Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Przyjąć doświadczenie

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów . A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie. (Mt 1,18-24).

Wczoraj rozpoczęliśmy drugą część adwentu, określaną często jako bezpośrednie przygotowanie do Bożego Narodzenia. Ewangelia przywołuje dziś postać św. Józefa a jako, że to szczególnie bliska mi postać, to pomyślałem, że podzielę się z Wami medytacyjnymi przemyśleniami…

„Nie bój się wziąć do siebie Maryi” – te słowa z dzisiejszej Ewangelii brzmią jak motto na ostatnie dni Adwentu, ale mogą zostać odczytane przez nas także jako motto na całe nasze życie. Przecież jest ono właśnie adwentem, czyli oczekiwaniem na ostateczne spotkanie z Jezusem po naszej śmierci…

Józefowi przychodzi zmierzyć się z bardzo konkretnym kryzysem. Oto po zaślubinach z Maryją, zanim jeszcze zamieszkali wspólnie okazuje się, że Maryja spodziewa się dziecka. Ta wiadomość zapewne musiała porazić Józefa kochającego Maryję i mającego nadzieję na piękne i szczęśliwe wspólne życie. Nie wiemy jakie myśli towarzyszyły Józefowi, gdy wiadomość o stanie błogosławionym jego małżonki spadła na niego. Wiemy jedno – co pokazuje Ewangelia – pragnie on jak najszybciej rozwiązać problem. Wybiera najbardziej łagodny sposób dopuszczony przez ówczesne prawo: pragnie oddalić Maryję.

Słyszy jednak inną propozycję rozwiązania problemu: zamiast oddalenia – przyjęcie! Dla mnie to niezwykła lekcja rozwiązywania problemów, jakiej pragnie nam udzielić Słowo Boże. Bóg bardzo często przychodzi do nas pośród naszych problemów, zmartwień i kłopotów. Naszym ludzkim sposobem rozwiązania tego, czego doświadczamy jako kryzysu są albo nasze pomysły (nie zawsze konsultowane z Bogiem), albo ucieczka od problemu, próba odsunięcia go od siebie. Tymczasem Słowo Boże zaprasza, abyśmy potrafili przyjąć nasze życiowe problemy, kryzysy, trudne doświadczenia. Charakterystyczną cechą takiej postawy jest to, że aby mogła przynieść owoce w naszym życiu, wymaga od nas całkowitego zaufania do Boga, wiary w to, że Bóg, który jest Panem historii nie tylko dopuszcza takie doświadczenia, ale też chce byśmy nie mieli wątpliwości, że On jest w stanie poradzić sobie z tym, co nas przerasta, choć nie zawsze robi to tak, jakbyśmy tego oczekiwali.

Wezwanie do przyjęcia trudności i zaufania Bogu jest dla nas tak naprawdę trudnym duchowym zadaniem, bo sprawia że tracimy kontrolę nad swoim życiem, czego zazbytnio nie lubimy. Nie znamy dokładnie Bożych planów – dlatego każde zawierzenie jest zawsze poniekąd zaufaniem w ciemno, podobnie jak zaufanie Maryi i św. Józefa. O wiele łatwiej jest nam pozostać w kręgu kontroli, bezpośredniego wpływania na to, co się dzieje. Jednak taka postawa sprawia, że mniej otwieramy się na Boże działanie w naszym życiu, w przeciwieństwie do zaufania Bogu, które – o czym wiedzą mający w tym zakresie większe doświadczenie – sprawia, że choć problemy nie znikają, to nasze serce staje się coraz mniej przytłoczone tymi problemami a w zaufaniu Bogu odzyskuje tak potrzebny pokój, o czym zapewnia adwentowy prorok Izajasz: „W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła” [ Iz 30,15]. I przeciwnie nasze serce w miarę tego jak staje się coraz mniej ufne, staje się też mniej radosne i podatne na wszelkiego rodzaju lęki.

Każde obiektywnie trudne doświadczenie stawia nos wobec wyboru: przekonania, że musimy sami kontrolować swoje życie i radzić sobie z problemami, albo zawierzenia go Bogu w geście zaufania i przyzwolenia na to, co On nam przygotował. Józef wybrał tę drugą drogę. W geście zaufania przyjął Maryję. Niech będzie naszym patronem w sytuacjach, które nas przerastają, a może nawet przerażają, także patronem naszych ciemności i zmagań w życiu duchowym, które często wpisane są w nasze duchowe dojrzewanie.

Zresztą św. Józef swoją postawą pragnie nas przekonać, że wśród niepewności codziennego życia lepiej żyć w świadomości obecności Boga niż poza nią. Józef daje nam też przykład zasłuchania w słowo. Sam w Ewangelii milczy, ucząc nas, że cisza przeżywana w obecności Boga potrafi powiedzieć więcej niż wiele słów i że tajemnicę Boga, przekraczającą wszelkie słowa ostatecznie można odkryć i przyjąć najpełniej właśnie w milczeniu. To właśnie milczenie pozwoliło Józefowi wraz Maryją zachować w sercu i żyć tajemnicą, której Bóg uczynił go świadkiem i stróżem.

Ta umiejętność słuchania i strzeżenia w milczeniu usłyszanego słowa jest programem życia opartego o praktykę medytacji monologicznej.

Pozdrawiam Was, Kochani.

„Błogosławiony, kto we mnie nie zwątpi”

Jan przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów i posłał ich do Jezusa z zapytaniem: «Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?»

Gdy ludzie ci zjawili się u Jezusa, rzekli: «Jan Chrzciciel przysyła nas do Ciebie z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?»

W tym właśnie czasie Jezus wielu uzdrowił z chorób, dolegliwości i uwolnił od złych duchów; także wielu niewidomych obdarzył wzrokiem. Odpowiedział im więc: «Idźcie i donieście Janowi to, co widzieliście i słyszeliście: Niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto nie zwątpi we Mnie». (Łk 7, 18b-23)

 

Usłyszałem kiedyś ciekawe określenie tego fragmentu Ewangelii: „Ewangelia kryzysu”. Choć egzegeci nie do końca są zgodni, czy pytanie Jana skierowane poprzez jego uczniów do Jezusa było rzeczywiście przejawem ciemnej nocy ducha, której Jan Chrzciciel doświadczył w czasie uwięzienia, czy też zadał to pytanie ze względu na swoich uczniów, zbytnio przywiązanych do niego, pragnąc utwierdzić ich, że Ten, do którego ich posyła jest obiecanym Mesjaszem i żeby nie wahali się pójść za Nim bez oglądania się wstecz.

Uczniowie Jana nie do końca rozumieli przesłanie Jezusa. Z pewnością Jan był dla nich wielkim autorytetem, nauczycielem którego słuchali. Żydzi oczekiwali Mesjasza który będzie władał Izraelem i zbrojnie oswobodzi kraj z niewoli rzymskiej. Jezus tego nie uczynił. Uczniowie zobaczyli, że ich nauczyciel został wtrącony do więzienia, a Jezus którego zwiastował chodzi na wolności i nie przyszedł go uwolnić. Z całą pewnością w części z nich rodziło się zwątpienie czy Jezus rzeczywiście jest Zbawicielem. Stąd przeświadczenie wielu egzegetów, że Jan wysłał ich do Jezusa by wzmocnić ich wiarę.

Jakkolwiek brzmi odpowiedź na tę wątpliwość, jedno jest pewne: Jan nie maił nigdy wątpliwości dla Kogo naprawdę warto żyć i za Kim naprawdę warto podążać. To ostatnia lekcja jakiej udziela nam św. Jan Chrzciciel przed swoją śmiercią, ale jakże cenna: „Nie lękajcie się i nie wątpcie, że życie dla Jezusa nigdy nie jest pomyłką!”

I nawet, gdyby pytanie, które stawia dziś Jan wyrastało z doświadczenia kryzysu jego wiary, to tym bardziej wydaje się potwierdzać powyższe zdanie.

Jednocześnie bardzo pouczająca dla nas jest postawa Jezusa. Pozwala na stawianie pytań w wierze. Daje prawo Janowi do jego wątpliwości. Chce nam przez to uzmysłowić, że wiara zakłada pytania i zmagania z wątpliwościami. Wielokrotnie tę postawę znajdziemy u apostołów, czy u Nikodema – prowadzącego długo nocne rozmowy z Jezusem, przesiąknięte wieloma pytaniami i wątpliwościami.

Jezus szanując prawo Jana do wątpliwości spokojnie odpowiada, wskazując na cuda, których dokonuje. W ten sposób daje mu do zrozumienia, że wypełnia się obietnica dana przez proroka Izajasza. Jezus zaprasza tym samym Jana, aby oparł się w pełni na Słowie Bożym, które zawsze się spełnia.

To także lekcja dla nas – medytujących. Możemy być pewni, że Słowo Boże nigdy nie zawodzi, że możemy na nim polegać.

To właśnie Słowo staje się dla nas w medytacji, podobnie jak dla Jana Chrzciciela silnym oparciem i światłem w ciemnościach wiary. Zresztą to nie pierwsze potwierdzenie mocy Słowa dla Jana, który całe swoje życie karmił się nim żyjąc na pustyni.

Oparcie na Słowie sprawia, że otwierają się nam oczy i w zupełnie innym świetle zaczynamy patrzeć na nasze życie. Słowo, którym się karmimy w medytacji, sprawia, że łatwiej nam przenieść doświadczenie obecności Boga z modlitwy na całe nasze życie i dostrzec w nim przejawy działania Boga.

Wbrew pozorom pytanie św. Jana Chrzciciela wcale nie powinno być nam tak bardzo odległe. Podobnie jak on tkwimy nierzadko w więzieniu naszych bardzo ograniczonych horyzontów, nie potrafiąc dostrzec, że Jezus stale działa. I być może z tego biorą się różnego rodzaju kryzysy, których doświadczamy!?

Dlatego Jezus konkluduje dzisiejszą odpowiedź słowami:

„Błogosławiony jest ten, kto we mnie nie zwątpi”.

Jezus pragnie otwierać nasze oczy na znaki Jego obecności w świecie, którymi są święci, którymi są tysiące oddanych serc i pracowitych rąk; tysiące „ślepców”, potrafiących dzięki łasce nawrócenia dostrzec swoje winy i miłość Boga do nich; tysiące ubogich, którym kapłani, siostry zakonne i świeccy – sami także ubodzy – głoszą Dobrą Nowinę, wprowadzając ją w czyn.

Chrystus nieustannie jest i działa w świecie poprzez swój Kościół i ludzi wierzących. Choć znaki obecności i działania Chrystusa nie są tak głośne jak media, reklamy i konflikty. Dlatego potrzeba nam ciszy medytacji, w której uczymy się dostrzegać i słuchać tego, co dyskretne, ciche i pokorne, lecz mające wielką siłę przemiany świata.

Jeżeli skupimy się i poprzestajemy jedynie na naszych wyobrażeniach i wątpliwościach, wówczas trudno będzie nam dostrzec Chrystusa poprzez projekcje naszych osobistych doświadczeń na rzeczywistość. Ale kiedy chodzimy w świetle Słowa Bożego i działamy trzymając się mocno Chrystusa przez wiarę, wtedy łatwiej nam dostrzec, jak chromi chodzą, a umarli zmartwychwstają a ubogim głosi się Ewangelię…

A może czasem trzeba też, byśmy zadali sobie inne – bardzo adwentowe pytanie: „Czy ja jestem znakiem Tego, że Jezus żyje i działa?”.

Zawsze się radujcie

Pojawił się człowiek posłany przez Boga – Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz został posłany, aby zaświadczyć o światłości.

Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: «Kto ty jesteś? », on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: «Ja nie jestem Mesjaszem».

Zapytali go: «Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem?» Odrzekł: «Nie jestem». «Czy ty jesteś prorokiem?» Odparł: «Nie». Powiedzieli mu więc: «Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie?»

Powiedział: «Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak rzekł prorok Izajasz». A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. i zaczęli go pytać, mówiąc do niego: «Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem?» Jan im tak odpowiedział: «Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała».

Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu. (J 1, 6-8. 19-28)

 

https://youtu.be/v4WTp74K6Co

 

Księga Izajasza bywa słusznie określana jako „Ewangelia Starego Testamentu”. Na długo przed narodzinami Mesjasza malowała Jego wizerunek i wzmagała oczekiwanie ludu Bożego na Jego przyjście i przyjęcie.

Dzisiaj prorok Izajasz wieści dobrą nowinę mnie i tobie mówiąc: „Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił”.

Słuchając tych słów zwykle nie myślimy o tym, że one mówią o nas.

Izajasz pragnie nam uświadomić, że podobnie jak on jesteśmy wybrani przez Boga do zadania, do misji. Oczywiście misja każdej i każdego z nas jest inna, ale ma też cechy wspólne. Do nas wszystkich będącymi uczniami Chrystusa i pragnącymi Go naśladować odnosi się bowiem zdanie: „Pan posłał mnie, abym głosił dobrą nowinę ubogim, bym opatrywał rany serc złamanych, żebym zapowiadał wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę; abym obwieszczał rok łaski Pańskiej”.

Zacznijmy od tego, że jeśli ktoś ma wątpliwości, że został wybrany, to pozwolę sobie przypomnieć, że w perspektywie wiary wybraniem jest fakt, że dał Bóg tobie i mnie życie w rodzinie, gdzie przekazano nam wiarę i gdzie zadbano o to, abyśmy zostali namaszczeni Duchem Świętym w sakramentach chrztu i bierzmowania. Nie ma żadnego przypadku, że urodziliśmy się w tym, a nie innym miejscu, choć nam może się to wydawać oczywiste, no bo gdzie mieliśmy się urodzić?

A skoro Pan Bóg powołał nas do życia w takim a nie innym miejscu, w takiej a nie innej kulturze i w takiej a nie innej wierze, to muszę zapytać siebie czy coś dla mnie z tego wynika? Czy otrzymując chrzest, dar wiary myślę sobie, że on jest tylko dla mnie, że jest moją prywatną sprawą, co najwyżej sprawą mojej rodziny? To jeden z podstawowych błędów w myśleniu, które popełnia dzisiaj wielu chrześcijan, którzy dali sobie wmówić przez współczesny świat, że religia i wiara jest sprawą prywatną.

„Ogromnie się weselę w Panu, dusza moja raduje się w Bogu moim, bo mnie przyodział w szaty zbawienia…” Czy podpisałbyś się dziś pod tymi słowami proroka Izajasza? Czy fakt, że otrzymałeś w depozycie wiarę w Jezusa Chrystusa stanowi powód do radości, która w sobie nosisz? Takie pytanie stawia nam dzisiejsza – trzecia niedziela adwentu!

Każda i każdy z nas ma z pewnością takie doświadczenie, że jeżeli z jakiegoś powodu bardzo się cieszymy, gdy rozpiera nas radość, chcemy się nią jak najszybciej podzielić z innymi! Dlaczego ta zasada ma się nie stosować do radości płynącej a naszej wiary, ze znalezienia zbawienia!? A jeśli tak, to dzielmy się dzisiaj tą radością wiary w Chrystusa, do której wzywa nas prorok Izajasz!

„Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, abym głosił dobrą nowinę ubogim, bym opatrywał rany serc złamanych, żebym zapowiadał wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę; abym obwieszczał rok łaski Pańskiej”.

Jaka jest dobra nowina, którą mamy nieść innym? Jak możemy opatrywać rany serc złamanych? – dając świadectwo o Bogu, który jest miłością, który potrafi przebaczyć każdy grzech, uleczyć każdą ranę, który gwarantuje życie wieczne.

Ktoś zapyta: Jak głosić jeńcom wyzwolenie, więźniom swobodę? Przecież nie wyrwę ich z więzienia. Ale prawdziwym więzieniem i niewolą jest przede wszystkim grzech. To z jego powodu zazwyczaj trafia się do tego więzienia z kratami. A dobra nowina jest taka: Jezus jest silniejszy od każdego grzechu, On go zwyciężył, spłacił nasze rachunki. Nie ma takiej niewoli, z której Chrystus nie potrafiłby nas wyrwać, jeśli mu zaufamy.

Dlatego św. Paweł potrafi być wewnętrznie wolny nawet, gdy jest w więzieniu, dlatego zachęca nas: „Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie. W każdym położeniu dziękujcie…” Tak wiele czasu i energii zużywamy na narzekanie. Pozwalamy często, aby ono programowało nasz sposób myślenia i patrzenia na rzeczywistość, tak, że nie potrafimy już dostrzec tego za co warto i za co winniśmy być Bogu i ludziom nieustannie wdzięczni.

Nie mówmy, że nie potrafimy żyć wdzięcznością! Po prostu chciejmy, próbujmy! Święty Paweł obiecuje: „Wierny jest Ten, który was wzywa: On też tego dokona”.

Uczmy się od Maryi, która wyśpiewuje swoje Magnifikat, choć wcale nie znajduje się w łatwej sytuacji: jest brzemienna, musi to jakoś wytłumaczyć Józefowi, nie wie zupełnie co ją czeka w związku ze zgodą, którą de facto in blanco dała Bogu na planowanie jej życia. My w takiej sytuacji kombinowalibyśmy jak wyjść z trudnej sytuacji. A ona śpiewa Magnificat radości i ufności. Składa swoje życie w ręce Boga, bo wie, że On jest Panem rzeczy niemożliwych.

W naszych czasach Bóg także potrzebuje odważnych i radosnych wyznawców, którzy świadczą o potrzebie prostowania pogmatwanych dróg ludzkiego życia. Jan Chrzciciel był świadom, że nie dorównuje Temu, którego poprzedza, lecz mimo to jego praca jest bardzo cenna. My także nie dorównamy Temu, którego mamy w życiu naśladować, ale to nie znaczy, że nasze świadectwo wiary radosnej i pełnej nadziei nie jest potrzebne.

Zwłaszcza teraz, w sytuacji niszczycielskiej pandemii, która uświadamia nam, jak kruche jest nasze życie i jak zawodne są nasze plany i decyzje.

I być może właśnie w takich okolicznościach trzeba wołanie św. Pawła wziąć jako motto: „Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie. W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was”.

Niezwykle ważne są trzy słowa: „zawsze”, „nieustannie” i „w każdym położeniu”. Nie ma takiego czasu ani takich przeciwności, w których Bóg nas opuszcza i skazuje na samotność. Ale warunkiem Jego bliskości i pomocy jest unikanie wszelkiego rodzaju zła, bo ono zaciemnia umysły i uniemożliwia łaskę uświęcenia.

Jednym z najważniejszych przymiotów Boga jest wierność. Wiarę w to, że Bóg jest wierny wyznajemy zawsze wtedy, kiedy swoje modlitwy kończymy pełnym ufności słowem „Amen”.

Prośmy w tę trzecią niedzielę adwentu, abyśmy mieli w sobie nadzieję proroka Izajasza, wolność św. Pawła, pokorę św. Jana Chrzciciela a nade wszystko wiarę i radość Maryi, by nasze życie było nieustannych hymnem wdzięczności wobec Boga i Jego wiernej i miłosiernej miłości.

Medytacja – czas formowania serca

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. (Mt 11,28)

Te słowa Pana Jezusa można przyjąć jako motto czasu Adwentu. Jezus zaprasza wszystkich, bez wyjątku. Zachęca nas do postawienia odważnego kroku na Jego drodze, nacechowanej cichością i pokorą.

Każda droga ma swój początek i koniec. Każda droga ma swój cel. Na drodze Jezusa On sam jest początkiem i końcem. Jezus jest także celem. „Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie”(J 14,6).

Patronowie Adwentu (Maryja, św. Jan Chrzciciel) są dowodem na to, że pójście drogą Pana jest możliwe i tylko ta droga jest prawdziwa i do końca pewna, choć nie jest łatwa.

Warunkiem wejścia na drogę Jezusa, jest postawa otwartości na Jego łaskę.

Praktyka medytacji zaprasza nas do tej otwartości na Jezusa, do zatopienia się w Nim, w Jego miłości i obecności. Medytacja, jako modlitwa serca winna rodzić w nas pragnienie głębokiej jedności z sercem Jezusa, które mieści w sobie wszystkie ludzkie serca.

W Osobie Jezusa Chrystusa Bóg uświadamia nam, że jest zawsze z nami. Teraz już nie tylko towarzyszy nam w życiu i obejmuje nas swoją opieką (jak w czasach Starego Testamentu), ale wchodząc w nasze życie, stając się jednym z nas, pokazuje, jak żyć prawdziwie i razem z nami dźwiga ciężar życia. A właściwie proponuje coś odwrotnego: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię (Mt 11,28).

Syn Boży jako Człowiek wskazał nam drogę i pokazał, jak mamy nią iść:

„Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11,29n).

Jezus przekonuje nas, że ukojenie dają cichość i pokora serca. To właśnie te doświadczenia pragniemy odnaleźć w medytacji. W Kazaniu na górze Pan Jezus nadaje im nawet charakter błogosławieństwa: „Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię” (Mt 5,5). Przeciwnie rozbudzone ambicje niosą ze sobą niepokój i spory, nieustanne rozbuchanie ego, które oddziela się od innych, przez co czuje się nieustannie zagrożone, bo może być zagarnięte przez kogoś innego. Cichość i pokora serca otwierają oczy na prawdziwą wartość życia. Wiedząc, że w istocie jest one ukryte z Chrystusem w Bogu, przestajemy się lękać. Życie przestaje już być tak ciężkie. Mało tego, przyjęte w wolności jako dar, zaczyna dopiero właściwie smakować.

Niech zatem doświadczenie medytacji uczy nas życia ukrytego w Bogu realizującego się przez całkowite zaufanie Mu całym sobą, którego owocem jest ukojenie dla duszy, jakie możemy znaleźć tylko w Jego miłującej obecności. Zamieniajmy naszą medytację w modlitwę oddania, z całkowita ufnością oddając Jezusowi to, co zajmuje nasze serca: „Jezu, uczyń moje serce według serca Twego”.

Niech praktyka medytacji prowadzi nas w głębokie doświadczenie ukrycia w sercu Jezusa.

Refleksja przy okazji…

Dzisiaj szczególny dzień na mapie adwentowego czuwania: Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, więc pozwólcie, że idąc za natchnieniem z dzisiejszej porannej medytacji podzielę się z Wami refleksją:

„Niech mi się stanie według Twego słowa”. [Łk 1, 38]

Od kiedy pamiętam moja droga życia duchowego była przepełniona obecnością Maryi. Takie doświadczenie wiary wyniosłem z domu rodzinnego, w tym z obrazu życia moich rodziców chrzestnych, zawsze obecnych w moim życiu, jako jej niezwykłych świadków wiary i miłości, choć każde z nich tę wiarę przeżywało na swój, bardzo różny sposób.

Piszę o tym, bo kiedy miałem okazję stawiać pierwsze kroki w doświadczeniu medytacji, to również w sposób – jak mi się wydaje naturalny – przyglądałem się Maryi. Jej zgoda na realizowanie się w Jej życiu woli Bożej była dla mnie najlepszą szkołą posłuszeństwa Bogu i zaufania Bożym planom. Nie zawsze je – co oczywiste – rozumiałem, ale przypatrując się Maryi jak w ciszy przyjmuje to, co dzieje się w Jej życiu, również to, co bolesne i co nie zawsze po ludzku rozumiała, chciałem zawsze uczyć się od Niej jak żyć.

Dlatego też tak mocno odcisnęło się w moim sercu świadectwo o. Josepha Marie Verlinde, założyciela Wspólnoty Świętego Józefa, którego spotkałem w Częstochowie w roku 2000 i który opowiadał, jak jego doświadczeniu medytacji realizowanej wówczas w ramach medytacji Transcendentalnej Ramany Maharshiego zaczęły towarzyszyć wizje kobiety, w której wiele lat później rozpoznał Maryję i która uratowała go, przywracając na nowo chrześcijaństwu.

Ja również pierwsze kroki w swoim doświadczeniu medytacyjnym rozpocząłem w tradycji dalekiej od chrześcijańskiej, mając wówczas dość luźny kontakt z Kościołem. Zafascynowany tradycją Wschodu i zapatrzony w mojego starszego o dziesięć lat brata, który praktykował medytację od kilku lat, wśród jego przyjaciół z aśramu znalazłem swoich pierwszych nauczycieli medytacji. Droga odkrywania na powrót Kościoła katolickiego i jego bogactwa duchowości była w moim przypadku mniej burzliwa niż ojca Verlinde a wręcz powiedziałbym łagodna. Niemniej patrząc wstecz nie mam wątpliwości, że była to droga, w której ważna rolę odegrała Maryja…

Maryi zawsze towarzyszyło przeświadczenia, że Bóg jest Miłością i z tego przeświadczenia, z tej niezłomnej wiary, czerpała siłę i odwagę do życia miłością i do zgody na to, co Bóg dla Niej przygotował.

Dzisiejsza uroczystość zaprasza nas do zatrzymania się nad tajemnicą Maryi, która przychodzi na świat bez grzechu, po to, aby przypominać nam nieustannie jakie jest nasze powołanie.

Co więcej, lekcja dzisiejszej Ewangelii uświadamia nam, że Maryja przyjęła Syna Bożego w imieniu nas wszystkich i dla nas wszystkich (także w imieniu tych, którzy Go dotąd nie przyjęli i nie odnaleźli)! Jednak nie chodzi tu o samo przyjęcie Jezusa w perspektywie wiary, ale o coś znacznie ważniejszego: Niepokalana i bezgrzeszna Maryja również w tym sensie uosabia sobą nas wszystkich, że jest proroczym znakiem, proroczą obietnicą tej bezgrzeszności ostatecznej, do której w życiu wiecznym Bóg doprowadzi nas wszystkich. I na tę nadzieję nieustannie pragnie nas otwierać czas adwentu.

Można znaleźć wśród krytyków dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny takich, którzy uważają, że ten dogmat oddala Maryję od nas, zwykłych śmiertelników i grzeszników i wręcz uniemożliwia Jej naśladowanie. Tymczasem nic bardziej mylnego – jak mi się wydaje.

Gdyby taka obawa była słuszna, trzeba by ją odnieść również do Jezusa Chrystusa, którego poczęcie w ludzkiej naturze niewątpliwie było bezgrzeszne i który przez całe swoje ziemskie życie nigdy nie popełnił grzechu a przecież – jak sądzę – niewielu ma wątpliwości, że przeżył On swoje życie w najbardziej pełny i najbardziej głęboki sposób jako człowiek, ze wszystkimi doświadczeniami towarzyszącymi człowieczeństwu (z wyjątkiem grzechu). Czy jednak można powiedzieć, że bezgrzeszność uczyniła to doświadczenie życia Jezusa na ziemi mniej ludzkim? Moim skromnym zdaniem nie. Gdyż to grzech jest tym, który najbardziej wykorzenia nas właśnie z tego, co ludzkie. Jest tak dlatego, że z perspektywy stworzenia grzech jest czymś obcym ludzkiej naturze.

I podobnie jest z Maryją. Jej bezgrzeszność uczyniła Jej życie wolnym od rozdwojenia, którego źródłem jest grzech. I uczy nas, że nasze doświadczenie może być również podobne. Nie z powodu naszego niepokalanego życia, którego niestety nie posiadamy, ale na skutek działania tej samej łaski, która Ją zachowała od grzechu.

Św. Paweł napisze: „Tam gdzie wzmógł się grzech, jeszcze obficiej rozlała się łaska” [Rz 5,20] A to oznacza, że dzięki otwarciu na łaskę i zgody na jej działanie my także możemy unikać grzechu i doświadczyć życia wolnego od rozdwojenia; życia całkowicie skoncentrowanego na Chrystusie i Jego miłości do nas. To właśnie przekonanie o tej miłości staje się dla nas najlepszą motywacją do tego, by nie pozwolić grzechowi zatruwać naszego serca i naszego życia.

Maryja pokazuje nam całą sobą jak piękne może być życie bez grzechu, piękne w swojej prostocie, w swojej codzienności. Zawsze uderza mnie fakt, że życie Maryi przez sam fakt wolności od grzechu nie stało się jakimś nadzwyczajnym życiem. Kiedy przyglądamy się przez pryzmat Ewangelii Jej codzienności w małym Nazarecie, to łatwo dostrzec, że jest ona szara i zwyczajna. A jednak jest w tym cichym życiu Maryi piękno, które mnie zawsze urzekało i które też widzi i miłuje Bóg. Maryja potrafi dostrzec niezwykły dar w tym, że Bóg wchodzi ze swoją łaską w Jej zwyczajne życie. I w tym sensie staje się dla nas Nauczycielką zwykłego życia, nieustannie otwartego na Bożą obecność i Bożą miłość, która jest także naszym udziałem. A codzienna medytacja pozwala mi jedynie nie przeoczyć tego faktu.