Trzeba bardziej słuchać boga niż ludzi [Dz 5 29]
Ile dowodów trzeba przedstawić ludziom, aby wreszcie uwierzyli w Boże działanie, w Bożą miłość, w to, że Bogu naprawdę zależy na człowieku? Dzisiejsze Słowo Boże, ale i życie pokazuje, że nie jest to sprawa łatwa.
Jak wspomniałem kiedyś, nie lubię spędów. Nie dlatego, że uciekam od ludzi. Z natury jestem towarzyskim i społecznym stworzeniem, ale wolę kameralne grono, zwłaszcza bliskich znajomych lub przyjaciół. W innym przypadku pięć osób, to dla mnie już tłum. Wczoraj dałem się namówić znajomym na pójście na imprezę imieninową. Miało być kameralnie a zebrało się ze trzydzieści osób, z których większości nie znałem zazbytnio. Część wierzących, ale jak to bywa w naszym społeczeństwie część wierzących inaczej. Czasem strach się przyznać zatem, że jest się księdzem, ale nie przyznać się uznałbym za brak odwagi świadczenia. Zatem przyznałem się (część oczywiście wiedziała) i w związku z tym musiałem wysłuchać jaki to Kościół zły, i księża pokręceni i że tak naprawdę z taka instytucja to nie warto mieć wiele wspólnego. Na pocieszenie mogę powiedzieć, że trafił mi się też z jedne komplement, że ten ksiądz to nawet fajny. I oczywiście większość krytyków, to ludzie mówiący o sobie, że są wierzący, ale do tej wiary Kościół im wcale nie jest potrzebne a nawet nierzadko im przeszkadza.
Pomyślałem jednak, że w tym wszystkim jest pewien głęboki sens. Siedząc bowiem i słuchając różnych mniej lub bardziej wziętych z sufitu zarzutów pod adresem księży przypomniało mi się jedno z moich ulubionych zdań św. Pawła Apostoła: „Jeśli bowiem żyć w ciele – to dla mnie owocna praca. Co mam wybrać? Nie umiem powiedzieć. Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś z wami – to bardziej dla was konieczne” [Flp 1, 22-24]. I choć miałem pokusę, aby wyjść kilka razy, pozostałem tam, starając się być i służyć tak jak najlepiej potrafię: rozmawiając, argumentując, modląc się za nich. Czy to coś dało? Nie wiem! Pozostawiam to w rękach Boga. Choć po ludzku rzecz biorąc odetchnąłem trochę, jak już wyszedłem, bo atmosfera nie była zbyt fajna. Z drugiej strony chwała młodym za odwagę mówienia w twarz tego, co myślą. Starsze pokolenie raczej by się na to nie zdobyło, poczekaliby aż ksiądz wyjdzie. Owoce asertywnego wychowania:-)
Ktoś może zapytać: Jak to się ma do dzisiejszej Ewangelii?
Ano, zależy jak się ją czyta. Cała dzisiejsza Ewangelia, ale można sięgnąć jeszcze szerzej (np. także do pierwszego czytania z Dziejów Apostolskich) pokazując spotkania Jezusa Zmartwychwstałego z kolejnymi osobami, de facto przekazuje smutną prawdę o ludzkiej podejrzliwości, niedowierzaniu, dystansie do nowych, niepojętych Bożych interwencji czy Bożego działania w ogóle. W przypadku pierwszego czytania św. Łukasz przywołuje postawę przełożonych i starszych, którzy nie tyle nie dowierzają, co walczą z ewidentnymi faktami i zrobią wszystko, aby wieść o nich się nie rozniosła (Dz 4,13-21).
Obawiam się, że taki punkt widzenia jest bardzo powszechny także dzisiaj. Niektórzy ludzie tak bardzo boją się Boga, że wolą zaprzeczać Jego działaniu, wbrew najbardziej oczywistym, wręcz krzyczącym świadectwom Jego obecności i działania. Wolą krytykować, zaprzeczać, co więcej, wolą zmuszać innych do milczenia, byle tylko zachować swoisty „status quo”, nie wymagający wysiłku nawrócenia i zmiany myślenia. Bóg stał się dla nich swoistym zagrożeniem. Zagrożeniem ich źle pojętej wolności. Atakując Kościół tak naprawdę szukają mechanizmu obronnego przez uznaniem Boga i Jego woli i wagi w ludzkim życiu, które zmusiłoby ich do zmiany myślenia, którego nie chcą zmieniać. Jest to bardzo powszechna cecha szczególnie chyba w naszych czasach. Gorzej jednak, że taka postawa blokuje możliwość rozpoznania Boga, który zwraca się usilnie do człowieka nie mając zamiaru do niczego go zmuszać a jedynie nauczyć czym jest prawdziwa wolność i jak ją przeżywać. Gdyby tylko człowiek zechciał to dostrzec…
Oczywiście byłbym nieuczciwy mówiąc, że problem dotyczy jedynie osób walczących z Kościołem, niewierzących. Widać to przede wszystkim w Ewangelii. Jezus, ukazując się Apostołom, po swoim zmartwychwstaniu, musiał niejednokrotnie wyrzucać im brak wiary i upór, że nie wierzyli tym, którzy widzieli Go zmartwychwstałego. Dopiero potem (zapewne w chwili, gdy Apostołowie zrozumieli jak wielki błąd popełnili i żałowali za swój grzech niedowiarstwa) Mistrz i Nauczyciel mógł im przekazać ważne zadanie głoszenia Ewangelii wszelkiemu stworzeniu.
A my? Jak czeto jest tak, że sami nie dowierzamy czy lekceważymy świadków, których Bóg stawia na naszych drogach myśląc sobie: czy to możliwe?
Czy nie jest tak, że wciąż wolimy bardziej słuchać ludzi, niż Boga? My dzisiejsi chrześcijanie. Czy nie jest tak, że łatwiej nam mówić językiem współczesnego świata niż Ewangelii, bo tak bezpieczniej, bo wygodniej? Czy nie próbujemy za bardzo dopasowywać się do ludzkich poglądów, oczekiwań, usiłując nasze doświadczenie wcisnąć w ramy popularnej dzisiaj poprawności społecznej a może nawet politycznej? Czy nie łatwiej nam odrzucać dowody Bożego działania, byle tylko zachować swój, często budowany latami, wizerunek w pracy czy towarzystwie a przy okazji święty spokój?…
Pan Bóg jednak żąda od nas nieco innej postawy? Jeśli jej nie zajmujemy, to czy nie świadczy to o małości naszej wiary?
Wczoraj nie dane mi było ochronić mojego świętego spokoju. Pan Bóg postawił mnie przed wyborem: albo będziesz starał się dopasować, albo będziesz świadczył, bez względu na cenę. Wybrałem to drugie, choć oczywiście żadne to bohaterstwo a owoce? Nie pytam o nie? W końcu jestem sługą nieużytecznym, zrobiłem jedynie to, co do mnie należało. Pokój serca znalazłem na nowo dopiero, gdy wieczorem dane mi było wsłuchać się na powrót w słowo, choć wiem, że ono cały czas we mnie wybrzmiewało, dając siłę do tego, aby także na tych, którzy dzisiaj stoją po drugiej stronie spoglądać z miłością, choć także ze smutkiem, płynącym ze świadomości, że okopując się mocno na swoich stanowiskach walki z klerem tak naprawdę uciekają od szukającego ich z miłością Boga.
A to wszystko tylko dlatego, że bardziej starałem się słuchać Boga niż ludzi…
I Bogu niech będą dzięki!