Słyszeliście przecież o udzieleniu przez Boga łaski danej mi dla was, że mianowicie przez objawienie oznajmiona mi została ta tajemnica. Dlatego czytając te słowa możecie się przekonać o moim zrozumieniu tajemnicy Chrystusa. Nie była ona oznajmiona synom ludzkim w poprzednich pokoleniach, tak jak teraz została objawiona przez Ducha świętym Jego apostołom i prorokom, to znaczy, że poganie już są współdziedzicami i współczłonkami Ciała, i współuczestnikami obietnicy w Chrystusie Jezusie przez Ewangelię. (Ef 3,2-12)
Ojciec Święty Franciszek w jednej ze swoich katechez środowych powiedział, że „dla współczesnego chrześcijanina żyjącego w ciągłym pośpiechu i hiperaktywności jedną z bardziej istotnych konieczności wydaje przywrócenie wagi duchowemu wymiarowi naszego życia”. Dla mnie w tej sugestii papieża brzmi echo słów znanego niemieckiego teologa Karla Rahnera, który zwykł mawiać, że „chrześcijanin XXI wieku albo będzie kontemplatykiem, albo go w ogóle nie będzie”.
Przywrócenie wagi duchowemu wymiarowi naszego życia nie oznacza jednak – jak wielu próbuje dzisiaj sugerować – odrzucenia zwykłych spraw i zadań naszego życia, w realizacji których spełnia się nasze indywidualne powołanie. Wręcz przeciwnie, przywrócenie duchowego wymiaru naszego życia nie może dokonać się przez ucieczkę od tu i teraz, ale przez przemianę naszego spojrzenia na nasze życie, na zadania, jakie mamy do wykonania. Tego spojrzenia uczy nas słowo Boże, które pragnie ukazać nam nasze życie, jako tajemnicę spotkania z Bogiem. To ono prowadzi nas do zrozumienia głębi sensu naszego życia. To ono pozwala nam dostrzec nasze codzienne życie i zadania, jako część duchowej podróży. Jest to podróż, która realizuje się dwutorowo: z jednej strony na zewnątrz poprzez wypełnianie przypisanych nam zadań z drugiej zaś jest to również podróż ku wnętrzu, tajemnicy.
O tym pisze dzisiaj święty Paweł w Liście do Efezjan, sugerując, że zadaniem chrześcijanina jest zrozumienie tajemnicy Chrystusa, bo tylko przez jej pryzmat jesteśmy w stanie właściwie zrozumieć sens naszego życia i jego zadań. Św. Jan od Krzyża przypomina, że: „Tym, który prowadzi nas do tajemnicy Chrystusa nie jest intelekt, lecz Duch Święty działający w nas. By jednak zrozumieć tę tajemnicę musimy się uczyć zachowywać milczenie, bo ono pozwala nam podążać duchową ścieżką”. Zaś św. Teresa z Avila doda: „Nie należy szukać innej drogi niż tą, którą jest Chrystus, nawet jeśli ktoś osiągnął szczyty kontemplacji. Tą drogą idzie się pewnie i bezpiecznie. Popatrzmy na sławnego apostoła Pawła, który na ustach zawsze zdawał się mieć imię Jezusa, bo miał je również wyryte i odciśnięte na sercu”. (De libro vitae, cap. 22, 6-7)
Myślę, że to ważna wskazówka dla praktykujących medytację określaną mianem modlitwy serca. Jak zgodnie potwierdzają to zarówno św. Bernard z Clairvaux i św. Jan od Krzyża: Skupienie się na recytacji jednego słowa lub wersetu z Ewangelii przygotowuje w sercu przestrzeń potrzebną do wypełnienia go łaską. Poprzez to słowo, które dla nas jest darem obecności Boga i Jego łaski powoli prowadzi nas ono w większą ciszę i skupienie będące wstępem do modlitwy kontemplacyjnej. Święty Jan od Krzyża uświadamia nam także, że nie potrzebujemy stwarzać ciszy. Cisza jest wewnątrz nas. Musimy tylko w nią wejść. Musimy umieć zamilknąć, wyciszyć się, aby stać się ciszą.
Celem naszej medytacji, posługującej się prostym wezwaniem powtarzanym w rytmie oddechu jest wyciszenie się w takim stopniu, by mogła pojawić się w nas wewnętrzna cisza, gdyż ona jest mową Ducha Świętego, o czym też przypomina także św. Paweł w Liście do Efezjan. Słowo, którym posługujemy się w medytacji ma wielką moc, gdyż jest słowem Bożym. Podążając za nim w duchu wiary i pokory możemy wniknąć w tę cichą obecność Ducha Świętego, który zamieszkuje w naszych sercach, po to, abyśmy – jak pisze św. Paweł – mogli zostać napełnieni całą pełnią Jego łaski. [por. Ef 3,19]
To właśnie ona jest tą, która przemienia i uświęca nasze życie, począwszy od naszego serca aż po zwykłe zadania, jakie na co dzień wykonujemy i pozwala nam odkrywać tajemnicę Chrystusa obecną w naszym życiu na mocy chrztu i naszej wiary.
I tak oto minął kolejny weekend, w którym wiele się działo i to nieoczekiwanego. Zostałem poproszony o poprowadzenie rekolekcji (choć to bardziej skupienie niż rekolekcje) dla sióstr. Kolejna odsłona stałej współpracy z siostrami Służebniczkami. Ciągle mnie zadziwia, że ciągle zapraszają mnie do towarzyszenia, choć w około tylu lepszych i bardziej doświadczonych kapłanów w dziedzinie formacji zakonnej. Używając stwierdzenie ojca Maksymiliana: „Dzielę się tym, co sam otrzymałem” i ciągle otrzymuję, bo każde skupienie, które mam poprowadzić to nie tylko wyzwanie dla mnie, ale też doświadczenie z którego czerpię pełnymi garściami. To zawsze powód do wdzięczności a tym razem tej wdzięczności wymagają dodatkowe dary, jakie stały się moim udziałem w czasie tych rekolekcji
Pierwszym z nich jest to, że udało się zorganizować wyjazdowe skupienie, dzięki czemu niektóre z sióstr miały bliżej, bo zjeżdżają się z różnych stron. Dzięki temu również rzeczone rekolekcje stały się dla mnie okazją do tegorocznego pożegnania z Mazurami. I choć zaangażowanie w rekolekcje było duże, to pogoda pozwoliła nawet raz przepłynąć się żagielkiem nie dały mi szansy ani przez chwilę pożeglować o okazji do długich spacerów w mieniących się wszystkimi kolorami jesieni mazurskich lasach. Szansę radowania się pięknem natury ułatwiał rzadko spotykany jak na Mazury brak turystów.
Inną okolicznością, za którą muszę podziękować Bogu, to fakt, że skupienie było na wskroś ekumeniczne, bo choć brały w nim udział jedynie siostry zakonne z kościoła rzymsko-katolickiego, to udało nam się skorzystać po bardzo okazyjnej cenie z ośrodka naszych braci ewangelików.
I wreszcie wielkie dziękczynienie za szansę wzięcie udziału w ingresie Jego Ekscelencji Arcybiskupa Józefa Górzyńskiego. Skoro dane było mi prowadzić skupienie jedynie osiemdziesiąt kilometrów od Olsztyna, to trudno było nie ulec pokusie wyprawy do stolicy Warmii, aby cieszyć się wraz z duchowieństwem i wiernymi archidiecezji warmińskiej z nowego biskupa, zwłaszcza, że tego biskupa dostali w prezencie od… Warszawy.

Radość z uczestnictwa w uroczystości objęcia diecezji przez arcybiskupa Józefa Górzyńskiego była podwójna. Pierwsza dotyczyła jak wspomniałem udziału w radości nowych diecezjan z Warmii; druga samej osoby nowego arcybiskupa, gdyż moje losy Pan Bóg połączył w jakimś sensie z jego posługą najpierw, gdy przez trzy lata był prefektem w seminarium, gdy jeszcze studiowałem, następnie jako jednego z wykładowców, gdy sam byłem prefektem alumnów lub prowadziłem zajęcia w Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie i wreszcie jako mojego bezpośredniego przełożonego w Kurii, gdzie pełnił przez jakiś czas funkcję moderatora wydziałów duszpasterskich, pod którą podlegała również moja praca poświęcona dialogowi ekumenicznemu i międzyreligijnemu. Za te lata wzajemnych spotkań i świadectwa kapłańskiego i biskupiego życia noszę w sercu wielką wdzięczność wobec Księdza Arcybiskupa. Ciesząc się zatem jego radością pragnę życzyć wielu łask Bożych i darów Ducha Świętego w pasterskiej posłudze ziemi Warmińskiej i szczególnej opieki Matki Bożej z Getrzwałdu.
Ufam, że w Olsztynie będzie mu się podobało, choć miał już okazję przywyknąć do tego miasta przez ostatnie blisko dwa lata pełniąc funkcję koadiutora tej diecezji (czyli następcy biskupa, który obecnie kieruje diecezją). Jak to sam arcybiskup Górzyński pięknie zauważył podczas homilii wygłoszonej na ingresie święta Warmia doświadcza szczególnie prawdziwości słów Apokalipsy w osobach trzech biskupów, bo w Olsztynie przez ostatnie dwa lata mieszkali „Ten, który był, ten który jest i ten, który nadchodzi” – co odpowiednio odnosi się do żyjącego jeszcze przedostatniego biskupa diecezji, drugiego rządzącego nią jeszcze do wczoraj tj. abp Zięby i tego, który nadchodził i od wczoraj został jej nowym pasterzem czyli abpa Górzyńskiego.

Sam Olsztyn to ładne miasto, w którym nie brakuje zabytków, z ładną starówką i jak zaznaczają jego mieszkańcy jedenastoma jeziorami, które leżą w jego granicach. Niestety daje się to we znaki w sezonie jesienno–zimowym, bo aura raczej przypomina tę pochmurną z Wielkiej Brytanii lub Skandynawii z wszechobecną wilgocią, która potęguje odczucie chłodu. Niestety Olsztyna nie ominęły kiczowate budowle okresu komunistycznego, oszpecające to miasto na lata. Lecz sama Warmia to ziemia szczególnego ducha i wielu szczególnych miejsc kultu (Gietrzwałd, Święta Lipka), która jako jedyna zasłużyła sobie na określenie świętej Warmii. Skąd ten tytuł? Tak nazwał tę krainę św. Jan Paweł II podczas swojej pielgrzymki do ojczyzny. Aby znaleźć potwierdzenie tej tezy, nie wystarczy zachwyt pięknem przyrody. Trzeba wybrać się w głąb historii, która jest dumą tego regionu będącego zawsze katolicką enklawą otoczoną protestantyzmem. Ciekawostką jest to, że Baranek Paschalny, jakiego w swoim biskupim pastorale mają zawsze arcybiskupi warmińscy był przez wieki herbem tego regionu. Warto również nadmienić, że z Warmią związana jest postać Mikołaja Kopernika, którego pochowano w warmińskiej katedrze, jak również ważnych biskupów Hozjusza, Kromera czy Ignacego Krasickiego – będący ostatnim przedrozbiorowym biskupem Warmii. Mieszkańcy Warmii to ludzie o utrwalonej tradycji katolickiej, obecnej w codziennym życiu, zwłaszcza żywa jest tam tradycja czci dla Maryi będąca wraz z niezliczoną ilością kapliczek poświęconych Matce Bożej jedną z wizytówek Warmii. Oczywiście szczególne miejsce w sercach mieszkańców Warmii zajmuje Gietrzwałd, gdzie w 1877 miały miejsce objawienia maryjne. Maryja podobnie jak w Fatimie objawiła się tutaj dzieciom. Warto nadmienić, że jest to jedyne w Polsce miejsce objawień maryjnych uznanych oficjalnie przez Kościół.
Tyle dygresji na temat minionych trzech dni – pełnych niezapomnianych wrażeń. Pozwolę na koniec odnieść się do słów Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii, bo nie mógłbym przeoczyć w kontekście praktykowanej przez nas medytacji zachęty Pana Jezusa, który przypomina swoim uczniom, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać. [por. Łk 18, 1]
Nie mam wątpliwości, że modlitwa jest pewnym obrazem naszej wiary. Trawestując znane porzekadło można by powiedzieć: „Pokaż mi, jak się modlisz, a powiem ci, jak wierzysz”. Aby nie ustać w wierze, konieczna jest modlitwa, gdyż w dużej mierze to ona obrazuje nasz stosunek do Boga, ona jest papierkiem lakmusowym wiary, ale też śmiem twierdzić, że ukazuje nasz stosunek do drugiego człowieka. To święta Matka Teresa z Kalkuty zwykła mawiać, że „zanim zaczniemy na kogoś narzekać lub kogoś krytykować, warto by się najpierw zacząć za niego modlić”. Myślę, że zbyt rzadko korzystamy z tej rady, dlatego świat i nasze relacje wyglądają tak jak wyglądają.
Niemniej ważne, aby z tego tekstu Ewangelii nie umknęła nam jej puenta. Chrystus pyta czy retorycznie, nie wiem: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” Dla mnie osobiście w tym pytaniu czuje się drżenie serca Boga, który bardzo niepokoi się o nas, byśmy Mu nie zginęli. A jednym ze znaków, tego, że człowiek gubi się Bogu jest to, że czas przeznaczony na modlitwę zaczyna on skracać lub zamieniać na inne rzeczy. To także pewien znak dla nas o ile zdołamy go w odpowiednim czasie wychwycić. Wiele osób skarży się dzisiaj, że brakuje im czasu na modlitwę. Tymczasem problem nie leży w braku czasu, lecz w tym, że niewłaściwie z niego korzystamy. Abstrahując już od kilku chwil, które warto poświęcić na spotkanie z Bogiem rano i wieczorem Pan Bóg daje nam wiele okazji, aby o Nim pomyśleć. Zobaczmy ile czasu spędzamy w środkach lokomocji jadąc do pracy i z pracy, czy ile czasu stoimy w korkach, w kolejkach etc. Gdyby tylko ten czas zamiast myśleć o głupotach czy denerwować się poświęcić na modlitwę, może łatwiej byłoby ze wszystkiego, co czynimy zrobić dar dla Boga. Podobało mi się stwierdzenie jednego ze współpracowników papieża Jana Pawła II. Kardynał Sarah, bo o nim mowa dał świadectwo, że Jan Paweł II czas pomiędzy różnymi obowiązkami wypełniał modlitwą. Nigdy nie rozstawał się z różańcem i kiedy tylko zakończył jedno spotkanie i udawał się do innych obowiązków zaraz wyciągał różaniec, aby wypełnić nim czas pomiędzy kolejnymi zadaniami, które miał do wykonania. W ten sposób – jak wspomina kardynał Sarah – te odmawiane w przerwach między obowiązkami różańce były niczym łańcuszek splatający całe jego życie w jeden wielki różaniec, który ofiarował Bogu i ludziom przez pośrednictwo Maryi, której zawierzył się do końca. Niech to wspomnienie będzie uczczeniem 38 rocznicy jego wyboru na stolicę piotrową, którą dzisiaj przeżywamy a dla nas zachętą do nieustannej modlitwy.
Jeśli pozwolicie się prowadzić duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa. Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim cnotom nie ma Prawa. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy. (Ga 5,18.22-25)
Z tekstem św. Pawła z Listu do Galatów dobrze współgra to, co w jednej ze swoich katechez powiedział ojciec święty Franciszek: „że wśród wielu cech charakteryzujących współczesnego człowieka jest pośpiech, niepokój i smutek. To cechy, które nie będą nigdy do pogodzenia z duchem Bożym. Wszędzie bowiem, gdzie jest Boży duch tam jest harmonia, pokój i radość, których Bóg pragnie nam udzielić”.
Napór wrażeń, jakie serwuje nam współczesny świat jest tak wielki, że mamy czasem wrażenie, że się dusimy. Podobnie jak ciało nie może obyć się bez tlenu tak dusza nie może żyć bez otwarcia na oddziaływanie Bożego Ducha. Dzisiaj trzeba nam silnej woli i silnego antidotum, aby nie poddać się dyktaturze myślenia świata i pana tego świata. Tym antidotum jest modlitwa. Bardziej niż kiedykolwiek potrzebny nam jest czas, aby móc powrócić do siebie, aby stworzyć własną wewnętrzną przestrzeń i otworzyć się na Boga i jego łaskę, po to, aby następnie umieć także otworzyć się na ludzi i na to, co w życiu najważniejsze.
Nie dalej jak wczoraj szukając mojej ulubionej piosenki w wykonaniu Marcina na youtube znalazłem też zamieszczony tam koncert, który odbył się w katedrze warszawko-praskiej z okazji kanonizacji Jana Pawła II. Uderzyły mnie mocno słowa papieża przywołane na początku koncertu a zaczerpnięte z inauguracji pontyfikatu Jana Pawła II. Papież mówił, że przestrzenią właściwą modlitwie jest cisza, wszystko, co czasem próbujemy wyrazić słowami jest blade w stosunku do tego, co czujemy i co nosimy w sercach. Dlatego czasem warto oszczędzić słów, aby dać miejsce wielkiemu milczeniu przed Bogiem, które jest sama modlitwą.
Czy nie jest to doświadczenie, pod którym mógłby się podpisać każda i każdy z nas? Czy nie czujemy, że czasami słowa ani nie są w stanie oddać do końca tego, co czujemy albo wydają się nieadekwatne lub niepotrzebne.
Ale najpiękniejsze jest to, że w relacji z Bogiem nie potrzeba słów. „Właściwie – jak przypomni św. Jan od Krzyża – wszystko, co między Bogiem a ludźmi miało być wypowiedziane, zostało już wypowiedziane. Wszystko to zamyka się w jednym słowie: JEZUS – i jak doda – to jedno właśnie to Słowo Bóg wypowiedział na początku i nieustannie wypowiada w wiecznej ciszy.”
Nie mam zatem wątpliwości, że przez modlitwę Jezusową włączamy się w ten odwieczny dialog Boga ze stworzeniem, który dokonuje się przez pośrednictwo Jego Syna. W modlitwie Jezusowej jesteśmy bowiem zaproszeni, aby naśladując Boga wypowiadać to jedno Imię, w którym jest wszystko: w którym zawiera się nasze życie, nasze zbawienie, nasza mądrość i nasza miłość. Imię, które jest jedyną odpowiedzią na największe tęsknoty ludzkiego serca i wreszcie Imię, w którym nasze serca – jak powie św. Augustyn – znajdują spoczynek i uwolnienie od pośpiechu, niepokoju i smutku.
Gdy wchodzimy w ciszę tej modlitwy przestajemy gonić za tym, co proponuje nam świat, za pragnieniami, objawieniami, czy nadprzyrodzonymi znakami. Uczymy się być pokorni, cierpliwi i pełni zawierzenia, że gdy uda nam się opróżnić nasze serca ze wszystkiego, co nie jest Bogiem, wówczas zostaną one wypełnione Jego łaską i miłością. I czujemy podświadomie, że to nam wystarczy… „A ponieważ Boża miłość i łaska są darem absolutnym – napisze ojciec John Main OSB – dlatego i nasze zaangażowanie w tę modlitwę powinno także być absolutne”.
Wejdźmy zatem w tę ciszę, która – jak mówi św. Jan Paweł II – jest modlitwą, uczmy się trwać w bezruchu. Aby spotkać Boga nie musimy bowiem nigdzie biegać, właściwie nie musimy nawet wiele robić. Ważne jest, aby być. Bo miejsce, gdzie jesteśmy teraz jest miejscem Jego obecności, miejscem działania Jego łaski. Trzeba się tylko na nią otworzyć…
Można po ludzku powiedzieć, że przepisy Starego Testamentu traktowały trędowatych bardzo brutalnie. W Księdze Kapłańskiej czytamy: „Trędowaty, który podlega tej chorobie, będzie miał rozerwane szaty, włosy w nieładzie, brodę zasłoniętą i będzie wołać: Nieczysty, nieczysty! (…) Jego mieszkanie będzie poza obozem” (Kpł 13,45-46). Taka postawa zrodziła się z lęku, jaki towarzyszył tej zakaźnej i prawie nieuleczalnej wówczas chorobie. Jeśli choroba ustępowała trzeba było decyzji kapłanów świątynnych, aby chory mógł powrócić do wspólnoty. Nikt inny nie mógł o tym decydować. Można powiedzieć, że trędowaci z dzisiejszej Ewangelii tworzą jakiś rodzaj wspólnoty losu. To, co ich jednoczy to przede wszystkim wielkie cierpienie fizyczne, które towarzyszyło tej chorobie a ponadto wykluczenie społeczne niepozwalające im na żadne relacje ze zdrowymi osobami. I to właśnie z tej ich po ludzku głęboko tragicznej sytuacji rodzi się okrzyk wołania skierowany do Jezusa: „ulituj się nad nami”. Choroba separuje ich od świata zdrowych, ale wierzą, że nie separuje ich od Bożego miłosierdzia. Poza tym wierzą, że wspólne wołanie o to miłosierdzie ma większą moc. Wszak sam Chrystus potwierdzi, „gdy dwaj albo trzej zgodnie o coś prosić będą, wszystkiego użyczy im Ojciec Niebieski.” [Mt 18,19]
W odpowiedzi słyszą: »Idźcie, pokażcie się kapłanom!«”. Jezus postępuje zgodnie z prawem Mojżeszowym. Cud dokonuje się w tym przypadku bez żadnego znaku, gestu, dotyku. Jest tylko słowo Jezusa wskazujące drogę postępowania. Co więcej, z ust Jezusa nie pada nawet wyraźna obietnica uzdrowienia. Tymczasem Ewangelista odnotowuje: „Gdy szli, zostali oczyszczeni”. Aby wydarzył się cud, potrzebna jest moc Boga, ale też ludzka odpowiedź – zawierzenie, pójście we wskazanym przez Boga kierunku. Także wtedy, gdy ta droga wydaje się do bólu zwyczajna. Tego doświadczyli trędowaci – okazali zaufanie słowu Jezusa i nie zostali zawiedzeni w swojej ufności.
Ewangelia jednak dodaje, że tylko jeden z dziesięciu wrócił, aby okazać wdzięczność. Wcześniej wszystkich dziesięciu stanowiło wspólnotę cierpienia i błagania. Gdy jednak przyszło podziękować za cud uzdrowienia, z towarzyszy losu został tylko jeden i co więcej Ewangelista Łukasz odnotowuje, że był to Samarytanin; czyli ktoś, kto w przekonaniu Żydów był dalej od Boga niż pozostali. To daje do myślenia. Czasem bardziej wdzięczni okazują się ci, po których nikt by się tego nie spodziewał. Ci, którzy są dalej od Boga, gdy doświadczą Jego łaski, bywają bardziej zaskoczeni, uradowani, wdzięczni.
„Gdzie jest dziewięciu?” – to pytanie Jezusa powinno niepokoić. Czy nie jest tak, że za rzadko dziękuję Bogu, za łaski, jakich mi udziela? Św. Matka Teresa z Kalkuty zwykła mawiać, że postawa wdzięczności wobec Boga wyostrza nasze widzenie i łatwiej dostrzegamy Jego dary i oznaki Jego działania i miłości w naszym życiu a w konsekwencji stajemy się mniej niewdzięczni i narzekający. Myślę, że to wielki temat do przemyślenia dla nas, Polaków, którzy ogólnie lubimy narzekać..
Samarytanin szybko przekonał się, że warto było wrócić i podziękować, bo tylko on usłyszał pochwałę Jezusa i zaproszenie do dalszej drogi. Dzisiaj także jest wiele osób, które doznają mocy Chrystusa, oczyszczenia z trądu grzechów, uzdrowienia, wysłuchania próśb w ważnych dla nich sprawach. Ilu z nas po takich doświadczeniach zatrzymuje się na chwilę lub wraca, by podziękować Bogu? Jeden na dziesięciu? Wdzięczność to nie tylko kwestia kultury, ale nade wszystko miłości i potwierdzenie, że Bóg jest dla mnie kimś więcej niż Tym, który spełnia moje zachcianki i pragnienia. To potwierdzenie, że jest dla mnie Tym, któremu gotów jestem zawierzyć całe moje życie ze świadomością, że On się o mnie troszczy i że wiara w Niego nadaje głęboki sens mojemu życiu, zarówno w chwilach radosnych jak i w chwilach, które są dla mnie próbami wary.
A żeby nie być gołosłownym pragnę raz jeszcze podziękować tym wszystkim, którzy przyczynili się swoją pracą, wspaniałymi pomysłami, doskonałymi kulinariami a nade wszystko modlitwą i obecnością do uświetnienia wczorajszych obchodów dziesięciolecia naszej wspólnoty medytacyjnej. Dziękuję zarówno tym, którzy towarzyszą naszej grupie systematyczną obecnością na spotkaniach jak i tym których już dawno nie widziałem. Dziękuję także tym, którzy, choć nie mogli być obecni ciałem łączyli się z nami duchem. Noszę Was wszystkich w moim sercu, każdego dnia zawierzając Bogu w mojej modlitwie a zwłaszcza, gdy staję przy ołtarzu Pańskim. Niech Maryja, Matka Boża Jerozolimska wyprasza Wam wszelkie potrzebne łaski.
Aż trudno uwierzyć, że minęło już 10 lat. A wszystko zaczęło się tak niepozornie…
Z perspektywy wiary nie mam wątpliwości, że Źródłem i Sprawcą dobra, które potrafimy uczynić jest sam Bóg. I w wypadku powstania wspólnoty medytacyjnej gromadzącej się obecnie przy kościele Matki Bożej Jerozolimskiej w Warszawie również nie mam wątpliwości, że tak było. Nie mówię o tym tylko dlatego, że mam świadomość, że żadna wspólnota bez Bożej pomocy i łaski nie przetrwałaby dekady, ale też dlatego, że w ciągu dziesięciu lat widziałem konkretne znaki Bożego działania i Jego opieki, zarówno doświadczeniu pojedynczych osób tworzących tę wspólnotę jak i całej grupy..
A zatem X-ta rocznica, to nade wszystko okazja do tego, aby podziękować, za tę wspólnotę. Przede wszystkim Panu Bogu, bo bez Niego „nic być się nie stało, co się stało”. Później tym wszystkim, którzy byli zdeterminowani, żeby o powstanie tej grupy zabiegać, gdyż z całą pewnością jej powstanie zrodziło się z potrzeby serca kilku osób pragnących medytować razem i we wspólnej praktyce medytacji szukać umocnienia i oparcia dla swojego osobistego doświadczenia i praktyki medytacji. W tym podziękowaniu nie mogę nie wspomnieć nieżyjącego już ojca Jana Berezy – twórcy Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej przy klasztorze oo. Benedyktynów w Lubiniu, bo bez Jego wsparcia, też by tej grupy zapewne nie było.
Pan Bóg często do realizowania swoich dzieł potrzebuje ludzi. Kiedy spoglądam wstecz na moje dwadzieścia lat kapłaństwa a także na dziesięć lat istnienia wspólnoty medytacyjnej, której towarzyszę jedyne, co mi przychodzi do głowy to słowa króla Dawida z Pierwszej Księgi Kronik: „Kimże ja jestem, o Panie, Boże (…) że doprowadziłeś mnie aż dotąd?” [1 Krn, 16] Im bardziej bowiem patrzę na moje życie tym bardziej widzę je, jako tajemnicę Bożego działania, Bożego prowadzenia, które nie zawsze rozumiem, ale za które też jestem wdzięczny. I wdzięczność to bez wątpienia pierwsze i najmocniejsze z doświadczeń, jakie rodzi we mnie ta rocznica.
Bo nie zawsze było łatwo, ale zawsze doświadczałem wsparcia zarówno ze strony Pana Boga jak i tworzących tę wspólnotę osób w budowaniu tego dzieła. Wszystko zaczęło się przy okazji odbywającego się w 2006 roku w Poznaniu „Meditatio”, po którym przyszło do mnie kilka osób z pytaniem czy nie współuczestniczyłbym w założeniu takiej wspólnoty? Początki były skromne, bo spotkania grupy od jesieni 2006 roku odbywały się najpierw w moim mieszkaniu na warszawskim Ursynowie przy par. św. Tomasza Apostoła. Tak było aż do chwili, kiedy nowy arcybiskup naszej diecezji, zaprosił mnie do współpracy w dziele formowania przyszłych kapłanów w stołecznym seminarium. Ale wówczas po raz pierwszy pojawiło się pytanie o miejsce, w którym moglibyśmy kontynuować wraz z grupą medytujących nasze spotkania. W seminarium, które jest przecież z zasady objęte pewną klauzurą, ze względu na specyfikę tej szkoły wiedziałem, że nie będzie takich możliwości. Ale jak wspomniałem Pan Bóg wielokrotnie pokazywał, że troszczy się o to dzieło. W tym samym momencie wraz ze mną Pan Bóg powołał przez ręce nowego biskupa Warszawy z parafii na Ursynowie mojego kolegę, który został mianowany rektorem kościoła akademickiego św. Anny. I tak oto właśnie tam wspólnota znalazła swoją przystań na kolejne blisko trzy lata.
Po tych trzech latach przyszła konieczność znalezienia nowego miejsca, ze względu na dosyć ograniczoną przestrzeń, której środowisko akademickie potrzebowało przy Krakowskim Przedmieściu bardziej niż my. Nastał krótki czas tułaczki i przez kilka miesięcy szukaliśmy miejsca dla siebie, ale i wówczas Pan Bóg uprzedził nasze działania, gdyż w rok przed moją kolejną przeprowadzką tym razem z seminarium na parafię Pan Bóg wezwał do Warszawy Siostry i Braci ze Wspólnot Jerozolimskich (co dodam było spełnieniem jednego z moich najskrytszych marzeń), ale jeszcze wówczas nie przyszło mi do głowy, że uczynił to jako dar nie tylko dla tego miasta, ale i dla naszej wspólnoty (już wtedy nie tak małej).
I to właśnie tam, przy nowo powołanej fundacji Wspólnot Jerozolimskich znaleźliśmy swoje miejsce nie tylko w sensie fizycznym, ale nade wszystko w sensie duchowym. A zwłaszcza było to miejsce ofiarowane nam w porządku miłości, bo właśnie z taką niezwykłą miłością i otwartością zostaliśmy przez wspólnotę Braci i Sióstr przygarnięci. I myślę, że podzielę tutaj odczucia wszystkich, którzy uczestniczą w spotkaniach naszej wspólnoty medytacyjnej: Dobrze nam być w tym szczególnym miejscu!
Przez te dziesięć lat wydarzyło się zapewne dużo więcej, gdyż składa się na tę dekadę nie tylko historia wspólnoty, jako całości, ale też historia poszczególnych osób, które tę wspólnotę tworzą. Tego zaś, co dzięki godzinom spędzonym na medytacji dokonało się i dokonuje w ich sercach nie sposób zmierzyć ludzką miarą. Przez te dziesięć lat przez naszą wspólnotę przewinęło się ponad czterysta osób. Niektóre z nich są od początku, inni towarzyszyli tej wspólnocie przez jakiś czas, ale bez wątpienia każda z nich wniosła w historię tej wspólnoty nieocenione bogactwo. Są i tacy, którzy wyjechali za granicę, ale otrzymuję od nich zapewnienie o duchowej łączności, co mogą też czynić dzięki naszej stronie, z którą wiąże się odrębna historia. Początkowo bowiem blog o medytacji powstał z myślą o samej wspólnocie medytujących a dzisiaj przerósł nasze najśmielsze oczekiwania, gdyż naszą stronę odwiedza około 2500-3000 osób miesięcznie z kilkunastu krajów. Samych subskrybentów jest blisko 500 osób. Dzięki temu mamy zatem rzeszę „eksternistycznych słuchaczy” J, którzy poprzez odwiedzanie naszej strony pozostają z nami w duchowym kontakcie. To pokazuje także wciąż rosnące zainteresowanie modlitwą monologiczną, w której coraz więcej osób odkrywa swoją drogę pogłębienia wiary i relacji z Chrystusem. Zarówno ich, jak i cała wspólnotę polecam serdecznej modlitewnej pamięci.
Wprawdzie Pan Jezus nie pochwala oglądania się wstecz, gdy przykłada się rękę do pługa, ale dla mnie te minione dziesięć lat to okazja do nieustannego dziękczynienia najpierw Panu Bogu, bo bez Niego i Jego wezwania nie było by tego dzieła, potem Matce Bożej Jerozolimskiej, bo bez Niej i Jej opieki ta wspólna droga nie doprowadziłaby nas zapewne do tego miejsca na Łazienkowskiej, gdzie jesteśmy a kościół, w którym się spotykamy nosi właśnie Jej wezwanie. Chcę też przede wszystkim podziękować tym wszystkim, którzy wytrwale przez te lata uczestniczyli i uczestniczą w spotkaniach, gdyż sensem istnienia jakiejkolwiek wspólnoty są ludzie, którzy ją tworzą. Dziękuję szczególnie tym wszystkim, którzy robią więcej niż muszą i to bez przymusu, bo bez pomocy tych wszystkich, którzy ofiarowują swój czas, swoje siły a także nie rzadko środki finansowe ta wspólnota nie mogłaby funkcjonować w jej obecnym wymiarze. Nie sposób wymienić tych wszystkich osób, więc nich dzisiaj będzie mi wolno w sposób szczególny podziękować tym, dzięki którym może się odbyć ten mały jubileusz naszej wspólnoty. Nade wszystko pragnę podziękować Siostrom i Braciom ze Wspólnot Jerozolimskich, bo to dzięki nim i ich serdeczności możemy czuć się w kościele Matki Bożej Jerozolimskiej jak w domu.