Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Ku głębszemu zjednoczeniu z Chrytsusem

Zapytał ich: „A wy za kogo Mnie uważacie?” Piotr odpowiedział: „Za Mesjasza Bożego”. [Łk 9,20]

Medytacja, która zanurza nas w ciszę obecności Boga przynosi jednocześnie łaskę, że możemy oddalić się nieco od gwaru i zabiegania, jakie niosą codzienność. Modlitwa, która zanurza nas w obecność Jezusa uświadamia nam mocno, że przez życie, nauczanie, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa dokonała się radykalna zmiana naszego potencjału jak również naszej świadomości. Życie słowem Bożym i kroczenie drogą Ewangelii prowadzi nas do pełni rozwoju, do jakiej nie jest w stanie doprowadzić nas żadna z dróg rozwoju proponowanych przez świat. Nikt bowiem poza Chrystusem i Jego łaską nie może nas włączyć na nowo w osobiste doświadczenie Boga i Jego miłości. Tylko Chrystus zna drogę, dzięki której możemy dojść do serca Boskiej tajemnicy. Właściwie to On jest tą Drogą. Wejście na tę drogę oznacza nasze zjednoczenie z Jezusem: zjednoczenie woli, zjednoczenie miłości. Zjednoczenie, które najpełniej dokonuje się na modlitwie, której szczytem jest Eucharystia. Wszyscy zostaliśmy do tej osobistej więzi z Nim zaproszeni, nikt jednak nie został zmuszony. Moja odpowiedź na zaproszenie Chrystusa jest odpowiedzią miłości a konkretyzuje się w jakości życia duchowego i chęci życia w posłuszeństwie Bożej woli. Trzeba nam jednak ciszy modlitwy, ciszy, w której Boże słowo ma szansę przebić się przez zewnętrzny i wewnętrzny hałas, aby dotrzeć do naszego serca, zakorzenić się w nim i z niego oddziaływać na całe nasze życie.

Cztery etapy drogi ku kontemplacji

Ewagriusz z Pontu określił cztery etapy rozwoju modlitwy. Pierwszy polega na oderwaniu od rzeczy zewnętrznych (miał na myśli to, że celem naszej modlitwy nie jest swego rodzaju interesowność, czyli chęć otrzymania czegoś od Pana Boga, o co często w modlitwie zabiegamy jak zdrowie, rozwiązanie życiowych problemów, sukces w pracy etc.

Drugi z etapów polega na odpieraniu złych myśli (logismos). Zwykle nauczyciele modlitwy widzą w tych myślach rozproszenia, które przeszkadzają w skupieniu się na istocie modlitwy, jako relacji z Bogiem.

Trzeci etap – o którym pisze Ewargiusz – polega na tym, że nasza modlitwa przestaje polegać nawet na dobrych myślach, a także na dobrych emocjach, które mogąc stać się oczekiwanym przez nas doświadczeniem towarzyszącym modlitwie mogą jednocześnie stać się również przeszkodą w drodze do prawdziwego zjednoczenia z Bogiem.

Wreszcie czwarty etap modlitwy Ewargiusz określa mianem kontemplacji. Lecz przestrzega jedocześnie, że jest ona bardziej darem łaski, która udzielona zostaje sercu, które jest na nią gotowe, niż naszego wysiłku.

Ewargiusz, który jako pierwszy próbował zdefiniować modlitwę, która została określona, jako „modlitwa serca” lub „modlitwa wewnętrzna” naucza, że na drodze do tej modlitwy czymś niezbywalnym jest przekroczenie progu naszego ego, które ulega pokusie oceniania jak powinna wyglądać nasza modlitwa, najczęściej opierając się na fałszywych wyobrażeniach o niej i uciekając przed tym, co na drodze modlitwy jest trudne, niewygodne, niezrozumiałe. Tymczasem modlitwa serca oznacza według niego powrót do siebie samego, do swego najgłębszego „ja”, będącego źródłem naszej prawdziwej tożsamości danej nam przez Boga. Ewargiuszowi chodzi o to, że zadaniem prawdziwej modlitwy jest odkrycie tajemnicy królestwa, które nosi w sobie człowiek, lub jak kto woli odnajdywanie skarbu ukrytego w głębi naszego serca.

To, co zdaniem Ewargiusza najbardziej przeszkadza w kontakcie z naszym sercem to namiętności, aktywny umysł podsuwający nami nieuporządkowane obrazy i myśli zakłócające duchową uwagę i skupienie. Wreszcie, jako istotną przeszkodę Ewargiusz wymienia brak wytrwałości, która nie pozwala nam nieprzerwanie trwać przy Bogu i życia w świadomości Jego nieustannej obecności. Bez pokonania tych przeszkód nasze serce nie będzie nigdy gotowe do kontemplacji, która Ewargiusz rozumie, jako modlitwę czystą.

Oczywiście z ludzkiego punktu widzenia nie możemy przewidzieć momentu, w którym łaska kontemplacji zostanie nam dana. Możemy natomiast poprzez praktykę modlitwy hezychatsycznej czy jak kto woli monologicznej przygotowywać nasze serca do udzielenia nam tej łaski przez Boga. Jaki jest cel takiej modlitwy? Otóż taki, że „rozmodlone serce rozmadla całego człowieka i pozwala mu trwać w stanie modlitwy nieustannie”. Jest to stan, który przygotowuje nasze wnętrze kształtując w nim zarówno możliwość, jak i przestrzeń do zagospodarowania jej przez Ducha Świętego. Jan Kasjan określa to mianem otwarcia i gotowości na wypełnienie naszego serca łaską. Zaś św. Makary Wielki nazywa ten stan bezpośrednią dyspozycją serca. Jest to stan, który otwiera nas na miłość Boga, która udzielając się naszemu sercu zanurza je w tę miłość czyniąc ją zarówno sensem jak i istotą modlitwy. Bowiem prawdziwie modlić się – jak mówi św. Makary – to nic innego jak kochać Boga i być kochanym przez Niego. [por. Filokalia, s. 259-267]. Wówczas już o nic nie prosimy, niczego nie oczekujemy, gdyż doświadczenie zanurzenia się w miłości Boga sprawia, że zostają spełnione wszystkie tęsknoty ludzkiego serca, zgodnie z tym, co powie św. Augustyn: „niespokojne jest nasze serce dopóki nie spocznie w Bogu” [Wyznania].

Modlitwa, która zanurza nas w kontemplację Bożej miłości udziela nam z kolei nowego sposobu poznania i widzenia zdolnego odnaleźć i doświadczyć Stwórcę wszędzie obecnego i przenikającego wszystko swoją obecnością. W ten sposób modlitwa kontemplacyjna przekształca nasze widzenie dając mu udział w widzeniu samego Stwórcy. Spełnia się wówczas w wymiarze doświadczalnym to, co mówi św. Paweł w Dziejach Apostolskich: „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” [Dz 17,28]. I w innym miejscu dodaje, że już nic nie może nas oderwać od doświadczenia tej Bożej miłości, ani ucisk, ani prześladowanie, ani nic innego [por. Rz 8,35]. „Jest to stan – jak napisze Merton, w którym nasze serce i nasz umysł znajdują spoczynek, będąc wolny od wszelkiego lęku i niepewności”. (Nowy posiew kontemplacji).

To jest właśnie cel i owoc modlitwy, do której prowadzi nas praktyka naszej medytacji. Nie możemy go wymusić ani przyśpieszyć, ale poprzez wytrwała praktykę modlitwy skupionej na prostym wezwaniu, które angażując nasz umysł i odrywając nas od niepotrzebnych myśli prowadzi nas do serca, po to, aby przygotować je na wypełnienie darem Bożej miłości.

 

Wierność w rzeczach małych

Zarówno wielu Biblistów, jak i zwykłych czytelników dzisiejszego fragmentu Ewangelii może się głowić, za co Chrystus pochwalił nieuczciwego rządcę?

Nikt nie ma wątpliwości, że Jezus nie może pochwalać nieuczciwego postępowania. Zatem to, co pragnie byśmy uchwycili w tej przypowieści musi mieć zupełnie inny wydźwięk. Zatem jaki?

Postawa rządcy ukazuje jego zapobiegliwość o przyszłość w chwili, kiedy ma przysłowiowy „nóż na gardle”. Swój spryt wykorzystuje po to, aby uniknąć biedy, gdy straci już swój urząd.

Z perspektywy wiary może być tylko jedna, sensowna interpretacja taj przypowieści. I odsłania ją przed nami późniejszy jej kontekst. Chodzi oczywiście o tę troskę o przyszłość, choć Chrystus z właściwym sobie realizmem kładzie nacisk nie na przyszłość doczesną, lecz jak zawsze swoim nauczaniem i spojrzeniem sięga wieczności. Mówiąc wprost powinniśmy, jako ludzie wiary w taki sposób zatroszczyć się o siebie i o bliźnich, aby nasza troska zaowocowała w wieczności. Wraca tutaj zatem echo innych słów Jezusa: „cokolwiek uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych, to i mnie uczyniliście”. „Ostatecznie – jak zwykła to często przypominać niedawno kanonizowana Matka Teresa z Kalkuty – będziemy sądzeni z miłości”. A zatem każda miłość, każde dobro, jakie ofiarujemy innym jest inwestycją w wieczność.  

Prawda jest taka, że pośród trosk, które nas zajmują, pośród zabiegania o przyszłość, często myślimy jedynie w kategoriach doczesnych. A Chrystus chce nam dzisiaj uzmysłowić, że dla chrześcijanina, to ciągle za mało… Człowiek wiary, to ten, kto nie traci nigdy z pola widzenia wieczności, nawet, gdy troszczy się o sprawy doczesne. Pamięć o wieczności może okazać się bowiem doskonałym katalizatorem naszych codziennych wyborów, pozwalając nam unikać tego, co temu wiecznemu szczęściu może zagrozić…

Kiedy potrafimy się dzielić z innymi doczesnymi dobrami (nie tylko materialnymi, ale także i one wchodzą tutaj w rachubę), wówczas gromadzimy majątek na wieczność. Można powiedzieć, że z punktu widzenia wiary, to najlepsza i najbardziej długofalowa inwestycja. Na drugą stronę życia nie zabierzemy majątków, tytułów, owoców naszej kariery, lecz tylko dobro, jakie potrafiliśmy uczynić innym.

I wcale nie chodzi tutaj o wielkie rzeczy. Chrystus mówi dzisiaj wyraźnie: „kto w małej rzeczy jest wierny… Wierny czemu? Oczywiście wierny miłości. Bo pozwolę sobie raz jeszcze powtórzyć to, co już po wielokroć mówiłem: Nasze życie, podobnie jak i nasza miłość składa się najczęściej z drobiazgów, choć drobiazgiem nie jest. Zwłaszcza w oczach Bożych.

Podobnie nie jest drobiazgiem to, że w małych rzeczach nie troszczymy się o wierność Bożym przykazaniom i Bożemu słowu. Bywa, że często potrafimy znaleźć racjonalne usprawiedliwienia dla naszym małych kłamstewek, ploteczek, nieuczciwości. Tymczasem Chrystus przestrzega nas, że to właśnie takie małe, codzienne wybory świadczą o naszej prawdziwej wierności Jemu i decydują o naszym ostatecznym wyborze. Warto w tym kontekście pomyśleć o drobiazgach, które tworzą jakość naszego codziennego życia takich jak, dotrzymywanie słowa, obietnic, szacunek dla innych, uczciwość wobec nich czy mówienie prawdy. Poprzez takie bowiem codzienne wybory zarządzamy – źle lub dobrze – darami, które otrzymaliśmy od Boga takimi jak życie, zdrowie, talenty. To są te dobra, które otrzymaliśmy w zarząd i z których kiedyś trzeba będzie się przed Bogiem rozliczyć. A u Niego nic nie przepada.

„Nie można dwom Panom służyć. Jeśli pozwolimy sobie, aby priorytetem w naszym życiu stała się inna wartość niż wierność Chrystusowi i Jego Ewangelii, wówczas łatwo podporządkować jej swoje serce kosztem naszej miłości do Boga… Tylko, czy naprawdę warto?

Wywyższenie Chrystusa

Jezus powiedział do Nikodema: „Nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił, Syna Człowieczego.

A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne.

Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”. (J 3,13-17)

Owo wywyższenie Syna Człowieczego nie odnosi się do jakiegoś jednorazowego wydarzenia. Wywyższenie Chrystusa, który po śmierci i zmartwychwstaniu wstępuje do Ojca owszem dokonało się jednorazowo i jest konsekwencją Jego posłuszeństwa Ojcu do końca, ale jest też ono wskazówką dla nas, jak mamy Chrystusa wywyższać w naszym życiu: idąc tą samą drogą, co Chrystus, przez uniżenie i przez posłuszeństwo Bożej woli i Jego słowu. Wsłuchując się w żywe słowo w czasie medytacji uczymy się nie tylko słuchania, ale też pozwalamy, aby ono zakorzeniło się tak mocno w naszych sercach, aby z czasem wybrzmiewało w nich niezależnie od tego, co robimy i gdzie jesteśmy, przypominając o pierwszeństwie Boga w naszym życiu.

Medytaując zaczynamy rozumieć, że życie nie polega na ciągłym poszukiwaniu nowości lecz jest wezwaniem do zrozumienia tego, że prawdziwe novum stanowi fakt odkrycia prawdy o Bogu, który jest miłością i który dopiero jako stojący w centrum naszego życia uczy nas je postrzegać jako dar i zadanie. Dotyczy to zarówno życia, jako całości, jak i przeżywania go chwila po chwili, które składają się na nasze życie, a które zapraszają nas do odkrywania tego, że każda z nich jest zaproszeniem do ciągłego odkrywania Bożej miłości i Bożego działania.

To dzięki temu, że każda chwila naszego życia z perspektywy wiary jest chwilą ciągle na nowo stwarzaną przez Boga i – jak pisze o. John Main – z czasem zaczynamy odkrywać, że nasze życie jest cudownie orzeźwiające, zachwycające i nieustannie się rozwija. Nie wolno nam zapomnieć, że naszym powołaniem jest wieczność, do której zdążamy a nie skupianie się na tym, co chwilowo nas potrafi zadowolić lub usatysfakcjonować.

Ojciec John Main w książce „Głód głębi serca” pisze, że medytacja niebywale ubogaca nasze życie, stając się potężną, integrującą siłą prowadzącą do pogłębienia i właściwego ukierunkowania wykonywanych przez nas czynności, jak i samego człowieka. Z subtelną konsekwencją przeorientowuje ona nasz życiowy kierunek. Dzięki medytacji priorytety stają się coraz bardziej jasne i z kolei łatwiej nam przestać się interesować a w konsekwencji porzucić to, co nieistotne. Konsekwencją tego jest rodzący się w sercu pokój i większa harmonia, którą zaczynamy odczuwać w naszym codziennym życiu – w pracy, w relacjach z innymi a także w życiu duchowym.

Nieco podobne owoce tej modlitwy przywołuje św. Makary Wielki, który udzielając swoim uczniom praktycznych wskazań odnośnie do praktykowania modlitwy serca, pisze:

„Siedząc w spokoju i skupiając umysł, wprowadź go – umysł – tą drogą, którą dobiega oddech, aby dotrzeć do serca. Popchnij go i zmuś do zstąpienia w serce razem z wciągniętym powietrzem. Gdy już tam się znajdzie, ustąpi cierpienie i trud, i odczujesz radość, łaskę i harmonia a rzeczy, które miały nastąpić, same z siebie się zdarzą dla ciebie. Jak człowiek powracający do domu po dalekiej podróży przepełniony jest radością na widok swoich bliskich, tak umysł, gdy zjednoczy się z duszą, napełnia się pokojem i niewypowiedzianą radością, które towarzyszyć mu będą także, gdy modlitwa dobiegnie już końca.”

Nawrócenie – powód radości Boga

„większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia”. {Łk 15,5]

Przywołane historie opowiadane przez Chrystusa w przypowieściach, to tak naprawdę obrazowy sposób mówienia o Bogu, którego cechą charakterystyczną jest miłosierdzie, mimo że sam termin „miłosierdzie” nie pada w nich ani razu. Każda z nich kładzie nacisk na inny akcent Bożej miłości w stosunku do człowieka, który się gubi a którego symbolizują zagubiona owca czy drachma. Dopełnieniem tych przypowieści, które przed chwilą słyszeliśmy jest historia ojca i dwóch synów, którą znakomita większość z nas doskonale zna. Mam na myśli przypowieść o „synu marnotrawnym” lub jak kto woli o „miłosiernym ojcu”. Te wszystkie przypowieści stanowią rdzeń Jezusowego nauczania o Bogu, który jest miłosierny i ukazują różne aspekty Bożego miłosierdzia.

Chrystus kieruje swoje słowa do dwóch, jakże innych grup ludzi: do grzeszników, ludzi zagubionych oraz do faryzeuszy i uczonych w Piśmie – w swoim mniemaniu bezgrzesznych i na dodatek – z racji sprawowanego urzędu – reprezentujących Bożą sprawiedliwość.

Dla słuchających Chrystusa ludzi, zmagających się z doświadczeniem ludzkiej słabości, grzechu, często zagubionych moralnie czy duchowo te słowa są niczym miód na serce. Tym bardziej, że tak bardzo różnią się od nauki głoszonej przez faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Zgoła inaczej na słowa Jezusa reagują ci ostatni – oburzeni. Ludzie, którzy pomimo iż reprezentują (a przynajmniej powinni reprezentować Boga) nie potrafią się cieszyć z nawracającego się grzesznika, nie mówiąc już o podjęciu wysiłku szukania go. Dużo łatwiej przychodzi im potępić człowieka, niż spojrzeć na niego wzrokiem pełnym miłosierdzia.

Chrystus pokazuje nam w tym opowieściach, że wszyscy jesteśmy grzesznikami i bez akcji ratunkowej miłosiernego Boga nasze szanse są w zasadzie zerowe. Każdy z nas ma swoje zagubienie, ma historię swoich odejść od Boga i powrotów…

Ale pewne novum Chrystusowego przepowiadania stanowi fakt, że przypowieści te pozwalają nam wniknąć nieco także w sposób myślenia Boga wobec człowieka grzesznego. Kolejne z przypowieści akcentują coraz większą stratę, której doświadcza sam Bóg, z powodu odejścia człowieka. Najpierw gubi się jedna ze stu owiec. Potem jedna z dziesięciu drachm. Następnie Ojciec traci najpierw jednego z synów a w ostatecznym rozrachunku starszy brat, pozornie wierny, okazuje się nie mniej zagubiony.

W życiu można się pogubić na różne sposoby. Można upaść na ziemię jak drachma i leżeć w tym samym mrocznym miejscu nawet przez długie lata, dopóki nie zapali się światło, które rozproszy ten mrok i pomoże powstać. Można brykać jak owca, szukająca nasycenia to tu, to tam. Pasterz musi się nieźle natrudzić, by taką podążającą za swymi pragnieniami owcę znaleźć. Można jak młodszy syn z przypowieści o „synu marnotrawnym” próbować wyciskać z życia wszystko dla siebie, nie bacząc na innych i nie bacząc także na zdrowie duchowe. Opowieści o miłosierdziu Boga i jego „akcji poszukiwawczej” człowieka jest jednocześnie przestrogą jak łatwo roztrwonić te dary, które Pan Bóg nam dał a zwłaszcza zdrowie, wolność, godność a wreszcie duszę… 

Jednak centralną postacią tych przypowieści jest Bóg-Ojciec. Bóg do tego stopnia jest rozmiłowany w człowieku, że nie wymaga żadnego rozrachunku, nie stosuje autorytaryzmu, ale wybucha radością jak dziecko. Jego postępowanie zawsze determinowane jest zaufaniem do człowieka, a nade wszystko miłością, mimo że człowiek często błądzi. Bóg nigdy nie traci nadziei, ciągle z wielką cierpliwością oczekuje powrotu. Warto nieustannie przypominać sobie o tej wielkiej miłości Boga do każdej i każdego z nas, bo może wówczas trudniej będzie nam przychodziło roztrwonić tę miłość, czy się od niej odwrócić. Ale może też inaczej, bo z większą miłością uda nam się spojrzeć na tych, którzy błądzą.