Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Wigilia wigilii

Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna.

Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał jej tak wielkie miłosierdzie, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Ale matka jego odpowiedziała: «Nie, natomiast ma otrzymać imię Jan». Odrzekli jej: «Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię».

Pytali więc na migi jego ojca, jak by chciał go nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: «Jan będzie mu na imię». I zdumieli się wszyscy.

A natychmiast otworzyły się jego usta i rozwiązał się jego język, i mówił, błogosławiąc Boga. Wtedy strach padł na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: «Kimże będzie to dziecię?» Bo istotnie ręka Pańska była z nim. (Łk 1, 57-66)

Wigilia wigilii.

Ewangelia  udziela nam dzisiaj bardzo ważnej lekcji w osobie Zachariasza: milczy do chwili narodzin Jana, aby nie przeszkadzać realizacji się dzieł Bożych, aby jego milczenie stało się tłem dla wypełnienia się słowa, które Bóg skierował do niego przez archanioła Gabriela. Przypomnijmy, że było to długie, dziewięciomiesięczne milczenie oczekiwania i nadziei… 

Dobiega końca także czas adwentu, czas wyciszenia, kontemplacji, oczekiwania… Czy rzeczywiście ten adwent był inny? Czy pandemia, która zmusiła nas do siedzenia w domach sprawiała, że więcej czasu poświęciliśmy skupieniu, milczeniu, kontemplacji?

„Człowiek modlitwy nie myśli o owocach swojego trwania przed Bogiem, nie nastawia się na nadzwyczajne doświadczenia, nie myśli o mistycznych łaskach, nie zakłada, że jego prośby zostaną wysłuchane, nie kojarzy modlitwy tylko z dobrym samopoczuciem. Człowiek modlitwy jest człowiekiem wiary, a ta daje tylko jedną obietnicę: ON BĘDZIE BLISKO! A skoro On będzie blisko, to czego więcej nam potrzeba? Gałązka nie musi się martwić o to, czy przyniesie owoc, nie musi wciąż się sobie przyglądać i badać czy pąk się rozwija, czy owoc dojrzewa? Gałązka ma tylko to jedno zadanie – troszczyć się o to, aby być złączona z winnym krzewem. [o. Wilfrid Stinissen OCD]

Adwent to szczególny czas, który chce nam uświadomić, że sprawy najtrudniejsze są z reguły najprostsze. Uczy nas kontemplacyjnego milczenia jako drogi szukania odpowiedzi na najważniejsze pytania. Takiej postawy uczą nas wszystkie postacie czasu Adwentu: Maryja, św. Józef, milczący Zachariasz i jego żona Elżbieta żyjąca w ukryciu aż do narodzenia Jana.  Adwent uczy nas po prostu na modlitwie być, trwać, będąc zasłuchanym w słowo i oczekując aż ono się wypełni. Dlatego czas adwentu zawsze był i jest dla mnie dobrym nauczycielem medytacji. Uczy wznoszenia duszy do Boga, by łączyć się z Nim i by nieustannie przypominać sobie, że imię naszego Boga brzmi: JESTEM i dlatego najlepszym sposobem upodobnienia się do Niego jest świadome bycie w Jego obecności i świadome przeżywanie w Jego obecności całego mojego życia, nie martwiąc się o nic. A adwent przypomina mi jeszcze, coś ważniejszego, że mój Bóg jest też Emmanuelem, czyli Bogiem z nami. Bogiem bliskim. Bogiem pragnącym być obecnym w Twoim i moim życiu. Czy można odkryć piękniejszą tajemnicę od tej?

W mojej parafii jest zwyczaj, że po jutrzejszej – ostatniej porannej Mszy – zachowujemy milczenie. Niczego już nie przygotowujemy, niczego nie załatwiamy, po prostu trwamy w oczekiwaniu na tę najpiękniejszą noc, „gdy się łączy niebo z ziemią, sprawy Boskie ze sprawami ludzkimi” więc i ja zamilknę, aby spoglądając w niebo nie przeoczyć pierwszej gwiazdy zwiastującej wypełnienia się Słowa i aby nie przegapić Boga – Człowieka cichutko pukającego do mojego serca.

A na koniec pozwólcie Kochani życzyć Wam, aby tajemnica ciszy i ciemności, jakie towarzyszyły przyjściu na świat Zbawiciela, dotknęły Waszych serc i wypełniły je Jego miłującą obecnością, aby Wasze serca, umocnione Jego łaską nigdy nie poddały się zniechęceniu, lecz ciągle na nowo podejmowały trud przyjmowania Jego miłości i przekazywania jej dalej”.

Trwając w duchowej łączności. Ks. Marek 

Przyjąć słowo

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do dziewicy poślubionej mężowi imieniem Józef, z rodu Dawida; a dziewicy było na imię Maryja.

Wszedłszy do Niej, Anioł rzekł: «Bądź pozdrowiona, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami ». Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co by miało znaczyć to pozdrowienie.

Lecz anioł rzekł do Niej: «Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie on wielki i zostanie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca».

Na to Maryja rzekła do anioła: «Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?»

Anioł Jej odpowiedział: «Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego okryje Cię cieniem. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. a oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, którą miano za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego».

Na to rzekła Maryja: «Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego».

Wtedy odszedł od Niej Anioł. (Łk 1, 26-38)

Tak wiele już napisano o Zwiastowaniu Maryi. Spoglądamy na to wydarzenie z Nazaretu sprzed dwu tysięcy lat, jak na fakt historyczny i duchowy, choć nie zawsze uświadamiamy sobie, że Ewangelia, której słuchamy dotyczy też nas i w tym tkwi jej żywotność.

A dzisiaj scena Zwiastowania chce nam uświadomić, że do nas też przychodzą aniołowie i nas też przychodzi Duch Święty.

Może nie wymagają oni od nas rzeczy tak niezwykłych, jak od Maryi, ale jednak są codziennie przy nas i w nas. Niezwykłe jest jednak to, że Bóg, który najlepiej zna naszą słabość i grzeszność nie tylko pragnie przychodzić do nas, ale, co więcej, pragnie uczynić w nas swoje mieszkanie. To fakt, nad którym nie można przejść obojętnie. Często zdarza się, że nie mamy zbyt wielkiego zaufania do samych siebie, że oceniamy się nawet bardziej krytycznie niż na to zasługujemy. Tymczasem sam Bóg traktuje nas poważnie i przychodzi do nas z całkowitym zaufaniem, że przyjmiemy Jego łaskę i postaramy się jej nie zmarnować. Zapewne wielu chętnie włożyłoby to o czym mówię między bajki, gdyby nie to zdarzenie z Nazaretu sprzed dwu tysięcy lat. W scenie zwiastowania jesteśmy zaproszeni by odczytać podpowiedź, jaki możemy mieć udział w zbawianiu świata.

Maryja jest dla nas najlepszym przykładem jak wsłuchiwać się i odczytywać wolę Bożą. I choć rzeczywiście aniołów i Ducha Świętego trudno jest przegonić w subtelności i delikatności, to jednak nie znajdzie się chyba chrześcijanina na tym świecie, który z ręką na sercu powiedziałby, że nigdy nie poczuł Ich natchnień. Oni cały czas coś do nas mówią, a to, że Ich dobrze nie słyszymy, wynika raczej z naszej winy, niż z Ich nieumiejętności trafienia do naszego serca…

Nieco upraszczając można powiedzieć, że każde natchnienie do dobrych czynów, do wewnętrznej walki, do modlitwy jest ich dziełem. Jeśli wydaje nam się, że bez natchnienia Ducha Świętego możemy powiedzieć proste zdanie „Panem jest Jezus”, to – jak mówi św. Paweł jesteśmy – w błędzie! [por 1 Kor 12,3]

Trzeba jednak wyostrzonego słuchu i zmysłu wiary, by usłyszeć głos Ducha Świętego czy odczuć natchnienie anioła. Bardzo łatwo je zagłuszyć! Trzeba byśmy mieli świadomość, że im bardziej wypełnimy nasze życie i nasze serca tysiącami pustych odgłosów, sami uniemożliwiamy aniołom i Duchowi Świętemu przebicie się przez tę ścianę jazgotu. Jeszcze gorszą postawą w życiu człowieka wiary jest chęć uciszenia z pełną świadomością Ich głosów.

Dlatego Maryja, czy też inne postacie czasu Adwentu zachęcają nas do ćwiczenia. Jak mówi stare przysłowie: „Trening czyni mistrza”. Maryja, św. Józef – odczytujący głos anioła we śnie, czy św. Jan Chrzciciel również nie zdołaliby odczytać woli Bożej, gdyby nie ćwiczyli się nieustannie we wsłuchiwanie w nią!

Dlatego jeśli chcemy być do nich choć trochę podobni, warto gdy odczuwamy dobre natchnienie pójść za nim, nawet jeśli będzie nas to wiele kosztować. Oczywiście mogę się pomylić i wziąć za natchnienie coś, co było tylko moim głosem. Takich pomyłek popełniamy bez liku, ale nie powinno nas to wstrzymywać przed odpowiadaniem na natchnienia aniołów i Ducha Świętego. Maryja chętnie pomoże nam w rozpoznawaniu tych natchnień gdy ją o to poprosimy – przecież jest naszą Matką.

Wiele razy słyszałem, jak niektórzy mówili tak: „Maryja miała łatwiej, bo była Niepokalana, była bez grzechu, a więc łatwiej Jej było zrozumieć wolę Bożą”… Trochę to prawda, ale tylko trochę. Maryja nadal była przecież wolna i mogła odmówić Bogu posłuszeństwa.

Dlaczego jednak tego nie zrobiła? Być może odpowiedzią jest to, że od najwcześniejszych lat starała się zawsze iść za natchnieniami aniołów i Ducha Świętego, weszło Jej to w krew do tego stopnia, że nawet tak niesłychanie wymagająca prośba Boga nie okazała się dla Niej zbyt straszna.

Czekamy na święta, czekamy na gwiazdkę, czy duzi czy mali czekamy na prezenty, bo one są znakiem, że ktoś o nas pamięta, że nas kocha. Tymczasem Pan Bóg chce nam dawać swoje prezenty każdego dnia w postaci swoje łaski, swojej miłości, w postaci swoich natchnień. Czasami boimy się tych prezentów do Pana Boga, bo czujemy, że jego przyjęcie może nas trochę kosztować. Ale Bóg nam mówi: uśmiechnij się, nie bój się. Z mojej strony i przy Mnie nic ci nie grozi!

Niech Maryja uczy nas tego pełnego ufności i bez lęku przyjmowania natchnień płynących od Pana Boga, niech uczy nas rozpoznawać głos Boga w naszych sercach i iść za nim odważnie. Jedno jest pewne: gdy pójdziemy bez leku za Bożymi natchnieniami, wyjdzie to zawsze na dobre nam i wielu innym, którzy żyją wokół nas.

Przyjąć doświadczenie

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów . A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie. (Mt 1,18-24).

Wczoraj rozpoczęliśmy drugą część adwentu, określaną często jako bezpośrednie przygotowanie do Bożego Narodzenia. Ewangelia przywołuje dziś postać św. Józefa a jako, że to szczególnie bliska mi postać, to pomyślałem, że podzielę się z Wami medytacyjnymi przemyśleniami…

„Nie bój się wziąć do siebie Maryi” – te słowa z dzisiejszej Ewangelii brzmią jak motto na ostatnie dni Adwentu, ale mogą zostać odczytane przez nas także jako motto na całe nasze życie. Przecież jest ono właśnie adwentem, czyli oczekiwaniem na ostateczne spotkanie z Jezusem po naszej śmierci…

Józefowi przychodzi zmierzyć się z bardzo konkretnym kryzysem. Oto po zaślubinach z Maryją, zanim jeszcze zamieszkali wspólnie okazuje się, że Maryja spodziewa się dziecka. Ta wiadomość zapewne musiała porazić Józefa kochającego Maryję i mającego nadzieję na piękne i szczęśliwe wspólne życie. Nie wiemy jakie myśli towarzyszyły Józefowi, gdy wiadomość o stanie błogosławionym jego małżonki spadła na niego. Wiemy jedno – co pokazuje Ewangelia – pragnie on jak najszybciej rozwiązać problem. Wybiera najbardziej łagodny sposób dopuszczony przez ówczesne prawo: pragnie oddalić Maryję.

Słyszy jednak inną propozycję rozwiązania problemu: zamiast oddalenia – przyjęcie! Dla mnie to niezwykła lekcja rozwiązywania problemów, jakiej pragnie nam udzielić Słowo Boże. Bóg bardzo często przychodzi do nas pośród naszych problemów, zmartwień i kłopotów. Naszym ludzkim sposobem rozwiązania tego, czego doświadczamy jako kryzysu są albo nasze pomysły (nie zawsze konsultowane z Bogiem), albo ucieczka od problemu, próba odsunięcia go od siebie. Tymczasem Słowo Boże zaprasza, abyśmy potrafili przyjąć nasze życiowe problemy, kryzysy, trudne doświadczenia. Charakterystyczną cechą takiej postawy jest to, że aby mogła przynieść owoce w naszym życiu, wymaga od nas całkowitego zaufania do Boga, wiary w to, że Bóg, który jest Panem historii nie tylko dopuszcza takie doświadczenia, ale też chce byśmy nie mieli wątpliwości, że On jest w stanie poradzić sobie z tym, co nas przerasta, choć nie zawsze robi to tak, jakbyśmy tego oczekiwali.

Wezwanie do przyjęcia trudności i zaufania Bogu jest dla nas tak naprawdę trudnym duchowym zadaniem, bo sprawia że tracimy kontrolę nad swoim życiem, czego zazbytnio nie lubimy. Nie znamy dokładnie Bożych planów – dlatego każde zawierzenie jest zawsze poniekąd zaufaniem w ciemno, podobnie jak zaufanie Maryi i św. Józefa. O wiele łatwiej jest nam pozostać w kręgu kontroli, bezpośredniego wpływania na to, co się dzieje. Jednak taka postawa sprawia, że mniej otwieramy się na Boże działanie w naszym życiu, w przeciwieństwie do zaufania Bogu, które – o czym wiedzą mający w tym zakresie większe doświadczenie – sprawia, że choć problemy nie znikają, to nasze serce staje się coraz mniej przytłoczone tymi problemami a w zaufaniu Bogu odzyskuje tak potrzebny pokój, o czym zapewnia adwentowy prorok Izajasz: „W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła” [ Iz 30,15]. I przeciwnie nasze serce w miarę tego jak staje się coraz mniej ufne, staje się też mniej radosne i podatne na wszelkiego rodzaju lęki.

Każde obiektywnie trudne doświadczenie stawia nos wobec wyboru: przekonania, że musimy sami kontrolować swoje życie i radzić sobie z problemami, albo zawierzenia go Bogu w geście zaufania i przyzwolenia na to, co On nam przygotował. Józef wybrał tę drugą drogę. W geście zaufania przyjął Maryję. Niech będzie naszym patronem w sytuacjach, które nas przerastają, a może nawet przerażają, także patronem naszych ciemności i zmagań w życiu duchowym, które często wpisane są w nasze duchowe dojrzewanie.

Zresztą św. Józef swoją postawą pragnie nas przekonać, że wśród niepewności codziennego życia lepiej żyć w świadomości obecności Boga niż poza nią. Józef daje nam też przykład zasłuchania w słowo. Sam w Ewangelii milczy, ucząc nas, że cisza przeżywana w obecności Boga potrafi powiedzieć więcej niż wiele słów i że tajemnicę Boga, przekraczającą wszelkie słowa ostatecznie można odkryć i przyjąć najpełniej właśnie w milczeniu. To właśnie milczenie pozwoliło Józefowi wraz Maryją zachować w sercu i żyć tajemnicą, której Bóg uczynił go świadkiem i stróżem.

Ta umiejętność słuchania i strzeżenia w milczeniu usłyszanego słowa jest programem życia opartego o praktykę medytacji monologicznej.

Pozdrawiam Was, Kochani.

„Błogosławiony, kto we mnie nie zwątpi”

Jan przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów i posłał ich do Jezusa z zapytaniem: «Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?»

Gdy ludzie ci zjawili się u Jezusa, rzekli: «Jan Chrzciciel przysyła nas do Ciebie z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?»

W tym właśnie czasie Jezus wielu uzdrowił z chorób, dolegliwości i uwolnił od złych duchów; także wielu niewidomych obdarzył wzrokiem. Odpowiedział im więc: «Idźcie i donieście Janowi to, co widzieliście i słyszeliście: Niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto nie zwątpi we Mnie». (Łk 7, 18b-23)

 

Usłyszałem kiedyś ciekawe określenie tego fragmentu Ewangelii: „Ewangelia kryzysu”. Choć egzegeci nie do końca są zgodni, czy pytanie Jana skierowane poprzez jego uczniów do Jezusa było rzeczywiście przejawem ciemnej nocy ducha, której Jan Chrzciciel doświadczył w czasie uwięzienia, czy też zadał to pytanie ze względu na swoich uczniów, zbytnio przywiązanych do niego, pragnąc utwierdzić ich, że Ten, do którego ich posyła jest obiecanym Mesjaszem i żeby nie wahali się pójść za Nim bez oglądania się wstecz.

Uczniowie Jana nie do końca rozumieli przesłanie Jezusa. Z pewnością Jan był dla nich wielkim autorytetem, nauczycielem którego słuchali. Żydzi oczekiwali Mesjasza który będzie władał Izraelem i zbrojnie oswobodzi kraj z niewoli rzymskiej. Jezus tego nie uczynił. Uczniowie zobaczyli, że ich nauczyciel został wtrącony do więzienia, a Jezus którego zwiastował chodzi na wolności i nie przyszedł go uwolnić. Z całą pewnością w części z nich rodziło się zwątpienie czy Jezus rzeczywiście jest Zbawicielem. Stąd przeświadczenie wielu egzegetów, że Jan wysłał ich do Jezusa by wzmocnić ich wiarę.

Jakkolwiek brzmi odpowiedź na tę wątpliwość, jedno jest pewne: Jan nie maił nigdy wątpliwości dla Kogo naprawdę warto żyć i za Kim naprawdę warto podążać. To ostatnia lekcja jakiej udziela nam św. Jan Chrzciciel przed swoją śmiercią, ale jakże cenna: „Nie lękajcie się i nie wątpcie, że życie dla Jezusa nigdy nie jest pomyłką!”

I nawet, gdyby pytanie, które stawia dziś Jan wyrastało z doświadczenia kryzysu jego wiary, to tym bardziej wydaje się potwierdzać powyższe zdanie.

Jednocześnie bardzo pouczająca dla nas jest postawa Jezusa. Pozwala na stawianie pytań w wierze. Daje prawo Janowi do jego wątpliwości. Chce nam przez to uzmysłowić, że wiara zakłada pytania i zmagania z wątpliwościami. Wielokrotnie tę postawę znajdziemy u apostołów, czy u Nikodema – prowadzącego długo nocne rozmowy z Jezusem, przesiąknięte wieloma pytaniami i wątpliwościami.

Jezus szanując prawo Jana do wątpliwości spokojnie odpowiada, wskazując na cuda, których dokonuje. W ten sposób daje mu do zrozumienia, że wypełnia się obietnica dana przez proroka Izajasza. Jezus zaprasza tym samym Jana, aby oparł się w pełni na Słowie Bożym, które zawsze się spełnia.

To także lekcja dla nas – medytujących. Możemy być pewni, że Słowo Boże nigdy nie zawodzi, że możemy na nim polegać.

To właśnie Słowo staje się dla nas w medytacji, podobnie jak dla Jana Chrzciciela silnym oparciem i światłem w ciemnościach wiary. Zresztą to nie pierwsze potwierdzenie mocy Słowa dla Jana, który całe swoje życie karmił się nim żyjąc na pustyni.

Oparcie na Słowie sprawia, że otwierają się nam oczy i w zupełnie innym świetle zaczynamy patrzeć na nasze życie. Słowo, którym się karmimy w medytacji, sprawia, że łatwiej nam przenieść doświadczenie obecności Boga z modlitwy na całe nasze życie i dostrzec w nim przejawy działania Boga.

Wbrew pozorom pytanie św. Jana Chrzciciela wcale nie powinno być nam tak bardzo odległe. Podobnie jak on tkwimy nierzadko w więzieniu naszych bardzo ograniczonych horyzontów, nie potrafiąc dostrzec, że Jezus stale działa. I być może z tego biorą się różnego rodzaju kryzysy, których doświadczamy!?

Dlatego Jezus konkluduje dzisiejszą odpowiedź słowami:

„Błogosławiony jest ten, kto we mnie nie zwątpi”.

Jezus pragnie otwierać nasze oczy na znaki Jego obecności w świecie, którymi są święci, którymi są tysiące oddanych serc i pracowitych rąk; tysiące „ślepców”, potrafiących dzięki łasce nawrócenia dostrzec swoje winy i miłość Boga do nich; tysiące ubogich, którym kapłani, siostry zakonne i świeccy – sami także ubodzy – głoszą Dobrą Nowinę, wprowadzając ją w czyn.

Chrystus nieustannie jest i działa w świecie poprzez swój Kościół i ludzi wierzących. Choć znaki obecności i działania Chrystusa nie są tak głośne jak media, reklamy i konflikty. Dlatego potrzeba nam ciszy medytacji, w której uczymy się dostrzegać i słuchać tego, co dyskretne, ciche i pokorne, lecz mające wielką siłę przemiany świata.

Jeżeli skupimy się i poprzestajemy jedynie na naszych wyobrażeniach i wątpliwościach, wówczas trudno będzie nam dostrzec Chrystusa poprzez projekcje naszych osobistych doświadczeń na rzeczywistość. Ale kiedy chodzimy w świetle Słowa Bożego i działamy trzymając się mocno Chrystusa przez wiarę, wtedy łatwiej nam dostrzec, jak chromi chodzą, a umarli zmartwychwstają a ubogim głosi się Ewangelię…

A może czasem trzeba też, byśmy zadali sobie inne – bardzo adwentowe pytanie: „Czy ja jestem znakiem Tego, że Jezus żyje i działa?”.

Zawsze się radujcie

Pojawił się człowiek posłany przez Boga – Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz został posłany, aby zaświadczyć o światłości.

Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: «Kto ty jesteś? », on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: «Ja nie jestem Mesjaszem».

Zapytali go: «Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem?» Odrzekł: «Nie jestem». «Czy ty jesteś prorokiem?» Odparł: «Nie». Powiedzieli mu więc: «Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie?»

Powiedział: «Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak rzekł prorok Izajasz». A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. i zaczęli go pytać, mówiąc do niego: «Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem?» Jan im tak odpowiedział: «Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała».

Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu. (J 1, 6-8. 19-28)

 

https://youtu.be/v4WTp74K6Co

 

Księga Izajasza bywa słusznie określana jako „Ewangelia Starego Testamentu”. Na długo przed narodzinami Mesjasza malowała Jego wizerunek i wzmagała oczekiwanie ludu Bożego na Jego przyjście i przyjęcie.

Dzisiaj prorok Izajasz wieści dobrą nowinę mnie i tobie mówiąc: „Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił”.

Słuchając tych słów zwykle nie myślimy o tym, że one mówią o nas.

Izajasz pragnie nam uświadomić, że podobnie jak on jesteśmy wybrani przez Boga do zadania, do misji. Oczywiście misja każdej i każdego z nas jest inna, ale ma też cechy wspólne. Do nas wszystkich będącymi uczniami Chrystusa i pragnącymi Go naśladować odnosi się bowiem zdanie: „Pan posłał mnie, abym głosił dobrą nowinę ubogim, bym opatrywał rany serc złamanych, żebym zapowiadał wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę; abym obwieszczał rok łaski Pańskiej”.

Zacznijmy od tego, że jeśli ktoś ma wątpliwości, że został wybrany, to pozwolę sobie przypomnieć, że w perspektywie wiary wybraniem jest fakt, że dał Bóg tobie i mnie życie w rodzinie, gdzie przekazano nam wiarę i gdzie zadbano o to, abyśmy zostali namaszczeni Duchem Świętym w sakramentach chrztu i bierzmowania. Nie ma żadnego przypadku, że urodziliśmy się w tym, a nie innym miejscu, choć nam może się to wydawać oczywiste, no bo gdzie mieliśmy się urodzić?

A skoro Pan Bóg powołał nas do życia w takim a nie innym miejscu, w takiej a nie innej kulturze i w takiej a nie innej wierze, to muszę zapytać siebie czy coś dla mnie z tego wynika? Czy otrzymując chrzest, dar wiary myślę sobie, że on jest tylko dla mnie, że jest moją prywatną sprawą, co najwyżej sprawą mojej rodziny? To jeden z podstawowych błędów w myśleniu, które popełnia dzisiaj wielu chrześcijan, którzy dali sobie wmówić przez współczesny świat, że religia i wiara jest sprawą prywatną.

„Ogromnie się weselę w Panu, dusza moja raduje się w Bogu moim, bo mnie przyodział w szaty zbawienia…” Czy podpisałbyś się dziś pod tymi słowami proroka Izajasza? Czy fakt, że otrzymałeś w depozycie wiarę w Jezusa Chrystusa stanowi powód do radości, która w sobie nosisz? Takie pytanie stawia nam dzisiejsza – trzecia niedziela adwentu!

Każda i każdy z nas ma z pewnością takie doświadczenie, że jeżeli z jakiegoś powodu bardzo się cieszymy, gdy rozpiera nas radość, chcemy się nią jak najszybciej podzielić z innymi! Dlaczego ta zasada ma się nie stosować do radości płynącej a naszej wiary, ze znalezienia zbawienia!? A jeśli tak, to dzielmy się dzisiaj tą radością wiary w Chrystusa, do której wzywa nas prorok Izajasz!

„Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, abym głosił dobrą nowinę ubogim, bym opatrywał rany serc złamanych, żebym zapowiadał wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę; abym obwieszczał rok łaski Pańskiej”.

Jaka jest dobra nowina, którą mamy nieść innym? Jak możemy opatrywać rany serc złamanych? – dając świadectwo o Bogu, który jest miłością, który potrafi przebaczyć każdy grzech, uleczyć każdą ranę, który gwarantuje życie wieczne.

Ktoś zapyta: Jak głosić jeńcom wyzwolenie, więźniom swobodę? Przecież nie wyrwę ich z więzienia. Ale prawdziwym więzieniem i niewolą jest przede wszystkim grzech. To z jego powodu zazwyczaj trafia się do tego więzienia z kratami. A dobra nowina jest taka: Jezus jest silniejszy od każdego grzechu, On go zwyciężył, spłacił nasze rachunki. Nie ma takiej niewoli, z której Chrystus nie potrafiłby nas wyrwać, jeśli mu zaufamy.

Dlatego św. Paweł potrafi być wewnętrznie wolny nawet, gdy jest w więzieniu, dlatego zachęca nas: „Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie. W każdym położeniu dziękujcie…” Tak wiele czasu i energii zużywamy na narzekanie. Pozwalamy często, aby ono programowało nasz sposób myślenia i patrzenia na rzeczywistość, tak, że nie potrafimy już dostrzec tego za co warto i za co winniśmy być Bogu i ludziom nieustannie wdzięczni.

Nie mówmy, że nie potrafimy żyć wdzięcznością! Po prostu chciejmy, próbujmy! Święty Paweł obiecuje: „Wierny jest Ten, który was wzywa: On też tego dokona”.

Uczmy się od Maryi, która wyśpiewuje swoje Magnifikat, choć wcale nie znajduje się w łatwej sytuacji: jest brzemienna, musi to jakoś wytłumaczyć Józefowi, nie wie zupełnie co ją czeka w związku ze zgodą, którą de facto in blanco dała Bogu na planowanie jej życia. My w takiej sytuacji kombinowalibyśmy jak wyjść z trudnej sytuacji. A ona śpiewa Magnificat radości i ufności. Składa swoje życie w ręce Boga, bo wie, że On jest Panem rzeczy niemożliwych.

W naszych czasach Bóg także potrzebuje odważnych i radosnych wyznawców, którzy świadczą o potrzebie prostowania pogmatwanych dróg ludzkiego życia. Jan Chrzciciel był świadom, że nie dorównuje Temu, którego poprzedza, lecz mimo to jego praca jest bardzo cenna. My także nie dorównamy Temu, którego mamy w życiu naśladować, ale to nie znaczy, że nasze świadectwo wiary radosnej i pełnej nadziei nie jest potrzebne.

Zwłaszcza teraz, w sytuacji niszczycielskiej pandemii, która uświadamia nam, jak kruche jest nasze życie i jak zawodne są nasze plany i decyzje.

I być może właśnie w takich okolicznościach trzeba wołanie św. Pawła wziąć jako motto: „Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie. W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was”.

Niezwykle ważne są trzy słowa: „zawsze”, „nieustannie” i „w każdym położeniu”. Nie ma takiego czasu ani takich przeciwności, w których Bóg nas opuszcza i skazuje na samotność. Ale warunkiem Jego bliskości i pomocy jest unikanie wszelkiego rodzaju zła, bo ono zaciemnia umysły i uniemożliwia łaskę uświęcenia.

Jednym z najważniejszych przymiotów Boga jest wierność. Wiarę w to, że Bóg jest wierny wyznajemy zawsze wtedy, kiedy swoje modlitwy kończymy pełnym ufności słowem „Amen”.

Prośmy w tę trzecią niedzielę adwentu, abyśmy mieli w sobie nadzieję proroka Izajasza, wolność św. Pawła, pokorę św. Jana Chrzciciela a nade wszystko wiarę i radość Maryi, by nasze życie było nieustannych hymnem wdzięczności wobec Boga i Jego wiernej i miłosiernej miłości.