Wyzwolenie niesione przez Słowo
Jezus powiedział do Żydów, którzy Mu uwierzyli: «Jeżeli trwacie w nauce mojej, jesteście prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli».
Odpowiedzieli Mu: «Jesteśmy potomstwem Abrahama i nigdy nie byliśmy poddani w niczyją niewolę. Jakże Ty możesz mówić: „Wolni będziecie?”»
Odpowiedział im Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu. A niewolnik nie pozostaje w domu na zawsze, lecz Syn pozostaje na zawsze. Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni. Wiem, że jesteście potomstwem Abrahama, ale wy usiłujecie Mnie zabić, bo nie ma w was miejsca dla mojej nauki. Co Ja widziałem u mego Ojca, to głoszę; wy czynicie to, co usłyszeliście od waszego ojca».
W odpowiedzi rzekli do niego: «Ojcem naszym jest Abraham».
Rzekł do nich Jezus: «Gdybyście byli dziećmi Abrahama, to dokonywalibyście czynów Abrahama. Teraz usiłujecie Mnie zabić, człowieka, który wam powiedział prawdę usłyszaną u Boga. Tego Abraham nie czynił. Wy dokonujecie czynów ojca waszego».
Rzekli do Niego: «My nie urodziliśmy się z nierządu, jednego mamy Ojca – Boga».
Rzekł do nich Jezus: «Gdyby Bóg był waszym Ojcem, to i Mnie byście miłowali. Ja bowiem od Boga wyszedłem i przychodzę. Nie wyszedłem sam od siebie, lecz On Mnie posłał». (J 8, 31-42)
Przyznam się, że jak pierwszy raz przeczytałem dzisiejszą Ewangelię, to nie wiedziałem od czego zacząć komentarz do medytacji. Chciałoby się od wszystkiego, bo jest tak pełna treści. Uznałem zatem, że odłożę to rozmyślanie na trochę i poczekam na natchnienie. Ono zawsze przychodzi, choć niejednokrotnie w sposób nieoczekiwany. To tak jak z jednym z moich profesorów z czasów seminaryjnych studiów – wybitnym znawca teologii moralnej – przed zadawaniem pytań któremu przestrzegali mnie zawsze moi koledzy. Oczywiście ich nie posłuchałem! Któregoś zatem majowego dnia wybrałem się do rzeczonego profesora po wykładzie w celu zadania mu nurtującego mnie pytania. Pytanie w zasadzie – przynajmniej moim zdaniem – było proste. Ksiądz profesor jednak, gdy je usłyszał ucieszył się bardzo, że może pomóc swoją wiedzą zagubionemu alumnowi i stwierdził: „Dziękuję za to pytanie, ale widzi ksiądz na ten problem można spojrzeć wieloaspektowo…” I tu zaczęło się wymienianie aspektów, które tak bardzo rozwinęły moje pierwotne pytanie, że księdzu profesorowi odpowiedź na nie zajęła… dwie godziny. Te dwie godziny stałem na korytarzu słuchając wywodów księdza profesora i ku uciesze moich kolegów, którzy idąc na wykład puszczali do mnie z zadowoleniem oko wiedząc, co mnie czeka i wychodząc z kolejnego wykładu cieszyli się jak dzieci widząc, że nogi wrastają mi już w pewną część ciała gdy czekam na dokończenie udzielanej mi odpowiedzi. Nauczka była skuteczna, bowiem podobnie jak inni moi koledzy nigdy więcej nie zwróciłem się już z żadnym pytaniem do tego księdza profesora.
Skądinąd zawsze podziwiałem wielką otwartość i pokorę tego człowieka, który nigdy żadnego pytania studenta nie uważał za głupie i zawsze starał się oświecić każdego poszukującego prawdy.
I tak też Pan Bóg zawsze mnie zaskakuje, bo kiedy prosi się Go o natchnienia i nie zdezerteruje się zbyt szybko, On zawsze potrafi ukazać mi głębię swojego słowa, na którą ja nigdy bym nie wpadł w swoim ograniczonym sposobie rozumowania. Piszę o tym także dlatego, że przeżywając już drugie z rzędu rekolekcje w czasie tego Wielkiego Postu, jestem nieustannie pełen zachwytu nad słowem, którym Pan Bóg karmi nas w tym roku przez posługę rekolekcjonistów. Każdy dzień przynosi cudowne i zaskakujące odkrycie głębi, które niesie ze sobą Słowo Boże.
Ale wracając do słowa, które dzisiaj jest nam podarowane w Ewangelii, Jezus przypomina nam, że jednym z istotnych warunków by być Jego prawdziwym uczniem, jest trwać w Jego nauce.
I tu taka dygresja, która opieram na swoim własnym doświadczeniu. Nie wiem czy u Was jest podobnie? Dla mnie istotnym aspektem trwania w nauce Chrystusa jest przyjęcie jej sercem. I w tym doświadczeniu niezawodną rolę okrywa praktyka medytacji. Nic mocniej niż Boże słowo i Jego laska nie potrafi wpisać nauki Jezusa i jej głębokiego – także tego pozaintelektualnego sensu – w nasze serce. Niestety próba przyswojenia sobie nauki Jezusa jedynie na płaszczyźnie intelektu grozi przyjęciem postawy Żydów z dzisiejszej Ewangelii i tym, że stworzymy w sobie jakiś obraz Boga, do którego na siłę będziemy chcieli dopasować to, co On do nas mówi. Częste polemiki wewnętrzne mające miejsce w naszym umyśle jako odpowiedź na usłyszane słowo i prawdę, którą ono niesie są właśnie dowodem na to, że nie pozwoliliśmy temu słowu zasymilować się z naszym sercem. A na płaszczyźnie racjonalnego myślenia bowiem wiele prawd zawartych w Słowie Bożym bardzo trudno jest przyjąć człowiekowi, zwłaszcza wtedy, gdy może nam się wydawać, że Pan Bóg zdaje się działać – wedle naszej oceny – nieracjonalnie. A bywa tak wcale nie rzadko! Lecz problem nigdy nie leży po stronie Pana Boga a naszego umysłu, który nie jest w stanie uchwycić całej tajemnicy działania Pana Boga, która wykracza zawsze poza nasze ludzkie rozumienie. Jest tylko jeden poziom, gdzie to działanie – choć dla nas często tajemnicze i niezrozumiale możemy przyjąć bez zastrzeżeń – a jest nim poziom serca, poziom czystej wiary i zaufania do Pana Boga, które się z tej wiary rodzi.
Kolejne doświadczenie związane z praktyką medytacji to prawda, że słowo Chrystusa pomaga mi stanąć w prawdzie i daje wewnętrzną wolność. Jest truizmem stwierdzenie, że potrzebujemy Prawdy, by być wolnymi. Niestety bywa tak, że często się przed przyjęciem tej prawdy bronimy z różnych powodów: lękamy się, że podważy ona nasze dobre wyobrażenia o nas samych, bo brak nam pokory, bo wolimy żyć w iluzji, że nie jest jeszcze z nami tak źle etc.
Jednak praktyka medytacji pozwala uchwycić jedno ważne doświadczenie: Ponieważ cisza medytacji, w której staramy się wyłączyć działanie naszego racjonalnego umysłu i która sprawia, że mniej czujne stają się nasze mechanizmy obronne staje się miejscem otwarcia na głębsze doświadczenie wewnętrzne, na spotkanie z sobą samym, toteż jest miejscem gdzie powoli ujawnia się również ta prawda, która na co dzień jest głęboko zakopana w naszej podświadomości i do której zazwyczaj nie mamy dostępu. Zawsze jest dla mnie tajemnicą, dlaczego tak się dzieje, ale nie mam wątpliwości, że nie dzieje się tak bez działania Bożej łaski, że to co wychodzi z zakamarków naszej podświadomości objawia się nam stopniowo, gdyż Pan Bóg pozwalając nam na konfrontację z prawdą o nas samych nie chce nas nią przytłoczyć, ale chce, żeby to doświadczenie prowadziło nas do prawdziwej wolności serca. Nie mam też wątpliwości, że konfrontacja z tą prawdą jest możliwa dzięki temu, że odkrywamy ją w klimacie miłości, która nas ogarnia poprzez słowo i łaskę towarzyszące praktyce medytacji, co nie znaczy, że spotkanie z tą prawdą nic nie kosztuje. Bo jak zwykł mawiać sługa Boży kardynała Stefan Wyszyński: „ziarno Prawdy wiele kosztuje, a jedynie za plewy nic się nie płaci”. Jednak doświadczenie medytacji pokazuje niezbicie, że trzymając się Jezusa i Jego słowa otrzymujemy siłę do poznania i uznania prawdy o nas samych a jednocześnie głębokie przeświadczenie, że to właśnie ta droga, która prowadzi do spotkania z samym sobą jest jedyną drogą do spotkania z Bogiem o czym już zapewniał Ewargiusz z Pontu.
Przypominają mi się przy tej okazji słowa szczególnie bliskiego memu sercu i niezwykłego kapłana i poety ks. Janusza Pasierba, który podczas jednych z wygłoszonych pod koniec swojego życia rekolekcji pytał: „A gdzie mamy szukać siebie? Gdzie, i w czym odnajdywać prawdę o nas samych? Jakie warunki winniśmy spełnić, by to odnajdywanie mogło być w ogóle możliwe?”
I odpowiadając na to pytanie ciągnął dalej: „Potrzeba nam zatrzymania się w biegu, chwil wyciszenia, odcięcia się od chaosu i hałasu, którymi wypełniona jest nasza codzienność” (…) „Milczenie, uciszenie, powinno być przeżyciem oczyszczającym, za dużo jest w nas gratów i śmieci (…). Milczenie powinno być świadomym aktem. Milczenie jest cechą osoby: Boga, człowieka. (…) Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy Ciszy, która pomnaża wrażliwość, tak potrzebną nam, ogłuszonym przez «mocne uderzenie» współczesności”.
Niech zatem wolno mi będzie zakończyć to przydługie rozważanie strofami skompilowanymi z dwóch jego wierszy: Wiem, że jesteś Życiem i Butelka lejdejska:
zatrzymaj się bez względu na to
czy uciekasz czy ścigasz
bo nigdzie
ani przez chwilę
nie będzie ciebie
naprawdę
milczenie
może być czymś więcej
niż mowa
możesz
z niego
zrobić wszystko
w miarę
jak jesteś
Józef, człowiek milczenia i modlitwy
Jakub był ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem.
Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego.
Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem prawym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.
Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”.
Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański. (Mt 1, 16. 18-21. 24a)
Cicha obecność św. Józefa przy Jezusie i Maryi jest dla nas wielką katechezą. Św. Józef uczy nas pokory, zaufania Bogu. „Esto humilis et pacificus, et erit tecum Jesus. “ (Bądź pokorny i pełen pokoju, a Jezus będzie z tobą). Te słowa Tomasza a Kempis z „O naśladowaniu Chrystusa” (Ks. II, rozdz. 8, 3) pokazują nam w pewien sposób życie św. Józefa.
Św. Józef reprezentuje postawę dobrego chrześcijanina: jest sprawiedliwy, dyskretny, głęboko wierzący, co sprawiało, że staje się otwarty na Bożą wolę, która przejawiała się w jego życiu. Ale by tak się mogło stać musiał być nade wszystko człowiekiem modlitwy. To nieodzowny warunek tego, aby najpierw umieć rozeznać co jest wolą Bożą (usłyszeć dyskretny głos Boga, który mówi do nas, ale aby mógł być usłyszany wymaga od nas otwartości serca i ciszy), a następnie ją wypełnić.
Często możemy niestety zobaczyć na twarzy innych – także chrześcijan – niewinny uśmieszek, gdy ktoś opowiada im, że Pan Bóg do niego przemówił…
Tymczasem Bóg mówi do nas nieustannie. Pozostaje pytanie: czy nowoczesny, współczesny chrześcijanin ze swoim racjonalistycznym sposobem myślenia, którego żąda od niego świat jest jeszcze w stanie w to uwierzyć?
Nie dalej niż wczoraj słyszeliśmy w Ewangelii wyrzut Jezusa: „Badacie Pisma (…) to one właśnie dają o Mnie świadectwo. A przecież nie chcecie przyjść do Mnie, aby mieć życie”.
Jak głębokim człowiekiem był św. Józef, jak mocne musiał mieć doświadczenie modlitwy, że spotkanie z aniołem i to we śnie – które racjonalista potraktowałby jako majak senny – nie zdziwiło go, że Bóg przemawia do niego właśnie w taki sposób.
Święty Józef, pełen pokory i milczenia, oraz Maryja, wpatrzona i wsłuchana w Boga, uczą nas iść za Chrystusem i słuchać Chrystusa. Idąc za Nimi mamy pewność, że nie pobłądzimy i nie stracimy z oczu Chrystusa. Zarówno Maryja jak i Józef – choć nie wypowiadający w Ewangelii żadnego słowa – będący symbolem tak mało popularnego dziś w rozkrzyczanym i pełnym emocji świecie zasłuchania w Boga i w człowieka są dla nas wzorem wiary, nadziei i miłości i doskonałymi przewodnikami na dziś po splątanych ścieżkach ludzkiego życia.
Człowiek sięga tak daleko, jak sięga jego modlitwa
Lecz Jezus im odpowiedział: «Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam». Dlatego więc usiłowali Żydzi tym bardziej Go zabić, bo nie tylko nie zachowywał szabatu, ale nadto Boga nazywał swoim Ojcem, czyniąc się równym Bogu.
W odpowiedzi na to Jezus im mówił: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Syn nie może niczego czynić sam z siebie, jeśli nie widzi Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni. Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje Mu to wszystko, co sam czyni, i jeszcze większe dzieła ukaże Mu, abyście się dziwili. (J 5, 17-18.19-20)
Kto może rozpoznać prawdę o Jezusie? Ten kto słucha jego słowa i wierzy w Tego, który Go posłał.
Medytacja uczy nas zasłuchania w słowo i otwartości na prawdę o Bogu. Przez to w praktyce staje się miejscem i doświadczeniem działania samego Boga: «Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam».
Jednak zgoda na to działanie Boga w doświadczeniu medytacji niesie ze sobą ryzyko tego, że zburzy nasz świat, świat naszych wyobrażeń i przekonań na temat Boga. Często możemy ulec pokusie Żydów z dzisiejszej Ewangelii, przekonanych, że dzięki swojej wierze i rozmyślaniu na temat Boga już rozumieją i wiedzą tyle, ile potrzeba, tymczasem konfrontacja ze słowem Jezusa uświadamiała im, że jest jeszcze wiele tajemnic, o których nie mieli pojęcia.
Wybór, jaki stał przed Żydami słuchającymi Jezusowego słowa i jaki stoi przed nami jest następujący: albo zabezpieczyć, to co już wiemy, okopać się w twierdzy swoich przekonań i bronić jej na wszelkie dostępne sposoby, łącznie z takim, który sprawi, że rozminiemy się z prawdziwym Bogiem. Albo przyjąć postawę uległości wobec słowa, a co za tym idzie zacząć patrzeć głębiej i zrozumieć, że w doświadczeniu wiary zawsze prawdą będzie ta wypowiedziana przez Sokratesa „wiem, że nic nie wiem”. Współczesnemu człowiekowi, dysponującemu dostępem do różnych źródeł poznania trudno jest przyznać, że nie wie, trudno zgodzić się na pewien rodzaj ignorancji, lecz w życiu duchowym to nieodzowne, gdyż o tyle o ile będziemy zdolni zgodzić się na opróżnienie naszej świadomości z naszej wiedzy a raczej niewiedzy o Bogu, o tyle będziemy otwarci na tę prawdę, którą On może w nas wlać jedynie mocą swojego Ducha i łaski.
„Człowiek nie jest w stanie poznać w pełni Boga. Wszystko, co wiemy o Bogu, nie jest Nim: jest jedynie Jego wyobrażeniem, symbolem, niedoskonałą Jego podobizną, ale to nie Bóg. Jedynie Bóg zna siebie i ta Jego znajomość siebie samego pozostaje dla nas tajemnicą” (Listy z pustyni, Carlo Carretto)
Nasza niewiara w to, że Bóg jest naprawdę wszechmocny wzrasta w sposób wprost proporcjonalny do przekonania, że Go znamy.
Jednakże Bóg w swojej miłości postanowił dać się poznać człowiekowi, objawić mu się; odbywa się to jednak w sposób nadprzyrodzony, w języku nieprzetłumaczalnym na ziemi. W języku miłości i wiary. Ten, kto jest pod działaniem tego objawienia, nie może o Nim powiedzieć prawie nic – czego przykładem są mistycy – i choć sam doświadcza Boga przez wiarę i miłość, nie potrafi tego oddać i nie potrafi o Nim opowiadać za pomocą słów, które wydają się zawsze tak nieadekwatne”. (Listy z pustyni, Carlo Carretto)
To jedna z tych prawd, na które winien się zgodzić ktoś, kto pragnie wejść na drogę medytacji i kontemplacji.
Bo jak pisze autor Obłoku Niewiedzy: „Bóg jest Niepoznawalny. Jedynie On, sobie jedynie znanymi środkami może objawić siebie – przez słowo nigdy dotąd niewypowiedziane, przez pojęcia, wykraczające poza nasz ludzki sposób rozumowania”.
Właśnie dlatego medytacja niedyskursywna jest zaproszeniem bardziej do przyjęcia postawy biernej niż czynnej, bardziej milczeniem niż mówieniem, bardziej byciem niż działaniem, bardziej otwartością niż dociekaniem, bardziej uległością niż inicjatywą, bardziej trwaniem w nagiej wierze niż rozumowaniem. Bo tylko ktoś taki potrafi stanąć po drugiej stronie granicy życia i śmierci. Gdyż jeśli uwierzy, że Bóg mógł posłać na świat swojego Syna, a co więcej, że stało się to również ze względu na jego własne zbawienie, przekroczy próg, który oddziela Życie i śmierć, Wiedze i niewiedzę, oczywistość i Tajemnicę.
Wbrew pozorom życie nieustannie przekonuje nas o tym, że wcale nie trudno nie docenić Boga. Ile razy nam się wydaje, że coś jest już niemożliwe, że sprawy pozamykały się na dobre i nie ma odwrotu. Gdybyśmy nieco bardziej poważnie traktowali Bożą moc, zobaczylibyśmy w naszym życiu rzeczy, o których nam się nie śniło („abyście się dziwili” – jak mówi dzisiaj Jezus). A przede wszystkim nie kisilibyśmy się w sosie własnych porażek i nieudanych prób rozwiązania naszych problemów. To przez bramę wiary przechodzimy do otwarcia na łaskę, która ma moc ożywić i przemienić każde życie i każdą życiową sytuację.
Często, podobnie jak Żydzi z dzisiejszej Ewangelii słuchamy słów Jezusa, ale nie do końca rozumiemy z Kim mamy do czynienia. Medytacja, w której godzimy się na to, aby umilkł nasz dyskursywny umysł a została naga wiara zasłuchana w słowo pozwala nam wejść za zasłonę Tajemnicy i doświadczyć na sobie samych, że jak Jezus – nasz Mistrz i Nauczyciel – nie możemy sami z siebie czynić nic zasługującego na zbawienie, jeśli nie widzimy Ojca czyniącego.
Tak Bóg umiłował świat
Jezus powiedział do Nikodema:
«Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego.
A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto źle czyni, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby jego uczynki nie zostały ujawnione. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki zostały dokonane w Bogu».(J 3, 14-21)
Słowa, które dziś słyszymy, ogniskują w sobie całą treść Ewangelii: Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Jeśli jesteśmy gotowi przyjąć i uwierzyć w to, co usłyszeliśmy, nie pozostaje nic innego, jak w uwielbieniu adorować tajemnicę zbawienia, która jest tak naprawdę niczym innym, jak tajemnicą miłości Boga wobec nas.
Chciałbym jednak się zatrzymać przy trzech prawdach zawartych w dzisiejszej Ewangelii:
Po pierwsze: przy prawdzie o wszechmocy i wolności Boga, które są podstawą Jego miłości. Bóg jest Tym, który stworzył świat, kocha ten świat i chce go zbawić. Jego działaniu nic nie może przeszkodzić – ani diabeł, ani grzech. Czasami jest w nas pokusa dualistycznego myślenia, zgodnie z którym Bóg stworzył świat, ale diabeł pokrzyżował Mu plany i wobec tego Bóg walczy teraz z grzechem. Ale to nieprawda: Boże działanie nie zostało zakłócone: Bóg stwarza, Bóg kocha i Bóg zbawia – zapraszając do jedności z sobą.
Z tą pierwszą prawdą związana jest kolejna: Bóg nie potępia! Potępienie jest odrzuceniem Boga, potępia się ten, kto nie chce Go przyjąć. Dla tego, kto jest w jedności z Synem, nie ma już potępienia. My niestety mamy czasem pokusę, aby kogoś potępić: zerwać wspólnotę z osobą, której postępki nam się nie podobają. Tyle że wtedy jest to zaprzeczenie misji Syna Człowieczego, misji którą jako Jego uczniowie i naśladowcy mamy za zadanie kontynuować.
Ale na czym polega ta misja? Na tym, aby pomóc innym otworzyć się na miłość Boga. Żeby jednak tak się stało musimy zgodzić się na to, aby Jezus zasiał najpierw w nas samych swoją miłość. Trzeba chcieć się na nią otworzyć. Tak jak w przypowieści o siewcy. Bóg sieje swoja miłość, ale ode mnie zależy, czy przyjmę to ziarno i czy wydam z niego owoc. Trzeba zaryzykować życie w miłości. A to nie jest łatwe. I tak naprawdę ten zasiew miłości trwa nadal. Tyle tylko, że Jezus chce się dzisiaj posługiwać nami w mówieniu innym i świadczeniu o miłości Boga. Jezus zdaje się mówić dziś do Nikodema i do każdej i każdego z nas: Nie przybyłem, żeby żądać, ale przybyłem aby obdarować, aby was zaprosić do miłości.
I bywa tak, że czasem odpowiadamy na to wezwanie i z wielkim entuzjazmem, ale potem dzieje się coś, co sprawia, że gubimy dobre chęci, tracimy entuzjazm.
Zauważmy raz jeszcze – to pięknie wybrzmiewa w rozmowie z Nikodemem: Jezusowi nie zależy na tym, żebyś coś Mu obiecała, czy obiecał, albo dał. On chce żebyś przyjął, przyjęła! Żebyś otworzył się na Jego miłość. I nie raz na zawsze, ale żebyś ciągle zaczynał od nowa, dzień po dniu. To błogosławiony Karol de Focouald kazał na swoim grobie wyryć napis: „Tu leży ten, który codziennie zaczynał od nowa.”
Bo na tym polega sekret drogi świętości i zbawienia. Na tym polega to nowe narodzenie do którego wezwie Jezus Nikodema w dalszej części ich nocnej rozmowy. Trzeba nam się powtórnie narodzić z miłości, bo jeśli tego nie zrobimy nie będziemy w stanie kontynuować naszym życiem misji Jezusa. W miłości nie chodzi o jakieś nieprawdopodobne rzeczy. Prawdziwa miłość składa się z drobiazgów, tylko trzeba odważyć się nią dzielić. I naprawdę w miłości nie trzeba wiele.
Aby zobrazować to o czym mówię pozwólcie, że przywołam pewne wydarzenie, które opowiadałem w tej parafii podczas rekolekcji, które miałem przywilej głosić tutaj przed 15 laty.
Jest ono związane z Woodstockiem, a właściwie z towarzyszącym mu Przystankiem Jezus, który przeplata się z tym wydarzeniem, bo tam naprawdę dzieje się tyle dobrych spraw. Otóż to o czym opowiem miało miejsce, gdy właśnie wyjeżdżaliśmy wiele lat temu z Woodstocku, gdzie z biskupem Edwardem Dajczakiem uczestniczyliśmy w Przystanku Jezus. I w pewnym momencie zatrzymaliśmy się, bo przy drodze siedziała bardzo smutna dziewczyna. Nawet nie zatrzymywała nikogo. Dlatego zatrzymaliśmy się i zaproponowaliśmy, że ją podwieziemy na dworzec. Mieszkała po drugiej stronie Polski. Wsiadła do auta popatrzyła na nas i zapytała: „Księża są też z tych tam od Jezusa.” I nie czekając na odpowiedź zaczęła mówić, że była tam przez tydzień że ćpała, piła, i że seksu tez nie brakowało, bo był z nią jej chłopak, ale pokłócili się, bo on traktował ja jak przedmiot, wiec gdzieś go tam zostawiła.” Wtedy padło pytanie jednego z księży: „Czy to nie boli? Takie traktowanie?” A ona odparła, że „alkohol i narkotyki służą jako dobry znieczulacz, naprawdę źle jest wtedy, kiedy przestają działać. I w pewnym momencie, w chwili trzeźwości przyszła do niej refleksja „Przecież nie można zapić ani zaćpać całego życia” i wtedy zobaczyła, że tam na Woodstocku chodzą młodzi ludzie w koszulkach z napisem „Jesteś ważny w oczach Boga.” I mówi dalej: „Ja nigdy nie byłam ważna w niczyich oczach. Nie wiedziałam zatem, co to znaczy być ważnym w oczach Boga.”
I mówi: „wreszcie się odważyłam. Szedł jakiś chłopak. Wyglądał na dobrego człowieka. Miał na sobie te koszulkę z napisem o tym, że jesteś ważny w oczach Boga. Stanęłam przed nim i pokazałam mu brzydki gest, środkowym palcem. Wtedy on, odstawił kubek z kawą, który miał w ręku, popatrzył na mnie i po chwili, w której nie wiem czy myślał, czy się modlił, podszedł i mocno mnie przytulił. I mówi dalej ta dziewczyna: „Wiedzą księża, po raz pierwszy w życiu przytulił mnie i to z taką czułością mężczyzna, o którym wiedziałam, że nic ode mnie nie chce. Nigdy mnie nawet własny ojciec tak nie przytulił. Po czym ten chłopak cofnął się i powiedział: „Widzisz, to jest to, tylko Bóg to robi nieskończenie piękniej. I wtedy się rozpłakałam. I wtedy też – mówi ta dziewczyna – uświadomiłam sobie, że coś z życiem trzeba zrobić i że może Bóg rzeczywiście nie spisał mnie jeszcze na straty.” Myślę sobie, że gdyby ten młody chłopak zaczął jej mówić o miłości Boga, pewnie nic by z tego nie wyszło. Ale on miał serce, które zostało dotknięte miłością Pana Boga i nie potrzeba było slow, wystarczyło przytulenie, które było niepodobne do innych. I ta dziewczyna doskonale odczytała jego znaczenie. Bo komuś, kto w głębi tęskni za miłością nie potrzeba wiele, aby się na nią otworzyć, gdy jej doświadczy.
I Wielki Post jest takim czasem szczególnego zaproszenia do tego, aby się znaleźć w przestrzeni tej ogarniającej każdego z osobna i bardzo indywidualnie miłości Boga.
Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy nie zginął, nie zmarnował życia, ale mógł się nim cieszyć zarówno tu jak i w wieczności.
Owszem trzeba było, aby Jezus został ukrzyżowany, bo Jego krzyż wytrąca ostatecznie argumenty tym, którzy nie wierzą, że Bóg jest miłością.
Pan Jezus przywołuje obraz miedzianego węża na pustyni. Gdy w konsekwencji grzechu na lud przyszła śmierć, ten, kto spojrzał na miedzianego węża, którego Bóg polecił wykonać Mojżeszowi, odzyskiwał zdrowie. Wąż na pustyni był obrazem Bożego miłosierdzia. Skoro Boże miłosierdzie objawiało się w kawałku metalu, to tym bardziej może się objawić w naszych, nawet najdrobniejszych gestach miłości.
Tamto wydarzenie z Woodstoku ciągle mi przypomina o tym dlaczego Jezus na Krzyżu ma rozpostarte ramiona. Bo chce każda i każdego z nas przytulić, tak mocno, abyśmy mogli usłyszeć bicie Jego Serca bijącego dla nas z miłością i byśmy już nigdy w tę miłość nie zwątpili.




