Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Nie można żyć bez Ducha!

Jesteśmy skażeni grzechem a to ma wpływ na całe nasze życie, szczególnie w wymiarze duchowym, choć nie tylko. To dlatego łatwiej nam wchodzić dziś w świat materialny, zredukować nasze człowieczeństwo do tego, co widzialne, o to zaś, co duchowe przychodzi nam walczyć nieraz w bardzo wielkim trudem, mimo iż znakomita większość z nas ma świadomość, że sfera ducha jest ważną sfera w naszym życiu. Przypomina mi się znane zdanie Kierkegarda, który zwykł mawiać: „Dużo szybciej i łatwiej stajemy się materialistami niż ludźmi uduchowionymi.”

Często jest tak, że w naszym doświadczeniu wiary łatwiej koncentrujemy się na Jezusie, czy na Bogu-Ojcu. Równie bliska w naszej religijności jest Matka Boża. Dzisiaj z ust wielu teologów pada zarzut, że zbytnio Ja „ubóstwiamy”. Tymczasem o Duchu Świętym często zapominamy. Prawda o trzeciej Osobie Trójcy ginie gdzieś w mrokach naszej nieświadomości. Jeśli jednak ktoś pragnie autentycznie wejść w głębszą relację z Bogiem Ojcem lub Synem, nie może zapomnieć również o Duchu Świętym. Więcej, śmiem twierdzić, że nie wierzę w głęboką więź z Synem i Bogiem-Ojcem bez ukształtowania osobistej relacji z Duchem Świętym. Byłaby to fikcja, którą poniekąd potwierdza św. Paweł w drugim czytaniu z liturgii uroczystości Zesłania Ducha Świętego mówiąc, że bez Jego pomocy nie możemy nawet wypowiedzieć z wiarą prostego stwierdzenia, że „Panem jest Jezus!” [por. 1 Kor 12,3]

Ów brak relacji z Duchem Świętym sprawia, że wiele osób swoją wiarę, jak i sakramenty przeżywa jedynie „tradycyjnie”, płytko, bez prawdziwego zaangażowania swojego serca. Przypomina mi się świadectwo bp. Edwarda Dajczaka, który opowiadał o spotkaniu z młodzieżą mającą przystąpić do bierzmowania. To była duża parafia. Kandydaci przygotowywali się dwa lata. Biskup podszedł do nich i poprosił: „Opowiedzcie mi o swoim osobistym spotkaniu z Chrystusem”. Młodzi zdębieli. Ich oczy zrobiły się tak duże, jak pięciozłotówki. Z twarzy można było wyczytać: „Jakie spotkanie? Z jakim Jezusem? O co nas pytasz? Możesz zadać pytanie o przykazania i katechizm, bo tego się uczyliśmy”.

Wówczas zadał sensowne pytanie, które dzisiaj zadaje sobie wiele osób: Skoro, po dwóch latach przygotowania kandydaci przyjmują taką postawę, to co jest nie tak? Czy nie powinno być tak, że dobra katecheza prowadzi ludzi do osobistego, żywego spotkania z Bogiem! W przeciwnym wypadku cała praca idzie na marne! A później w życie wchodzi smutna, niemal przysłowiowa definicja bierzmowania, jako sakramentu rozstania z Kościołem. To problem, który nie dotyczy tylko nas – Polaków. Ostatnio również papież Franciszek udzielając bierzmowania w jednej z rzymskich parafii pytał młodych: „Ale macie świadomość, że sakrament, który otrzymaliście nie jest sakramentem rozstania z Kościołem!?”

Miejscem otwarcie na działanie Ducha Świętego jest według mnie chęć szukania, do której zachęca nas Chrystus w Ewangelii: „Szukajcie a znajdziecie.” Ten, kto poszukuje w doświadczeniu religijnym czegoś głębszego – bo „tradycyjne” odstanie godziny w kościele co niedziela i wyrecytowanie wyuczonych w dzieciństwie formułek już mu nie wystarcza – już ma w sobie Ducha. Każdy, kto nosi w sobie, choćby mały, wewnętrzny głód Pana Boga jest tym, w którym działa Ducha. Nawet jeśli ten człowiek żyje jeszcze w grzechu, nie do końca widzi sens wiary i nie ma żadnego doświadczenia osobistej relacji z Jezusem. Zawsze pierwszy krok w kierunku szukania relacji z Bogiem, nawet najdrobniejsza tęsknota za Nim, niepokój serca, który każe nam myśleć o Bogu jest owocem działania Ducha Świętego. Niestety owo delikatne działanie często źle jest odczytywane i to gubi wiele osób. Kiedy zatem pojawi się ów wewnętrzny ból, głód czy niepokój duchowy, który może nie od razu potrafimy zinterpretować warto go nie zagłuszać, ale uszanować go i wytrzymać. To pierwszy krok na drodze do oczyszczenia naszego serca na prawdziwe spotkanie z Jezusem, którego w nas dokonuje Duch Święty. On jest ogniem, więc wypala… W takich sytuacjach warto prosić Ducha, który jest w nas, by nas prowadził, i by budził w nas jeszcze większe pragnienie i nie bać się, że to będzie boleć. Z tego bólu – jak w przypadku małży – zrodzi się prawdziwa perła.

I nie martwmy się tym, że nie zawsze rozumiemy co się w nas dzieje, że nie nadążamy za Duchem Świętym. On ciągle nas wyprzedza i przerasta. Jedną z zasadniczych postaw wobec działania Ducha Świętego ukazują nam Maryja i Apostołowie w Wieczerniku przed Zesłaniem Ducha Świętego – oni czekali. Umiejętność cierpliwego czekania w życiu duchowym to podstawowa kwestia jego dobrego przeżywania. Jeśli czekanie przychodzi nam szczególnie trudno tu również Maryja i Apostołowie przychodzą nam z pomocą: modlą się słowem. Ono nigdy nie zawodzi!

Zresztą moje osobiste odkrycie Ducha Świętego także jest związane z Maryją a zwłaszcza z dwoma wydarzeniami. Pierwsze z nich miało miejsce w 1991 roku podczas światowych Dni Młodzieży w Częstochowie, gdzie szczególnie dane było mi doświadczyć Jego działania i to w tym miejscu tak bardzo naznaczonym obecnością Maryi. Wówczas pamiętam, że świadkiem mocy działania Ducha Świętego była dla mnie założycielka ruchu Focolari, z którym wówczas byłem związany i to spotkanie z nią i jej katechezy zwróciły moje serce bardziej niż dotąd na działanie Ducha Świętego. Od tamtej pory trzecia Osoba Trójcy jest mi bardzo bliska zarówno w mojej drodze ku kapłaństwu, gdzie nie tylko wielokrotnie doświadczyłem Jego niezwykłego prowadzenia i obrony, ale zwłaszcza w sakramencie święceń, gdzie to wylanie Ducha było bardzo mocne i w pełnym znaczeniu tego słowa osobiste. Drugim ważnym wydarzeniem, które pozwoliły mi jeszcze mocniej wejść w odkrycie tajemnicy działania Ducha Świętego były rekolekcje dla kapłanów w roku wielkiego jubileuszu dwóch-tysiąclecia chrześcijaństwa, które miałem okazję przeżyć znów w Częstochowie. Prowadził je wówczas wielki charyzmatyk ojciec Joseph – Marie Verlinde, człowiek wielkiego ducha Bożego.  

Jedno, o czym mogę powiedzieć, to fakt, że kiedy ktoś otwiera się na działanie Ducha Świętego, jego życie zmienia się definitywnie i całkowicie. Taki człowiek zaczyna wchodzić dużo łatwiej i bardziej w Boży świat, bo przecież Duch „jest w nas sprawcą chcenia i działania”. Wszyscy Go potrzebujemy – zarówno kapłani, jak i świeccy. I to dosłownie na każdym etapie życia. Jednym z podstawowych doświadczeń, które mnie osobiście przynosi Duch Święty jest poczucie wielkiej wewnętrznej wolności i radości z bycia tu, gdzie jestem. To jest ten rodzaj radości, której często nie da się wyrazić słowami i który przychodzi gdzieś z głębokiego wnętrza i towarzyszy również w chwilach trudnych. Wiem też, że gdy gubię osobistą więź z Duchem, gdy ta więź rozluźnia się, nic mi się wtedy nie chce robić, dopadają mnie pustka, kryzys i brak radości. Jeśli mamy w sobie Ducha, przeżywamy zwykłe trudności, ale pomimo to mamy w sobie radość, pokój i cierpliwość, które są Jego owocami. Bez tych darów człowiek jest bardzo marny.

Ludziom, którzy nie umieją odkryć, przyjąć i poprowadzić się Duchowi Świętemu jest dużo trudniej, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Obecnie wcale nie jest trudno znaleźć osoby, które doświadczają wielkiego wewnętrznego cierpienia, bo dosłownie nie wiedzą nawet, jak przeżyć najbliższe godziny. Czują się zagubieni w świecie, w relacjach z bliźnimi, w swoich wyborach i to najlepszy dowód, że bez pomocy Ducha Świętego bardzo trudno poruszać się w życiu, bo będzie to zawsze jakiś rodzaj poruszania się po omacku. Jednym z niezawodnych wymiarów działania Ducha Świętego są sakramenty. Kolejnym jest bez wątpienia życie Słowem Bożym. Także wspólnota jest miejscem działania Ducha Świętego i dobrym miejscem, w którym uczymy się jak rozeznawać Jego natchnienia. To nie koniecznie musi być wspólnota parafialna, ale wystarczy dobra wspólnota rodzinna, jeśli jest wspólnotą modlitwy, otwartości i miłości.

Jest taka piękna i prosta modlitwa, której nauczył Duch Święty błogosławioną s. Marię od Jezusa Ukrzyżowanego, XIX-wieczną mistyczkę żyjącą w Palestynie. Sam bardzo ją lubię i polecam.

Duchu Święty, natchnij mnie,

Miłości Boża, pochłoń mnie,

na właściwą drogę zaprowadź mnie.

Maryjo, Matko, spójrz na mnie,

z Jezusem błogosław mi.

Od wszelkiego złego,

od wszelkiego złudzenia,

od wszelkiego niebezpieczeństwa

zachowaj mnie. Amen.

Otworzyć się na słowo

Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę.

Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała:

„Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana”. (Łk 1,39- 45)

Dzisiejsza Ewangelia jest doskonałym obrazem medytacji. Maryja jest Tą, która przynosi Słowo. Elżbieta jest tą, która przyjmuje. Dzięki jej otwarciu na ów dar rodzi się między nimi nie tylko relacja, ale coś więcej – komunia. Słyszymy, jak Elżbieta mówi, że w odpowiedzi na spotkanie ze wcielonym Słowem, które niesie w sobie Maryja poruszyło się dzieciątko w jej łonie. To obraz tego, czego dokonuje Słowo, jeśli je przyjmiemy całym sercem, jeśli otworzymy się na nie. Ono przenika nas aż do głębi.

Otwartość na Słowo, które przychodzi jest istotą medytacji czy też modlitwy określanej mianem modlitwy serca. Im głębiej się na nie otwieramy, tym bardziej może ono przeniknąć do naszego wnętrza i tym większe owoce może przynosić w naszym życiu.

Rola Maryi w tym duchowym doświadczeniu jest jedyna w swoim rodzaju. My często w modlitwie poprzedzającej naszą medytację odwołujemy się do Maryi i Jej wstawienniczej roli. Maryja jest bowiem dla nas wzorem zarówno otwarcia się na Słowo, jak i tego, jak piękne owoce możemy dzięki niemu wydać w naszym życiu.

Można powiedzieć, że otwarcie Maryi na Słowo jest absolutne i pełne. Ona nie tylko przyjmuje Słowo swoim sercem, ale jak powie Ewangelia zachowuje je w swoim sercu, strzeże go tam, pozwala by w niej dojrzewało, by gdy przyjdzie czas zrodzić jego owoce. Słowo Boże jak powie autor Listu do Hebrajczyków „jest żywe” [Hbr 4,12], co oznacza, że otwarcie się na nie i przyjęcie go całym sercem prowadzi do zbudowania relacji. Można powiedzieć, że to fundament każdej modlitwy – budowanie naszej relacji z Bogiem. Im głębsza jest ta relacja, tym bardziej będzie oddziaływała na nasze życie i tym większe owoce będzie przynosiła.

Kiedy patrzymy na Maryję i jej odpowiedź na zaproszenie, które kieruje do niej archanioł w dniu zwiastowania, prosząc by otworzyła się i przyjęła do swego serca wcielone Słowo można powiedzieć, że Ona nie tylko przyjmuje Słowo, ale pozwala się Mu przeniknąć, zanurza się w Nie…

Ten obraz trochę przypomina to, o czym wspomniałem na naszym blogu przy okazji refleksji z okazji uroczystości Wniebowstąpienia Pańskiego. Chrystus posyła uczniów, aby udzielali chrztu w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Termin „chrzest” jednak nie oddaje w pełni tego zadania.  Dosłownie chodzi o to, aby zanurzali innych w rzeczywistość Boga i Jego miłość. Aby jednak móc to robić trzeba najpierw samemu być nieustannie zanurzonym w tę relację miłości. Dokładnie tak, jak Maryja, która sama będąc zanurzoną w osobistą relację miłości z Bogiem mogła go skutecznie zanieść Elżbiecie, tak, aby to doświadczenie stało się także jej udziałem.

 

Wiara, która dopuszcza wątpliwości

Jedenastu uczniów udało się do Galilei na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus zbliżył się do nich i przemówił tymi słowami: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. (Mt 28,19.20)

„Wiara nie usuwa wątpliwości, wręcz przeciwnie, ona je zakłada!” – zwykł mawiać jeden z wybitnych teologów nadreńskich, Mistrz Eckhart. Wątpienie nie musi od razu oznaczać słabości czy wręcz odrzucenia wiary.

 „Niektórzy jednak wątpili” – odnotuje ewangelista Mateusz opisując wydarzenia towarzyszące wniebowstąpieniu Chrystusa. Autor Ewangelii jest szczery aż do bólu opisując stan ducha uczniów w chwili pożegnania z Chrystusem. Słowo „wątpić” (pochodzące od gr. distadzo – którego używa Mateusz w swojej Ewangelii) wyraża dosłownie myśl o podwójności jakiegoś przekonania, kiedy człowiek jest trochę na „tak”, a trochę na „nie”. W Nowym Testamencie ten termin pojawia się jeszcze raz w scenie chodzenia Jezusa po wodzie. Piotr chce naśladować Pana, robi parę kroków, ale po chwili tonie. Wówczas Jezus wyciągając go z wody używa tego samego terminu pytając: „dlaczego zwątpiłeś?” (Mt 14,31). 

Czy nie jest to sytuacja dobrze nam znana z doświadczenia? Idziemy na Mszę, modlimy się, czytamy Pismo Święte; jesteśmy przekonani, że wierzymy w Boga, ale wystarczy jakieś trudne doświadczenie, czy jakieś przekonujące argumenty przeciwników wiary, na które nie potrafimy znaleźć szybkiej riposty i zaczynamy się chwiać w wierze. Słowa o wątpieniu uczniów pojawiają się w samym zakończeniu Ewangelii, tuż przed rozesłaniem z Jezusem. Może nas zaskakiwać fakt, że właśnie w tym miejscu pojawiają się ich wątpliwości: po tylu latach w szkole Jezusa, po doświadczeniu zmartwychwstania nadal są słabi. A jednak im, słabym, Pan przekazuje misję nauczania. Na nich, słabych ludziach opiera swoją nadzieję. To pocieszające dla nas, słabych. Nie chodzi o to, by szukać usprawiedliwienia, ale by zrozumieć, że trudności w wierze są częścią wiary. Chodzi o to, by nie przestać słuchać Chrystusa i chcieć Mu służyć, nawet wtedy a może szczególnie wtedy, gdy pojawiają się wątpliwości.

„Idźcie i nauczajcie wszystkie narody”. Dosłownie: „Idźcie i czyńcie uczniów wśród wszystkich narodów”. Kluczowe jest tutaj pojęcie „ucznia”.   Żeby być prawdziwym świadkiem Chrystusa, chrześcijanin nie może zapomnieć o tym, że zawsze jest jednocześnie uczniem Jezusa. Nawet, gdyby być uczonym teologiem. Bycie uczniem oznacza uznanie autorytetu, posłuszeństwo, zgodę na prowadzenie, słuchanie, zaczynanie od nowa. Relacja mistrz–uczeń w odniesieniu do Jezusa jest czymś fundamentalnym w doświadczeniu naszej wiary. To odnosi się także do uznania autorytetu Kościoła, czyli szkoły założonej przez Jezusa. W byciu uczniem dobrej szkoły nie ma niczego uwłaczającego, przeciwnie, to nobilitacja. Wielu ludzi pisząc lub mówiąc o Kościele woli obsadzać siebie w pozycji tych, którzy zawsze wiedzą lepiej, jak to ma być, jak Kościół powinien postępować. Co powinien robić a czego nie!? A wówczas bardzo łatwo odrzucić lub zagłuszyć, to, co ma nam do powiedzenia Bóg.

W zadaniu, które Jezus zleca swoim uczniom pojawia się cała Trójca Święta. Zostaliśmy ochrzczeni w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Słowo „chrzcić” (gr. baptidzo) znaczy dosłownie „zanurzyć”. Można by zatem tak przetłumaczyć polecenie Jezusa: „zanurzajcie ludzi w Bogu, zanurzajcie ich w doświadczeniu miłość Ojca, Syna i Ducha Świętego”. Bo dopiero w tej Bożej „przestrzeni” człowiek staje się tym, kim ma być: staje się sobą; kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym, bo noszącym w sobie podobieństwo do Boga. Jednak ta wyjątkowość nie ma nic wspólnego z samolubnym indywidualizmem, który nie liczy się z nikim i z niczym poza sobą, bo taka postawa byłaby zaprzeczeniem miłości, która nas uczniów Chrystusa upodabnia do Niego i po której mamy być rozpoznawani.

Jezus odchodząc, pozostawia obietnicę obecności. „Jestem z wami!” Mówi to do nas słabych, kruchych ludzi, bo wie, że bez Niego naprawdę niewiele możemy uczynić. Jezus obiecuje, że nasze wątłe siły będą wspierane Jego ukrytą obecnością. „Jestem z wami!”. Tylko czy my chcemy być z Nim? Być ochrzczonym (gr. baptidzo), to być zanurzonym w przyjaźni z Jezusem – to warunek tego, abyśmy potrafili pociągać do tej przyjaźni także innych!

21 lat minęło, jak jeden dzień…

Każde powołanie kapłańskie w swej najgłębszej warstwie jest wielkim darem i tajemnicą – zwykł mawiać św. Jan Paweł II. Jest darem, który nieskończenie przerasta człowieka i tajemnicą, której tutaj, na ziemi nigdy do końca nie zdoła ogarnąć ludzki umysł. Każdy z nas kapłanów doświadcza tego bardzo wyraźnie w całym swoim życiu. Wobec wielkości tego daru czujemy, jak bardzo do niego nie dorastamy.

Powołanie jest przedziwną tajemnicą Bożego wybrania: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał” (J 15,16). „I nikt sam sobie nie bierze tej godności, lecz tylko ten, kto jest powołany przez Boga jak Aaron” (Hbr 5,4).

„Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów ustanowiłem cię” (Jr 1,5). Te natchnione słowa muszą przejąć głębokim drżeniem każde kapłańskie serce, świadome, że zostało obdarowane tym darem bez jego zasługi.

Dlatego też, gdy w różnych okolicznościach – na przykład z okazji kapłańskich jubileuszy – mówimy o kapłaństwie i dajemy o nim świadectwo, winniśmy to czynić w postawie wielkiej pokory, świadomi, iż Bóg nas „wezwał świętym powołaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski” (2 Tm 1,9). Równocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, że ludzkie słowa nie są w stanie udźwignąć ciężaru tajemnicy, jaką kapłaństwo w sobie niesie.

Dzisiaj, gdy mija 21 lat od dnia święceń pragnę podziękować za wszelkie wyrazy życzliwości i pamięci, jakie otrzymałem a szczególnie za dar modlitwy i obecności, towarzyszących drodze mojego powołania. Dziękuję Bogu za to, że mogę wraz z Wami być uczniem Chrystusa a wobec Was być sługą Jego ołtarza. Noszę Was wszystkich w moim sercu.

Modlitwa zorientowana na słowo

Słowo jest blisko ciebie, na twoich ustach i w sercu twoim. A jest to słowo wiary, którą głosimy. Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg wskrzesił Go z martwych, osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia. (Rz 10, 8b-10)

Bez względu na to, czy naszą duchową aktywność nazwiemy modlitwą, medytacją, czy kontemplacją mamy na myśli jeden cel, do którego ona prowadzi – głębsze zjednoczenia z Bogiem.

Współczesne zainteresowanie modlitwą kontemplacyjną rodzi się z faktu, że życie, które nabiega dzisiaj coraz większego tempa wyobcowuje nas z naszego wnętrza, oddala nas od nas samych, tym samym także oddalając nas od Boga. Droga modlitwy kontemplacyjnej (mająca za sobą doświadczenie wielu pokoleń tych, którzy tą drogą podążali) jest doświadczeniem, które może nas na powrót doprowadzić do naszego wnętrza a tam do spotkania z samymi sobą i w konsekwencji z Bogiem obecnym w nas.

„Kontemplacja jak naucza jeden z jej współczesnych nauczycieli – jezuita ojciec Frantz Jalics – to droga przemiany, która wiedzie nas do głębi istnienia”.  Do doświadczenia i zjednoczenia z Bogiem nie dochodzimy przez poznanie rozumowe, ale drogą serca. To właśnie tam panuje prostota, pokój i tryska prawdziwe źródło miłości nadające sens naszej duchowej aktywności.

Kontemplacja to przede wszystkim owoc łaski. Aby stał się on jednak naszym udziałem trzeba nam otwartości na tę łaskę.  Drogą do tej otwartości jest praktyka medytacji – modlitwy otwartości na słowo Boże, o którym powie List do Hebrajczyków, że jest żywe i skuteczne. (Hbr 4,12)

Praktyka modlitwy zorientowanej na słowo Boże i przyjęcie niesionej przez nie łaski nie oznacza jednak postawy pasywności, lecz gotowości. Osoba medytująca przyjmuje to słowo z wielkim zainteresowaniem wobec prawdy, którą ono niesie, prawdy, której chce służyć i za którą pragnie podążać.

Kontemplacja, do której medytacja jest drogą i przedsionkiem uświadamia nam, że termin ten tworzą w rzeczywistości dwa określenia, które ukazują jej istotę: con – oznaczające „razem”, „z” oraz templum – „oznaczające” świątynię. Kontemplacja zatem to zejście do świątyni naszego serca, to zaproszenie do tego by stać się mieszkaniem Boga, który zstępuje do naszego wnętrza przez swoje słowo po to, aby tam być, kształtować nas i przemieniać na obraz tego Słowa, które stało się ciałem.

Medytacja, która jest wsłuchiwaniem się w to słowo, któremu dajemy pierwszeństwo przed naszymi myślami, planami, przekonaniami przypomina nam, że – jak napisze św. Paweł w Liście do Rzymian – to słowo jest zawsze blisko nas i jeśli będziemy mieli je na ustach i pielęgnowali jego obecność w naszym sercu stanie się ono w nas źródłem usprawiedliwienia, uświęcenia i zbawienia.