Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Niczego nie żałuję…

001

I tak oto mija dzisiaj 20 lat od chwili, gdy poprzez włożenie rąk arcybiskupa warszawskiego – ks. Kardynała Józefa Glempa przyjąłem dar kapłaństwa.

Na obrazku prymicyjnym umieściłem wówczas słowa kapłana- poety, ks. Twardowskiego:

Własnego kapłaństwa się boję,

własnego kapłaństwa się lękam

i przed kapłaństwem w proch padam

i przed kapłaństwem klękam.

Po dwudziestu latach mojej posługi nadal podpisuję się pod tym cytatem, dodając jeszcze jeden z wersetów przywołanego wiersza:

Jadę z innymi tramwajem

biegnę z innymi ulicą

nadziwić się nie mogę

swej duszy tajemnicą.

Przeżywanie i zachwyt tą tajemnicą trawa nieustannie, każdego dnia, stając się źródłem mojej radości i szczęścia, którym, jak umiem chce się dzielić z innymi. Wiem jedno, że po blisko pięćdziesięciu latach mojego życia i dwudziestu latach kapłaństwa niczego bym nie zmienił, niczego nie żałuję, dziękując Bogu za każdą chwilę, za każde doświadczenie tej drogi, zarówno te radosne jak i bolesne, bo ufam, że one kształtują we mnie tego, kim Chrystus chce mnie widzieć – kapłana według Serca Jezusowego. Nie mówię, że już to osiągnąłem, ale przywołując słowa św. Pawła: „to jedno czynię: zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie”.

Perspektywa dwudziestu lat kapłaństwa, które jest za mną uzmysławia mi tylko jeszcze mocniej fakt, że moje kapłaństwo jest owocne o tyle o ile nie przestaje być całym sercem włączone w Boga. Ta perspektywa też uczy mnie nieustannie jednej prawdy, że mówienie o Bogu, do którego powołany jest kapłan może wyrastać jedynie z tego, że najpierw mówi się z Bogiem i że nie da się znaleźć właściwych słów mówiących o Bogu, jeśli wcześniej się Go nie spotkało i nie nawiązało z Nim osobistej więzi. Dlatego zawsze w życiu kapłana pierwsza musi być modlitwa.

Doświadczenie mojej kapłańskie posługi coraz bardziej uzmysławia mi też, że Kościół istnieje nade wszystko po to, aby adorować i modlić się i aby pozwolić by Bóg z tej modlitwy wyprowadzał swoje zbawcze dzieło, którego to On jest architektem i sprawcą a my tylko narzędziami w Jego rękach, o tyle pożytecznymi o ile całkowicie potrafimy złączyć się z Jego wolą. Na tym polu odkrywam nieustannie wielką łaskę, ale też wielką odpowiedzialność, że ci, którzy mając udział w kapłaństwie Chrystusa – „będąc krwią i sercem Kościoła” – muszą żyć mocą modlitwy jeszcze bardziej, aby nie przyczynić się do wysuszenia Kościoła – Oblubienicy Chrystusa.

Tylko modlitwa a w szczególności Eucharystia, która jest jej szczytem pozwala kapłanowi utożsamić się z Chrystusem i upodobnić się do Niego. Nasza kapłańska wola i wola Boga muszą coraz bardziej przystawać do siebie, jeśli mamy być skutecznymi narzędziami w rękach Chrystusa i Jego dobrymi współpracownikami.

recekaplanatrzymajaceHostieSw

W perspektywie dwudziestu lat kapłaństwa i tego wszystkiego, co się nań złożyło mam coraz większą świadomość, że tylko głębokie życie wewnętrzne, pogłębiające zażyłość z Chrystusem jest światłem i solą życia księży. Jeśli kapłan ulegnie posłuszeństwu czysto ludzkim regułom, bez zanurzenia się w miłości nadprzyrodzonej pochodzącej z Nieba, Kościół utraci poczucie swojej misji. Nie mam wątpliwości, że jak pisze o tym kard. Sarah: Najcięższe nawet kryzysy w Kościele zawsze mają swe źródło w kryzysie kapłaństwa”. A to uświadamia mi jedynie, że niosę skarb mojego kapłaństwa w naczyniu glinianym i wiem jak bardzo potrzebuję duchowego wsparcia płynącego z modlitwy moich Sióstr i Braci, z którymi idę w pielgrzymce wiary.

Moje kapłaństwo nauczyło mnie, że prawdziwy skarb nie kryje się w wiedzy, ale w miłości i mojej osobistej przyjaźni z Chrystusem. Bowiem bez kapłaństwa według Serca Jezusowego, obmytego z tego, co ludzkie, Kościół nie ma przyszłości. Dla mnie Kościół jest jednym wielkim misterium, które nieustannie odkrywam, zaś liturgia (a zwłaszcza Eucharystia) to jedna wielka brama, która otwiera mnie na Boga i pozwala mi przez te bramę prowadzić innych, gdyż to właśnie kapłan (bez swojej zasługi a jedynie z Bożego miłosierdzia) ma klucze do tej bramy w postaci sprowadzania Boga na ołtarz. I właśnie dlatego uczę się ciągle, że moim jedynym odniesieniem powinien być Bóg, którego każdego dnia trzymam w moich dłoniach, a to przypomina mi nieustannie , że kapłan jako człowiek Boga jest nade wszystko pośrednikiem a nie interpretatorem; wiernym posłańcem i zarządcą Bożych tajemnic. Mając świadomość tej misji warto przemieniając nieco słowa poety, pytać: „I jak tu nie lękać się swojego kapłaństwa?”

images2Y7VMBD9

Pragnę dzisiaj ogarnąć całym sercem tych wszystkich, którzy towarzyszyli mi i towarzyszą na drodze mojej kapłańskiej drogi, i których dobry Bóg wiem, że nie bez powodu postawił na tej drodze i dziękując za wszelkie przejawy życzliwości, miłości i przyjaźni a zwłaszcza za pamięć w modlitwie proszę, nie zapominajcie o mnie w Waszych modlitwach, wypraszając mi łaskę dobrego, wiernego i świętego kapłaństwa a ja ze swej strony obiecuję zachowywać w moim kapłańskim sercu Was samych i Wasze twarze i stając przy ołtarzu Pana zawierzać Was z ufnością Jego miłosierdziu.

 

Św. Trójca ukazuje prawdę o życiu wewnętrznym Boga

Wiara jest drogą odkrywania prawdy, czasem długą i żmudną drogą. Prawda o Bogu w Trójcy, którą ukazuje nam dzisiejsza uroczystość bez wątpienia, należy do jednej z najtrudniejszych prawd.

To dlatego Bóg na kartach Pisma Świętego odkrywa przed nami prawdę o sobie stopniowo, jakby etapami. Jezus sam potwierdza to dzisiaj w słowach Ewangelii i wie najlepiej, ile potrafimy unieść. Pięknie to ukazują różne relacje międzyosobowe. A przecież relację z Bogiem budujemy na podobnej płaszczyźnie. Bywa, że człowiek, aby mógł przyjąć jakaś prawdę o sobie czy o innej osobie, zwłaszcza trudną potrzebuje czasu. Nie jest też bez znaczenia, jak ta prawdą zostanie mu przedstawiona. Z kolei, gdy mamy na myśli prawdę o Bogu, którego sposób istnienia przekracza zdolności naszego rozumu potrzebna jest pokora, cierpliwość, a zwłaszcza zgoda na to, że to, co zdołamy zrozumieć i tak będzie dalekie od rzeczywistości. Nie wolno nam w doświadczeniu wiary zapomnieć, że nawet, gdy pan Bóg pozwoli się nam zbliżyć do pewnej wiedzy o sobie, to i tak w dużo większym stopniu pozostanie dla nas Tajemnicą. Jednak nawet to częściowe poznanie Boga, jakie może stać się naszym udziałem, jest dla nas łaską, ale i owocem otwarcia się na Ducha Świętego, gdyż nikt poza Nim tej prawdy o Bogu nie może nam objawić.

Dla nas ludzi zachodniej kultury ukształtowanej przez racjonalizm filozoficzny trudno jest przyjąć fakt, że najlepszym sposobem rozumienia Boga nie jest rozum a życie wewnętrzne, oparte o modlitwę i zasłuchanie w Słowo Boże, a więc że bardziej poznajemy Boga na płaszczyźnie serca, zanurzonego w relację miłości z Bogiem niż na płaszczyźnie rozumu. Boleśnie przekonało się o tym wielu teologów, którzy chcąc pojąć prawdę o Bogu swoim intelektem, w konsekwencji stracili wiarę. Zabrakło im bowiem podstawowego warunku: pokory i zgody na to, że na tym świecie do końca Go nie zrozumieją. Jakiż byłby to Bóg, którego moglibyśmy pojąć rozumem?

Dzisiejsza Uroczystość pragnie objawić nam coś z tajemnicy życia wewnętrznego Boga. Zbliżamy się tutaj do tajemnicy Osób Bożych, które są we wzajemnej relacji. Trwa między nimi nieustanne obdarowanie i przyjmowanie. Nie chodzi tutaj o jakąś wymianę informacji, ale o dawanie siebie. Fundamentem relacji Osób Boskich jest miłość, która jest niczym innym, jak nieustannym dawaniem siebie i przyjmowaniem tego daru. Osoby Boże istnieją na sposób daru. Cała reszta stworzenia, to owoc tej miłości włączając w to aniołów, ludzi, ciągle rozszerzający się wszechświat pełen niezbadanych tajemnic, jak i piękno świata, z którego możemy korzystać. To właśnie przez stworzenie Bóg pragnie rozlewać swoją miłość na wszystko, co istnieje. Chce się dzielić tą miłością z nami.

Czego nasz to powinno nauczyć? Myślę, że gdyby nauczyło nas to dwóch zasadniczych rzeczy, to byłoby dobrze. Pierwszą z nich jest zaproszenie do odkrywania tego, co nas otacza: piękna świata, uroku przyrody, czy człowieka, jako tego, co nas zbliża do Boga oraz szacunku i troski o to wszystko, właśnie ze względu na to, że pochodzą od Boga.

Drugą zaś, jest prawda mówiąca nam o tym, że jeśli Bóg jest miłością, czyli istnieje na sposób daru z siebie, to jest to dla nas bezcenna podpowiedź, jak my powinniśmy żyć i postępować, jeśli naszym celem jest prawdziwe szczęście. Przykazanie miłości – o którym Jezus powie, że jest pierwszym i najważniejszym – wynika wprost z tajemnicy Trójcy Świętej. Jako osoba jestem i staję się sobą w pełni wtedy, gdy potrafię ofiarować siebie innym w duchu miłości. Nawet, jeśli ta miłość została zraniona przez oścień grzechu i naznaczona egoizmem, to nie znaczy, że nie jesteśmy zdolni do bezinteresownego daru z siebie. Jest to jedynie kwestią naszej woli i wolności.

Powołaniem człowieka zgodnie z Bożym zamysłem nie jest bowiem bycie sobą dla siebie, ale bycie dla innych. To ono dopiero sprawia, że stajemy się bardziej sobą a jednocześnie, że stajemy się odbiciem Boga, na podobieństwo którego zostaliśmy stworzeni.

Bóg, który objawia się przez miłość

Apostoł Jan rzekł do Jezusa: „Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w imię Twoje wyrzucał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodził z nami”. Lecz Jezus odrzekł: „Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”. (Mk 9,38-40)

„Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”… Kiedy przeczytałem te słowa po raz pierwszy, chcąc napisać komentarz do dzisiejszej medytacji od razu przyszło mi do głowy jeden obraz – przeżywana przed ponad tygodniem ceremonia w Kącikach pod Warszawą – ustanowienia Mikołaja Markiewicza opatem Sanghi Zen Kanon.  „Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”… Będę się zapewne powtarzał, ale warto to podkreślić raz jeszcze, co napisałem już na naszym blogu streszczając tamto wydarzenie: „urzekająca była życzliwość, z jaką zostaliśmy przyjęci. Jakbyśmy byli stałymi bywalcami miejsca. Piszę to, gdyż dla mnie – osoby od wielu lat uczestniczącej w dialogu zarówno międzyreligijnym jak i ekumenicznym – to szczególnie uderzające, że pomimo dzielących nas tradycji religijnych, możemy czuć się wśród Przyjaciół z Sanghi dobrze i widzieć w sobie duchowych pielgrzymów, którzy choć różnymi drogami zdążają przecież ostatecznie do jednego celu, nawet jeśli czasem inaczej go rozumieją czy nazywają”.

W ubiegłą niedzielę przeżywaliśmy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Duch Święty przychodzi, jako dar obecności, spotkania. Pismo święte na określenie Ducha Świętego i Jego działania używa różnych termonów: Pocieszyciel, Obrońca… Dla mnie zawsze najbardziej adekwatnym określeniem roli Ducha Świętego jest: Miłość. On jest więzią miłości między Ojcem i Synem. Jest to wieź tak niezwykła, choć dla nas niepojęta, że staje się osobą – trzecią osobą Trójcy Świętej ukazującą charakter jej wzajemnej relacji. Chrystus mówi: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę a Ojciec Mój i Ja przyjdziemy do niego i będziemy w nim przebywać”. Jakby nam chciał przypomnieć, że pierwsza jest zawsze miłość, czyli więź. Ona otwiera na przyjęcie nauki, prawdy i łaski.

Chciałbym przywołać słowa, które usłyszałem, słuchając jednej z konferencji Mertona, jakie wypowiedział do nowicjuszy w swoim klasztorze w Gethsemani: „Środowiskiem najbardziej sprzyjającym spotkaniu Chrystusa i otwarciu się na Jego łaskę jest cisza i budowanie wewnętrznego człowieka będące antidotum na współczesną herezję aktywizmu. Życie wewnętrzne jest bowiem światłem i solą życia chrześcijanina. Bóg nie jest rozumowaniem, On jest obecny w sercu każdego człowieka. To tam na nas czeka a serce jest znakiem tego, że Bóg najpełniej objawia się nam przez miłość a nie przez rozum. Najlepszym sposobem rozumienia Boga jest życie wewnętrzne polegające na tym, że nasze serce uczy się jak być ciągle zanurzone w Bogu”. I dalej mówi: „Uważam, że ludzie tak jak drzewa, potrzebują korzeni, które pozwalają im czerpać pokarm z najlepszej ziemi. Dla nas – chrześcijan tą najlepszą glebą jest modlitwa i zasłuchanie w słowo Boże”.

I rzeczywiście można powiedzieć, że medytacja jest jak zapuszczanie korzeni, głębiej i głębiej w życie wewnętrzne. Nie raz nawet nie potrzeba przenośni, bo siedząc przez kilka godzin człowiek czuje się, jakby rzeczywiście zapuszczał korzenie. A mimo to, że jest to często trud, trud dla naszego „ego”, które się buntuje na skutek siedzenia w niewygodnej postawie i pozornego nic nierobienia, czy dla naszego rozumu, bo nie widzimy konkretnych owoców tej modlitwy, które dla naszego racjonalnego ja są tak bardzo ważne trwamy w medytacji, godzinę lub więcej dziennie, dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Dla mnie, który mam za sobą już wiele przesiedzianych godzin i tygodni nie ma żadnego innego uzasadnienia, żeby siadać każdego ranka i wieczora do medytacji jak miłość. „Miłość przeżywana w ciszy” – można by powiedzieć zmieniając nieco sens określenia, którego użył Mikołaj Markiewicz.

To właśnie dzięki temu trwaniu w ciszy i w miłości łatwiej chłoniemy Słowo Boże i zanurzamy się w nim, przejmując powoli sposób jego myślenia, przesiąkamy nim i gdy przychodzi jakieś doświadczenie (niekoniecznie trudne czy bolesne), jakieś zawirowanie, odkrywamy ze zdumieniem, że zaczynamy reagować na nie inaczej niż inni, czy inaczej niż do tej pory. Wytrwałe wsłuchiwanie się w Słowo, które w czasie medytacji wybrzmiewa w naszych sercach – używając słów św. Augustyna – jest jak strużka wody, która płynie po skale. Patrzysz na nią: jest malutka, niepozorna, bo cóż może zrobić jedno małe słowo/wezwanie? Pozornie nic.           A jednak, gdy będzie przez tę skałę płynęła przez dwa lata, trzy, pięć – to zrobi w niej głębokie wyżłobienia. Takie jest działanie Bożego słowa. Ono drąży skałę naszego serca nie siłą, lecz wytrwałością.

Matka Kościoła

Ikona_Matka_Kosciola

Wprawdzie przeżywana dzisiaj w Warszawie i naszej metropolii uroczystość św. Andrzeja Boboli – jej głównego patrona przyćmiła nieco obchodzone w całym Kościele święto Maryi Matki Kościoła, ja jednak pozwolę sobie zaznaczyć to wydarzenie, nie dlatego, żebym miał coś przeciwko św. Andrzejowi Boboli, ale dlatego, że święto Matki Kościoła jest dniem, który darzę szczególnym sentymentem. Tego bowiem dnia przed dwudziestu laty z ust nieżyjącego już kardynała prymasa Józefa, usłyszałem, po rozmowie zwanej scrutinium (jaką odbywają ze swoim pasterzem wszyscy kandydaci do kapłaństwa), że Kościół w archidiecezji warszawskiej nie widzi przeszkód, abym przyjął święcenia kapłańskie i z radością także tę zgodę wyraził ksiądz kardynał, udzielając mi, jak ojciec, swego pasterskiego błogosławieństwa.

Stąd moje osobisty związek z tym świętem Maryjnym, które chcę także tutaj zaznaczyć dziękując w tym roku za to, że Maryja jak najlepsza Matka prowadzi mnie, chowa w swoim matczynym Sercu, jako Matka Kapłanów i towarzyszy duchowo swoim wstawiennictwem i swoim wzorem oddania Panu Bogu i Kościołowi.

Święto Maryi Matki Kościoła jest świętem w sposób szczególny związanym z Uroczystością Zesłania Ducha Świętego. Tytuł Maryi – Matki Kościoła jest stosunkowo niedawny, choć prawda ta jest nauczana od tysiącleci.

Cóż to znaczy, że Maryja jest Matką Kościoła i w jakim sensie nią jest? Otóż nie jest nią w sensie fizycznym czy psychicznym, tak jak jest Matką Jezusa. Nie jest nią też w sensie symbolicznym albo instytucjonalnym, tak jak kobieta jest matką okrętu albo jakiejś organizacji, której jest założycielką. Jest Matką Kościoła w sensie duchowym, lecz co to znaczy?

W szukaniu odpowiedzi na to pytanie jest nam pomocna liturgia Kościoła, a konkretnie wspomniane już wcześniej ścisłe powiązanie święta Matki Kościoła z Uroczystością Zesłania Ducha Świętego. Kościół rodzi się w dniu zesłania Ducha Świętego. Do tego momentu wprawdzie istnieje, począwszy od objawień Jezusa Zmartwychwstałego, ale jest to istnienie podobne do życia dziecka w łonie matki. Jest niesamodzielny, ukryty z obawy przed Żydami, „nie oddycha”, jest żywiony czyimś oddechem, czeka na własne tchnienie Ducha…

Można sobie wyobrazić, ile nadziei, ale też i ile wątpliwości, budził ten czas wielkich obietnic, ale też i czas długiego czekania na ich spełnienie; i to pośród zagrożeń. Sami z naszego życia duchowego znamy takie okresy, trwające niekiedy bardzo długo. Jakże wtedy potrzebny jest ktoś, kto taką duchową drogę przeszedł, jak wielkim skarbem w takich chwilach jest mieć prawdziwego ojca duchowego albo duchową matkę, który(a) powie choćby tylko tyle: Nie martw się, to normalne, tak działa Bóg, ja też przez to przeszedłem (przeszłam), pamiętam o tobie w modlitwach!

Autor Dziejów Apostolskich relacjonuje nam, co się działo z Apostołami po wniebowstąpieniu Pana Jezusa, gdy oczekiwali spełnienia się Obietnicy: Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa i Jego braćmi (Dz 1,14). Nie przypadkiem św. Łukasz wymienia tu Maryję z imienia. Jej rola w tym gronie była szczególna i to nie tylko dlatego, że była Matką Jezusa, bo też nie z szacunku tylko czy z poczucia obowiązku wobec Matki Pana zabrali Ją Apostołowie z sobą. W swej niepewności i oczekiwaniu na spełnienie się Obietnicy, której realnego kształtu nie znali, wiedzieli przecież, że Maryja jest pierwszą i jedyną, na którą Duch Święty zstąpił (por. Łk 1,34).

Mieli więc między sobą świadka działania Jego mocy, dowód spełnionej Obietnicy. Kto wie, czy to nie właśnie w tamtych dniach modlitw i rozmów poznawali tajemnice Jej życia, od radosnych poprzez bolesne po chwalebne, których sami wraz z Nią stawali się teraz uczestnikami. Odprawiali z Nią, jeśli tak można powiedzieć, pierwsze rekolekcje otwierające i przygotowujące ich serca na dary Boże. Nigdy nie będziemy w stanie wyobrazić sobie, jaką moc miały tamte duchowe konferencje, które dawała im Maryja, jak były proste, dalekie od snucia bogatych w piękne słowa i poetyckie obrazy teorii, jak przemawiały do serca i umysłu poprzez konkrety życia, jak uspokajały serca. One były duchowym pokarmem dla niepewnych uczniów. Tak jak matka karmi dziecko w swym łonie własną krwią, tak Maryja karmiła ich własnym życiem. Rzeczywiście stała się wtedy duchową Matką rodzącego się Kościoła. Karmiła go, aby z przyjściem Ducha Świętego urodził się w nim Jezus Chrystus, aby się objawił w pełni na twarzach Apostołów, w ich słowach i czynach ku zadziwieniu i nawróceniu patrzących i słuchających.

Po opisie zesłania Ducha Świętego Dzieje Apostolskie nie wspominają już o Maryi. To też ważny znak. Dobra matka nie ingeruje w życie dojrzałego dziecka. Nie znaczy to jednak, że nie otacza go nadal swą troską i modlitwą. Odtąd Duch Święty kieruje Kościołem, który dzięki swej Matce prowadzącej go do Ducha i dzięki działającemu w nim Duchowi Świętemu sam staje się Matką, rodząc swoje dzieci w źródle Chrztu świętego.

Rola Maryi, jako Matki Kościoła nie kończy się w czasach apostolskich. Trwa ona i dziś. Kościół wyraża tę prawdę w innym maryjnym święcie majowym, święcie Najświętszej Maryi Panny Wspomożycielki Wiernych. Dopełnia ono w przedziwny sposób i aktualizuje ów tytuł Matki Kościoła.

Kościół doświadcza Maryi jako matki, ilekroć rozważa tajemnice Jej życia, ilekroć zanurza się w Jej historię pełną mocy Ducha Świętego. W Niej – Oblubienicy Ducha Świętego – odnajduje nie tylko swój wzór, to byłoby za mało, odnajduje swoje życie, swój sens i swoją misję, którymi jest prowadzenie mocą tegoż Ducha do poczęcia się, rozwijania i rodzenia się Jezusa Chrystusa w sercach i postawach swoich dzieci. Doświadcza Jej jako matki również poprzez Jej troskę, wyrażającą się nie tylko w wysłuchanych modlitwach, których dowodami, oprócz wewnętrznych doświadczeń Jego dzieci, są tysiące, a może i dziesiątki tysięcy wotów i świadectw, zgromadzonych w maryjnych sanktuariach całego świata, lecz także w licznych w każdej epoce objawieniach. Wiele z nich, jak choćby te z Lourdes i Fatimy, Kościół rozpoznał jednoznacznie jako głos jego Matki i uczynił treścią swego życia. Co do innych zachowuje pełną nadziei rezerwę. Nie dlatego, jakoby się bał głosu Matki, lecz świadom jest zasadzek złego ducha i słabości swych dzieci, przez które ten głos dociera a jednocześnie pragnąc, aby głos Matki był czysty i jasny bez fałszów i ludzkich naleciałości. Bowiem zafałszowanie głosu Maryi, podobnie jak zafałszowanie głosu Pan Boga może mieć dla człowieka katastrofalne skutki.

Przyjąć Ducha Świętego

Cały sens życia chrześcijanina polega na tym, aby otwierać się na Ducha Świętego. Oto bezcenna prawda, którą warto dzisiaj odnotować.

Przeżywamy Niedzielę Zesłania Ducha Świętego. To wyjątkowa okazja, aby z nową mocą nadać właściwy kierunek swojemu życiu. Chodzi o zyskanie możliwie największego dobra w doczesności oraz osiągnięcie wiecznego zbawienia. Czy chrześcijanin może mieć inny cel!? Może! Tylko czy powinien!? Człowiek może porządnie namieszać w swoim życiu, kiedy pierwsze miejsce zajmie jego wola przed wolą Boga. Konsekwencją tego jest wplątanie się w absurdalne historie, które potem trzymają go na uwięzi niczym macki ośmiornicy. A zatem gdy zewnętrznie wszystko wygląda dobrze, wcale nie oznacza to, że konstrukcja naszego życia przebiega w duchu Ewangelii. Istnieją dwa błędne modele:

W pierwszym przypadku człowiek opiera się jedynie na swoich ludzkich siłach i pomysłach. Bóg nie jest brany pod uwagę. To droga, która w szczególny sposób otwiera człowieka na wpływ złego ducha. Oczywiście, gdy wszystko jest dobrze nie ma problemu. Problem zaczyna się wówczas, gdy te ludzkie siły zawodzą, gdy coś się nie układa po mojemu, czy gdy dopada nas trudne doświadczenie np. choroby. Wówczas ujawnia się wiele nerwowych zachowań, pretensji i niezadowolenia. A to zewnętrzny znak, że nasze życie, nie zostało przemienione przez Ducha Świętego. Znane powiedzenie, że „prawdziwa wiara sprawdza się w tyglu doświadczeń” nie jest jedynie pustosłowiem…

Innym błędem jest swoisty dualizm egzystencjalny, jaki wielu ludzi funduje sobie w życiu. Polega on na tym, że wprawdzie występuje w nim odniesienie do Pana Boga, ale jedynie w formie emocjonalnej, powierzchownej. Codzienne życie płynie zupełnie odrębnym nurtem. Nie wedle przykazań. Nie wedle woli Bożej. Taki człowiek jest przekonany, że żyje z Bogiem za pan brat. Bo modli się, chodzi do Kościoła, przystępuje do sakramentów. Ale może się okazać, że w rzeczywistości jest to tylko pewien świat powierzchownych przeżyć. Głębsze warstwy codziennego życia nie są przemienione. Nie są przeniknięte odniesieniem do Boga. 

Przypomina to sytuację gąbki, na którą położono folię. Jeśli spłynie na nią woda, która symbolizuje Ducha Świętego”, gąbka (symbolizująca życie człowieka) nie zostaje nasączona, podobnie jak i życie nie zostanie przeniknięte Duchem Świętym.

Jezus mówi do Apostołów i do nas: „Weźcie Ducha Świętego.” Jest to zaproszenie totalne! Chrystusowi chodzi o to, aby całe nasze życie było przeniknięte Duchem Świętym.

Raz jeszcze odwołajmy się do obrazu gąbki, która symbolizuje nasze życie. Gdy jest ona polewana wodą symbolizująca Ducha Świętego, staje się coraz bardziej nasączona. Czemu przywołuję ten obraz? Bo on pokazuje nam, o co chodziło Chrystusowi, gdy zsyłał na nas Ducha Świętego. Jemu zależy na tym, aby człowiek całym sobą, we wszystkich warstwach, na wszystkich płaszczyznach swojego życia otworzył się na Ducha Świętego, na Jego mądrość i Jego prowadzenie. Tylko w ten sposób może dokonać się nasze realne uświęcenie.

Często, niestety błędnie świętość kojarzy nam się z etycznym życiem. Tymczasem święty, to człowiek przeniknięty Duchem Świętym. Dzięki temu eliminowane są wpływy złego ducha i występuje stan pokornego godzenia się ze swymi ograniczeniami. To godzenie się nie oznacza, że nic nie robię, ale na tym, że nie próbuje udawać, że w moim życiu wszystko zależy ode mnie.  Ta zgoda daje w konsekwencji człowiekowi niesłychane poczucie wolności, gdyż uwalnia go od narzucania sobie ciężarów nie do uniesienia, które następnie przytłaczając nas, pogłębiają poczucie rozgoryczenia.

Droga życia podobnie jak droga wiary, która jest wpisana w życie, to nierzadko ciężki bój i trzeba być bardzo odpornym na przeróżne ciosy i ataki. Na szczęście mamy Kogoś, kto ma moc udzielić nam wszelkiej potrzebnej mocy i pokoju serca. Tym kimś jest Duch Święty. Pismo Święte określa Go, jako Obrońcę, Pocieszyciela, Orędownika, ale też, jako Tego, który nas wszystkiego nauczy.            A czego uczy nas przede wszystkim Duch Święty?

Właśnie tego, o czym wspomniano już na początku, aby naśladując Chrystusa, który potrzebuje dzisiaj naszych ust, rąk, nóg, serca i rozumu uczynić możliwie najwięcej dobra w doczesności oraz zasłużyć godnym i pięknym życiem na wieczne zbawienie.

Wszystko inne wcześniej czy później zamieni się w nicość. Na wieczność pozostanie jedynie to, co wyrosło z miłości i dobra. Gdyż jak zwykł mawiać św. Jan od Krzyża: „Przy końcu życia będziemy sądzeni z miłości”.