, że Bóg pragnie spotkania z człowiekiem, a Prawo ma pomóc w realizacji tego spotkania, ale nie powinno tego spotkania utrudniać. Dlatego Chrystus tak często podkreślał, że prawo zostało ustanowione dla człowieka a nie człowiek dla prawa. Ono winno pomagać w realizacji celu, jakim jest życie w głębokiej relacji Bogiem. Dlatego – jak słyszeliśmy niedawno – autor Listu do Hebrajczyków przypominał, że dobrze przeżywane prawo to to, które jest wpisane w serce człowieka a którego zasadą jest miłość. Póki będzie ono pojmowane jako coś zewnętrznego, stanie się bardziej ograniczeniem niż pomocą w drodze ku Bogu. [por. Hbr 8, 10-11] Tylko człowiek, który kocha może powiedzieć za św. Janem, że „Przykazania Boże nie są ciężkie”…

Święty Marek Ewangelista opisując dzisiejszą scenę jakby chciał dać wsparcie tym, którzy jeszcze nie potrafią opowiedzieć się po stronie poszukiwania żywej relacji do Boga. Święty Marek pokazuje, że Słowo Boże jest skuteczne, pełne mocy, a Bóg działa przez nie tu i teraz.

Gdy czytamy Ewangelię, może nam się wydawać, że ludziom żyjącym w czasach Jezusa łatwiej było wierzyć, bo znaki mocy Bożej były bardziej spektakularne. Ewangelia jednak wyraźnie nam podpowiada, że skoro Jezus przyjął taki sposób objawiania królestwa Bożego, to jest ono aktualne w każdych czasach.

A to oznacza, że w naszych domowych synagogach, kiedy stajemy do modlitwy, czy sięgamy do Pisma Świętego Pan Jezus nieustannie oczyszcza nasze myśli, rozwiązuje splątane z sobą dobro i zło, uwalnia od przypuszczeń, że przyjmując Jezusa i jego prawo miłości zawarte w przykazaniach, człowiek straci coś istotnego, bez czego nie będzie mógł żyć.

Z jakim uporem niejednokrotnie trzymamy się w naszym życiu tego, co nie jest prawdziwe. To jeden z podstawowych wymiarów działania złego ducha w naszym życiu.

Żywotność kłamstwa, którego ojcem jest szatan bierze się często właśnie stąd, że ono osłania w nas coś co lękamy się ujawnić zarówno przed sobą jak i przed innymi, stając się takim sztucznym i zgubnym pancerzem. By móc skutecznie walczyć z kłamstwem w naszym życiu musimy najpierw zdobyć się na odkrycie, czemu to kłamstwo służy, co w nas chroni i skrywa.

W przeciwnym razie wydawać się będzie, że utrata takiego sztucznego pancerza nieuchronnie poprowadzi nas do zguby. Dlatego Jezus mówi: „Poznajcie prawdę a ona was wyzwoli”. Życie w kłamstwie i wolność są ze sobą nie do pogodzenia! Niestety, żyjemy w świecie, który często uczy nas tworzyć pewne schematy myślowe tylko po to, aby usprawiedliwić życie w kłamstwie. Dlatego współczesny świat tak często boi się prawdy i próbuje ją zakrzyczeć. Zwłaszcza tej prawdy, która wyrasta z Bożego prawa i Bożych przykazań, podobnie jak szatan boi się prawdy, bo ona odbiera mu moc i władzę nad człowiekiem. Człowiekiem żyjącym w prawdzie nie da się manipulować, bo jest wolny a życie w prawdzie jest jedynie potwierdzeniem tej wolności. 

Jezus jednak przychodzi do nas ze swoim słowem i swoją laską, po to, aby uciszać nasze demony, którym tak bardzo zależy na tym, abyśmy nie rodzili się do nowego życia. Do życia miłością Boga i bliźniego jak siebie samego. A to niezwykłe powołanie!

Owszem, każde narodziny, tak jak i te do  życia w prawdzie są bolesne. Trzeba „porzucić starego człowieka, z jego wadami i przyzwyczajeniami”. Trzeba decydować się na otwarcie serca na Bożą miłość i prawdę. Trzeba zmierzyć się ze strachem, który pragnie w nas zasiać zły duch, bo nasze lęki, to jedno z podstawowych narzędzi jego manipulacji nami.

Ale ostatecznie jesteśmy umiłowani „miłością odwieczną” i stworzeni do miłości – o czym pragnie nam nieustannie przypominać Jezus. Boża miłość jest już „rozlana w naszych sercach przez Ducha Świętego”. Miłość jest możliwa. A co najważniejsze jest najlepszym lekarstwem na nasze lęki, i najlepszą obroną przed manipulacją i kłamstwem tego świata i pana tego świata.