Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Zamiast komentarza

Dziś 24 grudnia…

Zakładam, że dziś nikt nie przyjdzie na medytację a może nawet trudno będzie do niej usiąść we własnym domu. Zatem dziś nie będzie wprowadzenia. Będą życzenia:

 W darze otrzymujemy słowo – hymn pochwalny wyśpiewany przez Zachariasza:

«Błogosławiony Pan, Bóg Izraela,
bo lud swój nawiedził i wyzwolił,
i wzbudził dla nas moc zbawczą
(…)

Da nam, że z mocy nieprzyjaciół wyrwani,
służyć Mu będziemy bez trwogi,
w pobożności i sprawiedliwości przed Nim
po wszystkie dni nasze

(…)

dzięki serdecznej litości naszego Boga,
z jaką nas nawiedzi z wysoka Wschodzące Słońce,
by oświecić tych,
co w mroku i cieniu śmierci mieszkają,
aby nasze kroki skierować na drogę pokoju» (Łk 1, 67-79).

W swojej głowie słyszymy czasem różne słowa:

Czasem będą to słowa krytyka: „wszystko robisz źle, źle wyglądasz, źle się zachowujesz”; innym razem słowa katastrofika: „coś ci grozi, na pewno się nie uda, zachorujesz; albo pracoholika: „ciągle robisz za mało, za mało się poświęcasz…”.

Słowa, które są jak oścień, prowadzą do zamartwiania lub życia w lęku, które niosą ogromny smutek i wielki ciężar.

Dziś zostają nam podarowane zupełnie inne słowa. To słowa życia, nadziei, wolności: wybawi nas od naszych nieprzyjaciół i z ręki wszystkich, którzy nas nienawidzą; okaże miłosierdzie; z mocy nieprzyjaciół wyrwani, służyć Mu będziemy bez trwogi; dzięki serdecznej litości naszego Boga.

Jak często pozwalajmy, aby te słowa nadziei i życia przebiły się przez te, które próbują je zagłuszyć? My – Ludzie Medytacji. Wsłuchujący się przecież w Słowo codziennie.

Jezus przychodzi do Ciebie, jako Słowo, które chce się dziś narodzić w Twoim sercu i stać się ciałem. Chce wypowiedzieć w Twoim wnętrzu słowo miłosierdzia: słowo uwolnienia i uzdrowienia.

Obyśmy potrafili je przyjąć i pozwolić Mu dokonać w nas tego, czego chce! Między innymi by zatrzymać w nas potok złych myśli; by złe myśli zastąpić dobrymi. Jezus ofiaruje Ci siebie – Najlepsze Słowo, jakie kiedykolwiek wyszło z ust Boga! Słowo, które chce Cię zbawić!

Życzę Wam Kochani Medytacyjni Ludzie, aby Święta Bożego Narodzenia stały się dla Was mimo wielu spotkań czasem cichego, a zarazem głębokiego wsłuchania się w Słowo, które przychodzi na świat i chce odnowić nasze serca.

Życzę Wam Takiego doświadczenia Bożego Narodzenia, w którym Słowo Miłości naprawdę staje się ciałem… w Waszym życiu!

Niech Duch Święty, który napełnił Maryję sprawi, aby te życzenia stały się rzeczywistością w Waszym codziennym życiu!

Tego Wam z całego serca życzę i modlę się o to 

Ks. Marek

P.S. Dziękuję Panu Bogu za to, że jesteście!🙏

Rodowód

Z Ewangelii według św. Mateusza

Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama. Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama; Aram ojcem Aminadaba; Aminadab ojcem Naassona; Naasson ojcem Salomona; Salomon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut. Obed był ojcem Jessego, a Jesse był ojcem króla Dawida. Dawid był ojcem Salomona, a matką była dawna żona Uriasza. Salomon był ojcem Roboama; Roboam ojcem Abiasza; Abiasz ojcem Asy; Asa ojcem Jozafata; Jozafat ojcem Jorama; Joram ojcem Ozjasza; Ozjasz ojcem Joatama; Joatam ojcem Achaza; Achaz ojcem Ezechiasza; Ezechiasz ojcem Manassesa; Manasses ojcem Amosa; Amos ojcem Jozjasza; Jozjasz ojcem Jechoniasza i jego braci w czasie przesiedlenia babilońskiego. Po przesiedleniu babilońskim Jechoniasz był ojcem Salatiela; Salatiel ojcem Zorobabela; Zorobabel ojcem Abiuda; Abiud ojcem Eliakima; Eliakim ojcem Azora; Azor ojcem Sadoka; Sadok ojcem Achima; Achim ojcem Eliuda; Eliud ojcem Eleazara; Eleazar ojcem Mattana; Mattan ojcem Jakuba; Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem. Tak więc w całości od Abrahama do Dawida jest czternaście pokoleń; od Dawida do przesiedlenia babilońskiego czternaście pokoleń; od przesiedlenia babilońskiego do Chrystusa czternaście pokoleń (Mt 1, 1-17).

Na pierwszy rzut oka dzisiejsza Ewangelia wydaje się najdziwniejszą do komentowania jej w perspektywie medytacji. Długa lista obco brzmiących imion, ludzi o których w większości nie wiemy wiele (a być może nawet ich nie słyszeliśmy) i którymi w znakomitej większości się nie interesujemy. Nawet nie umiemy wskazać kiedy dokładnie żyli poza pewnymi wyjątkami…

Ale spróbujmy odnieść to do nas i naszego życia. Można spotkać dziś wiele osób, które podobne pytania stawia w odniesieniu do swego życia: Jaki sens ma to, co teraz robię? Komu to potrzebne? Co po mnie zostanie? Przecież zapewne za kilkanaście, góra kilkadziesiąt lat, nikt już nie będzie o mnie pamiętał. Tak, jak wydaje się niezrozumiała dzisiejsza genealogia, tak czasem może nam się wydawać niezrozumiałe nasze życie.

Zobaczmy jednak, że ta genealogia jest czytana… w Adwencie. Czyli w czasie oczekiwania na przyjście.

I w tym jest klucz do jej zrozumienia. Przyjście Jezusa nie dokonuje się w spektakularnych i nadzwyczajnych wydarzeniach. Tak, jak przed wiekami poprzedziły je pokolenia mało znanych lub niepozornych osób, tak samo teraz. Jego przyjście dokonuje się… poprzez Twoje i moje życie! Za jakkolwiek mało znaczące byśmy je uznali, to On przychodzi na ziemię przez… Ciebie! Przez każdą i każdego z nas! Tak! Bóg wybrał drogę przychodzenia przez najbardziej zwyczajnego człowieka, jakiego mógłbyś sobie przypomnieć i jego historię. Jak to określił kiedyś ks. Pasierb: „Na tym polega nadzwyczajność Bożego działania pośród zwyczajności kolejnych dni, godzin, minut naszego życia.”

Podobnie w medytacji Bóg przychodzi do nas mało spektakularnie: w mocy wypowiadanego w milczeniu słowa. A jednak przychodzi ze swoją laską i realną obecnością. Wypełnia swoją obecnością nasze serca, udzielając nam ze swego życia i prowadząc do jego pełni tu a kiedyś w wieczności. To nasz osobisty adwent. Bóg przychodzi nawet, jeśli medytacyjne siedzenie wydaje nam się pełnym rozproszeń mało owocnym czasem. Przychodzi do nas a przez nasze życie i jego historię do innych.

Pokrzepić się obecnością Jezusa

Z Ewangelii według św. Mateusza

Jezus przemówił tymi słowami: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie” (Mt 11, 28-30).

Jezus zwraca się dziś do utrudzonych. Czym możemy się obciążyć czy utrudzić? Po pierwsze to różnego rodzaju przeciwności zewnętrzne: niepowodzenia, choroby, doświadczenie straty… Są również doświadczenia wewnętrzne: utrudzenie samym sobą. Denerwujemy się na siebie, jesteśmy niecierpliwi wobec siebie, wymagamy od siebie za dużo, bywa, że czegoś w sobie nie akceptujemy, patrzymy na siebie z życzliwością jedynie wtedy, gdy coś uda nam się zrobić dobrze, jesteśmy przekonani, że przed Bogiem możemy stanąć tylko wtedy, gdy jesteśmy doskonali i… na domiar złego myślimy, że w taki sam sposób patrzy na nas Bóg.

Efektem wewnętrznego utrudzenia może być duchowe strapienie, chandra, tak częsta dzisiaj depresja, którą przede wszystkim diagnozuj się jako stan psychiczny a rzadko mówi się o jej wymiarze duchowym, wreszcie różnego rodzaju ucieczki np. w uzależnienie od Internetu…

Jezus – jak często zresztą – proponuje proste lekarstwo: przyjść do Niego! Przyjść do Niego na modlitwie, czasem będzie to po prostu trwanie w milczeniu – a jest ono najstarszą formą modlitwy i kto wie, czy w dzisiejszych czasach przebodźcowania człowieka nie najlepszą.

Innym razem przyjście do Niego będzie oznaczać wypowiedzenie swoich trosk w sakramencie pokuty i pojednania. Czasem przyjść do Niego będzie oznaczać zgodę na to, aby to On wypowiedziała nasze bóle słowami psalmu (taka „Psalmoterapia”, jak określa to o. Piotr Kwiatek), albo po prostu wyjść na spacer, spojrzeć na świat i ucieszyć wzrok tym, co jest wokół nas, co jest Bożym stworzeniem podarowanym nam z miłością.

Ważne, żeby nie bać się też innym proponowania odnalezienia swojego osobistego sposobu przychodzenia do Jezusa, tak jak my przychodzimy do Niego w ciszy codziennej medytacji. W końcu, jak przypomina nam hasło tego nowego roku liturgicznego: mamy być nie tylko uczniami, ale też misjonarzami. Mamy się nie tylko sami uczyć od Jezusa i szukać Jego bliskości, ale nie bać się też innych do Niego przyprowadzać. A przecież tak wielu jest wokół nas tych utrudzonych, którzy szukają pokrzepienia.

Rozmnożenie dobra

Z Ewangelii według Świętego Mateusza

Jezus przyszedł nad Jezioro Galilejskie. Wszedł na górę i tam siedział. I przyszły do Niego wielkie tłumy, mając z sobą chromych, ułomnych, niewidomych, niemych i wielu innych, i położyli ich u Jego stóp, a On ich uzdrowił. Tłumy zdumiewały się, widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, niewidomi widzą. i wielbiły Boga Izraela.

Lecz Jezus przywołał swoich uczniów i rzekł: «Żal Mi tego tłumu! Już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają, co jeść. Nie chcę ich puścić zgłodniałych, żeby ktoś nie zasłabł w drodze». Na to rzekli Mu uczniowie: «Skąd tu na pustkowiu weźmiemy tyle chleba, żeby nakarmić tak wielki tłum?» Jezus zapytał ich: «ile macie chlebów?» Odpowiedzieli: «Siedem i parę rybek».

A gdy polecił tłumowi usiąść na ziemi, wziął siedem chlebów i ryby i odmówiwszy dziękczynienie, połamał, dawał uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a pozostałych ułomków zebrano jeszcze siedem pełnych koszów. (Mt 15, 29-37)

Żal mi tego tłumu… Bogu żal człowieka, gdy widzi, że ten cierpi, jest głodny, że czegoś mu brakuje, co nadałoby sens jego życiu. Są braki i głody, które może zaspokoić tylko Bóg.

Ile macie chlebów?… Jezus nie pyta: Czy macie chleby? Ale pyta: Ile macie chlebów? To znaczy, że On tak patrzy, że widzi coś, czego my nie dostrzegamy. Coś, co my pomijamy, uznajemy za skąpe, niewystarczające albo nieistotne – Jemu w zupełności wystarczy. I chce na to zwrócić naszą uwagę.

Nie przez przypadek Jezus zadaje pytanie w liczbie mnogiej („macie”). Chce nam uświadomić, że wspólnota zawsze ma więcej niż pojedynczy człowiek. Prawdziwa wspólnota jest bogata przez to, że potrafi sprawić, że jej członkowie nie myślą tylko o sobie, o tym, by coś ukryć i zachować dla siebie, ale o tym, by podzielić się z innymi.

Cud dokonuje się wtedy, gdy uczniowie nie ukrywają tego, co mają i gdy dzielą się tym, służąc innym. Jezus wzmacnia te postawy swoją miłością i doprowadza do tego, że niewielka ilość zostaje pomnożona. Miłość potrafi pomnożyć niewiele, co mamy w wystarczającą a nawet przekraczającą nasze potrzeby czy oczekiwania: „pozostałych ułomków zebrano jeszcze siedem pełnych koszów.”

Warto dziękować Jezusowi za wspólnoty, dzięki którym możemy wzrastać i rozwijać się w naszej wierze i w naszym człowieczeństwie (między innymi za wspólnotę medytujących) i za to, że potrafimy i chcemy się dzielić tym, co mamy z innymi. Za każdym razem gdy dokonujemy świadomie takiego wyboru w miłości realizują się małe cuda w naszym życiu

Będziecie w nienawiści u wszystkich

Z Ewangelii według św. Łukasza

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić. A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie” (Łk 21, 12-19).

„Podniosą na was ręce i będą was prześladować.” – to przepowiednia Jezusa, która wydaje się być wciąż aktualna. Słynny badacz religii Mircea Eliade w książce Historia wierzeń i idei religijnych pisze, że o  tym, że o ile zrozumiałym jest fakt, że z chrześcijaństwem walczą ateiści, czy przedstawiciele różnych ideologii takich jak np. komunizm, to już niezrozumiałym wydaje się to, że walczą z nim też ludzie, którzy mienią się być wierzącymi w Boga i to często podobnie jak chrześcijanie – w jednego Boga. Nienawiść jest bowiem przeciwieństwem miłości, której źródłem jest Bóg. A zatem nienawidząc domagamy się świata bez miłości a tym samym świata bez Boga. A taka postawa zadaje kłam wierze tych, którzy się nią kierują.

Kierowanie się nienawiścią jest zawsze zaprzeczeniem prawdziwej wiary!

My idąc za Jezusem chcielibyśmy uniknąć cierpienia. I to zrozumiale, bo nie chodzi o to, żeby szukać cierpienia dla samego cierpienia. Taka postawa byłaby nieewangeliczna.

Ale równie nieewangeliczna jest próba uniknięcia cierpienia i taki sposób chcieć ułożyć swoje życie, by jego podstawą był święty spokój. Podkreślmy to jeszcze raz: Jako chrześcijanie nie szukamy cierpienia dla cierpienia. Nie mamy iść drogą cierpiętnictwa! Mamy iść drogą szukania i wypełniania woli Bożej. Dokładnie tak jak czynił to Jezusa, który w ogrodzie Oliwnym modlił się by ominął go ten kielich, ale kończy swoją modlitwę: „Nie moja wola, ale Twoja niech się stanie.” Naśladowanie Jezusa jest zatem zgodą na nasze życie i na to, co nas w nim spotyka (również prześladowanie czy odrzucenie ze względu na wiarę w Jezusa, które zawsze powoduje jakiś rodzaj cierpienia).

Ojcowie Pustyni uczyli, że drogą przygotowania się na prześladowania, o których mówi dziś Jezus, jest droga codziennego umartwienia: skromności, skruchy, prostoty, przyjmowania codziennych trudności i niedogodności. Kto jest wierny w małych rzeczach, ten będzie wierny i w wielkich. Św. Efrem Syryjczyk modli się o to, by był zdolny przyjąć to, co trudne prosząc Boga, by nade wszystko żył pełniąc Bożą a nie swoją wolę.

Pamiętajmy, że na końcu naszej drogi jest zwycięstwo, które jest udziałem każdego, kto opowiada się za Chrystusem. To ku niemu ostatecznie zdążamy, po drodze musząc pokonać różne trudności i znieść różnego rodzaju trudy. Celem, który daje nam w takich chwilach nadzieję i siłę jest pewność zmartwychwstania w Chrystusie, gdzie ostatecznie  odpoczniemy i gdzie znajdziemy wieczne pocieszenie i radość. A póki co znajdujmy ją w medytacji, w której możemy bez reszty zanurzyć się w Chrystusie i Jego mocy, po to, aby nabrać ją na dalszą drogę, zgodnie z obietnicą Jezusa:  „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię.” [Mt 11,28]