Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Oczyścić świątynię serca

Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus przybył do Jerozolimy. W świątyni zastał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas, sporządziwszy sobie bicz ze sznurów, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: «Zabierzcie to stąd i z domu mego Ojca nie róbcie targowiska!» Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: «Gorliwość o dom Twój pochłonie Mnie».

W odpowiedzi zaś na to Żydzi rzekli do Niego: «Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz?» Jezus dał im taką odpowiedź: «Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzy dni wzniosę ją na nowo».

Powiedzieli do Niego Żydzi: «Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni?»

On zaś mówił o świątyni swego ciała. Gdy zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus.

Kiedy zaś przebywał w Jerozolimie w czasie Paschy, w dniu świątecznym, wielu uwierzyło w Jego imię, widząc znaki, które czynił. Jezus natomiast nie zawierzał im samego siebie, bo wszystkich znał i nie potrzebował niczyjego świadectwa o człowieku. Sam bowiem wiedział, co jest w człowieku. (J 2, 13-25)

Dzisiejsza Ewangelia ukazuje Jezusa gwałtownego, Jezusa nie kryjącego swojego gniewu. Może to nas dziwić, bo Jezus przyzwyczaił nas raczej do łagodności.

Jaki zatem był Jezus? Bliższy temu, co znajdujemy u proroka Izajasza, który opisuje Go jako Pokornego Sługę Jahwe, który nie będzie podnosił głosu, nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi ledwie palącego się knota świecy (por. Iz 42,2-3); czy też gwałtowny i surowy – jak opisuje Go dzisiejsza perykopa ewangeliczna.

Myślę, że najlepszą odpowiedzą jest stwierdzenie, że był PRAWDZIWY! W każdej sytuacji był sobą, nie udawał. I z cała pewnością nie należał do tych, którzy nie panują nad emocjami.

Rodzi się jednak pytanie: Dlaczego Jezus demoluje dziś wszystko to, co było zwyczajem świątyni? Przecież za każdym razem, gdy przybywał do świątyni widział przekupniów, bankierów i nie reagował?

Szukając odpowiedzi na te pytania trzeba jednak być ostrożnym, bo można popełnić szereg błędów w interpretacji dzisiejszej perykopy ewangelicznej.

Można na przykład zrozumieć to wydarzenie na wzór handlarzy  – oburzonych postawą Jezusa, gdyż zniszczył prowadzony przez nich interes, osłabiając zyski.

Inni mogą przyjąć interpretację pobożnych bywalców świątyni, którzy korzystają z usług handlarzy, gwarantujących, że zwierzę zakupione u nich nie będzie odrzucone przez kapłana składającego ofiarę, dla których zachowanie Jezusa jest swego rodzaju uzurpacją władzy, która do Niego nie należy.

Tymczasem wyjaśnienie zachowanie Jezusa znajdujemy w zdaniu, które wydaje się najmniej na to wskazywać: „Zbliżała się pora paschy żydowskiej”. Ono pozwala dostrzec, że nic w zachowaniu Jezusa nie było przypadkowe. Także dzisiejszy zamęt, który spowodował

W obrzędzie uczty paschalnej na początku istniał ryt oczyszczenia polegający na szukaniu starego kwasu, by pozbyć się wszystkiego, co mogłoby zanieczyścić obrzędy, wszystkiego, co nie było przaśne.

Interwencja Jezusa w świątyni nawiązuje więc do tych czynności liturgicznych.

Wśród Żydów żywe było przekonania, że mesjasz przyjdzie w czasie paschy i dokona oczyszczenia świątyni. W domyśle, to czego dopuścił się Jezus byłoby zrozumiale jedynie, gdyby rzeczywiście był On Mesjaszem, stąd uczeni w Piśmie domagają się znaku, który potwierdziłby tę mesjańską misję Jezusa. Dlatego starając się zrozumieć to, czego byli świadkami zadają Jezusowi pytanie: : „Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz?”.

 Można by postawić pytanie: czy rzeczywiście tak wiele żądają, gdy oczekują, że Ten, który burzy ustalony porządek spraw i postępowania, wykaże się czymś więcej niż biczem i siłą?   

I Jezus udziela im odpowiedzi, jednak oni jej nie zrozumieli: „Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzy dni wzniosę ją na nowo”.

My oczywiście możemy tę Jezusową wypowiedź odczytać i zrozumieć dlatego, że mamy już pespektywę zmartwychwstania. Zresztą św. Jan również zaznacza w swojej Ewangelii, że apostołowie zrozumieli odpowiedź Jezusa dopiero po Jego zmartwychwstaniu.

Jednak dzisiaj te słowa są skierowane także do nas. I trzeba abyśmy zrozumieli je na jeszcze głębszym poziomie. Jezus chce nam przypomnieć, że wraz z Jego życiem i ofiarą Krzyża został zapoczątkowany nowy kult, w nowej świątyni, jaką jest Jego człowieczeństwo.

Dzięki śmierci, zmartwychwstaniu i zesłaniu Ducha Świętego przez chrzest nasze człowieczeństwo, nasze życie, nasze ciało jest świątynią, miejscem kultu, miejscem chwały Boga.

Pamiętamy słynne zdanie Jezusa skierowane do Samarytanki: „Prawdziwi czciciele oddają cześć Bogu w duchu i w prawdzie”.

Na takie rozumienie wskazuje drugie czytanie, mówiące o głoszeniu krzyża Chrystusowego – krzyża, który objawia i realizuje się również w nas, w naszym życiu i może być dla nas „mocą Bożą i mądrością Bożą”.

Jezus pragnie nieustannie oczyszczać świątynię naszego ciała, nasze życie i nasze serca z tego, co nie jest czyste, co jest starym kwasem, co nie jest przaśne, czyli nie jest gotowe na uczestnictwo w ofierze zbawczej Jezusa Chrystusa żyjącego w nas.

Jezus pragnie oczyścić nasze życie z tego, co jest relacją do Boga opartą na zasadzie handlu, a nie na miłości gotowej ofiarować Bogu nasze życie w postaci daru, tak jak On ofiarował nam swoje życie jako dar swojej miłości.

Może zatem nie czekajmy, aż Jezus „posprząta nasze życie”. Zróbmy to sami. Oczyśćmy się przez sakrament pojednania, ładujmy „akumulatory wiary” przez codzienne życie słowem Bożym, wyłączajmy natomiast to wszystko, co nasze życie zaśmieca i prowadzi do grzechu.

A wówczas nasze serce będzie miejscem, gdzie łatwiej nam będzie spotkać cichą obecność Boga, gdzie Serce Boże będzie mogło mówić do naszego serca a w naszym ciele, włączonym w Mistyczne Ciała Chrystusa będziemy mogli rozpoznać świątynię Ducha Świętego.

Coś ważniejszego niż działanie

Udając się do Jerozolimy,  Jezus wziął osobno Dwunastu i w drodze rzekł do nich: «Oto idziemy do Jerozolimy: a tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą Go poganom, aby został wyszydzony, ubiczowany i ukrzyżowany; a trzeciego dnia zmartwychwstanie».

Wtedy podeszła do Niego matka synów Zebedeusza ze swoimi synami i oddawszy Mu pokłon, o coś Go prosiła.

On ją zapytał: «Czego pragniesz?»

Rzekła Mu: «Powiedz, żeby ci dwaj moi synowie zasiedli w Twoim królestwie jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie».

Odpowiadając zaś, Jezus rzekł: «Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?»

Odpowiedzieli Mu: «Możemy».

On rzekł do nich: «Kielich mój wprawdzie pić będziecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej i lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował».

Gdy usłyszało to dziesięciu pozostałych, oburzyli się na tych dwóch braci. Lecz Jezus przywołał ich do siebie i rzekł: «Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę.

Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszy między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, tak jak Syn Człowieczy, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu». (Mt 20, 17-28)

Już drugi raz w tym tygodniu czytamy w Ewangelii, że Jezus wziął ze sobą uczniów osobno. W niedzielę wprawdzie dotyczyło to trzech z nich, dzisiaj wszystkich dwunastu, ale to zaproszenie do bycia na osobności z dwunastoma kojarzy mi się nieodzownie z doświadczeniem medytacji. W medytacji bowiem Jezus zaprasza nas byśmy pobyli z Nim na osobności. Jest z nami by mówić do naszego serca. Aby swoim słowem kształtować serce medytującego a więc tego, kto pragnie trwać na modlitwie, która jest nade wszystko wsłuchiwaniem się w słowo.

Medytacja jest także doświadczeniem przypominającym nam, że jest coś ważniejszego w naszym życiu niż działanie i że tym czymś jest MODLITWA. I że jest coś ważniejszego niż moje słowo a jest nim SŁOWO BOŻE, słowo które zawsze – w odróżnieniu od naszych ludzkich słów – jest do nas kierowane z miłości. To jedyny powód dla którego Bóg do nas mówi: MIŁOŚĆ! Bo Bóg jest miłością.

Pozwólcie, na jedną małą dygresję: To, co napisano przed chwilą wpisuje się również w nauczanie kard. Roberta Saraha, który właśnie ze względu na osiągnięcie wieku emerytalnego zakończył swoją pracę w Watykanie, a o którym napisano, że „żaden inny z kardynałów nie wypowiadał się tak wiele na temat… ciszy”. To on zachęca w swojej książce p. t. „Moc milczenia. Przeciw dyktaturze hałasu” następującymi słowami, które wybrzmiały także w czasie prowadzonych przez niego rekolekcji przed dwoma laty w Centrum Formacji Duchowej u Salwatorianów w Krakowie: „Odzyskanie poczucia ciszy jest priorytetem, pilną koniecznością. Cisza jest ważniejsza niż jakakolwiek praca ludzka, bo ona wyraża Boga. Bóg jest ciszą, a diabeł jest hałaśliwy.

Jest jeszcze jeden aspekt dzisiejszej Ewangelii, który przypomina mi o wartości medytacji. Jest nim scena z synami Zebedeusza, którzy proszą dla siebie o szczególne miejsce w Królestwie Jezusa.

Tymczasem nie dalej niż wczoraj Jezus rysując podwójny obraz ucznia – jeden karykaturalny, na tle krytyki zachowań faryzeuszów; drugi prawdziwy przestrzegał przed szukaniem dla siebie pierwszych miejsc, skupianiem na sobie uwagi, pychą…

Jezus kreśląc obraz prawdziwego ucznia przypomniał, że jest nią osoba, która nie skupia uwagi na sobie, ale kieruje ją dalej, na jedynego Mistrza. Uczeń Jezusa jest w cieniu, nie na pierwszym planie; nie podkreśla znaczenia swoich słów ani nie szuka swojej chwały. Uznaje, że wszyscy są braćmi (równi), a nawet więcej, w pokorze innym służy.

Znów przypomina mi się w tym miejscu chyba mało znana postać błogosławionego Michała Giedroyća, którego tak pięknie opisał Marcin Styczneń w jednym ze swoich utworów z najnowszej płyty „Święci”, jako „mistrza drugiego planu”.

Apostołowie jak się zdaje nie odrobili tej lekcji. I nic dziwnego, bo dla mnie jest to dowodem na to, że to nie teoria – nawet najpiękniejsza – nas zmienia. Zmienia nas doświadczenie! Nie wystarczy jedynie słuchać słowa, nawet jeśli jest to słowo Boże!

I tutaj powrócę do praktyki medytacji. Medytacja sprawia, że nie tylko słucham słowa, ale że słowo to staje się doświadczeniem. Innymi słowy medytacja zaprasza nas byśmy wsłuchując się w słowo, które wybrzmiewa w naszym sercu w rytmie oddechu nie tylko słuchali, ale poddali się jego działaniu, gdyż za słowem, które towarzyszy naszej medytacji stoi łaska, która pragnie nas przemieniać. Medytacja jest zatem zaproszeniem do zgody na to, aby Chrystus przychodzący w swojej łasce, której znakiem jest słowo przemieniał nas i kształtował.

I dopóki nie przemienimy się przez uczestnictwo w życiu Boga, w które zanurza nas medytacja, dopóki nie pozwolimy przemienić się przez miłość, będziemy podobnie jak owi synowie Zebedeusza należeć jedynie do tej ziemi a nie do Królestwa Chrystusa.

Medytacja jest dla nas zaproszeniem do tego, aby nieustannie przekraczać płaszczyznę czysto ludzką, by umożliwić sobie przekształcenie nas przez nadprzyrodzoną miłość, która w tej modlitwie pragnie nas dotknąć, wypełnić, uzdrowić i prowadzić.

Trzy góry

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam się przemienił wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe, tak jak żaden na ziemi folusznik wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem.

Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: «Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Nie wiedział bowiem, co powiedzieć, tak byli przestraszeni.

I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!» I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa.

A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy „powstać z martwych”. (Mk 9, 2-10)

Choć w centrum wydarzeń przywołanych przez dzisiejszą liturgię słowa stoi Góra Tabor – zwana Góra Przemienienia, to tak naprawdę Słowo Boże pokazuje nam dziś trzy góry.

Najpierw stajemy przed górą w krainie Moria. Bóg wystawia Abrahama na okrutną próbę. W słuchającym tej opowieści z Księgi Rodzaju rodzi się pytanie: Czy ktokolwiek – nawet sam Bóg – może żądać zabicia własnego dziecka? Dziecka jedynego, umiłowanego? Dzisiaj oczywiście inaczej patrzymy na tamto wydarzenie, znamy jego szczęśliwe zakończenie. Dzisiaj wiemy, że była to jedynie próba wiary Abrahama, próba która wydaje się konieczna na drodze duchowego dojrzewania, bo to dzięki próbie człowiek poznaje siebie, ale przede wszystkim poznaje Boga, który nie odwołuje danych obietnic. Abraham otrzymał dzięki temu doświadczeniu ostateczny dowód, że Pan nie jest okrutnikiem, który gra z człowiekiem w jakąś niezrozumiałą grę. Widzi Jego dobroć w baranku, którego przygotował na ofiarę, choć być może jeszcze nie dostrzega w nim zapowiedzi Baranka Bożego, który osiemnaście wieków później złoży swoje życie w darze dla zbawienia człowieka.

Jest taki żydowski midrasz Genesis Rabba, w którym znani rabini tłumaczą duchowy wymiar tej historii: „Rabbi Jonatan mówi: Garncarz nigdy nie próbuje uszkodzonych dzbanów. Nie mógłby bowiem nawet jeden raz w nie stuknąć, nie rozbijając ich. Co więc próbuje? Próbuje dzbany dobrej jakości, może w nie bowiem uderzać, nie niszcząc ich. Tak samo człowiek nie osiągnie świętości, nie będąc poddanym próbie przez Najwyższego, nie poddaje On próbie łotrów, lecz sprawiedliwych (…). Rabbi Josi bar Hanina mówi: Kiedy tkacz lnu jest pewny jakości swego płótna? Im więcej go uderza, tym lepszy len się staje. Im mocniej go tłucze, tym bardziej staje się błyszczący” (45, 2).

Następnie Ewangelista Marek zabiera nas na górę Przemienienia, gdzie spotykamy Piotra, Jakuba i Jana wraz z Jezusem. Trzej Apostołowie zaproszeni przez Pana do wspólnej wędrówki są świadkami Jego modlitwy, rozmowy z Mojżeszem i Eliaszem, widzą swojego Mistrza w chwale nieba i słyszą głos Boga skierowany bezpośrednio do nich: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!” (Mt 17, 5b).

Zatrzymajmy się chwilę na tej górze… Apostołowie już raz wypełnili polecenie pójścia za Jezusem, gdy zostawili sieci i zostali Jego uczniami. Teraz też są z Nim, bo sam ich zaprosił na wędrówkę. Idą w ciemno, bez zabezpieczeń, bez dokładnie wyznaczonego czasu dojścia do celu. Idą, bo idzie z nimi ich Mistrz. Idą, by po trudach wspinaczki widzieć Boga w świetle, by dotknąć tajemnicy, a potem zejść ze szczytu do pozostałych Apostołów i wraz z nimi wędrować dalej.

Dalej – to znaczy ku Jerozolimie, miejscu śmierci i zmartwychwstania Boga.

Ta scena uświadamia nam, że takie jest też moje (i Twoje) życie wiary. Z wiedzą sięgającą „dziś”, na jeden etap drogi, bo o kolejny zatroszczy się Pan. W swoim czasie wyznaczy szlak i zadanie, które trzeba podjąć. Przypomina to trochę harcerskie podchody, gdy ostateczny cel jest znany, ale o sposobie dojścia do niego dowiadujemy się wędrując i czytając zostawione wskazówki.

W doświadczeniu wiary ważne jest byśmy nie stracili ufności w to, że w wędrówce przez życie idzie z nami Pan, który doskonale zna naszą kondycję duchową. Mamy Go słuchać, a On tak zaplanuje wędrówkę, by tam gdzie się tego najmniej spodziewamy rozświetlić nasze „teraz” blaskiem swojego Oblicza.

Ale Góra Tabor nie jest miejscem, gdzie możemy się zatrzymać. Ona jest tylko przystankiem w drodze (podobnie jak wszelkiego rodzaju duchowe pocieszenia i doświadczenia mistyczne, których możemy doświadczyć w naszym życiu). Musimy z niej zejść by powrócić co świata naszej codzienności, ale na ten powrót zostaje nam dana ważna rada a jednocześnie warunek naszego powodzenia w wędrówce przez codzienność: „Jego słuchajcie!”

Na Górze Tabor Ten, który kiedyś obiecywał Abrahamowi błogosławione potomstwo, teraz objawia Potomka, w którym wypełni się całe błogosławieństwo i przez którego „wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia”. Ale to, co widzimy i słyszymy na górze Przemienienia, jest nadal tylko zapowiedzią.

Wypełnienie obietnicy dokonało się dopiero na trzeciej górze. Gdzie ją znajdziemy? Odpowiedzi udziela nam św. Paweł: „On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby nam wraz z Nim i wszystkiego nie darować?”.

Trzecia góra to góra Ukrzyżowania. Tam dokonuje się Wypełnienie. Bóg zatrzymał rękę Abrahama, gdy ten sięgnął po nóż, aby zabić swego syna. Śmierć Izaaka byłaby bezsensowna, na próżno by umarł. To dopiero ofiara Jedynego Syna, Syna Umiłowanego, przynosi usprawiedliwienie. Bóg, który mówił do Abrahama, nie jest Bogiem okrutnym, nieludzkim. On staje się jednym z nas, żeby za nas siebie samego ofiarować.

Ośmielony tą niewiarygodną miłością Boga św. Paweł napisze:

„Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł za nas śmierć, co więcej – zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami?”.

I tak się zrealizowało błogosławieństwo przez Potomka Abrahama. Błogosławieństwo, w którym my także mamy udział.

Jezusowa lekcja o modlitwie

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Modląc się, nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, zanim jeszcze Go poprosicie.

Wy zatem tak się módlcie:

Ojcze nasz, który jesteś w niebie, niech się święci Twoje imię! Niech przyjdzie Twoje królestwo; niech Twoja wola się spełnia na ziemi, tak jak w niebie. Naszego chleba powszedniego daj nam dzisiaj; i przebacz nam nasze winy, tak jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili; i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego. (Mt 6, 7-13)

Wciąż dźwięczą mi w uszach i w sercu słowa lekcji o modlitwie, jakiej udzielił nam Jezus we wczorajszej Ewangelii. Dlatego pozwólcie, że powrócę do niej. Czy tym, co do nas mówi Jezus chce nas zniechęcić do długiej i wytrwałem modlitwy, jak sądzą niektórzy? Bynajmniej! Przecież On sam – jak opisują to Ewangeliści – spędzał na modlitwie całe noce. On także wielokrotnie motywuje swoich uczniów, aby na modlitwie byli wytrwali zachęcając do tego, że „zawsze powinni się modlić i nie ustawać” [Łk 18,1]

Dla mnie osobiście Jezusowa nauka o modlitwie z jej przykładem w formie Modlitwy Pańskiej jest tą, która pragnie porządkować nasze życie i to nie tylko duchowe.

Przestroga przed gadatliwością jest dla mnie przypomnieniem o tym, że przede wszystkim powinienem słuchać. To zasada, która jest potrzebna zarówno w relacji z Bogiem jaki i relacji z drugim człowiekiem. Jak wiele nieporozumień rodzi się z barku słuchania zarówno w naszym patrzeniu na Pana Boga jak i  w naszym patrzeniu na drugiego człowieka.

Wezwanie Ojcze nasz przypomina mi, że Bóg jest Ojcem wszystkich: wierzących i niewierzących, ochrzczonych i nieochrzczonych, tych, którzy podzielają mój sposób myślenia i tych, którzy myślą inaczej… A skoro On jest Ojcem, to my winniśmy być dla siebie braćmi i siostrami.

Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja… Uwalniają mnie od zbytniego skupienia się na sobie, kręcenia wokół siebie i przypominają, że to Jego wola a nie moja mas się spełniać, że to wokół Jego imienia – tego przywoływanego przeze mnie po tysiące razy w medytacji – ma się wszystko obracać a nie wokół mojego…

… i że to dotyczy zarówno nieba i ziemi, zarówno mojego życia jak i życia innych.

Słowa chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj przypominają mi o konieczności życia wdzięcznością, bo nieustannie otrzymuję od Boga więcej niż jest mi potrzebne i więcej niż na to zasługuję i przestrzegają, żeby tego nie zmarnować…

I odpuść nam nasze winy, które tak naprawdę nie są czymś, co dotyka jedynie chwili obecnej, ale że każdy grzech popełniony przeze mnie dzisiaj staje się ponadczasowy i sięga… dwa tysiąc lat wstecz, stając się kolejna raną na umęczonym ciele Jezusa w czasie Jego męki.

I przebacz nam, bo każda nieprzebaczona wina jest jak kolejny kolec w koronie cierniowej Chrystusa i decyzją przez którą sami siebie okradamy z łaski Jego przebaczenia.

I  nie wódź nas na pokuszenie, byśmy nie utonęli w świecie, lecz mogli dotrzeć do przystani, której na imię WIECZNOŚĆ Z BOGIEM.

Tak zatem szkoła Jezusowej modlitwy porządkuje moje życie. Często tak nieuporządkowane…

To o tym mówił także ojciec Jan Bereza OSB, którego dziesiątą rocznicę śmierci właśnie obchodzimy, więc nich będzie mi wolno przywołać dziś w komentarzu jego własne słowa:

„Dzisiejszemu człowiekowi brakuje uporządkowania, brakuje modlitwy, brakuje wewnętrznego pokoju… Brakuje mu samego siebie! W każdym z nas budzi się niejednokrotnie tęsknota za ciszą i oderwaniem od zgiełku świata. Z tym pragnieniem łączy się większe zrozumienie i większa otwartość dla praktyki medytacji i kontemplacji. Cisza medytacji pozwala nam dostrzec, że najbardziej prozaiczne czynności dnia codziennego mogą stać się dla nas okazją do uwielbienia Boga a zarazem ważnym duchowym ćwiczeniem uważności i wierności realizowanej w rzeczach małych. Medytacja wprowadzając doświadczenie jedności i pokoju w nasze serce uczy nas przezwyciężania podziału naszego życia na sacrum i profanum. Gdy św. Paweł zachęca nas, abyśmy we wszystkim, co czynimy wychwalali Pana chce uczyć nas, aby nasza modlitwa, tak jak i nasza praca, która może się stać modlitwą przy odpowiedniej motywacji angażowały całego człowieka tzn. jego umysł, serce i ciało. Taka postawa sprawia, że w tym, co robimy nie będzie w nas rozdwojenia a będzie wewnętrzna jedność cechująca ludzi modlitwy, ludzi Boga”. [z osobistych notatek z konferencji ojca Jana czerwiec AD 1996]

Praktyka medytacji uczy mnie, że Bóg mówi do mnie zawsze. Mówi przez swoje słowo i swoje milczenie, przez ciszę i przez liturgię a nade wszystko przez miłość, której oznaki można odnaleźć wszędzie. Trzeba mieć tylko szeroko otwarte oczy i serce…

Boże, nie daj nam nigdy zapomnieć,

że Ty mówisz do nas także i wtedy,

kiedy milczysz…

 

Przez miłość do nas milczysz,

Przez miłość do nas mówisz.

Bo czy milczysz, czy mówisz,

Zawsze jesteś tym samym Ojcem…

 

Prowadzi nas Twój głos,

Wychowuje nas Twoje milczenie. [S. Kierkegaard]

Wyjść na pustynię

Duch wyprowadził Jezusa na pustynię. A przebywał na pustyni czterdzieści dni, kuszony przez Szatana, i był ze zwierzętami, aniołowie zaś Mu służyli.

Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: «Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!» (Mk 1, 12-15)

Ewangelista Marek nie należy do autorów zanudzających czytelnika niekończącymi się opisami przyrody lub drobiazgowym rejestrem wewnętrznych stanów ducha przedstawianych postaci. Jego styl jest prosty. Dlatego wymaga wolnej, skupionej lektury, bardziej medytacji niż takiego sposobu czytania, do którego przyzwyczaiły nas nagłówki w gazetach.

Na początku Wielkiego Postu dostajemy króciutki fragment Ewangelii, w którym w lapidarnym skrócie Marek opisuje pobyt Jezusa na pustyni.

Opis jest tak krótki, że słuchając go w kościele w czasie Mszy świętej, możemy w ogóle nie usłyszeć jego treści. Ledwo wstaliśmy, już trzeba siadać. Może umknąć naszej uwadze pustynia, na którą Duch wyprowadził Jezusa, podobnie jak wcześniej Mojżesza, Eliasza czy innych proroków. Możemy nie zauważyć pojednanego całego stworzenia, świata anielskiego, ludzkiego i zwierzęcego, gdy Jezus pokonał szatańskie pokusy. A już zupełnie może przejść nam mimo uszu, że jesteśmy świadkami momentu przełomowego nie tylko w życiu Jezusa, ale otwierającego nowy rozdział historii całego kosmosu, a Jego słowa o „bliskim Królestwie Bożym” są pierwszymi, które wypowiada w Ewangelii.

Myślę, że Wielki Post, to dobry czas na uczenie się takiego czytania naszego życia, które pozwoli nam odkryć, ile Boga w nim jest, a ile umknęło naszej uwadze.

Na pustyni Jezus przebywał czterdzieści dni. W ten sposób „kontynuował” tradycje liczby czterdzieści w historii zbawienia: czterdzieści dni trwał potop oczyszczający ludzkość z grzechu; czterdzieści lat wędrował Izrael przez pustynię do Ziemi Obiecanej; czterdzieści dni o chlebie i wodzie szedł Eliasz na spotkanie z Bogiem na górę Horeb. Liczba czterdzieści ma znaczenie symboliczne. Oznacza między innymi czas dojrzewania, oczyszczenia; czas nawrócenia, pokuty, powrotu.

Kościół rozpoczynając okres Wielkiego Postu zaprasza również nas niejako na pustynię. Czterdziestodniowy czas postu – o ile będzie dobrze wykorzystany – może stanowić swoiste rekolekcje, które przypominają wędrówkę Izraela przez pustynię.

Bóg chciał, aby ten czas był dla Ludu Wybranego czasem oczyszczenia, pogłębienia więzi, uświadomienia sobie szczególnego wybrania, głębszej miłości. Tymczasem okazał się czasem odejść, niewierności, szemrania, wątpliwości, niewiary i kuszenia Pana Boga.

W naszej wędrówce przez pustynię życia jest podobnie…

Nie zawsze chcemy iść drogą, którą prowadzi nas Bóg, wybieramy własny sposób na życie i szczęście. Niejednokrotnie brak nam odwagi, wytrwałości, cierpliwości; brak szczerości, ufności i wiary. Często idziemy przez pustynię życia samotnie, próbując uciec przed krzyżem, do którego zaprasza nas Pan Bóg a jednocześnie mnożąc i uginając się pod „krzyżami”, które sami na siebie nakładamy, niejednokrotnie naszymi niemądrymi wyborami.

Nie wiem, kto z Was miał okazję być na pustyni!? Moje osobiste doświadczenie jednak podpowiada mi, że pustynia ma coś wspólnego z pielgrzymką. Jeśli ktoś z Was był choć raz na pielgrzymce np. do Częstochowy, to z pewnością potwierdzi te intuicję.

W codziennym życiu zazwyczaj Panu Bogu poświęcamy jedynie dłuższe lub krótsze chwile. Podczas pielgrzymki całe nasze życie, 24 godziny na dobę, jest dla Pana Boga. Dla Niego jest nasza modlitwa, a także nasz wysiłek, zmęczenie, odciski na stopach.     W czasie pielgrzymki nasza codzienność jest przeżywana w Bożej obecności i tego między innymi możemy się tam nauczyć, próbując tak żyć już po powrocie do domu. Pielgrzymka uczy nas również stawiania sobie wymagań i zmagania się z trudnościami. Ma to wymiar ofiary, ale również jest czymś, co się przydaje potem w codziennym wzrastaniu w wierze i ludzkiej dojrzałości.

Nie każdy z nas może wyjść na pustynię lub pójść na pielgrzymkę. Na szczęście dla nas znalazł się w ciągu roku okres zwany Wielkim Postem, abyśmy spróbowali, trwając w codzienności, przeżyć czas pustyni, czas pielgrzymki. Będzie to oczywiście trudniejsze, bo sprawy domowe i zawodowe nie sprzyjają pozostawaniu na duchowej pustyni. Ale z całą pewnością możemy spróbować powalczyć o więcej czasu dla Pana Boga, np. przez uczestnictwo w drodze krzyżowej lub gorzkich żalach. Możemy postanowić, że będziemy uczestniczyć w Eucharystii częściej niż tylko w niedziele, możemy zatroszczyć się, by znaleźć więcej czasu na codzienną modlitwę lub czytanie Pisma Świętego, albo też dobrą lekturę. (Szczególnie polecam na ten czas np. „Listy z pustyni” Carlo Carretto – duchowego syna błogosławionego Karola de Foucauld, książkę wyjątkową, która ułatwia przeżycie takiego doświadczenia także na pustyni wielkiego miasta).

Warto również podejmować wielkopostne umartwienia, pamiętając jednak, że – jak napisała św. Teresa od Jezusa – cenniejsze od wymyślanych przez nas umartwień jest przyjmowanie w duchu umartwienia trudności, które przynosi nam codzienne życie. Umartwienia wielkopostne wedle św. Teresy winny uczyć nas zgody na nasze życie a jedocześnie pokonywania pokusy ucieczki od niego – a to bywa niełatwą sztuką.

Bo jak pisał kilka stuleci temu Tomasz à Kempis w swoim dziele O naśladowaniu Chrystusa: „wielu ludzi zostało zwiedzionych przez ciągłe przenosiny, wynikające z błędnych wyobrażeń o innych miejscach”. Średniowieczny autor kierował je do zakonników, którzy rozczarowani swoimi współbraćmi, ciągle zmieniali wspólnoty w poszukiwaniu tej najdoskonalszej bo, jak twierdzili, ich rodzime wspólnoty nie pozwalały im w pełni się rozwijać. Jak łatwo się domyślić, mimo licznych wysiłków i ciągłych przenosin idealnego miejsca do swego rozwoju nigdy nie znajdowali.

Czy my nie ulegamy dziś pokusie ucieczki od sytuacji, relacji i ludzi, z którymi przyszło nam żyć, przekonani o tym, że gdybyśmy tylko byli w innym miejscu i z innymi osobami, to na pewno byłoby nam łatwiej a może osiągnęlibyśmy więcej?

Jezus przebywał na pustyni. Nie uciekł, od niej mimo, że była trudnym doświadczeniem. Z tego właśnie doświadczenia wyszedł umocniony, pokonując Szatana… Może więc czas Wielkiego Postu jest dobrą okazją do tego, abyśmy przestali narzekać na otaczającą nas rzeczywistość a uczyli się ją od Jezusa przyjmować, taką jaka jest, pamiętając, że właśnie to miejsce, gdzie Bóg stawia nas na co dzień jest miejscem naszego uświęcenia i dojrzewania w wierze i miłości.