Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Głos wołającego na pustyni

Początek Ewangelii Jezusa Chrystusa, Syna Bożego.

Jak jest napisane u proroka Izajasza: «oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie dla Niego ścieżki», wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając swoje grzechy.

Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. i tak głosił: «idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby schyliwszy się, rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, on zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym». (Mk 1, 1-8)

Ewangelia zabiera nas dzisiaj na pustynię. Pustynia w biblii to miejsce, na którym nie spoczęło Boże błogosławieństwo, roślinność jest skąpa, zamieszkanie prawie niemożliwe (Iz 6, 11). Kojarzona jest także w tradycji judaistycznej z miejscem na którym mieszkają demony. Dlatego jak mówi Księga Kapłańska to właśnie tam wypędzano kozła obarczonego grzechami, po dokonaniu ofiary przebłagania (Kpł 16, 7).

Ale pustynia w języku Biblii ma też inne znaczenia: jest miejscem oczyszczenia, duchowego zmagania i dojrzewania w wierze. Dlatego właśnie drogą przez pustynię Bóg prowadził Izraelitów do Ziemi Obiecanej. Używając pustyni za tło swojego przepowiadania Izajasz nawołuje Izraelitów do nawrócenia i przygotowania drogi dla Pana –co stanie się myślą przewodnią czasu Adwentu. Również pustynię wybiera Jezus, jako miejsce przygotowania do swojej misji i pierwszego starcia z szatanem.

Potem – począwszy od pierwszych wieków chrześcijaństwa – dla wielu pustynia staje się czasem odejścia od rutyny, duchowej przemiany, radykalnego oczyszczania motywacji pójścia za Chrystusem a przy okazji zmierzenia się z własną słabością i niewiernością. To właśnie dlatego tak chętnie odwołujemy się do przykładów i nauczania Ojców Pustyni będących dla nas wielkimi świadkami tego, jak być wiernymi duchowi Ewangelii.

Oczywiście nie każdy z nas może wybrać się – poza wypadem turystycznym – na pustynię. Ale na szczęście dla nas – jak mówi jeden ze współczesnych pustelników  Karol de Foucauld – „pustynia nie musi oznaczać nieobecności ludzi, lecz obecność Boga”.

I w tym sensie obraz pustyni interesuje nas jako ważny dla czasu Adwentu. Jan Chrzciciel także nie po to wychodzi na pustynię, aby na niej zamieszkać, lecz aby wzywać do nawrócenia.

„Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego”. Żydom pustynia kojarzyła się jednoznacznie z najważniejszym wydarzeniem w historii narodu wybranego – z wyjściem z Egiptu (będącego symbolem niewoli) i wędrówką do Ziemi Obiecanej. Jak doskonale pamiętamy, pustynia okazała się dla Żydów miejscem zmagania z niewiernością, z grzechem, z brakiem zaufania… Pan Bóg jednak przeprowadził swój lud przez pustynię po to, aby okazać mu swoje miłosierdzie, jak również po to, aby przekonać ich, że im bardziej człowiek opiera się na Bogu niż na własnych siłach i pomysłach, tym bardziej może doświadczyć tego, że Bóg jest w stanie przeprowadzić go przez każdą sytuację i wydobyć dobro z tego, co po ludzku wydaje się sytuacją beznadziejną.

I w tym sensie dobrze byłoby, gdyby czas adwentu podarowany nam przez Kościół był również czasem pustyni, aby stał się również dla nas okazją do odejścia od rutyny, przemyślenia i oczyszczenia naszej motywacji do pójścia za Chrystusem, zmierzenia się z naszymi słabościami…

Św. Jan Chrzciciel wzywa dziś każdego z nas do wyjścia na pustynię. Chociaż rozumiemy ją w sensie duchowym, to podobnie jak Żydzi, mamy się tam udać, aby przekonać się o naszej niewierności, grzechu i braku nadziei.

Jednakże jesteśmy zaproszeni na pustynię przede wszystkim po to, aby zostać obdarowani Bożym miłosierdziem.

Warto może sobie uświadomić, że gdy przed świętami po dłuższym lub krótszym czasie uklękniemy przy konfesjonale, to nie tylko po, aby wyznać grzechy, ale przede wszystkim, aby po raz kolejny przekonać się o Bożej miłości do nas. Sakrament pojednania jest bowiem obustronnym wyznaniem miłości przez Boga i człowieka!

Oczywiście, podobnie jak Żydzi Janowi, tak i my wyznamy Panu Jezusowi nasze grzechy i będziemy próbowali się nawrócić.

Nie łudźmy się jednak, że uda nam się przygotować we właściwy sposób drogę dla Pana. To nie jest tak, że my się nawracamy i przestajemy grzeszyć, a wtedy Pan Bóg zaczyna nas kochać i wchodzi na drogę pięknie przygotowaną dla Niego w naszych sercach.

Jest dokładnie na odwrót: Bóg nas kocha, mimo że nasze drogi są nadal pokręcone a nasze serca niekoniecznie gotowe na Jego przyjście.

A jednak Jezus przychodzi do nas pomimo tego i dopiero Jego miłość potrafi sprawić, że nasze serca się przemieniają!

Prorok Izajasz mówi, że mamy budować drogę dla Pana na pustyni.

Pustynia jest symbolem jeszcze czegoś: naszej bezradności. Nie lubimy być bezradni, wolimy sytuacje, gdy potrafimy radzić sobie w naszym życiu. Jednak paradoksalnie w życiu duchowym nasza słabość i bezsilność mają szansę stać się przestrzenią doświadczenia Bożej mocy i łaski.

Dopiero gdy zgodzimy się na to, że nasze życie ma nie tylko jasne strony i gdy zaakceptujemy na własną bezradność, grzeszność i pogubienie; gdy przestaniemy polegać na sobie i swojej wyimaginowanej doskonałości; gdy otworzymy się całkowicie bezgranicznie i bezwarunkowo na Boże miłosierdzie, Pan Bóg będzie mógł wreszcie działać w naszych sercach, obdarować nas swoim miłosierdziem i wyprostować drogi naszego życia.

Jezus karmi nas do syta

Jezus przyszedł nad Jezioro Galilejskie. Wszedł na górę i tam siedział. I przyszły do Niego wielkie tłumy, mając z sobą chromych, ułomnych, niewidomych, niemych i wielu innych, i położyli ich u Jego stóp, a On ich uzdrowił. Tłumy zdumiewały się, widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, niewidomi widzą. i wielbiły Boga Izraela.

Lecz Jezus przywołał swoich uczniów i rzekł: «Żal Mi tego tłumu! Już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają, co jeść. Nie chcę ich puścić zgłodniałych, żeby ktoś nie zasłabł w drodze». Na to rzekli Mu uczniowie: «Skąd tu na pustkowiu weźmiemy tyle chleba, żeby nakarmić tak wielki tłum?» Jezus zapytał ich: «ile macie chlebów?» Odpowiedzieli: «Siedem i parę rybek»

A gdy polecił tłumowi usiąść na ziemi, wziął siedem chlebów i ryby i odmówiwszy dziękczynienie, połamał, dawał uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a pozostałych ułomków zebrano jeszcze siedem pełnych koszów.  (Mt 15, 29-37)

Ewangelia często ukazuje Jezusa obecnego na górze. Chrystus wybiera góry jako miejsce swego nauczania, często też wychodził na górę samotnie, aby tam się modlić. Trzech najbliższych sobie Apostołów wziął ze sobą na górę przemienienia, aby mogli oglądać chwałę przyszłego zmartwychwstania. Dwie ostatnie, a zarazem najważniejsze góry w czasie Jego ziemskiej działalności, to góry dwóch ostatnich dni Jego życia: Góra Oliwna oraz Kalwaria. Ta pierwsza stanie się także miejscem, skąd wróci do Ojca.

Nie trzeba wielkiej spostrzegawczości, żeby zauważyć, że wszystkie Jezusowe wstępowania na górę odsłaniają Go nam jako przewodnika w naszej drodze do Ojca. Syn Boży chce i ma moc doprowadzić nas do swojego przedwiecznego Ojca. Bylebyśmy tylko chcieli pójść za tym boskim przewodnikiem.

Dla mnie osobiście doświadczenie medytacji monologicznej jest właśnie przejawem takiego pragnienia. Medytujący podążając za słowem nie wie dokąd go ono doprowadzi, przez jakie doświadczenie każe mu przejść, poza jedną pewnością – pewnością celu ku jakiemu prowadzi nas zawsze posłuszeństwo słowu Jezusa.

Jest takie piękne zdanie wypowiedziane przez św. Barnarda, które bardzo do mnie przemawia, zwłaszcza w kontekście doświadczenia medytacji, ale także w szerszej perspektywie zasłuchania w słowo Boże: „Jeśli zachowasz słowo Boga, ono też cię zachowa”. Wielokrotnie doświadczyłem prawdziwości tych słów na mojej drodze życia.

Dalej w tym samym tekście św. Bernard rozwija swoją naukę:

„Mam przekonanie do tego, że zachowanie nauki zawartej w słowie Chrystusa jest przejawem miłości Pana. A gdzież się ją zachowuje? Bez wątpienia w swoim sercu, bo tak powiedziano w psalmie: W sercu swym zachowuję Twe słowa, aby przeciw Tobie nie zgrzeszyć.

W ten sposób zachowujmy słowo Boga, albowiem błogosławieni ci, którzy je zachowują. Niech ono przeniknie do głębi twej duszy, niech przepoi twoje pragnienia i obyczaje. Pożywaj z jego bogactwa, a twoja dusza będzie się nim rozkoszować. Nie zapominaj o tym chlebie, by nie stwardniało twe serce, lecz by się nim syciła twoja dusza”.  [Kazanie 5 adwentowe, 1-3]

Dzisiejsza Ewangelia mówi o tym, że Jezus karmi lud chlebem. W ten sposób wypełnia się wizja proroka Izajasza z 25 rozdziału jego księgi.

I choć ta uczta to „tylko” chleb i ryba, to każdy – jak zaznacza autor natchniony – najadł się do syta.

Ale ten obraz chleba i ryby jest dla mnie znakiem wielkiej prostoty, w której Bóg do nas przychodzi. Bez fajerwerków…

Podobnie jest z karmieniem się słowem w doświadczeniu medytacji. Bóg przychodzi do nas w swoim słowie, pokornie, z całkowitą prostotą. Bez fajerwerków… Ale jeśli tylko ktoś chce może się karmić Jego słowem do syta. A tego, że słowo Boże syci można doświadczyć medytując i wstając z medytacji zawsze nakarmionym.

Pozwólcie, że raz jeszcze powrócę do obrazu dzisiejszej Ewangelii. Autor nie wspomina tym razem jak liczna była grupa, którą nakarmił Jezus (choć określa ją mianem tłumu). Dla mnie najważniejsze jest to, że dzięki temu wydarzeniu zainicjowała się wspólnota zgromadzona wokół Mistrza, która na własnej skórze doświadczyła Jego bliskości i troski. To dla mnie także piękny obraz medytacji! Bez względu na to gdzie medytujemy (pandemia sprawia, że musimy to często robić w oddaleniu), za każdym razem siadamy jako wspólnota zgromadzona u stóp Jezusa, po to, aby cieszyć się Jego obecnością i karmić się Jego słowem.

To właśnie w taki sposób Chrystus przychodzi do mnie w każdej medytacji: delikatnie i cicho, bez fajerwerków…

I tak też często przychodzi w naszym życiu.

Medytacja uczy mnie dostrzegać tę Jego delikatną OBECNOŚĆ.

Niech medytacja w czasie Adwentu i Boża łaska, która jej towarzyszy otwiera nasze oczy na przychodzącego do naszego życia Boga.

 

Jak co roku… Adwent

Adwent, to czas oczekiwania… I choć to może zabrzmi dziwnie można powiedzieć, że czas pandemii doskonale wpisuje się w charakter adwentu. Pandemia także nastawia nas na czekanie: czekamy na szczepionkę, na otwarcie sklepów, miejsc pracy, rozrywki, szkół, czekamy na powrót możliwości normalnego życia.

Ale adwent to nade wszystko czas powrotu do Chrystusa, który pragnie wlać w nasze serca nadzieję, że Bóg ma moc przemienić w dobro wszystko, co się wydarza, nawet rzeczy, których nie rozumiemy… Czy mamy w sobie tę nadzieję?

*******

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. zostawił swój dom, powierzył swym sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał.

Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, do wszystkich mówię: Czuwajcie!» (Mk 13, 33-37)

 

 

Jak co roku na początku adwentu słyszymy to samo wezwanie: „Czuwajcie!”. Wiele już powiedziano o tym, że żyjąc w kulturze Internetu i fast foodów, odzwyczailiśmy się od czekania. Niemal wszyscy narzekają dziś na brak czasu: młodzi i starzy, pracujący i emeryci… Nasze terminarze są upchane kolejnymi zajęciami. Nie chodzimy już, ale biegniemy. Nie czytamy, ale kartkujemy. Nie myślimy, ale zapoznajemy się. Może pandemia zmusiła nas do jako takiego zatrzymania się w biegu, ale to na siłę i  zapewne na chwilę.

Może jednak problem leży jeszcze gdzieś indziej? Może my po prostu zbyt wiele oczekujemy od życia? Może nie potrafimy cieszyć się przez dłuższa chwilę tym, co mamy, tak jak czyniły to starsze pokolenia. Nie potrafimy cieszyć się chwilą obecną, bo ciągle wybiegamy naszymi planami, oczekiwaniami czy lękami w przód. A przecież chwila obecna, to tak naprawdę wszystko, co mamy…

I może właśnie o tym chce nam przypomnieć adwent. Może dlatego zachęca nas do czuwania…

Na czym polega chrześcijańska czujność!? Na próbie powrotu do życia w rytmie przykazań i Ewangelii! Co to za rytm? Jego podstawą jest modlitwa, codzienny kontakt z Bogiem. Nie ten spychany na margines dnia, o ile znajdziemy jeszcze na niego czas, ale ten stający w centrum naszej codzienności, będący fundamentem, na którym pragniemy oprzeć nasze życie.

Jezus nie mówi dziś w Ewangelii o zwykłym śnie, który jest pożyteczny nie tylko dla zmęczonego ciała, ale też dla intelektu i ducha. Sen, o którym mówi Jezus jest obrazem pewnego stanu ducha, sposobu życia, w którym człowiek nie widzi lub nie chce widzieć swojego stanu.

Aby czuwać, trzeba się najpierw obudzić!

We fragmencie Księgi Proroka Izajasza czytamy o Izraelitach, którzy pogrążyli się w grzechu. Prorok skarży się przed Bogiem, że pozwala ludziom błądzić z dala od Niego. „Nikt się nie zbudził, by się chwycić Ciebie”. Nie tylko człowiek, który się oddala od Boga, pogrąża się w ciemności, ale mogą to uczynić całe narody. I w dzisiejszym świecie chyba nie trzeba byłoby zazbytnio szukać dowodów na to, że tak jest. Grzech, może być nie tylko indywidualny, może dotykać całych wspólnot, choć czasem zaczyna się to od grzechu poszczególnych jednostek. Podobnie przebudzenie jednego człowieka potrafi wpłynąć na innych. Dzięki głoszeniu apostoła Pawła pierwsi chrześcijanie mogli doświadczyć łaski nawrócenia. Przebudzenie jednego wpłynęło na wielu. Aby móc czuwać, trzeba się najpierw przebudzić. W języku Ewangelii przebudzić się, to porzucić grzech!

A kiedy się już przebudzimy, trzeba sobie zadać pytanie: Jak czuwać?

Jest taki polski dramat z 2008 roku p. t „Senność” to opowieść o ludziach, którym życie zaczęło przeciekać przez palce, którzy zapadli w rodzaj emocjonalnego letargu i choć żyją, nie żyją naprawdę. Jeden z bohaterów filmu, nieuleczalnie chory Robert robi obrachunek ze swoim życiem boi, że pójdzie do piekła i boi się dnia sądu ostatecznego, kiedy zobaczy swoje niewykorzystane w życiu szanse i to, jak wyglądałoby jego życie, gdyby się w porę obudził (czytaj: nawrócił) i nie stracił aż tyle przesypiając kawał swojego życia.

 „Czuwajcie!” – Głos Jezusa wzywa dziś do powstania ze snu. Do tego, by wznieść się ponad chaos codziennego rozdrabniania się na tysiące bezcelowych działań i spraw, na które często wcale nie mamy wpływu. Czuwać to znaleźć czas by zatrzymać się w ciszy i dostrzec obecność Tego, który już ponad dwa tysiące lat wszedł w dzieje świata, choć świat coraz bardziej stara się Go ignorować. Czuwać, to umieć zatrzymać się w biegu, by uzmysłowić sobie, że wiele z wydarzeń naszego życia są znakami, które daje nam Bóg. Czuwać, to umieć spojrzeć trochę dalej niż czubek własnego nosa, niż swoja własna przyjemność czy potrzeba i trochę głębiej niż patrzymy na co dzień, by dojrzeć tam SENS (logos) – a konkretnie: Osobę Zbawiciela, który pragnie nadać właściwy kierunek naszemu życiu, naszej historii. Czuwać to dostrzec Tego, który przychodzi z obietnicą twojego i mojego zbawienia i potrafi sprawić, że każda z tych tysięcy drobnych chwil i spraw, które składają się na mozaikę naszego życia, a które tak łatwo przeciekają nam przez palce, lub co gorsza, które przesypiamy nabiera prawdziwego WIECZNEGO ZNACZENIA.

Adwent to czas oczekiwania na przyjście Zbawiciela. W jakimś sensie całe nasze życie jest adwentem – oczekiwaniem. Mając pewność, że Pan przychodzi, mogę oddać się danemu mi czasowi. To tak jak z nienarodzonym dzieckiem, do którego się mówi, dotyka się brzucha matki, żeby poczuć kopnięcie, posłuchać bijącego serca. Psychologia prenatalna tłumaczy, że ma to wielkie znaczenie. To małe, niewidoczne dziecko już wtedy jest kształtowane, nabiera poczucia bezpieczeństwa i miłości.

Moje codzienne zmaganie się z życiem, miłością, pracą, nauką to przygotowanie miejsca Panu Bogu we mnie, by się narodził. Wtedy nasze cierpliwe oczekiwanie na spóźniający się tramwaj, czuwanie, by nie wykipiało mleko bądź w zmęczeniu powtarzana modlitwa Ojcze nasz stają się jak światło adwentowej świecy.

Bądź wierny i czuwaj! – to wezwanie, które mamy sobie wziąć do serca na początku Adwentu.

Ktoś zapyta:  „Ale dlaczego mam czuwać i być wiernym?”

Bo wierny jest Ten, który zawsze czuwa nad tobą.

Monologiczna wizja uwielbienia w niebie

Ja, Jan, ujrzałem: oto drzwi otwarte w niebie, a głos, ów pierwszy, jaki usłyszałem, jak gdyby trąby rozmawiającej ze mną, powiedział: «Wstąp tutaj, a to ci ukażę, co potem musi się stać». Doznałem natychmiast zachwycenia: A oto w niebie stał tron i na tronie Ktoś zasiadał.

A Zasiadający był podobny z wyglądu do jaspisu i do krwawnika, a tęcza dokoła tronu – podobna z wyglądu do szmaragdu. Dokoła tronu – dwadzieścia cztery trony, a na tronach dwudziestu czterech siedzących Starców, odzianych w białe szaty, a na ich głowach złote wieńce. A z tronu wychodzą błyskawice i głosy, i gromy, i płonie przed tronem siedem lamp ognistych, które są siedmiu Duchami Boga.

Przed tronem – niby szklane morze podobne do kryształu, a pośrodku tronu i dokoła tronu cztery Istoty żyjące, pełne oczu z przodu i z tyłu: pierwsza Istota żyjąca podobna do lwa, druga Istota żyjąca podobna do cielca, trzecia Istota żyjąca mająca twarz jak gdyby ludzką i czwarta Istota żyjąca podobna do orła w locie.

Cztery Istoty żyjące – a każda z nich ma po sześć skrzydeł – dokoła i wewnątrz są pełne oczu, i bez wytchnienia mówią dniem i nocą: Święty, Święty, Święty, Pan Bóg wszechmogący, Który był i Który jest, i Który przychodzi. A ilekroć Istoty żyjące oddadzą chwałę i cześć, i dziękczynienie Zasiadającemu na tronie, Żyjącemu na wieki wieków, upada dwudziestu czterech Starców przed Zasiadającym na tronie i oddają pokłon Żyjącemu na wieki wieków, i rzucają przed tron wieńce swe, mówiąc: «Godzien jesteś, Panie i Boże nasz, odebrać chwałę i cześć, i moc, bo Ty stworzyłeś wszystko, a z woli Twojej istniało to i zostało stworzone». (Ap 4, 1-11)

 

Przez ostatnie dwa tygodnie roku liturgicznego w czytaniach mszalnych towarzyszą nam apokaliptyczne wizje św. Jana Apostoła. W dzisiejszym komentarzu do medytacji chciałbym wrócić do tekstu z Apokalipsy z minionej środy, tekstu, który choć jest wizją nieba, to do złudzenia przypomina mi coś, co towarzyszy nam w praktyce medytacji. To wizja osób otaczających tron Boga, których modlitwa do złudzenia przypomina modlitwę monologiczną, gdyż jak pisze św. Jan: bez wytchnienia mówią dniem i nocą: Święty, Święty, Święty, Pan Bóg wszechmogący, Który był i Który jest, i Który przychodzi. W opisie Jana zaraz po wezwaniu wypowiadanym przez zebranych pojawia się kolejny element przypominający nasza praktykę metanii: A ilekroć Istoty żyjące oddadzą chwałę i cześć, i dziękczynienie Zasiadającemu na tronie, Żyjącemu na wieki wieków, upada dwudziestu czterech Starców przed Zasiadającym na tronie i oddają pokłon.

Można zatem powiedzieć, że nasza praktyka medytacji ma podwójne umocowanie: pierwszym jest nawiązanie do przeszłości i tradycji modlitwy Ojców Kościoła, poszukujących odpowiedzi na zachętę do modlitwy nieustannej, jak również do tradycji hezychazmu; drugim nawiązanie do przyszłości, do wizji, którą rysuje św. Jan w swoim obrazie nieba i uwielbienia Boga, które będzie towarzyszyło tam zebranym.

Sądzę, że to dwa mocne argumenty za tym, żeby docenić tę praktykę modlitwy.

Inny tekst, do którego chciałbym nawiązać w dzisiejszym wprowadzeniu zaczerpnięty jest z Liturgii Godzin, czyli popularnego Brewiarza, gdzie w tekście Godziny Czytań znajdujemy słowa nauczania św. Makarego, mnicha a następnie biskupa Jerozolimy z początku IV wieku: Podobnie jak rolnik, zabierając się do pracy, bierze odpowiednie narzędzia i ubranie, tak i Chrystus Król, niebieski i prawdziwy rolnik, przychodząc do spustoszonej przez wady ludzkości, przyjął ciało, wziął krzyż jakby narzędzie i uprawiał opuszczoną duszę; wyrwał z niej ciernie i chwasty złych duchów, wykorzenił kąkol zła i spalił wszelką słomę nieprawości. W ten sposób, trudząc się drzewem krzyża, założył wspaniały ogród Ducha, taki ogród, który wydaje Bogu, jako swemu Panu, wszelki rodzaj owoców słodkich i przyjemnych.

I dodaje:

Biada duszy, jeśli zabraknie jej Chrystusa, który uprawia ją starannie, aby mogła wydać dojrzałe owoce ducha, bo opuszczona, pełna cierni i chwastów, zamiast przynosić owoce, zostanie wydana na spalenie, i zginie. Biada duszy, w której nie mieszka Chrystus! Porzucona, wydaje zepsutą woń pożądliwości i staje się przytuliskiem wad. (Homilia 28)

Dla mnie piękny i bardzo czytelny jest ten obraz Chrystusa, który uprawia ogród miły Bogu za pomocą narzędzia Krzyża. To wizja, którą św. Makary odnosi zarówno w wymiarze bardziej ogólnym do całej ludzkości odkupionej przez Krzyż Jezusa, jak i w wymiarze indywidualnym do każdej duszy, jeśli tylko człowiek w swoje wolności nie odrzuci tego daru. Wydarzenie zbawcze Krzyża ma miejsce tylko raz w historii i przynosi owoce ponadczasowe, co nie znaczy, że Jezus przestaje się troszczyć o dusze człowieka wierzącego. W sercu człowieka, w centrum życia którego stoi Krzyż nadający życiu takiego człowieka sens i cel Chrystus nadal jest tym, który nieustannie troszczy się o ogród ludzkiej duszy. Dzisiaj – nie mam wątpliwości – narzędziem przez które uprawia nasz wewnętrzny ogród jest Jego słowo. Stąd medytacja, która jest wsłuchiwaniem się w słowo, jest jednocześnie – zgodnie ze słowami św. Makarego – zaproszeniem do tego, aby w naszej duszy zamieszkał Chrystus, tak aby dzięki Jego obecności i łasce, przychodzącej przez słowo modlitwy mogła ona wydać dojrzałe owoce ducha.

Bilet do nieba

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale, a z Nim wszyscy aniołowie, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych ludzi od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie.

Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: „Pójdźcie, błogosławieni u Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane dla was od założenia świata!

Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;

byłem spragniony, a daliście Mi pić;

byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;

byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;

byłem chory, a odwiedziliście Mnie;

byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”.

Wówczas zapytają sprawiedliwi: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? Albo spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię, lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?”

A Król im odpowie: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnie uczyniliście”.

Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!

Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;

byłem spragniony, a nie daliście Mi pić;

byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie;

byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie;

byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie”.

Wówczas zapytają i ci: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?”

Wtedy odpowie im: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tego i Mnie nie uczyniliście”.

I pójdą ci na wieczną karę, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego». (Mt 25, 31-46)

Obraz królestwa, króla, monarchy jest dla nas mało czytelny, bo nie żyjemy w monarchii, a te, które znamy, są tylko symboliczne, reprezentacyjne. Monarchia oznacza, że jest jedno źródło i jedna zasada wszystkiego – jest nią Król. W tym sensie wszyscy chrześcijanie są monarchistami.

Dzisiejsza Ewangelia stawia nam pytanie – a pytanie zawsze daje do myślenia – komu służymy? Każdy z nas służy przecież czemuś lub komuś. Warto służyć temu, co dźwiga nas ku górze, nigdy temu, co ściąga nas w dół.

O czym zatem jest ta Ewangelia? O owcach i kozłach? Poniekąd tak.

O dobrych i złych? Poniekąd również.

O Sądzie Ostatecznym? Owszem.

O miłości bliźniego? Bez wątpienia.

Ostatecznie jednak jest to Ewangelia o powadze życia i odpowiedzialności za wybory, których dokonujemy. Co nie znaczy, że w życiu nie ma miejsca na radość, lekkości czy przyjemność. Rzeczona powaga oznacza, że to, co robimy, ma znaczenie, jest ważne nie tylko teraz, lecz także w przyszłości…

W Starym Testamencie czytamy: „Patrz, kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego i chodzić Jego drogami… Wybierajcie więc życie, abyście żyli…” (Pwt 30, 15nn). Chrześcijanie pierwszych wieków nosili głęboko w pamięci te słowa, skoro znalazły one swoje odzwierciedlenie w Didache (tekście będącym wedle Tradycji kompilacją nauczania Dwunastu Apostołów). Czytamy tam:: „Dwie są drogi, jedna droga życia, a druga śmierci – i wielka jest między nimi różnica” (Didache 5, 1). Ewangelia odsłania rąbek tajemnicy – jaki będzie, kres tych możliwych dla człowieka dróg. Dlatego jest to Ewangelia o powadze i doniosłości tego, co robimy już teraz, dzisiaj. Każda właściwie decyzja, wybór, każdy czyn i każde zaniechanie dobra, każdy dzień jest krokiem na jakiejś drodze.

Jako echo tych słów dźwięczy mi w uszach znane powiedzenie pewnego filozofa: „Pamiętaj, że życie składa się z drobiazgów, choć drobiazgiem nie jest!”

Życie składa się z drobiazgów, które tworzą dni, tygodnie, miesiące, ale nade wszystko nasze wybory…

Każdy dzień to suma zdarzeń – tych, które sami sprowokowaliśmy i tych, które ktoś nam podarował lub narzucił.

Wypowiedziane słowa, gesty, uśmiechy lub grymasy. Podana w geście pomocy dłoń, lub odwrócony wzrok. Krótka modlitwa za kogoś, kogo mijamy na ulicy, bo taki smutny jakiś.

Dzisiejsza Ewangelia upomina się właśnie o tych, których spotykamy na naszych drogach na co dzień, czasem jedynie raz w życiu. I przypomina o tym, że nic nie zostanie zapomniane z tego, jak kogoś potraktowaliśmy.

I ta prawda może budzić w nas pewien niepokój. Wprawdzie Jezus mówi, że żaden gest miłosierdzia nie idzie na marne i każdy będzie nam policzony, ale to samo mówi o zaniechaniu dobra. Nie chodzi więc już o złamanie jednego z przykazań, rozmyślne wyrządzenie komuś zła, ale o samą obojętność wobec potrzeb bliźniego. A to wykracza poza jakikolwiek możliwy do spisania kodeks praw i obowiązków. Zaczynam więc kalkulować, czy więcej zrobiłem tego cichego, ukrytego dobra, czy więcej zaniedbałem. Jak tu dobrać proporcje?

A przecież to nie koniec wątpliwości. Kryterium przynależności do królestwa Bożego jest dobro wyświadczane bliźniemu. A co z naszym stosunkiem do Boga? Syn Człowieczy nie pyta o wiarę, że o pobożności już nie wspomnę. To znaczy, że dla niewierzących droga do nieba jest szeroko otwarta? I dla tych, którzy się Boga wyparli, ale dobrze żyli? Dla bluźnierców i apostatów także?

Żeby nie plątać się dalej w tych rozważaniach, trzeba ustalić, o czym ta przypowieść mówi, a o czym – nie. Dla współczesnych Jezusa kwestia wiary czy niewiary nie stanowiła problemu. To raczej problem czasów współczesnych. Jezus nie potrzebuje o tym przypominać swoim słuchaczom, bo dla nich ważna rola wiary w życiu była bezdyskusyjna. Musi jednak przypomnieć to, co nieoczywiste: że miłość bliźniego – a jak miłość, to bezinteresowna – nie jest jedynie niezobowiązującym dodatkiem do naszej pobożności. Jest równie ważna jak oddawanie czci Bogu, bo nie da się oddzielić jednej i drugiej miłości. Można wręcz powiedzieć, że miłość a więc to, jak odnoszę się do drugiego jest sprawdzianem pobożności i albo jej potwierdzeniem, albo – gdy jej nie ma – zaprzeczeniem.

Jest taka opowieść o bogatym człowieku, który trafił do nieba. Nawet się modlił, chodził do kościoła, nie oszukiwał w interesach, ale poza tym mało myślał o innych ludziach a dużo o sobie i o tym, żeby jemu było dobrze i przyjemnie. Św. Piotr prowadząc go do jego mieszkania oprowadził go przy okazji po niebie. Pokazał gdzie mieszka Matka Boska, i Apostołowie. Potem przechodzili przez dzielnicę pełną pięknych domów. Św. Piotr wskazał na okazały dom i rzekł: – w tym domu mieszka twój służący.

Bogacz pomyślał sobie: „skoro tak mieszka mój służący, to jak będzie wyglądał mój dom!?”. Minęli jednak dzielnice pięknych domów i skierowali się ku innej gdzie domy były malutkie, ulice wąskie. Az stanęli przed skromnym, skleconym z byle czego domkiem. Św. Piotr powiedział:

– To twoje mieszkanie.

– Czy to nie pomyłka, zapytał bogaty człowiek.

Na co św. Piotr odrzekł: – Nie! Musisz zrozumieć, że mieszkania tutaj budujemy z takich materiałów, jakie ludzie nam przysyłają z ziemi w czasie swojego życia.

Czym zatem będzie sąd ostateczny? Będzie objawieniem ukrytych, pokornych, często niedocenianych gestów miłości, którymi było utkane (lub nie) nasze życie.

„Pod wieczór naszego życia będziemy sądzeni nie z pobożności, ale z miłości – napisze św. Jan od Krzyża. To zdanie pokrywa się zresztą z przekonaniem św. Pawła Apostoła z Pierwszego Listu do Koryntian: Tak więc trwają wiara, nadzieja i miłość; z nich zaś najważniejsza jest miłość, gdyż tak naprawdę tylko miłość nadaje wartość i największy sens naszemu życiu, ale też naszej wierze i miłości.

Na szczęście dla nas – jak pisze ks. Jerzy Szymik, teolog i poeta – sędzia, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia będzie stronniczy. Zrobi wszystko, co w Jego mocy, aby ocalić sądzonych.