Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Lekcja ofiarowania

Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: «Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu». Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego.

A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż nie zobaczy Mesjasza Pańskiego.

Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił:

«Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu
w pokoju, według Twojego słowa.
Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,
któreś przygotował wobec wszystkich narodów:
światło na oświecenie pogan
i chwałę ludu Twego, Izraela».

A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono.

A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta Nazaret.

Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim. (Łk 2, 22-40)

Dzisiaj jest ostatni dzień, kiedy możemy nawiedzić szopkę, wedle tradycji śpiewać kolędy, zobaczyć w kościele choinki. Jutro to wszystko będzie jedynie wspomnieniem. Będzie trochę pusto zanim się przyzwyczaimy…

Ale zanim to nastąpi dzisiaj Maryja mówi – mam coś dla Ciebie!

Tak się dobrze składa, że dwie nazwy dzisiejszego święta są jakby dwoma podarunkami od Maryi dla chrześcijan, mówią bowiem o dwóch sprawach, bez których każde życie nie miałoby najmniejszego sensu.

Pierwszy dar, sprawa i pierwsza nazwa – Ofiarowanie Pańskie.

Od początku świata człowiek Panu Bogu chciał coś dać, to znaczy ofiarować. Kain mizerne plony zboża, Abel porządnego baranka, Abraham syna Izaaka, Noe ofiarę dziękczynną po potopie.

Co robi Maryja? Ofiaruje Jezusa. Bierze Go i razem z Józefem maszerują do jerozolimskiej świątyni. Boże! To dziecko należy do Ciebie. Uczyń z Nim, to, co Ty chcesz!

I to jest niesamowita lekcja dzisiejszego święta.

Maryja mówi do Ciebie: oddaj Bogu to, co dla Ciebie najdroższe!

Jeśli najdroższe są dzieci – powiedz: Boże weź je w opiekę. Niech w ich życiu realizuje się Twoja wola, jakakolwiek ona będzie. Czy potrafisz się na to zdobyć?

Jeśli najdroższa jest praca, powiedz – Boże weź ją w swe ręce. Jak chcesz bym zrobił karierę, to dobrze, jeśli chcesz, żebym ją stracił, to też O. K. Bądź wola Twoja!

Jeśli ważne są dla ciebie szkołę, studia, to ofiaruj je Bogu. Poproś: „Panie dodaj mi wiary i zdolności, abym jak najlepiej się rozwijał. A jeśli Twoja wola jest inna,  dodaj światła, bym ją zrozumiał i przyjął bez buntu.

Ofiarować – to oddać Bogu to, co najdroższe, pozwolić, żeby Bóg zrobił z tym, to, co On uważa za najlepsze dla nas, nawet za cenę ryzyka utraty czegoś,  zmagań i cierpienia, które się będzie z tym wiązało.

Matka Boża nie mówi dzisiaj:

– Panie Boże! Przynoszę Jezusa do świątyni i modlę się do Ciebie, żeby był zdrowy, silny, zdolny i popularny, żeby zrobił karierę znanego nauczyciela.

Maryja nie stawia warunków. Oddaje życie Jezusa, tak jak kiedyś oddała Bogu swoje życie bez warunków i bez zastrzeżeń.

Dramat wielu ludzi wierzących polega na tym, że sprowadzają Boga do rangi kogoś, kto powinien spełniać ich prośby, realizować ich plany na życie. A jeśli Pan Bóg je krzyżuje, to jest niedobry. To się buntujemy. Warto pytać siebie czy bliższą naszej duchowości i przeżywanej przez nas wierze jest modlitwa: „Bądź wola Twoja”, czy też „Bądź wola moja”?

Drugi dar i druga nazwa dzisiejszego święta to Matki Bożej Gromnicznej.

Już od tysiąca lat chrześcijanie przynoszą w to święto do kościoła świece, zapalają je i zanoszą do domów. Po co?

Otóż świeca jest znakiem Jezusa. Jak Maryja i Symeon trzymali Jezusa na swym ręku, tak ja Go trzymam, trzymając świecę.

Wedle starej tradycji kiedy rozpętała się burza, w domu zapalano gromnicę. Kiedy umierał domownik, zapalano gromnicę.

To przypominało, że w trudnych chwilach najlepiej przylgnąć do Jezusa. Może dziś już tak bardzo nie zagrażają nam burze, jak wtedy, gdy domy były kryte strzechą, ale ile jest tych życiowych burz sami dobrze wiecie. Dlatego warto mieć tę świecę świecę i w najtrudniejszych momentach życia – gdy przychodzi kryzys w wierze, gdy pojawia się ryzyko utraty pracy, gdy pojawia się choroba, lub gdy rozpacz beznadzieja wkradają się w serce, gdy różne niepowodzenia podstawiają nam nogi – zapalić ten znak, który nam przypomina: Panie! przecież Ty jesteś ze mną! I choćby jak było źle, to i tak mnie nie opuścisz i gdy Ci zaufam przeprowadzisz mnie najlepsza dla mnie drogą przez te doświadczenia, przez życie…

I to są dwie niesamowite lekcje dzisiejszego święta. Maryja i Józef składają ofiarę z siebie samych – nie z Jezusa. Uczmy się od Maryi i Józefa ofiarować Bogu swe życie, uczmy się je ofiarować innym…  Nie upierajmy, że zawsze musi być tak, jak my chcemy. To lekcja pierwsza. Lekcja druga – w trudnych sytuacjach trzymajmy się Jezusa, bo On nas nie zawiedzie.

Najważniejsze, żeby uwierzyć, że to jest Ewangelia, Dobra Nowina. Bo, człowiek tak naprawdę nie może zrealizować się inaczej jak tylko przez dar z samego siebie.

Nauczanie z mocą

W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie.

Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: «Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży».

Lecz Jezus rozkazał mu surowo: «Milcz i wyjdź z niego».

Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego.

A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: «Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne». I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej. (Mk 1,21-28)

 

Scena, o której mówi dzisiejsza Ewangelia, rozgrywa się w synagodze w Kafarnaum. Słuchacze od samego początku zauważają różnice w nauczaniu Jezusa: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie, pisze Ewangelista. Musimy sobie uświadomić, że uwaga ta pojawia się jeszcze przed dokonaniem przez Jezusa pierwszego cudu.

Co takiego innego było w tym nauczaniu? Uczeni w Piśmie byli specjalistami od nauczania, teologami, komentatorami Biblii, wykwalifikowanymi interpretatorami Prawa. Moglibyśmy powiedzieć, że odwoływali się do wiedzy, którą zdobyli. Podstawowa różnica między nimi a Jezusem pojawia się na płaszczyźnie świadectwa, doświadczenia i spotkania z Bogiem żywym, obecnym w życiu ludzkim. Czy te doświadczenia były obce uczonym w Piśmie? Tego nie wiemy. Ale wiemy, że nie potrafili się nimi dzielić z innymi. Tę różnicę od razu wyczuli słuchacze.

W głoszonym przez Jezusa słowie była wyczuwana nadzieja. Słowo głoszone przez uczonych w Piśmie było trudne do wypełnienia, postrzegane jako coś zewnętrznego, przeżywane jako ciężar trudny do uniesienia. Wypełniane nie przynosiło umocnienia i radości (trudno przecież wypełnić 613 drobiazgowych przykazań w stu procentach a tego właśnie wymagało hebrajskie poczucie sprawiedliwości przed Bogiem).

Tymczasem słuchający Jezusa mogli doświadczyć czegoś zupełnie innego: Odkrywali przede wszystkim, że Bóg pragnie spotkania z człowiekiem, a Prawo ma pomóc w realizacji tego spotkania, ale nie powinno tego spotkania utrudniać. Dlatego Chrystus tak często podkreślał, że prawo zostało ustanowione dla człowieka a nie człowiek dla prawa. Ono winno pomagać w realizacji celu, jakim jest życie w głębokiej relacji Bogiem. Dlatego – jak słyszeliśmy niedawno – autor Listu do Hebrajczyków przypominał, że dobrze przeżywane prawo to to, które jest wpisane w serce człowieka a którego zasadą jest miłość. Póki będzie ono pojmowane jako coś zewnętrznego, stanie się bardziej ograniczeniem niż pomocą w drodze ku Bogu. [por. Hbr 8, 10-11] Tylko człowiek, który kocha może powiedzieć za św. Janem, że „Przykazania Boże nie są ciężkie”…

Święty Marek Ewangelista opisując dzisiejszą scenę jakby chciał dać wsparcie tym, którzy jeszcze nie potrafią opowiedzieć się po stronie poszukiwania żywej relacji do Boga. Święty Marek pokazuje, że Słowo Boże jest skuteczne, pełne mocy, a Bóg działa przez nie tu i teraz.

Gdy czytamy Ewangelię, może nam się wydawać, że ludziom żyjącym w czasach Jezusa łatwiej było wierzyć, bo znaki mocy Bożej były bardziej spektakularne. Ewangelia jednak wyraźnie nam podpowiada, że skoro Jezus przyjął taki sposób objawiania królestwa Bożego, to jest ono aktualne w każdych czasach.

A to oznacza, że w naszych domowych synagogach, kiedy stajemy do modlitwy, czy sięgamy do Pisma Świętego Pan Jezus nieustannie oczyszcza nasze myśli, rozwiązuje splątane z sobą dobro i zło, uwalnia od przypuszczeń, że przyjmując Jezusa i jego prawo miłości zawarte w przykazaniach, człowiek straci coś istotnego, bez czego nie będzie mógł żyć.

Z jakim uporem niejednokrotnie trzymamy się w naszym życiu tego, co nie jest prawdziwe. To jeden z podstawowych wymiarów działania złego ducha w naszym życiu.

Żywotność kłamstwa, którego ojcem jest szatan bierze się często właśnie stąd, że ono osłania w nas coś co lękamy się ujawnić zarówno przed sobą jak i przed innymi, stając się takim sztucznym i zgubnym pancerzem. By móc skutecznie walczyć z kłamstwem w naszym życiu musimy najpierw zdobyć się na odkrycie, czemu to kłamstwo służy, co w nas chroni i skrywa.

W przeciwnym razie wydawać się będzie, że utrata takiego sztucznego pancerza nieuchronnie poprowadzi nas do zguby. Dlatego Jezus mówi: „Poznajcie prawdę a ona was wyzwoli”. Życie w kłamstwie i wolność są ze sobą nie do pogodzenia! Niestety, żyjemy w świecie, który często uczy nas tworzyć pewne schematy myślowe tylko po to, aby usprawiedliwić życie w kłamstwie. Dlatego współczesny świat tak często boi się prawdy i próbuje ją zakrzyczeć. Zwłaszcza tej prawdy, która wyrasta z Bożego prawa i Bożych przykazań, podobnie jak szatan boi się prawdy, bo ona odbiera mu moc i władzę nad człowiekiem. Człowiekiem żyjącym w prawdzie nie da się manipulować, bo jest wolny a życie w prawdzie jest jedynie potwierdzeniem tej wolności. 

Jezus jednak przychodzi do nas ze swoim słowem i swoją laską, po to, aby uciszać nasze demony, którym tak bardzo zależy na tym, abyśmy nie rodzili się do nowego życia. Do życia miłością Boga i bliźniego jak siebie samego. A to niezwykłe powołanie!

Owszem, każde narodziny, tak jak i te do  życia w prawdzie są bolesne. Trzeba „porzucić starego człowieka, z jego wadami i przyzwyczajeniami”. Trzeba decydować się na otwarcie serca na Bożą miłość i prawdę. Trzeba zmierzyć się ze strachem, który pragnie w nas zasiać zły duch, bo nasze lęki, to jedno z podstawowych narzędzi jego manipulacji nami.

Ale ostatecznie jesteśmy umiłowani „miłością odwieczną” i stworzeni do miłości – o czym pragnie nam nieustannie przypominać Jezus. Boża miłość jest już „rozlana w naszych sercach przez Ducha Świętego”. Miłość jest możliwa. A co najważniejsze jest najlepszym lekarstwem na nasze lęki, i najlepszą obroną przed manipulacją i kłamstwem tego świata i pana tego świata.

Słuchaj!…

Jezus znowu zaczął nauczać nad jeziorem i bardzo wielki tłum ludzi zebrał się przy Nim. Dlatego wszedł do łodzi i usiadł w niej, na jeziorze, a cały tłum stał na brzegu jeziora. Nauczał ich wiele w przypowieściach i mówił im w swojej nauce:

«Słuchajcie: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedno ziarno padło na drogę; i przyleciały ptaki, i wydziobały je. Inne padło na grunt skalisty, gdzie nie miało wiele ziemi, i wnet wzeszło, bo nie było głęboko w glebie. Lecz po wschodzie słońca przypaliło się i uschło, bo nie miało korzenia. Inne padło między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je, tak że nie wydało owocu. Inne wreszcie padły na ziemię żyzną i wydawały plon, wschodząc i rosnąc; a przynosiły plon trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny». I dodał: «Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!» (Mk 4, 1-9)

„Słuchajcie…” – To wezwanie, którym Jezus rozpoczyna swoje nauczanie. „Słuchaj Izraelu…” – w taki sposób zwracał się przez wieki Bóg do swojego ludu przez pośrednictwo proroków. „Słuchaj, synu nauk mistrza…” – tymi słowami św. Benedykt rozpoczyna swoją regułę. Słuchanie jest domeną ucznia. Słuchanie jest szkołą wiary. Słowo, które nie jest słuchane, nie może wybrzmieć w moim sercu. Nie może się tam zakorzenić. Nie może zrodzić owoców.

Jezus uświadamia nam, że nasze serca są niczym gleba, na którą pada ziarno Jego Słowa. Na tej prostej zasadzie opiera się cała praktyka medytacji monologicznej.

W dzisiejszym świecie a zwłaszcza w mediach panuje prosta zasada: krótko i przystępnie… Treść, która przekracza określone normy, staje się dziś mało atrakcyjna. Pęd życia wymaga wyrobienia określonej normy. Dlatego właśnie wolę słuchać radia niż oglądać telewizję. Falami radiowymi nie wszędzie jeszcze zawładnęła mania pośpiechu. Dzisiaj wszechobecne jest narzekanie na brak czasu, na pośpiech i chyba pandemia niezazbytnio to zmieniła. Coraz rzadziej możemy spotkać osobę, która mówi: „Mam czas, nigdzie mi się nie śpieszy.”

Tymczasem ze Słowem Bożym jest odwrotnie. Ono nie akceptuje pośpiechu. Pośpiech w słuchaniu Słowa Bożego zagraża temu, co to Słowo pragnie wnieść w nasze życie. I trochę o tym jest dzisiejsza przypowieść.

Z serca, w którym nie ma miejsca na zatrzymanie się i zasłuchanie w Słowo jest ono natychmiast wykradane. Dlatego codzienna medytacja chroni mnie przed tym, co próbuje mi dziś wykraść czas przeznaczony na słuchanie Słowa.

W sercu, które jest płytkie i niestałe Słowo nie może się zakorzenić. I dlatego regularność w praktyce medytacji jest tak bardzo ważna, jeśli chcemy by nasze życie wewnętrzne stawało się coraz głębsze. Dlatego regularna medytacja pozwala mi przezwyciężyć pokusę zniechęcenia i rezygnacji z medytacji.

Serce zajęte troskami to serce, które nie potrafi usłyszeć Słowa w całym jego przesłaniu. Dlatego medytacja jest dla mnie najlepszym antidotum na różnego rodzaju przywiązania i troski, z którymi Słowo tak łatwo „przegrywa” w życiu. Z czasem dostrzegam jak praktyka medytacji czyni moje serce coraz bardziej wolnym.

Serce, które daje pierwszeństwo Słowu, słucha wytrwale Słowa i zachowuje je w sobie może wydać jego owoce. Medytacja monologiczna stała się dla mnie najlepszą szkołą słuchania Słowa. Bez narzucania mu swoich własnych interpretacji, bez ubierania go w obrazy wytworzone przez wyobraźnię, pozwala wybrzmieć temu Słowu w całej jego pełni. Bez tej codziennej praktyki wiem, że nie mogłoby ono wydawać w moim życiu największych możliwych owoców.

Ale medytacja monologiczna, poprzez obecność Słowa pomaga mi także rozeznać stan mojego serca i jego zdolność do słuchania Słowa w codzienności, także poza praktyką medytacji. Uczy mnie abym codziennie rano, wstając zaczynał od słuchania, bo wówczas mam szansę, aby wszystko, co będę czynił – przez uważność na to, co Pan Bóg do nas mówi na różne sposoby – stawało się modlitwą.

Rybacy ludzi

Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: «Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!»

Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich Jezus: «Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi». A natychmiast, porzuciwszy sieci, poszli za Nim.

Idąc nieco dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni, zostawiwszy ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi, poszli za Nim. (Mk 1, 14-20)

Co Jezus miał na myśli mówiąc, że „czas się wypełnił”?

Pięknie wyjaśnienie ukuł św. Antoni z Padwy: „Wypełnił się czas – to znaczy, że ta chwila jest pełna. Jest pełna Boga. Czas bez Boga jest pusty, nic nie warty, nie ma znaczenia. Jezus mówi nam zatem, że moment Jego przyjścia jest pełen Boga, pełen Jego królowania, Jego obecności, Jego łaski i miłości. Moment, gdy Zbawiciel świata jest wśród ludzi jest najważniejszym momentem w historii, jest wydarzeniem bezprecedensowym, jakiego już więcej nie będzie. Moment przyjścia Jezusa na świat jest momentem zbawienia! I Apostołowie to fantastycznie wyczuwają – że «teraz» się liczy, że teraz wstaną i pójdą, że to nie jest decyzja, którą można zostawić na pojutrze… Ta chwila już nigdy nie wróci.

Ewangelia jest pełna takich momentów, w których Jezus podkreśla «dzisiaj». Jutro nie należy do nas i nie wiadomo czy w ogóle będzie, tak samo jak wczoraj nie należy już do nas – przeszłość nie wróci. W życiu liczy się «teraz». To jest ogromnie ważne, jak przeżywamy chwilę obecną. Tylko ją mamy! A wiara ma nam przypominać, że chwila obecna jest pełna łaski, pełna Boga…

Jezus wiedział, że to nastał Jego czas, miał wypełnić wszystko, co wiązało się z przyjęciem człowieczeństwa. Potrzebował uczniów, ale nie szukał ich wśród jerozolimskich elit, nie wchodził w żadne układy. Potrzebował ludzi odważnych i dojrzałych, a zarazem gotowych do zawierzenia Mu i pójścia za Nim w nieznane. Rybacy znad Morza Galilejskiego to ludzie prości, ale nie prostacy. Byli wierni Bożemu prawu.

Dotąd Apostołowie czekali, wsłuchiwali się w głosy natchnionych proroków, niektórych z nich zaniepokoił, ale i porwał surowy Jan Chrzciciel, wzywając do nawrócenia. Jednak czas Jana się skończył, a dla uczniów Jana przyszedł moment decyzji. Czy pójść za Jezusem? Przecież to Jego wskazał Jan, jako Baranka Bożego.

Szymon, Andrzej, Jakub i Jan nawet nie wydają się zaskoczeni, jakby ten dzień był od dawna wyczekiwany. Żadnych wątpliwości, wahań, kalkulacji. Zostawili swoje sieci, łodzie i poszli za Rabbim z Nazaretu. Pójście za Jezusem, to duża zmiana i ryzyko, a jednak zaproszenie musiało być na tyle mocne i przekonujące, że odpowiedź była oczywista. Jezus wezwał ich do łowienia, a przecież na tym właśnie się znali. To ważne, by zobaczyć, że Bóg, powołując nas, pozwala rozszyfrować swoje życie, zrozumieć je na głębszym poziomie. Powołanie w tej perspektywie jest odczytaniem tęsknoty wpisanej w ludzkie serce, dopiero pójście za nią czyni nas naprawdę szczęśliwym.

Choć z pewnością nie jest łatwe, o czym przekonać się można, śledząc historię Jonasza.

Jonasz jest człowiekiem po przejściach. Tym, który zstąpił w odmęty wątpliwości i pytań, prób uratowania siebie przed Bogiem i Jego roszczeniem. Symbolicznie wyraża się to w obrazie połknięcia przez wielką rybę i przebywania w jej wnętrzu.

Ciemność, niemoc, uwięzienie to stan zmagania się ze sobą i z Bogiem. Dopiero po tej wewnętrznej walce Jonasz zdolny jest i gotowy usłyszeć Boże zaproszenie „Wstań, idź…”.

Podobnie było z autorem Listu do Koryntian. Zanim stał się apostołem Pawłem, musiał utracić wzrok, by na nowo nauczyć się widzieć, by rozszyfrować Boże wezwanie. Dzisiaj przypomina, że „przemija postać tego świata”, że czas jest krótki. Wzywa więc do pośpiechu, tak jakby chrześcijanie mieli już teraz jedną nogą być po stronie rzeczy nieprzemijających…

Powołanie to metafora – obraz, dzięki któremu nasze życie znajduje kierunek i sens. Jest wezwaniem do biegu na długi dystans. Choć równie cenne są i te małe, odszyfrowane w codzienności inspiracje. Swoją moc powołanie czerpie z obietnicy spełnienia, z przynależności do Boga i jego Królestwa. Dzięki niemu czuję, że jestem we właściwym miejscu i czasie. Ważną lekcją dzisiejszej liturgii jest i to, że do tego wezwania się dorasta, że jest też miejsce na wątpliwości i pytania.

Czas jest krótki, Bóg jednak czeka na odpowiedź człowieka wolnego, a nie niewolnika. Ostatecznie Boże wezwania i powołania to coś więcej niż metafora, to samo życie.

Dzisiejsze słowo odkrywa przed nami ważną prawdę:

wiara nie jest spokojnym płynięciem do portu, wiara to ryzyko życia dla Boga i z Bogiem, aby nieść ludziom nadzieję w postaci Dobrej Nowiny przyniesionej przez Chrystusa, bo rybacy ludzi nie są od łowienia i zbierania, ale od obdarzania, i to nie swoim dobrem, ale mocą i miłością, której źródłem jest Bóg obecny i działający w ich życiu i który pragnie uczynić także z nas – swoich współczesnych uczniów – pośredników swoich darów.

Zatem nie zatrzymujmy jedynie dla siebie i dzielmy się z radością tym, co na co dzień od Pana Boga otrzymujemy.

Zamieszkać w Bogu

Jan stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: «Oto Baranek Boży». Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem.

Jezus zaś, odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: «Czego szukacie?» Oni powiedzieli do Niego: «Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?»

Odpowiedział im: «Chodźcie, a zobaczycie». Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. [ J 1, 35-39]

Pozwoliłem sobie przywołać w dzisiejszym komentarzu do medytacji fragment Ewangelii, który słyszeliśmy w ostatnią niedzielę i który chodzi za mną przez te dni.

Ewangelia mówi o uczniach, którzy zostali u Jezusa, zachęceni Jego słowem. Dosłownie powiedziawszy postanowili u Niego zamieszkać. To zamieszkanie z Jezusem pięknie definiuje doświadczenie medytacji. Bo zamieszkać, to innymi słowy znaleźć swoje miejsce, czyli taką przestrzeń, w której człowiek nie odczuwa niepokoju, czy wyobcowania; gdzie jest u siebie!

Dla mnie jest tylko jedna przestrzeń, w której doświadczam szczególnego wymiaru wolności. Tą przestrzenią jest przestrzeń medytacji, tego szczególnego rodzaju modlitwy, która jest miejscem zamieszkania Boga w moim sercu i miejscem mojego zamieszkania w Bogu.

Mam na myśli modlitwę, która jest nie tyle przelotnymi odwiedzinami Przyjaciela, któremu na imię Jezus, ale prawdziwym zamieszkaniem z Nim. Mam nadzieję, że ci, dla których medytacja jest codziennym pokarmem rozumieją o czym piszę.

Nie sposób wskazać dokładnego momentu, w którym modlitwa, która była jedynie przelotnymi odwiedzinami staje się zamieszkaniem w Bogu, bo zawsze jest to dzieło Ducha działającego w nas. A On działa jak chce w całkowitej wolności. Są jednak pewnego rodzaju znaki, które ukazują ten moment. Jednym z nich jest tęsknota za modlitwą, za tym szczególnym czasem, w którym siadam i nic już nie jest ważne poza OBECNOŚCIĄ symbolizowaną przez słowo powracającego w rytmie oddechu. Tęsknota za tym, aby ten stan ducha, który towarzyszy medytacji przenieść na całe życie. To świadomość, że masz przy sobie Nauczyciela, który uczy nas zamieszkiwania w Bogu w codzienności, wypatrywania Jego obecności w zwykłych okolicznościach codziennego życia, w tysiącu drobiazgów, które mówią o Nim i Jego miłości.

Ojcowie ostatniego soboru przestrzegali przed pewnego rodzaju idolatrią słowa we współczesnym świecie. Medytacja wydaje się przed nią chronić, przypominając i pozwalając doświadczać, że jest tylko jedno Słowo, na którym do końca można się oprzeć, któremu do końca można zaufać, które nigdy cię nie zawiedzie, które jako jedyne może zaspokoić nasze duchowe tęsknoty.

„Czy jesteśmy w stanie zaspokoić nasz duchowy głód sutym obiadem, albo wpatrywaniem się w plazmowy ekran? Upijając się alkoholem, albo napawając się wirtualną rzeczywistością? Głębiej niż zdajemy sobie z tego sprawę, istnieje w nas siła tęsknoty, która sprzeciwia się temu zachłannemu zapychaniu się pozorami i namiastkami. Nie wystarczy nam wiedzieć, że Bóg jest. Tęsknimy za doświadczeniem Jego obecności i bliskości, po to by móc odnaleźć w Nim Nauczyciela, którego odpowiedzi są trafne, nawet wówczas, gdy nasze pytania wydają się błądzić…” (cytat z ostatnich rekolekcji)

Medytacja jest dla mnie przestrzenią, która pozwala mi odnaleźć swoje miejsce przy Jezusie i która przez Jego obecność porządkuje moje życie.

Gdy Jezus jest na swoim miejscu w mojej duszy i gdy ja zamieszkuje z Nim w modlitwie, wszystko inne w moim życiu odnajduje właściwe sobie miejsce.