Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Kruchość Jezusa eucharystycznego

Jezus powiedział do Żydów:

„Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje Ciało za życie świata”.

Sprzeczali się więc między sobą Żydzi mówiąc: „Jak On może nam dać swoje Ciało na pożywienie?”

Rzekł do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywać Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił, nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a pomarli. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki”. (J 6,51-58)

 

Podobno w średniowieczu mnisi z opactwa w Cluny, przystępując do komunii świętej, zdejmowali buty naśladując w tym Mojżesza zbliżający się do Krzewu Gorejącego będącego znakiem obecności Boga.

Zdumiewająca jest ludzka zdolność oswajania tego, co niezwykłe. Bo przecież dla nas Eucharystia, komunia święta, stała się czymś zwyczajnym, a może nieraz zbyt mało cenionym.

Zdarzało mi się spotkać ludzi, którzy z powodu poplątanego życia nie mogą przyjmować Eucharystii – niektórzy z nich mają jednak tak wielkie pragnienie komunii, jakiego nie spotyka się u wielu praktykujących katolików.

Przed kilkunastu laty dane mi też było poznać pewnego misjonarza, który blisko 30 lat przepracował w wysokich Andach, w Peru, wśród tamtejszych Indian. Opowiadał mi, że z powodu braku kapłanów bywało, że docierał do niektórych bardzo oddalonych od misji wiosek raz na trzy- cztery miesiące. Zawsze wzruszało go, że z tęsknoty za sacrum ludzie z tych wiosek potrafili iść blisko dwa tygodnie po to tylko, żeby móc przynieść z misyjnej kaplicy do swojej wioski święconą wodę. Codzienne skrapianie nią mieszkańców ułatwiało im oczekiwanie na kolejną Msze Świętą, w której zawsze uczestniczyli z wielką radością.

Uroczyste świętowanie Bożego Ciała bierze swój początek także z wielkiej tęsknoty za Eucharystią św. Juliany z Liege, augustiańskiej zakonnicy z XII wieku. Jej tęsknota za bliskością Chrystusa została nagrodzona wizjami mistycznymi, które stały się jej udziałem. To właśnie ona, jako pierwsza pod wpływem mistycznych spotkań z Panem Jezusem doprowadziła do wydania zgody biskupa Liege Roberta z Thourotte, późniejszego papieża Urbana IV do obchodzenia tego święta w diecezji.

Do rozszerzenia obchodów uroczystości Bożego Ciała na cały Kościół przyczynił się także cud eucharystyczny, który miał miejsce niedługo po śmierci św. Julianny. W 1263 pielgrzymujący do Rzymu ksiądz Piotr z Pragi zatrzymał się w Bolsenie. W czasie podniesienia, podczas Mszy świętej hostia w jego rękach zaczęła krwawić. Natychmiast pokazał to przebywającemu w pobliskim miasteczku Orvieto papieżowi Urbanowi IV, który uznając cud w tym samym roku 1264 wyniósł na ołtarze św. Juliannę z Liege oraz ustanowił w całym kościele obchody: Święta Ciała i Krwi Pańskiej.

Różne były losy tej uroczystości i różne przypisywano jej znaczenia: wyznanie wiary w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie; uświęcenie miast i wsi; błogosławieństwo pól, uproszenie dobrej pogody i urodzaju. W niedawnych czasach PRL-u władze bardzo bały się tego święta, jako przejawu manifestacji silnej wiary Polaków.

Od zawsze jest to jednak święto, w centrum którego stoi Eucharystia.

Dlatego chciałbym na koniec tej refleksji zostawić Was z dwiema myślami:

Pierwsza dotyczy kruchości. Kiedy łamię hostię nad ołtarzem, często myślę o tej kruchości i o tym, że Jezus właśnie tak chce do nas przychodzić. „Bierzcie i jedzcie, to jest moje Ciało za was wydane”. Za was i dla was. Bóg, który oddaje się w nasze ręce. Możemy właściwie zrobić z Nim, co chcemy. Możemy Nim wzgardzić, zlekceważyć Je, lub możemy Je z miłością przyjąć, przyjąć całym sercem i patrzeć, jak nas przemienia. Uczyć się od Boga ukrytego w tej małej hostii, że prawdziwa miłość jest otwarta, że zawsze wychodzi ku drugiemu.

Druga myśl, zaczerpnięta jest z myśli św. Jana Pawła II. Zachwyciło mnie spostrzeżenie papieża, że w komunii nie tylko każdy z nas przyjmuje Chrystusa (to dla nas dość oczywiste), ale też Chrystus przyjmuje każdą i każdego z nas! Chrystus przystępuje do Komunii, by przyjąć Ciebie i mnie!

A skoro tak, to jak nie przeżywać każdej Komunii, jak naprawdę wielkiego święta!?

Miłość otwarta

Jezus powiedział do swoich uczniów:

„Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim”. (Mt 5,17-19)

Jak wiemy przykazaniem Jezusa jest to, abyśmy się wzajemnie miłowali. Jego miłość do Ojca i miłość Ojca do Niego jest w intymny sposób otwarta na siebie nawzajem, ale także na tych, którzy w tę miłość zostali włączeni na mocy sakramentu chrztu a nawet więcej na wszystkich wierzących i szczerze poszukujących Boga, jak również na całe stworzenie, które przecież jest owocem tej miłości. Zwykłą aktywnością miłości jest to, że się otwiera na drugiego, wychodzi ku „ja” innej osoby. Kochać to być otwartym na drugiego.

Ta otwartość, choć jest wyzwaniem i zawsze niesie w sobie pewne ryzyko (zwłaszcza w relacji do drugiego człowieka), bo może zostać odrzucona albo zraniona, jest jednocześnie drogą, która wyzwala nas z egoizmu, ze skupienie się na sobie, z podporządkowania się dyktatowi naszego „ja”. Miłość, jeśli jest autentyczna jest zawsze zorientowana na dobro (nie fałszywe, utopijne, egoistycznie pojmowane, ale dobro obiektywne, które swoje źródło znajduje w Bogu i w Jego miłości).

Dlatego Chrystus dopowiada, że „nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13) Innymi słowy nie deklaracje, ale gotowość poświęcenie, poniesienie ofiary, oddania życia jest najlepszym sprawdzianem autentyczności miłości.

Powiedziano, że przejawem miłości jest otwartość na drugiego. Clive Levis w książce „Chrześcijaństwo po prostu” pisze, że gdy człowiek pragnie poznać przyrodę: góry, inny skrawek natury wystarczy, że zaplanuje wyjazd i odda się badaniu danego terenu. On przed nim nie ucieknie, nie będzie się bronił… Kiedy człowiek chce poznać jakieś zwierzę musi albo je oswoić, albo zachować szczególną ostrożność i szacunek dla sposobu bycia danego zwierzęcia, bo w przeciwnym razie może je spłoszyć i zwierzę ucieknie przed jego obserwacją. Kiedy człowiek pragnie poznać drugiego człowieka, wówczas ten drugi musi się na to zgodzić. Kiedy natomiast chodzi o poznanie Boga przez człowieka, to Bóg jest tym, który wychodzi naprzeciw; jest tym, który chce być poznany. Innymi słowy pierwszy krok ku odkryciu tajemnicy Boga przez człowieka zawsze jest po stronie Boga. I niejednokrotnie Bóg w swej delikatności daje wyraz, że to On szanuje naszą wolność i robi wszystko, żeby nie spłoszyć człowieka.

Co więcej do poznania Boga przez człowieka może nas doprowadzić jedynie Bóg, my nie mamy narzędzi potrzebnych do poznania tajemnicy Boga, poza tymi, w które On sam nas wyposaży.

Jednym z takich narzędzi jest kontemplacja. Jak pisze o, Hieronim (francuski trapista z opactwa Notre – Dame de Sept Fons) kontemplacja to dostosowywanie się serca do Boskiego Dyrygenta. Ona zakłada, że nie idę własnymi drogami, (choć nie wyklucza, że każde doświadczenie modlitwy kontemplacyjnej jest w jakimś sensie indywidualne i niepowtarzalne), ale zakłada, że daję się prowadzić samemu Bogu ku doświadczeniu Jego tajemnicy. Stąd wyrasta pewnego rodzaju bierność modlitwy kontemplacyjnej, czy medytacji. Rezygnacja z aktywności w praktyce medytacji nie jest przypadkowa, ale zamierzona. Jest ona zdaniem się na działanie Ducha Świętego. Jest zgodą na Jego prowadzenie taką droga, jaką On zechce nas poprowadzić.

Jak pisze o. Franz Jalics SJ: „Prostota modlitwy medytacyjnej z natury prowadzi do głębokiego wewnętrznego pokoju, który upraszcza zbliżanie się do Boga. Wolna od trosk i myśli cisza modlitwy kontemplacyjnej rodzi harmonię i głęboką wewnętrzna więź z Bogiem i ze sobą samym, wnosząc w nasze serca głęboki pokój. Z wnętrza zaś ta harmonia powoli rozciąga się na nasze relacje z ludźmi”.

Zaprosić Świętą Trójcę do naszego życia

Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.(J 3,16)

Przeżywamy dzisiaj uroczystość Trójcy Świętej. Pierwsze nasze spotkanie z Trójcą Świętą ma miejsce wtedy, gdy zostajemy ochrzczeni, czyli zanurzeni w tajemnicę Trójcy Świętej, choć wówczas zazwyczaj nie mamy żadnej świadomości tego daru.

Kolejne odkrycie prawdy o Trójcy Świętej przychodzi zazwyczaj wtedy, gdy jako dzieci uczymy się znaku krzyża. Stanowi to często nie lada problem. Mama lub tata muszą prowadzić rękę dziecka powoli i z cierpliwością. Gdy jednak spojrzymy na dorosłych, to wykonują oni ruchy ręką dużo sprawniej, niektórzy wręcz mechanicznie, a inni nawet komicznie.

Obserwując dorosłych można mieć czasem wrażenie, że to oni mają dużo większy problem z wykonaniem znaku krzyża niż dzieci. Dziecko – owszem – może mieć kłopot z koordynacją ruchów, ale ufnie powierza swoją rękę dłoniom rodziców. Odczuwa też intuicyjnie, że jest w ty znaku głęboko coś bardzo ważnego. Dorośli nie mają kłopotów z koordynacją ruchów, ale dużo trudniej im złożyć swoje ręce w dłonie dobrego Boga, który jedyny może ich nauczyć prawdy o sobie i który chciałby, aby zaufali mu i pozwolili poprowadzić się w życiu jak dzieci pozwalają prowadzić się Ojcu – z ufnością.

Przywykliśmy do tego, że z powodów różnych okazji dajemy prezenty. Są takie sytuacje, kiedy po prostu nie wypada przyjść w gości z pustymi rękoma. W dzisiejszej Ewangelii Chrystus mówi o pewnej nad-zwyczajności prezentu, jaki daje nam Bóg, choć często trudno nam te prawdę dostrzec. Nie jest bowiem czymś zwykłym, że ojciec daje syna. Za normalne należałoby uznać, że ojciec daje synowi życie, wychowuje go, dodaje mu odwagi, pomaga. Ale że daje syna? Powstaje pytanie, komu można dać syna, kto jest na tyle zaufany? Gdy słuchamy czytań uroczystości Najświętszej Trójcy, jak refren powtarzają się słowa o Bożym udzielaniu się. Bóg tak bardzo kocha człowieka i ma do niego tak wielkie zaufanie, że daje nam siebie samego, choć dobrze zna nasze serca i wie, że nie zawsze ten dar doceniamy.

Dlaczego zatem nam tak trudno odpowiedzieć oddaniem z zaufaniem Bogu naszego życia po to, aby dać Mu się poprowadzić przez życie?

Zatrzymajmy się na chwile na prostym, niemal codziennie powtarzanym przez nas, chrześcijan znaku. Chodzi oczywiście o znak krzyża.

Każdy dobrze i świadomie wykonany znak krzyża jest bowiem – a przynajmniej powinien być – jak modlitwa zawierzenia. A jednocześnie to gest zawierający w sobie głęboką prawdę o Trójcy Świętej.

Na „W imię Ojca…”, dotykamy naszego czoła. To uświadamia nam, że początek wszelkiego działania jest w naszych myślach. Tam ukrywają się prawdziwe, najgłębsze intencje. Nasze głowy to kłębowisko myśli, pomysłów na życie, ocen innych ludzi itd. Czasem mówimy: „Puknij się w głowę”, kiedy chcemy powstrzymać kogoś od zrobienia jakiejś głupoty. Dotykając naszych czół, winniśmy zatem prosimy Ojca w niebie o to, by zaprowadzał porządek w naszych głowach. Ten gest pozwala nam sobie uświadomić: „Mam Ojca, który nade mną czuwa”. Nic bardziej niż Jego łaska nie może mnie uchronić przed życiowymi błędami. Warto się zatem jej powierzać!

Mówiąc: „…i Syna…” dotykamy serca, czyli miejsca najbardziej wrażliwego, wystawianego na ciosy. Dotykamy tego, co jest zasadą naszego życia. Prawdziwą wartość ma tylko to, w co wkładamy serce. Czyniąc znak krzyża oddawajmy serca Temu, który jest „cichy i pokornego serca”, prosząc: „uczyń serca nasze na wzór serca swego”.

Wreszcie na słowa: „…i Ducha Świętego” dotykamy naszych barków. To na nie składa się wszelkie ciężary. Barki to symbol tego, co musi unieść trudy życia. Warto przy tej okazji prosić Ducha Świętego, by dodał nam sił w naszych codziennych zmaganiach.

Wreszcie słowo: „…Amen.” To tyle, co wyrażam zgodę (dosł: „Niech się tak stanie”). To przypieczętowanie oddania siebie w ręce Boga Trójjedynego.

Nie mam wątpliwości, że jeśli będziemy pobożnie i uważnie wykonywali ten znak, stanie się on nie tylko prawdziwą i głęboką modlitwą, ale też znakiem zawierzenia i uświadomieniem sobie obecności Boga, który nigdy nas nie opuszcza i na którego pomoc zawsze możemy liczyć.

Proste zasady, które ułatwiają medytację

Ci bowiem, którzy żyją według ciała, dążą do tego, czego chce ciało; ci zaś, którzy żyją według Ducha – do tego, czego chce Duch. Dążność bowiem ciała prowadzi do śmierci, dążność zaś Ducha – do życia i pokoju. A to dlatego, że dążność ciała wroga jest Bogu, nie podporządkowuje się bowiem Prawu Bożemu, ani nawet nie jest do tego zdolna. Albowiem wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi. Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. [Rz 8, 6-7.14.26]

Medytacja niedyskursywna, Modlitwa serca, czy Modlitwa Jezusowa to różne określenia praktyki duchowej skupiającej się na tych samych zasadach i mających ten sam cel. Skoro jednak mowa o modlitwie, to zakłada ona relację z Bogiem, jest zatem doświadczeniem wypływającym z wiary i ku pogłębieniu wiary prowadzącym. Założenie takie stawia praktykującym tę formę modlitwy bardzo konkretne wymagania. To już mistrz Eckhart nauczał, że „życie modlitwą wymaga prowadzenia życia sakramentalnego, bo to w sakramentach modlitwa znajduje swój pokarm i umocnienie.”

W podobnym tonie nauczał abp. Anthony Bloom – wielki, prawosławny nauczyciel Modlitwy serca: „Nie można przyzywać Imienia Jezus – mówił –  nie troszcząc się jednocześnie o życie moralne. Im bardziej i częściej przyzywamy imienia Jezusa, tym bardziej naturalne jest to, że jako konsekwencję tej modlitwy będzie ono rodziło w nas pragnienie, aby upodabniać się do Niego, ale też niczym Go w niczym nie obrażać.

Pamiętajmy też, że dla owocnej praktyki modlitewnej potrzebny jest czas. Aby modlitwa przynosiła owoce w naszym życiu musimy umieć zawalczyć w sposób bezwzględny o określoną ilość czasu, jaka na modlitwę poświęcimy.  W przypadku praktyki medytacji dobrze, aby był to zwykle ta sama pora, gdyż zasada ta zakłada pewną harmonię, która jest ważnym elementem tej praktyki. Najlepiej byłoby, gdyby udało nam się medytować dwa razy dziennie przynajmniej po 20-30 minut. Tej praktyce trzeba być bezwzględnie wiernym. Z czasem owocem praktyki będzie to, że zapragniemy medytacji poświęcać coraz więcej czasu. Również o ile początki bywają trudne i wymagają – jak chce tego Ewangelia – miejsca odosobnionego, aby się lepiej skupić, to po pewnym czasie, gdy wdrożymy się już w praktykę medytacji zobaczymy, że łatwiej będzie to robić także w innych miejscach. Ta sama zasada dotyczy Modlitwy Jezusowej. Zanim uda nam się modlić zawsze i wszędzie, bez względu na panujący wokół nas hałas, dobrze zacząć od miejsc wyciszonych, które wdrażają nas w skupienie.

Te proste zasady ułatwiają nam modlitwę, zwłaszcza, że dzisiaj wiele osób skarży się na nieustannie towarzyszące im rozproszenia, żyjemy bowiem w świecie bombardującym nas wieloma różnymi bodźcami, które najchętniej odżywają w nas właśnie w ciszy modlitwy. Zasiadamy do naszej medytacji i to, co odzywa się pierwsze to wewnętrzny zgiełk. Nie martwmy się tym jednak. Jeśli będziemy wytrwale walczyli o wewnętrzną ciszę jej dar stanie się naszym udziałem.

Doświadczenie ciszy, które towarzyszy tej modlitwie ma nas prowadzić do głębszego uświadomienia sobie Bożej Obecności. Im częściej będziemy do tego wracać tym łatwiej będzie nam tę świadomość przenieść także na resztę naszego życia (również tego naznaczonego wzmożona aktywnością). Modlitwa serca ma bowiem na celu prowadzić nas do nieustannego życia świadomością trwania przed Bogiem. Prawda jest to, że nie można nie być w obecności Boga, bo jak przypomina o tym Pismo św. „W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,28). Problem polega na tym, że ten fakt jest często wyrzucany z naszej świadomości. Modlitwa serca pozwala nam do tej prawdy nie tylko wracać, ale też uczy jak tą prawdą żyć na co dzień. Jest to modlitwa, która zaprasza nas do tego, aby świadomość nieustannego bycia przed Bogiem przenikała i wpływała na nasze codzienne życie: wybory, relacje, odczytywanie wydarzeń.

Ważnym elementem wejścia na drogę ciszy i trwania w świadomości obecności przed Bogiem, który towarzyszy naszej medytacji jest bezruch. Dla wielu osób, pochłoniętych aktywizmem właśnie to spokojne siedzenie czy klęczenie przed Bogiem jest najtrudniejszym wyzwaniem.

Jednak bezruch to jedynie wymiar zewnętrzny, fizyczny, aby był on spożytkowany w naszej modlitwie i prowadził nas do wewnętrznego skupienia musi mu towarzyszyć wewnętrzna cisza (milczenie).

W milczeniu chodzi nie tylko o brak głośno wypowiadanych słów, ale także o uciszenie swego wnętrza, swoich myśli, emocji, które nam towarzyszą. Nauczyciele modlitwy Jezusowej określają to droga do oczyszczenia (opróżnienia) serca, które staje wobec Boga i które tylko wówczas, gdy zostanie opróżnione z tego, co je zaśmieca może zostać wypełnione Bożą łaską. Wewnętrzne milczenie to zatem nie tylko stan „bez rozproszeń”. Ono także ma różne poziomy i z czasem, praktykując medytację będziemy prowadzeni w doświadczenie wewnętrznej ciszy coraz głębiej.

Tym co nam pomaga w tej drodze do wewnętrznej ciszy jest wypracowana przez tradycję monastyczną zasada powtarzania jednej formuły modlitewnej np: Panie Jezu Chryste, Synu Boga Żywego, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem; czy Jezu, ufam Tobie, lub Boże wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie pośpiesz ku ratunkowi memu. Słowa te, wypowiadane codziennie z wiarą i pobożnością, budują naszą relację z Jezusem, naszym Zbawicielem. Im bardziej będziemy starali się angażować w wewnętrzną recytację tych słów nasze serce, zobaczymy, że one coraz bardziej będą to serce przenikały prowadząc je do coraz mocniejszego zakotwiczenia w Bogu.

Matka Kościoła

Z Uroczystością Zesłania Ducha Świętego ściśle związane jest święto Maryi Matki Kościoła. Tytuł to stosunkowo niedawny, choć prawda ta jest nauczana od tysiącleci.

Cóż to znaczy, że Maryja jest Matką Kościoła i w jakim sensie nią jest? Otóż nie jest nią w sensie fizycznym czy psychicznym, tak jak jest Matką Jezusa. Nie jest nią też w sensie symbolicznym albo instytucjonalnym, tak jak kobieta jest matką okrętu albo jakiejś organizacji, której jest założycielką. Jest Matką Kościoła w sensie duchowym, lecz co to znaczy?

W szukaniu odpowiedzi na to pytanie jest nam pomocna liturgia Kościoła, a konkretnie wspomniane już wcześniej ścisłe powiązanie święta Matki Kościoła z Uroczystością Zesłania Ducha Świętego. Kościół rodzi się w dniu zesłania Ducha Świętego. Do tego momentu wprawdzie istnieje, począwszy od objawień Jezusa Zmartwychwstałego, ale jest to istnienie podobne do życia dziecka w łonie matki. Jest niesamodzielny, ukryty z obawy przed Żydami, „nie oddycha”, jest żywiony czyimś oddechem, czeka na własne tchnienie Ducha…

Można sobie wyobrazić, ile nadziei, ale też i ile wątpliwości, budził ten czas wielkich obiet­nic, ale też i czas długiego czekania na ich spełnienie; i to pośród zagrożeń. Sami z naszego życia duchowego znamy takie okresy, trwające niekiedy bardzo długo. Jakże wtedy potrzebny jest ktoś, kto taką ducho­wą drogę przeszedł, jakim skarbem w takich chwilach jest mieć prawdziwego ojca duchowego albo duchową matkę, który(a) powie choćby tylko tyle: Nie martw się, to normalne, tak działa Bóg, ja też przez to przeszedłem (przeszłam), pamiętam o tobie w modlitwach!

Autor Dziejów Apostolskich we fragmencie czytanym w święto Matki Kościoła relacjonuje nam, co się działo z Apostołami po wniebowstąpieniu Pana Jezusa, gdy oczekiwali spełnienia się Obietnicy: Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa i Jego braćmi (Dz 1,14). Nie przypadkiem św. Łukasz wymienia tu Maryję z imienia. Jej rola w tym gronie była szczególna i to nie tylko dlatego, że była Matką Jezusa, bo też nie z szacunku tylko czy z poczucia obowiązku wobec Matki Pana zabrali Ją Apostołowie z sobą. W swej niepewności i oczekiwaniu na spełnienie się Obietni­cy, której realnego kształtu nie znali, wiedzieli przecież, że Maryja jest pierwszą i jedyną, na którą Duch Święty zstąpił (por. Łk 1,34).

Mieli więc między sobą świadka działania Jego mocy, dowód spełnionej Obiet­nicy. Kto wie, czy to nie właśnie w tamtych dniach modlitw i rozmów poznawali tajemnice Jej życia, od radosnych poprzez bolesne po chwalebne, których sami wraz z Nią stawali się teraz uczestnikami.

Po opisie zesłania Ducha Świętego Dzieje Apostolskie nie wspominają już o Maryi. To też ważny znak. Dobra matka nie ingeruje w życie dojrzałego dziecka. Nie znaczy to jednak, że nie otacza go nadal swą troską i modlitwą. Odtąd Duch Święty kieruje Kościołem, który dzięki swej Matce prowadzącej go do Ducha i dzięki działającemu w nim Duchowi Świętemu sam staje się Matką, rodząc swoje dzieci w źródle Chrztu świętego.

Rola Maryi jako Matki Kościoła nie kończy się w czasach apostolskich. Trwa ona i dziś. Kościół wyraża tę prawdę w innym maryjnym święcie majowym, święcie Najświętszej Maryi Panny Wspomożycielki Wiernych. Dopełnia ono w przedziwny sposób i aktualizuje ów tytuł Matki Kościoła.

Kościół doświadcza Maryi jako matki, ilekroć rozważa tajemnice Jej życia, ilekroć zanurza się w Jej historię pełną mocy Ducha Świętego. W Niej – Oblubienicy Ducha Świętego – odnajduje nie tylko swój wzór, to byłoby za mało, odnajduje swoje życie, swój sens i swoją misję, którymi jest prowadzenie mocą tegoż Ducha do poczęcia się, rozwijania i rodzenia się Jezusa Chrystusa w sercach i postawach swoich dzieci. Doświadcza Jej jako matki również poprzez Jej troskę, wyrażającą się nie tylko w wysłuchanych modlitwach, których dowodami, oprócz wewnętrznych doświadczeń Jego dzieci, są tysiące, a może i dziesiątki tysięcy wotów i świadectw, zgromadzonych w maryjnych sanktuariach całego świata, lecz także w licznych w każdej epoce objawieniach. Wiele z nich, jak choćby te z Lourdes i Fatimy, Kościół rozpoznał jednoznacznie jako głos jego Matki i uczynił treścią swego życia. Co do innych (jak te w Medjugorie) zachowuje pełną nadziei rezerwę. Nie dlatego, jakoby się bał głosu Matki, lecz świadom jest zasadzek złego ducha i słabości swych dzieci, przez które ten głos dociera. Nie wydając zbyt pochopnie opinii nie Maryję bada, lecz dzieci, pragnąc cały czas, aby głos Matki był czysty i jasny bez fałszów i ludzkich naleciałości. Bez wątpienia bowiem to czego Maryja pragnie najbardziej, to uchronić nas przez wykrzywieniem woli Bożej, z którą sama do końca była zjednoczona i czego nas także pragnie nieustannie uczyć.