Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Feryjne zamyślenia :-)

Dobrego odpoczynku!

Wszystkim, którzy wybierają się na czas ferii na wypoczynek, życzę bezpiecznego i dobrego odpoczynku.

Niech dobry Bóg czuwa nad Wami i napełnia wasze serca pokojem.

Być światłem

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.

Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też lampy i nie umieszcza pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie». (Mt 5, 13-16)

Doskonale zdajemy sobie sprawę, że istnieje związek między miłością Boga i miłością człowieka. Nie można kochać Boga, którego nie widzimy, jeśli nie kochamy człowieka, którego widzimy. Istnieją przynajmniej trzy warianty wzajemnej relacji tych dwóch miłości.

Po pierwsze, miłość Boża przynagla nas, byśmy kochali bliźniego. Doskonale to widać na przykładzie św. Pawła, którego fragment Listu do Koryntian dzisiaj czytamy. Prześladowca Kościoła, ten, który zgadzał się na więzienie, a nawet śmierć chrześcijan, nagle, po spotkaniu z Chrystusem, poświęcił całe swoje życie służeniu tym ludziom. Stanął przed nimi „w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem”. Miłość Boża jest motorem naszego służenia innym.

Po drugie, okazywanie chrześcijańskiej miłości może być narzędziem ewangelizacji. We fragmencie Ewangelii według św. Mateusza Jezus stawia przed chrześcijańską wspólnotą trudne zadanie. Mamy być solą ziemi i światłem świata. Chrześcijanie mają świecić nie po to, by inni ich chwalili, ale „aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”. Życie chrześcijan ma być w jakimś sensie „dowodem” na istnienie Boga.

I wreszcie po trzecie, miłość bliźniego otwiera moje oczy na Boga. Papież Benedykt XVI tak pisał o tej perspektywie w swojej pierwszej encyklice: „Miłość bliźniego jest drogą do spotkania również Boga, a zamykanie oczu na bliźniego czyni człowieka ślepym również na Boga”. O tej perspektywie często zapominamy. Odkryła ją kiedyś dla siebie św. Teresa z Lisieux. Kiedy przeżywała ciemną noc wiary, otworzyła Biblię i wzrok jej padł na fragment z Księgi proroka Izajasza, który dziś czytamy: „Dziel swój chleb z głodnym, wprowadź w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwróć się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza”. Kiedy gaśnie lampa wiary, możemy zapalić lampę miłości bliźniego i w ten sposób odnaleźć drogę do Boga.

Warto jednak pamiętać, że prawdziwego światła nie da się podrobić, udawać. Jego siłą jest autentyczność. I co jest niezmiernie istotne, tylko wówczas sami zaczynamy inaczej widzieć i rozumieć. Nasze prawdziwe zawierzenie Ewangelii wprowadza nas samych w światło. Wówczas doświadczamy, że to Chrystus jest przede wszystkim naszym Światłem. A sami mamy stawać się jedynie odblaskiem Jego Światła. Wszystko to otrzymuje bardzo konkretny kształt w naszej postawie życiowej. Ewangelia jest konkretnym światłem w naszym życiu.

Święty Paweł w Liście do Koryntian wyznaje z całym przejęciem:

A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej (1 Kor 2,4n).

Zawierzenie daje nam prawdziwe zakorzenienie w Bogu i dopiero wówczas nasze życie może stać się owym światłem, które nie jest jedynie czymś zewnętrznym, ale staje się mocą Bożą.

Dotknąć Jezusa

Pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele wycierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Posłyszała o Jezusie, więc weszła z tyłu między tłum i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: «Żebym choć dotknęła Jego płaszcza, a będę zdrowa». Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w swym ciele, że jest uleczona z dolegliwości. (Mk 5, 21-43)

Dotknąć Jezusa. Ewangeliści kilkukrotnie dają świadectwo, że „Wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie”. Dziś też można dotknąć Jezusa. Ale tak samo jak wtedy trzeba Go szukać. Szukanie i znajdowanie Boga prowadzi do spotkania z Nim, a to z kolei umożliwia „dotknięcie” Go. Owo szukanie bywa jednak trudne. Wymaga pozostawienia wielu rzeczy i skupienia się przede wszystkim na Jezusie, tak jak czyni to bohaterka dzisiejszej perykopy ewangelicznej.

Jezus niczego nie robi na siłę. Przychodzi z pomocą tym, którzy Go o to szczerze proszą i pragną prawdziwej a nie tylko pozornej przemiany swojego serca i życia. Choć jest wokół Niego tłum i wielu ludzi Go dotyka – jakby tylko przypadkowo – to uzdrowiona zostaje tylko ta, która dotknęła Go w sposób umyślny i celowy. Jej dotyk był dotykiem pełnej ufności wiary. Medytacja monologiczna uczy nas właśnie takiego „dotyku” Jezusa. On przychodzi wraz ze swoim słowem. Nigdy się nie narzuca. Pozwala się dotknąć. Przychodzi tam, gdzie jest chciany. Medytacja w pierwszym rzędzie rodzi pragnienie spotkania z Jezusem. Ona zaprasza nas byśmy usiedli obok i pozwolili, by mocą przyzywanego słowa, mocą imienia Jezus – On dokonywał w nas cudu przemiany. Praktyka medytacji sprawia, że poprzez uważność i skupienie zostajemy wyrwani z codziennej rutyny (także rutyny modlitwy), by świadomie spotykać Chrystusa, który przychodzi w swoim słowie.

To właśnie wypowiadane w rytmie oddechu imię Jezus sprawia, że w medytacji możemy dotknąć Jego obecności, doświadczyć Jego miłości i łaski. Ważne byśmy wypowiadając w głębi naszego wnętrza modlitewne wezwanie robili to powoli i umyślnie, pragnąc znaleźć się w obecności Pana. By powtarzając słowo pozwalać się Mu dotykać i przenikać Jego mocą.

Dotyk pełen miłującej ufności, jaka powinna towarzyszyć naszej medytacji – jak w przypadku kobiety z dzisiejszej Ewangelii – ma moc czynić cuda. Ma moc nas ocalać.

Medytacja uczy nas stawiać Jezusa Chrystusa w centrum naszego życia. Medytacja jest drogą, która nieustannie przypomina nam, że chrześcijanin nie jest związany z jakąś ideą ani doktryną, tylko podąża za osobą Chrystusa, którego miłuje. To dzięki temu, że możemy dotykać Jezusa w medytacji, w Jego miłującej obecności a dzięki temu możemy też wnosić Chrystusa do życia codziennego, do rodziny, do pracy, do kontaktów z innymi ludźmi.

Medytacja pozwala nam znajdować odpoczynek w obecności Boga, w bliskości Jego słowa, które uświadamia nam za każdym razem, gdy siadamy do medytacji, że Bóg jest Ojcem pełnym czułości i nieskończonej miłości. Medytacja uczy nas także, że często w ciągu dnia możemy wracać do wypowiadania imienia Jezus, by w nim odnajdować moc i radość płynącą z tego, że jesteśmy dziećmi Bożymi.

Regularna, codzienna medytacja wprowadza nas w doświadczenie bliskości Boga, w którym „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” i dzięki temu pomaga nam żyć z ufnością, wdzięcznością i radością; więcej, pomaga nam przezwyciężyć różne rodzaje pesymizmu które rodzą się wobec życiowych problemów, świadomości własnych błędów, czy trudności z którymi się stykamy. Jak to pięknie powiedział papież Franciszek: „Codzienna medytacja, która jest obcowaniem ze słowem Bożym uświadamia nam, że nasze życie jest epickim poematem, który piszemy wraz z Bogiem”.

Dwa podarunki Maryi

Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: «Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu». Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego.

A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż nie zobaczy Mesjasza Pańskiego.

Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił:

«Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu

w pokoju, według Twojego słowa.

Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,

któreś przygotował wobec wszystkich narodów:

światło na oświecenie pogan

i chwałę ludu Twego, Izraela».

Była tam również prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostawała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy.

A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta Nazaret.

Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim. (Łk 2, 22-40)

Kiedy Maryja i Józef przynoszą maleńkiego Pana Jezusa do świątyni, by dopełnić przepisów Prawa składając przepisaną ofiarę na wykupienie pierworodnego, są tam obecni Symeon i Anna. Obydwoje podeszli w latach wielbią i wychwalają Boga. Oni już wiedzą – bogaci doświadczeniem długiego życia – że wszystko, co otrzymali, otrzymali od Boga i wszystko do Niego należy. A przede wszystkim wiedzą, że On dotrzymuje obietnic danych człowiekowi, choć nieraz na ich wypełnienie trzeba poczekać…

Nam często scena Ofiarowania kojarzy się z sakramentem chrztu świętego. To wtedy dzieci przynoszone są przez rodziców do kościoła, by we wspólnocie wierzących otrzymać łaskę Bożego dziecięctwa.

Tego wydarzenia zwykle nie możemy pamiętać. Co najwyżej znamy je z opowieści rodziców, chrzestnych czy dziadków. Mnie opowiadała o chrzcie moja chrzestna matka. Trzymając mnie na rękach pomyślała w dniu chrztu, że nigdy, nikomu mnie nie odda. I właśnie wtedy – jak powiedziała – dotarło do niej – że właśnie mnie oddała. W chwili chrztu zostałem oddany Bogu. Podobnie jak każda i każdy z nas tu stojących. A to oznacza, że nie należymy już tylko do siebie, czy do rodziny. Należymy do Boga. To bowiem znaczy określenie „chrześcijanin”. Jesteśmy Jego dziećmi, a On troszczy się o nas przez tych, których stawia na naszej drodze: rodziców, rodzeństwo, przyjaciół, wspólnotę.

I tak jest z każdym z wierzących. Bóg troszczy się o nas tak, jak troszczył się o Pana Jezusa, gdy mieszkał na ziemi.

Warto przy okazji dzisiejszego święta zapytać tylko: Czy o tym pamiętam? I czy jestem wdzięczni jak Symeon i Anna?

Czemu przy narodzinach Jezusa Mesjasza taką rolę odegrały osoby w starszym, czy wręcz bardzo sędziwym wieku? Wcześniej: Zachariasz i Elżbieta, dzisiaj: Symeon, Anna?  

Być może chodzi o mądrość życiową. Osoby starsze są oczyszczone z wielu złudzeń i mrzonek charakterystycznych dla młodego i średniego wieku. Złudzeń, które nieraz przeszkadzają dać należne miejsce Bogu w swoim życiu i w swoim sercu. One wiedzą jak bardzo człowiek potrzebuje w swoim życiu Bożego światła, Bożej łaski i mądrości, żeby nie zabłądzić w ciemności.

Tak się dobrze składa, że dwie nazwy dzisiejszego święta są jakby dwoma podarunkami od Maryi dla nas, mówią bowiem o dwóch sprawach, bez których każde życie nie miałoby najmniejszego sensu.

Pierwszy dar – Ofiarowanie!

Od początku świata człowiek Panu Bogu chciał coś dać, to znaczy ofiarować. Kain mizerne plony zboża, Abel porządnego baranka, Abraham syna Izaaka, Noe ofiarę dziękczynną po potopie.

Co robi Maryja? Ofiaruje Jezusa. Bierze Go i razem z Józefem maszerują do jerozolimskiej świątyni. Boże! To dziecko należy do Ciebie. Uczyń z Nim, to, co Ty chcesz!

I to jest niesamowita lekcja dla nas.

Maryja mówi do Ciebie i do mnie: oddaj Bogu to, co dla Ciebie najdroższe!

Jeśli najdroższe są dzieci – powiedz: Boże weź je w opiekę.

Jeśli najdroższa jest rodzina – powiedz: Boże, noś ją w swoim miłującym sercu.

Jeśli najdroższa jest praca – powiedz: – Boże weź ją w swe ręce.

Ofiarować – to oddać Bogu to, co najdroższe, pozwolić, żeby Bóg zrobił z tym, to, co On uważa za najlepsze!

Matka Boża przynosząc Jezusa nie mówi:

– Panie Boże! Przynoszę Jezusa do świątyni i proszę, żeby był zdrowy, silny, zdolny i bogaty.

Maryja nie stawia warunków. Ona we wszystkim mówi: Bądź wola Twoja. W ten sposób uczy nas zawierzenia. Bo ofiarowanie kogoś lub czegoś bez jednoczesnego zawierzenia tego Bogu nie ma sensu. Staje się wewnętrznie niespójne!

Drugi dar to: Światło!

Od X wieku chrześcijanie przynoszą w to święto do kościoła świece.

Świece, które trzymamy dziś w rękach są znakiem Jezusa. Jak Maryja i Symeon trzymali Jezusa na swym ręku, tak trzymana przez nas świeca przypomina nam, że Bóg również nam siebie ofiarował.

Trzymam Go w moich rękach. Ode mnie zależy jak potraktuję Boga w moim życiu. Czy skorzystam ze światła Jego łaski, które jest przy nas tu i teraz, z którego możemy czerpać, aby nie zejść na manowce życia, czy też zgasimy to światło w sobie przez grzech!?

Ale te świece są także przypomnieniem, że jeszcze nie doszliśmy do celu. Potrzebujemy światła, bo wciąż jesteśmy w drodze, wciąż czekamy na światło nieskończenie wspanialsze, które – ufamy – stanie się naszym udziałem w wieczności.

I to są kochani dwie maryjne lekcje dzisiejszego święta. Niech Maryja uczy nas ofiarować Bogu swoje życie, z zaufaniem, bez upierania się, że musi być tak, jak my chcemy i niech uczy nas zawsze trzymać się światła Chrystusa, byśmy nie zabłądzili w drodze do wieczności.

Niech te dwie lekcje zapadną nam w sercu, jako dar naszej Matki dla swoich przybranych dzieci.