Czy goście weselni mogą się smucić, dopóki oblubieniec jest z nimi? Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im oblubieńca, a wtedy będą pościć. (Mt 9, 15)
Czy wobec tak postawionej intencji postu nie można mieć wątpliwości, czy kiedykolwiek prawdziwie pościliśmy? Najczęściej rozumiemy post, jako formę ascezy np. odmawianie sobie różnych rzeczy. Ale czy post był kiedykolwiek dla mnie tęsknotą za Chrystusem, Oblubieńcem?
Do zrozumienia tego, czym jest post z właściwą sobie intuicją prowadzi nas prorok Izajasz. Dla niego prawdziwy post umożliwia spotkanie. Ten, kto pości wyrzeka się tego, co oddziela go od Boga. W poście nie chodzi o to, aby zachwycić Boga naszymi wyrzeczeniami, czy przebłagać Go. Owszem Chrystus w pewnym momencie mówi o modlitwie umocnionej postem, jako o prawdziwym oręży wobec złego ducha. Ale nade wszystko podejmowane praktyki wielkopostne mają jeden cel: mają nas zbliżyć do Boga. Zbliżając nas do Boga post zbliża nas również do człowieka (zarówno siebie jak i innych), niosąc mu wolność i dając schronienie. Taki post pozwala na doświadczenie życia obecności Boga.
Post jest tworzeniem przestrzeni działania Bożego Miłosierdzia. Pościć należy tam, gdzie próbuje się odebrać człowiekowi Bożą MIŁOŚĆ (tam gdzie zabrano uczniom „pana młodego”). Post przypomina o nadziei, która płynie ze świadomości, że ostatecznym powołaniem chrześcijanina jest radość wiecznego przebywania w obecności Oblubieńca. Tam, gdzie zło, grzech, niesprawiedliwość czy lęk odbierają radość, post daje odwagę, aby zmierzyć się z tym wszystkim, co obiera człowiekowi wolność i godność dziecka Bożego.
Warto postawić sobie pytanie: Co jest prawdziwą motywacją mojego postu?
„Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci kochać twego Boga, Pana, i chodzić Jego drogami, pełniąc Jego nakazy, polecenia i przykazania; abyś żył, a twój Bóg, Pan, będzie ci błogosławił” (Pwt 30,15)
Od wczoraj wiele się zmieniło. Zmienił się kolor szat liturgicznych, zmieniły się teksty mszalne, inne są również pieśni liturgiczne i ich nastrój. Przed nami cały Wielki Post. Dobrze byłoby, gdyby zmiana dokonała się również w naszym życiu.
Pan Jezus wskazuje na krzyż jako „narzędzie zbawienia”. Dla nas, którzy spoglądamy na krzyż w świetle zmartwychwstania nie jest on już znakiem hańby, czy przekleństwem, ale znakiem zwycięstwa, do udziału w którym my także jesteśmy zaproszeni.
Chrystus nie bez znaczenia mówi dzisiaj o wzięciu swojego krzyża na co dzień. Wzięcie krzyża zaczyna się bowiem od poważnego potraktowania własnego życia. Potraktować je poważnie to pokochać Jezusa w tym, co na co dzień czynimy, pokochać go w takim życiu, jakim ono jest z jego radościami i smutkami, z tym, co widzimy jako dar ale i z tym, co w nim jest ciężarem, którego chętnie byśmy się pozbyli. Wziąć codzienny krzyż to starać się chodzić na co dzień Bożymi drogami, zachowywać Jego przykazania, dobrze wypełniać swoje obowiązki, być życzliwym dla innych i odkrywać w tym Jego błogosławieństwo.
Bóg kładzie przed mai błogosławieństwo i przekleństwo, jak przypomina dziś pierwsze czytanie. Wybór należy do nas. Krzyż jest zawsze znakiem błogosławieństwa i drogą zbawienia. Błogosławieństwem jest podążanie za wolą Pana, przekleństwem – odejście od niej. Nasza prawdziwa przemiana, choć nieraz długotrwała, może dokonać się tylko w wiernym pójściu za Chrystusem. Nam się wydaje, że wiemy, co należy w naszym życiu zmienić. Tymczasem pójść za Chrystusem oznacza, że to Jego trzeba pytać o to, co muszę zmienić.
Warto zacząć Wielki Post nie od „muszę zrobić to, czy tamto”, tylko od „chcę iść za Chrystusem, dokądkolwiek mnie poprowadzi”. A jeszcze wcześniej wpatrując się w Jezusa modlić się jednym słowem „chcę”, albo chociaż „zaradź mojej niechęci”. Bo przecież najlepsze chęci do przemiany nie mogą się zrealizować bez Jego łaski.
Bóg, który widzi w ukryciu odda tobie…
Żyjemy w czasach, w których bardzo dużo rzeczy dzieje się na pokaz. Szczególnie mocno widać to we wszechobecnym Internecie. Wpisy na Facebooku, filmy z urlopu na Youtube, osobiste blogi i strony opisujące życie, myśli i zainteresowania ich autorów. Ktoś oglądający to może odnieść wrażenie, że uczestniczy w naszym życiu.
Jednak oprócz tego, co na pokaz istnieje jeszcze to, co ukryte.
Rozmawiałem na przykład niedawno ze znajomą psycholożką, która prowadzi terapię i bloga dotyczące rozwiązywania problemów małżeńskich. I nagle pada stwierdzenie.
– Wiesz, sądzę, że moje małżeństwo powoli dobiega końca – mówi, ku mojemu zdumieniu. – Od jakiegoś czasu kompletnie nie możemy się dogadać w domu. Niestety to tylko tak wygląda z zewnątrz, że jest fajnie, że wszystko jest poukładane…
I tak często jest – za fasadą tego, co piękne, ukryte są najrozmaitsze problemy. To, co na pokaz – wygląda fajnie, to, co ukryte – mniej.
Ale bywają też zaskoczenia w drugą stronę – opowiadałem w ubiegłym tygodniu mojemu koledze jeszcze z lat szkolnych, który jest lekarzem o problemie moich znajomych, których córka przed trzema tygodniami uległa tragicznemu wypadkowi samochodowemu i jest w śpiączce. Chcą ją wypisać ze szpitala, zrozpaczeni rodzice nie wiedzą co zrobić. Na to ów kolega, który jest zresztą neurologiem posłuchał i mówi: – Dobrze. Przyjrzę się tej sytuacji. Zobaczę co się da zrobić. A przede wszystkim pomodlę się za nich.
A mnie wcześniej nawet do głowy nie przyszło, że on jest wierzącą osobą. Z różnorodnych dyskusji z nim wcale to wprost nie wynikało. Nigdy nie obnosił się ze swoją wiarą.
To, co ukryte jest często zupełnie inne niż to, co na wierzchu. I w dodatku tego, co ukryte najczęściej zupełnie nie widać. W końcu jest ukryte.
A Ojciec twój, który widzi w ukryciu…
Tymczasem Pan Bóg widzi i to, co na zewnątrz i to, co ukryte. Świadomość tego, czasem budzi lęk – bo trudno nam znieść myśl, że ktoś wie o nas WSZYSTKO. Tak dosłownie – wszystko. I to, co chcemy pokazać i to, czego nie chcemy. I to, z czego jesteśmy dumni i to, czego się wstydzimy. I nasze dobre czyny i nasze grzechy.
Przed Bogiem nie da się niczego ukryć. Ludziom możemy wmówić różne rzeczy, udawać dobre intencje, skrzętnie skrywać zazdrość, grać kogoś, kim naprawdę nie jesteśmy, ale Pana Boga nie oszukamy. Pan Bóg widzi nas takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. Nie zasłonimy się przed Nim ani większą ilością pobożnych praktyk, ani dobrymi uczynkami, bo On widzi to, co ukryte. On widzi nawet to, do czego my sami boimy się nieraz przed sobą przyznać.
Z drugiej strony – ta świadomość może też budzić nadzieję. Ludzie mogą nas niesłusznie oskarżać, wierzyć w jakieś plotki na nasz temat, przypisywać nam złe intencje, Pan Bóg – nigdy. Ludzie mogą w nas zwątpić, gdy zawiedziemy ich po raz pierwszy, drugi, trzeci. Pan Bóg nigdy w nas nie zwątpi… On zna nasze najskrytsze intencje, wie, co chcieliśmy zrobić, nawet jeśli wyszło zupełnie inaczej. Pan Bóg po prostu zna prawdę o nas. Całą. A co najważniejsze pomimo całej tej prawdy spogląda na nas z tą samą niezmienną miłością. Nie tylko na tych, którzy dobrze czynią. Co więcej – jak powie św. Paweł – tam, gdzie pojawia się grzech, tam Bóg rozlewa jeszcze więcej swojej łaski i miłości, bo wie, że bez nich mich nie mamy szans się podnieść i coś zmienić w naszym życiu.
Rozpoczyna się Wielki Post. Czas, który określamy pięknie: czasem nawrócenia. Na czym to nawrócenie ma polegać? Ktoś odpowie: Na zerwaniu z grzechami. I zapewne nie będzie to zła odpowiedź. Ale może warto spojrzeć na to głębiej. Może nawrócenie powinno polegać na tym, byśmy zobaczyli najpierw właśnie to, co w nas ukryte. Byśmy spróbowali dotrzeć do tego, co jest często przyczyną naszych grzechów, bo sam grzech może być tylko wierzchołkiem góry lodowej. Tymczasem by móc skutecznie z nim walczyć trzeba nam odwagi stanięcia w prawdzie. Bo jak powie Chrystus – „to właśnie prawda wyzwala”. Nawet jeśli to prawda bolesna i trudna, nawet jeśli się jej wstydzimy, to jednak warto się z nią zmierzyć.
Warto – bo tylko wtedy, kiedy zobaczymy to, co w nas ukryte, będziemy w stanie rzeczywiście walczyć ze złymi skłonnościami, by na dobre zerwać z grzechem a przede wszystkim będziemy mieli szansę na nowo odkryć miłość Boga, którą ofiarowuje nam w swoim przebaczeniu, bo poza miłością nic nie jest wystarczająca motywacją, żeby wytrwać w stanie łaski.
Pierwszym krokiem ku nawróceniu jest poddanie się Bożemu miłosierdziu – które nie przypadkiem jest słowem bardzo podobnym do słowa „miłość”, bo tylko w jego świetle potrafimy bez lęku uznać prawdę o sobie i chwycić dłoń Chrystusa, którą On nieustannie wyciąga ku nam – grzesznikom.
„Nikt nie może dwom panom służyć”. Innymi słowy numerem jeden może być tylko jeden (ewentualnie jedna). Choć w naszym przypadku refleksja podyktowana słowami Chrystusa ma nas raczej ukierunkować na dawanie pierwszeństwa Bogu w naszym życiu. Nie znaczy to oczywiście, że człowiek niej jest ważny, ale jak mówi znane powiedzenie: „Gdy Chrystus będzie na pierwszym miejscu wszystko inne będzie na właściwym”, stawiając Boga na pierwszym miejscu ustawimy właściwie nasze relacje do bliźnich jak i do rzeczy materialnych.
Chrystus przestrzega, że kto chce służyć Bogu, a na boku mieć bożka (pieniądze, władzę, seksualność, która dzisiaj mocno próbuje wziąć w posiadanie wiele osób), ten wcześniej czy później wpadnie w duchową schizofrenię. Bóg nie obawia się konkurencji, On nie boi się o siebie, ale o nas i jeśli przestroga Jego brzmi dzisiaj tak mocno i bezkompromisowo, to jedynie z troski o nasze zbawienie.
Doskonałe uzasadnienie takiej postawy daje nam dzisiaj św. Paweł uświadamiając nam, że uznanie pierwszeństwa Boga w naszym życiu daje nam niesamowitą wolność. Nic i nikt już nad nami nie panuje. Jeśli tylko przed Bogiem padam na kolana, jeśli tylko od niego uznaję moją zależność – wszystko inne jest względne.
Św. Ignacy Loyola sformułował to tak: „Trzeba nam stać się ludźmi wolnymi, w tym wszystkim, co podlega wolności naszej woli i naszych wyborów, tak byśmy nie pragnęli więcej zdrowia niż choroby, bogactwa więcej niż ubóstwa, zaszczytów więcej niż wzgardy, życia długiego więcej niż krótkiego…” Oto prawdziwy przepis na równowagę duchową i psychiczną. Mamy jednak świadomość, że nie łatwy do zrealizowania. Nam się często wydaje, że dobrze wiemy, co dla nas i dla naszego zbawienia jest lepsze. Ale trzeba sobie powiedzieć szczerze, że ta wiedza, to często złudzenie…
A jeśli jest tak, że ta czy inna porażka życiowa może mnie przybliżyć do Boga, a sukces przeciwnie – co wybiorę? Oczywiście człowiek woli być zdrowy, piękny i bogaty niż odwrotnie. I naturalnie te wartości same w sobie nie są złe. Ale przestają być dla nas błogosławieństwem, gdy pozwolimy na to, by troska o zdrowie, piękno czy bogactwo odbierała nam pokój i wolność lub wpływała na ważne wybory, zwłaszcza te dotyczące naszej duszy i zbawienia.
„Nie martwcie się o swoje życie”. Ale prawda jest taka, że my lubimy się martwić często na zapas. Tak, tak, niby wiemy, że trzeba ufać Bogu, ale dużo łatwiej to robić, gdy człowiek sam się trochę zabezpieczy na wypadek, gdyby, nie daj Boże, Bóg nas zawiódł, albo coś przeoczył w naszych potrzebach.
W Ewangelii stoi dosłownie: „Nie martwcie się o jutro!” A u św. Pawła: „O nic się nie troszczcie” (Flp 4,2). Nasze zbytnie troski są lustrem, w którym odbija się brak naszego zaufania Panu Bogu i instrumentem, na którym gra szatan, aby tę ufność jeszcze bardziej podkopać – mawiał św. ojciec Pio.
Wydawać się może, że symptomem współczesnych czasów jest życie w ciągłym lęku o jutro. (Bo trzeba się martwić o pracę, aby spłacić kredyt; i o zdrowie, bo na wizytę u specjalisty trzeba czekać nieraz wiele miesięcy; i o dzieci, te małe i te dorosłe, bo inaczej mogłyby dokonać niewłaściwych wyborów). Tak przywiązujemy się do naszych trosk, że uważamy je za niezbędną część naszej tożsamości.
Tymczasem Chrystus mówi: „Każdy dzień ma dosyć swoich kłopotów”. To normalne, że wiele rzeczy nas niepokoi. Ale On chce, abyśmy spoglądali na codzienne sprawy bardziej przeniknięci wiarą a ona mówi: jakkolwiek z tobą będzie, Bóg cię nie zostawi. On jest z tobą dziś, będzie i jutro. Te „zbytnie” troski, to takie, które przesłaniają nam nadzieję i wiarę.
Chrystus wiedząc o naszych troskach podpowiada nam: Żyj więc dniem dzisiejszym, nie marnuj energii na tworzenie scenariuszy przyszłości, które mogą się nigdy nie zrealizować.
Jutro będzie inne, niż często planujemy, ale bez względu na to, jakie ono będzie Bóg i tak będzie w nim obecny ze swoją miłością i troską o nas.
I tak oto, po ponad dwóch miesiącach bez dnia wolnego Pan Bóg dał mi doczekać upragnionego czasu tygodniowej przerwy, którą spędzam w okolicach Zakopanego. Postanowiłem nie wybierać się nigdzie daleko, bo i czasu za mało i uznałem, że zamiana jednego – stołecznego smogu na podobny, bo zakopiański a nade wszystko swojski, bo polski nie pozwoli doznać mojemu organizmowi zbyt wielkiego szoku.
W wysokie góry też nijak nie udało się wybrać, bo pogoda nie taka i zagrożenie lawinowe duże, poza wejściem na Giewont (o tej porze roku wyjątkowo pusty) uznałem, że bezpieczniej zarówno dla ciała jak i dla ducha będzie spędzić te dni na dole, wyruszając szlakiem starych kościołów Podhala. Bardzo polecam, choć na obejście (objechanie) ich wszystkich potrzeba dużo więcej czasu niż ja miałem. To między innymi piękny szlak drewnianych zabytków jedynej w swoim rodzaju architektury, która przy swoim wymiarze praktycznym jest świadectwem wiary tutejszych mieszkańców.

Wędrując tak pewnego dnia do małej kaplicy w Dolinie Chochołowskiej zawitałem po dwudziestu z górą latach do Witowa, gdzie w czasach kleryckich bywałem raz lub dwa razy w roku, bo miało tutaj swoją metę duszpasterstwo akademickie z kościoła św. Anny, jeszcze za czasów nieodżałowanego „Wujasa” (dla niewtajemniczonych ks. Zygmunta Malackiego). Ponieważ wyprawa, zwłaszcza, przez topniejący śnieg w Dolinie Chochołowskiej była męcząca, bo co chwila buty zapadały mi się w mokrym śniegu po kostki postanowiłem umilić sobie czas wstępując do nowo otwartych (lipiec 2016 r) term na pograniczu Witowa i Chochołowa. Zwłaszcza, że znajomi reklamowali, że siedząc w basenach cieplutkich termalnych (ciągnących swą wodę z głębokości blisko kilometra) można podziwiać (jak ma się szczęście) piękną panoramę Tatr Wysokich i częściowo Tatr Zachodnich.
Zachęcony reklamą stanąłem na jednym z tarasów rzeczonych term, spojrzałem i… kicha. Nic poza chmurami, choć wydawać się mogło, że pogoda nie najgorsza, bo jeszcze w Dolinie Chochołowskiej widziałem góry. Ale cóż, jak się ma pecha to trudno. Przynajmniej posiedzę sobie – myślę – w cieplej, zdrowej wodzie. I wówczas do mnie dotarło, że szukając gór patrzyłem…
w niewłaściwym kierunku. Kiedy bowiem obróciłem do tyłu moim oczom ukazał się upojny widok ośnieżonych tatrzańskich szczytów. Zacząłem się śmiać z samego siebie.

Przypomniała mi się wówczas historia Mertona, z jego ostatniej podróży na Wschód. Na krótko przed śmiercią zatrzymał się na Sri Lance (w ramach wyjazdu na konferencję nad przyszłością ruchu monastycznego w świecie, która miała odbyć się w Bangkoku). Jak twierdzi zgodnie wielu z jego biografów był to przełomowy punkt na drodze jego duchowych poszukiwań. Jedni określają to mianem iluminacji, inni oświecenia, jeszcze inni głębszego duchowego wglądu. Doświadczenie to miało miejsce w Polonnaruwa, w sanktuarium, gdzie znajdują się słynne posągi Buddy. Przeżycie to sam Merton oddał w głośnym Dzienniku azjatyckim słowami, które zawsze powodują moje głębokie wzruszenie: „Gdy tak patrzyłem na te posągi, zostałem nagle, niemal przemocą, odarty ze zwykłego, na wpół ograniczonego sposobu widzenia rzeczy i jakaś wewnętrzna klarowność, przejrzystość, eksplodująca jakby z wnętrza samych skał, stała się widoczna i oczywista.(…). Nie pamiętam żebym kiedykolwiek w życiu miał tak silne poczucie piękna i mocy duchowej, połączonych ze sobą w estetycznej iluminacji. Jest oczywiste, że dzięki Mahabalipuranam i Polonnaruwie moja azjatycka pielgrzymka znalazła wyjaśnienie i oczyszczenie. To znaczy, wiem i zobaczyłem to, czego w niejasny sposób szukałem. Nie wiem co jeszcze pozostaje, ale zobaczyłem i przebiłem się przez powierzchnię i dotarłem w głąb, poza cień i przebranie. To jest Azja w całej swojej czystości, nie zagrzebana pod śmieciami, ani azjatyckimi, ani europejskimi, ani amerykańskimi, jest oczywista, czysta, kompletna. Mówi wszystko, nie brak jej niczego.” Jak komentują to biografowie Mertona, a zwłaszcza zaprzyjaźniony z nim cysters Basil Pennington, zdaje się, iż właśnie w Azji Merton uzyskał pełnię zrozumienia tradycji łączącej dwie kultury i spuścizny mistyczne: apofatyzm chrześcijański (wyrażający niemożność poznania i niewyrażalność samego Boga) i pojęcie pustki w buddyjskiej myśli religijno-filozoficznej. To właśnie do Penningtona, jako do ostatniego Merton przysłał kartkę z pozdrowieniami, którą otrzymał na kilka godzin przed wiadomością o jego nagłej śmierci. Merton zakończył ją słowami: „…i jeszcze więcej mnie czeka”.
Niektórzy przypuszczali, że Merton miał przeczucie zbliżającej się śmierci. Lektura jego dzienników jednak przeczy temu. Był pełen planów. Niemniej wizyta w Polonnaruwa była pewnym spełnieniem. Doświadczenia tego typu zawsze są takie. Pochłaniają nas bez reszty. Jednakże w tym samym momencie stwarzają w nas jeszcze więcej możliwości. „Ten, kto spożywa ten chleb, będzie go jeszcze pragnął” – powie Jezus. Każdy, kto żył życiem chrześcijańskim naprawdę, wie, że zawsze jest jeszcze coś więcej i oczekuje tego. To właśnie dlatego życie kontemplacyjne nigdy nie jest nudne, lecz zawsze przeżywane w pełni, ma posmak wspaniałej przygody: przed nami zawsze jest coś więcej, coś, co mamy otrzymać!
Za każdym razem, kiedy przypominam sobie tę historię Mertona, modlę się o to, o co on się często modlił: bym został „wyrwany z mojej wizji świata, w którą z przyzwyczajenia jestem uwikłany, i bym znalazł wewnętrzną jasność, w której „wszystkie problemy znajdują rozwiązanie i wszystko staje się wyraźne”. Nie mam wątpliwości, że doświadczenie z Pollonaruwa Mertona była to wtedy chwilą wysłuchania jego modlitwy, chwila spełnienia: „Ujrzałem to, czego po omacku szukałem. Nie wiem, co jeszcze pozostało nie poznane…” Już chociażby tylko dla tego faktu jego podróż nie była stracona. Ciekawym jest to, że doświadczenie to miało miejsce u końca jego życia i trwającej całe życie poszukiwaniu prawdziwej wolności, gdyż nie ma wątpliwości, że właśnie wtedy ją odnalazł. To niezwykłe, pełne pokoju i piękna miejsce rozdarły jego serce artysty i przeniosły go poza granicę rzeczywistości. Niektórzy określają to mianem przekleństwa Mertona, że doświadczenie to stało się jego udziałem w sanktuarium buddyjskim a nie chrześcijańskim. Nie wiem czy naprawdę dla Pana Boga miało to jakiekolwiek znaczenie. Wszak wszystko jest miejscem Boga…
Nieco wcześniej, w dniu kiedy Merton miał opuścić wspólnotę, by na stałe zamieszkać w pustelni, ojciec Ludwik wyjawił wobec wspólnoty coś ze swego własnego doświadczenia transcendencji, co robił rzadko, chociaż opublikował wiele dzienników. Powiedział: „Wiem z doświadczeń, które miałem do tej pory, że czasami naprawdę można dostrzec, że rzeczy są przezroczyste. Już dłużej nie zaciemniają niczego, nie skrywają Boga. To prawda… Żyjemy w świecie całkowicie przezroczystym; Bóg prześwieca przez wszystko cały czas. To nie zmyślona bajka. To najprawdziwsza prawda”.
Tamtego dnia w Polonnaruwa to, co trzy lata wcześniej było „czasami możliwe” przekształciło się dla Mertona w żywą rzeczywistość: „Co jeszcze pozostaje do zrobienia?” Nic! Poszukiwanie prawdziwej wolności, wolności w prawdzie dobiegło końca.
Warto wsłuchać się jeszcze raz słowa wypowiedziane przez Pana do Izajasza: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje — nad waszymi drogami i myśli moje — nad myślami waszymi” (Iz 55, 8-9).
Jak pisałem już kiedyś w tym miejscu korci nas czasem, zwłaszcza nas, osoby którym Merton jest bliski by spytać: Dlaczego w Polonnaruwa? Dlaczego w sanktuarium Buddy lub dlaczego przez porażenie prądem w Centrum Konferencyjnym Czerwonego Krzyża w Bangkoku?
Merton miał zawsze jedno marzenie. Chciał w czasie swojej wędrówki wypalić się. Jego wędrówka dobiegła końca. Myślę, że tak naprawdę dobiegła końca nie w pokoju hotelowym w Bangkoku, ale właśnie tam w Pollonaruwa. A jego życie jest przykładem tego, że jak to kiedyś napisałem Bóg zawsze daje nam to czego chcemy. Ale to, czego chcemy naprawdę, nie to, o czym mówimy, że chcemy; Bóg patrzy na serce, nie na wargi. Najczęściej jednak nie daje nam tego w taki sposób, w jaki chcielibyśmy.
I tutaj czas na konkluzję mojej opowieści. Podczas gdy Merton ruszył przed siebie, wchodząc do sanktuarium Buddy, by zagłębić się w doświadczenie „przenikające każde pytanie, nie podające w wątpliwość nikogo ani niczego ani nie obalające czegokolwiek, by przedstawić swoje argumenty”, towarzyszący mu w podróży tamtejszy wikariusz generalny, siedział pod drzewem przed wejściem do sanktuarium, czytając wszystko, co napisano w przewodniku o tymże sanktuarium. Wikariusz ten tak bardzo przypomina wielu z nas. Mimo potężnego działania Ducha Świętego i zaproszenia, które On do nas nieustannie kieruje by z odwagą wypłynąć na głębię, lubimy się trzymać utartych ścieżek, lub wczytywać się w mądrość różnych „przewodników” duchowych, nigdy nie wychodząc poza teorię, tak bardzo bezpieczna dla umysłu doktrynerów, do której jako ludzie Zachodu jesteśmy przyzwyczajeni. Ale jak to mówi stare porzekadło: „Źle zrozumiana doktryna, podobnie jak źle przeżywany urząd zabijają ducha”. Dla wielu wyjście poza nią mogą wydawać się przerażające. Wyprowadzają nas one bowiem poza bezpieczny obszar naszych dobrze uzasadnionych definicji i odpowiedzi, zakrywających prawdziwą, intrygującą i stanowiącą dla nas wyzwanie Tajemnicę, w intymny sposób obecnego, niemożliwego do opisania Boga. Jak napisał w biografii poświęconej Mertonowi Basil Pennington, to co nie pozwoliło przeżyć podobnego doświadczenia, jakie było udziałem Merona obecnemu tam wikariuszowi generalnemu, to jego uprzedzenia pod adresem „pogaństwa”, jakie jego zdaniem reprezentował buddyzm. Po prostu – jaki pisze Pennington – patrzył on w niewłaściwym kierunku…