Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Przywrócić Bogu pierwsze miejsce w sercu i w życiu

Jezus podniósłszy oczy ku niebu, modlił się tymi słowami: „Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś (J 17,11b-12)

Buddyści mają takie sformułowanie: „szukam schronienia w imieniu Buddy (czy w Buddzie)”. Przyjęcie trzech schronień jest pierwszym krokiem oznaczającym wejście na buddyjską ścieżkę. Wyznawcy Judaizmu często prosili Boga: „Ukryj mnie cieniu Twych skrzydeł, strzeż mnie jak źrenicy oka” (por. Ps. 17). Nam zaś Chrystus podpowiada, że mamy szukać schronienia w imieniu Jezusa – najpotężniejszym z możliwych, gdyż przecież to właśnie „On zwyciężył świat” (por. J 16,33)          Czymże innym zatem jest medytacja, jak nie szukaniem schronienia w imieniu Jezusa? Czymże innym jest przyzywanie w tej modlitwie imienia Jezusa w rytmie oddechu jak nie wyrazem wiary, że to imię ma potężną moc, mogącą nas uchronić przed atakami złego, mogącą nas uzdrawiać wewnętrznie, mogącą nieść nam światło konieczne na drodze zbawienia i utwierdzać nas w prawdzie.

Chrystus w dzisiejszej Ewangelii przypomina, że Słowo Boże Jest prawdą. Jest to słowo, które uczy nas prawdy o Bogu i dopiero z Bożej perspektywy prawdy o człowieku i świecie. Inna perspektywa jest iluzją! Podobnie jak życie, które przestaje być skoncentrowane na Bogu jest iluzją. Największym kryzysem współczesnego świata i człowieka zachodniej kultury jest to, że usunął on Boga z orbity swojego życia i zainteresowania. A taka postawa musi się wcześniej czy później dla człowieka skończyć źle. To już wielki filozof Søren Aabye Kierkegaard przypomniał, że „gdy Bóg staje się wielkim nieobecnym, możliwe są wszelki wypaczenia, od najbardziej banalnych po najpodlejsze”. Pismo Święte przypomina nam, że od Boga wyszliśmy i do Boga zmierzamy i sam fakt wyrugowania Boga z naszego życia, z przestrzeni publicznej, z naszych domów tego nie zmieni.

Wydawać się może, że właśnie jako odpowiedź na ten duchowy kryzys potrzebni są współczesnemu światu ludzie kontemplacji, ludzie którzy spotykając Boga osobiście i wsłuchując się w Niego w głębi swojego serca stają się najlepszymi świadkami tego, że to, co przywraca człowiekowi energię umożliwiającą stawić czoła codziennej rzeczywistości, to właśnie siła płynąca z kontemplacyjnego i milczącego trwania twarzą w twarz z Bogiem.

Nie bez powodu jeden z wielkich teologów XX wieku – Karl Rahner – widząc odejście człowieka i kultury Zachodu od Boga prorokował, że: „chrześcijanin XXI wieku będzie labo kontemplatykiem, albo go w ogóle nie będzie”, a uzupełniając swoją tezę pisał: „Oddalić się od Boga, to zginąć; zwrócić się ku Niemu to zmartwychwstać; trwać w Nim to być niezachwianym; powrócić do Niego to odrodzić się; mieszkać w Nim, to żyć”.

Medytacja, jest właśnie drogą do odkrywania prawdziwości powyższego stwierdzenia. Uczy nas czerpać siły do stawiania codziennej rzeczywistości właśnie z trwania przy Chrystusie, z zamieszkania w Nim, co symbolizuje nieustannie wybrzmiewające w naszych sercach wezwanie, które jest owocem wytrwałej praktyki przyzywania imienia Jezus. Każdy, kto ma za sobą pewną drogę modlitwy serca wie dobrze, że częste zwracanie się ku wzywaniu imienia Jezus jest tym, co nas wewnętrznie karmi, odnawia, przemienia i oświeca naszą drogę. Za każdym bowiem razem wchodząc w doświadczenie tej wewnętrznej modlitwy (gdziekolwiek byśmy się znajdowali) wchodzimy w tajemnicę sacrum, nawiązując więź, która przywraca nam nadprzyrodzoną strukturę.

Człowiek medytacji wie, że podejmuje tę praktykę nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Nic bowiem tak nie przemienia świata na lepszy niż modlitwa. Ale ona uczy nas także, że ta przemiana zaczyna się nie od zewnątrz, ale od wewnątrz, od nas samych i naszego serca a dopiero później promieniuje na otoczenie światłem, które nie jest z nas.

Człowiek kontemplacji jest bowiem jak księżyc. Nie świeci własnym światłem, lecz odbija światło Chrystusa, którym najpierw pozwala się oświecić, po to, aby oświetlało zarówno jego drogę jak i po to, aby udzielało się innym.

Niech zatem każde wejście w doświadczenie medytacji będzie wejściem w tajemnicę sacrum, niech będzie z naszej strony zgodą na przyjęcie w siebie tego Chrystusowego światła i łaski, które przychodzą z każdym powtórzonym w rytmie oddechu wezwaniem, tak aby ciągle na nowo przywracały Bogu pierwsze miejsce w naszym sercu i w naszym życiu, czego mamy by c też świadkami dla innych.

Kąciki – niezwykła ceremonia w niezwykłym zakątku

DSC_0202

Pomyślałem sobie, że jestem winien wpis na blogu naszym Przyjaciołom z Sanghi Zen Kanon, dzięki którym dane nam było (mnie i Doborowemu Towarzystwu z grupy medytacyjnej) uczestniczyć minionej soboty w niecodziennej ceremonii Mountain Seat – tzn. uroczystości ustanowienia opatem Sanghi zaprzyjaźnionego z nami Mikołaja Uji Markiewicza, który w zeszłym roku otrzymał od Roshiego Jakusho Kwonga przekaz Dharmy.

Ceremonia była tyleż urokliwa, co magiczna. Magiczna oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu, ale sądzę, że ktoś ze Wschodu, wychowany w kulturze buddyjskiej, gdyby po raz pierwszy zawitał na naszą Mszę świętą miałby podobne spostrzeżenie. Była również urokliwa, zwłaszcza ze względu na scenerię, jaka tworzyła jej tło: natura, las, które doskonale współgrały z przwoływanymi w czasie ceremonii żywiołami, powietrzem czy dziesięcioma stronami świata.

DSC_0164

Moją obecność (niczym nie zasłużoną) poczytuję sobie, jako dar i życzliwość ze strony Roshiego Mikołaja, ale też i wielki ukłon w stronę zarówno jego samego jak i obecnego na ceremonii Roshiego Kwonga, którego miałem okazję spotkać drugi raz (po raz pierwszy przed wielu laty w Lubiniu). Zawsze ten skromny człowiek robi na mnie wielkie wrażenie – pewnie już jest urok Bożego człowieka.

Równie zaskakująca, co urzekająca była życzliwość, z jaką zostaliśmy przyjęci. Jakbyśmy byli stałymi bywalcami miejsca. Piszę to, gdyż dla mnie – osoby od wielu lat uczestniczącej w dialogu zarówno międzyreligijnym jak i ekumenicznym – to szczególnie uderzające, że pomimo dzielących nas tradycji religijnych, możemy czuć się wśród Przyjaciół z Sanghi dobrze i widzieć w sobie duchowych pielgrzymów, którzy choć różnymi drogami zdążają przecież ostatecznie do jednego celu, nawet jeśli czasem inaczej go rozumieją czy nazywają.

Tym bardziej uderza mnie życzliwość ludzi, których tam spotkałem, że często nie dane mi jest odczuwać jej w podobnym stopniu, wśród wyznawców tej samej religii – chrześcijan, choć reprezentujących różne konfesje wyznaniowe. Nie mam wątpliwości, że klimat spotkania tworzą przede wszystkim ludzie, ich życzliwość i otwartość, ale próbuję sobie tłumaczyć to również tym, że z przedstawicielami buddyzmu nie mamy wspólnej historii, z której mogłyby wyrastać jakieś zranienia czy nieufność, choć akurat w tym względzie chrześcijanie innych wyznań w Polsce nie powinni mieć powodów do narzekań.

DSC_0123

Mógłbym w tym miejscu zakończyć mój wpis, opatrując go kilkoma fotkami z ceremonii w Kącikach (produkcji Maćka), ale uświadomiłem, sobie jadąc w tamtą stronę, że jest też jeszcze jeden powód mojej obecności na uroczystości Mountain Seat , który warto przywołać. Jest nim – osobiście dla mnie – osoba (nie mam wątpliwości również duchowo obecnego tam, w Kącikach) ojca Jana Berezy. Jestem bowiem świadom, że nie byłoby ani mnie na tej uroczystości, ani nie dane byłoby mi poznać Roshiego Kwonga, czy Mikołaja Markiewicza, gdyby nie właśnie ojciec Jan. Zresztą bez niego nie było by też ani grupy medytacyjnej, której mam łaskę od dziesięciu lat uczestniczyć, ani bloga, którego czytacie… (ale o tym innym razem). Zatem gdy nowy Opat Leśnego Klasztoru – Roshi Uji Markiewicz składał kadzidło bodaj przy trzecim ołtarzu, wspominając byłych mistrzów, których życie i nauczanie było niczym kamienie milowe na drodze duchowej tradycji Sanghi ja w duchu pomyślałem sobie właśnie o ojcu Janie, łącząc się w Roshim Mikołajem Ujim w składaniu tego dziękczynnego kadzidła Panu Bogu właśnie wspominając i dziękując za osobę ojca Jana Berezy. Ufam, że tym moim duchowym aktem nie sprofanowałem ceremonii i że nowy opat, ponieważ jest człowiekiem wielkiego serca mi to wybaczy. Wszak sam znał ojca Jana.

DSC_0278

 

Trak więc miał rację Roshi Kwong mówiąc, że „Kąciki to mały kącik, który zawiera cały wszechświat” a nawet więcej, bo nie mam wątpliwości, że duchowo byli tam również obecni ci, którzy żyjąc już poza wszechświatem w wiecznym teraz Boga dzielili z nami radość tego wydarzenia.

DSC_0036

Uczeń Chrystusa jest zawsze misjonarzem

W imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego [Łk 24, 57]

I tak oto Ewangelista Łukasz pod koniec swojej Ewangelii zabiera nas raz jeszcze do Jerozolimy – najważniejszego miasta nie tylko dal Żydów, gdyż właśnie stąd głoszenie Ewangelii ma wyruszyć, aby w ciągu następnych dwudziestu wieków nieprzerwanego jej przepowiadania objąć cały świat. Jerozolima z powodu świątyni (jedynej, jaką mieli wyznawcy Judaizmu) uchodziła za miasto święte, miasto Boże, choć paradoks polega na tym, że właśnie to miasto odrzuciło Boga, który przychodzi w osobie Mesjasza. Miasto, które chlubiło się największą liczbą największych znawców spraw Bożych, okazało się być miastem ślepców nierozpoznających czasu Bożego nawiedzenia. A jednak jak słyszymy Bóg nie jest zawzięty i skoro temu miastu ma być głoszone przebaczenie, to znaczy, że również wszystkie inne grzeszne zakątki świata mają szansę na zbawienie. Jezus poleca głosić Dobrą Nowinę „Począwszy od Jeruzalem” – można to odczytać także, jako „rozpoczynając od najbliższych”. Mamy być zatem świadkami Ewangelii, świadkami wiary i miłości w swoich własnych domach, w naszych rodzinach, na swojej ulicy, czy w miejscu pracy – a wiec tam, gdzie jest najtrudniej –  a dopiero potem wyruszyć dalej. Nikt z nas z tego obowiązku nie może się zwolnić!

Bycie uczniem Chrystusa oznacza zawsze bycie misjonarzem.

Owszem, Chrystus nigdzie nie obiecuje, że będzie łatwo, ale też przypomina, że nigdy na tej drodze dawania świadectwa nie będziemy sami. Od początku uczniom Jezusa towarzyszy Duch Święty, bo nie można być świadkiem Jezusa bez Ducha Świętego i bez otwartości na Jego prowadzenie. Jak często jednak w naszej codzienności o to prowadzenie i o światło Ducha Świętego prosimy?  Świadek to nie tylko ten, kto czyni cuda, ale nade wszystko ten, kto wlewa w serca innych nadzieję, której źródłem jest Boże Słowo i Boża miłość. Nie możemy jednak innym nieść tej Bożej nadziei, miłości i Bożego Słowa, jeśli sami, na co dzień się na nie otwieramy i nimi nie żyjemy.

Święty Łukasz odnotowuje, że Jezus, wstępując do nieba, błogosławi uczniów. To Jego ostatni gest. Ale nie jest to gest jednorazowy. To błogosławieństwo spoczywa na nas nieustannie, ono nas chroni, rozciąga się nad nami jak płaszcz, jest gwarancją zwycięstwa w naszych duchowych walkach z pokusami, grzechem, z zakusami szatana. Wniebowstąpienie oznacza, że Jezus, zasiadając po prawicy Ojca, wstawia się nieustannie za nami u Niego. To ostateczne zwycięstwo Chrystusa, w które zwłaszcza nam, Jego wyznawcom nigdy nie wolno zwątpić nawet, gdyby różne okoliczności, czy chociażby ponad miarę panoszące się zło zdawały się temu zaprzeczać.

Warto dostrzec jeszcze jedną ważną wzmiankę w tej dzisiejszej Ewangelii: Uczniowie wracają do Jerozolimy z Góry Oliwnej, skąd mają rozpocząć swoją misję i jak czytamy: „są pełni wielkiej radości”. Jest to radość ludzi zbawionych. Jest to radość ludzi, którzy mają świadomość, że zostali zaproszeni do współpracy w najbardziej doniosłym dziele przez samego Boga. To dlatego nawet w chwilach cierpienia i prześladowań potrafili śpiewać pieśni ku chwale Zbawiciela?

Nie da się w tym kontekście nie postawić sobie dzisiaj pytania: Gdzie jest moja radość? Jakie jest jej źródło? Czy znajduję radość w tym, że od chwili mojego chrztu a potem bierzmowania zostałem zaproszony po imieniu, aby być współpracownikiem Boga w dawaniu świadectwa Ewangelii?

Chrześcijanin bowiem to nie tylko świadek wiary i miłości, ale także radości, po której ma być rozpoznawalny przez innych.

I tej radości, pomimo różnorodnych trudności, które trzeba nam znosić dla Królestwa Bożego Wam Kochani moi i sobie życzę. Amen.

Gdy medytacja staje się modlitwą życia

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek słyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego bierze i wam objawi”. (J 16,12-15)

Nie tak dawno dostałem e-mail od osoby, która trafiła jak twierdzi „przypadkiem”, choć ja wiem, że nie ma przypadków na naszą stronę o medytacji chrześcijańskiej. Pisze, że pracuje w dużej korporacji, właśnie przygotowuje się do ślubu i choć to powinno być dla chrześcijanina przede wszystkim duchowym doświadczeniem, to nie ma czasu, aby się zatrzymać i nad tym pomyśleć.  Zabiegana codzienność. Tak wiele życiowych spraw. A jednak  – jak pisze dalej – im tego więcej, tym bardziej słychać wołanie dochodzące z wnętrza. Interpretuje to, jako tęsknotę serca za głębokim wyciszeniem. To tylko jeden z maili, jakich od początku istnienia naszej strony dostaje wiele. Ważne, żeby takich pragnień nie traktować, jako czegoś w rodzaju odrealnionego marzenia. Jak najbardziej możliwe jest spełnianie tej wielkiej tęsknoty, którą wielu z nas żyjących w takich a nie innych czasach, naznaczonych gonitwą odczuwa w swoim sercu. W jaki sposób? Oczywiście poprzez modlitwę.

Nie tę utkaną z wyuczonych w dzieciństwie formułek. Żeby było jasne – nie mam nic przeciwko modlitewnym formułom. W końcu to, czym posługujemy się w medytacji to także formuła. Ważne jest jednak, aby nasza modlitwa dojrzewała wraz z nami. Aby nie bać się tego, że jakaś forma modlitwy przestała mi odpowiadać, że czuję iż nie karmi już mojego serca jak dawniej. Może to być bowiem Bożym wezwaniem do poszukania innej, bardziej osobistej formy modlitwy. Do wypłynięcia na głębię. Jeśli nie odważymy się tego zrobić, to istnieje niebezpieczeństwo, że utkniemy w jakiejś ślepej duchowej uliczce. A życie duchowe nie znosi stagnacji. „W duchowej wędrówce wszelka stagnacja duchowa oznacza cofanie się wstecz i śmierć żywej wiary” – zwykł mawiać ojciec Piotr Rostworowski

Powiedzmy najpierw jasno i wyraźnie, że modlitwa nie jest abstrakcyjnym rozmyślaniem. Nie chodzi także o robienie kolejnego zestawu moralnych postanowień, jak czyni wiele osób.  Bardzo szybko bowiem człowiek się pod tym ciężarem załamie. Rdzeń modlitwy polega na tym, że jest to serdeczne spotkanie dwóch osób. Boga i człowieka. On i Ty. Konkretna współobecność.                       Aby tego najlepiej doświadczyć, wielką pomocą jest cisza. Ktoś, kto wcześniej nie miał doświadczenia ciszy może być na początku przerażony albo skonfundowany tym, że pozornie w ciszy nic się nie dzieje.

Tymczasem cisza uczy bycia uważnym, pomaga w poznaniu siebie i trwaniu w autentycznych bliskich relacjach. „W ciszy chodzi przede wszystkim o spotkanie ze sobą. Brak informacji i bodźców z zewnątrz powoduje, że człowiek nie zajmuje się byciem dla kogoś i może posłuchać siebie, by dojść do harmonii i spokoju, posłuchać tego, co w nas woła o uwagę”. – pisze o. Basil Pennington, trapista. Tymczasem tak bardzo owo wsłuchiwanie się w siebie lekceważymy, albo w innym wypadku boimy się go. Tymczasem w ciszy naszego serca mówi do nas Bóg.

Medytacja poprzez zanurzenie się w milczenie i zwrócenie się ku naszemu wnętrzu dotyka rdzenia naszego życia. Pozwala zanurzyć się w obecność Chrystusa. W ten sposób otwiera nas na ten obszar naszego wnętrza gdzie działa Bóg i skąd chce się przebić na zewnątrz do naszej codzienności.

Istotą modlitwy serca jest to, aby stała się dla modlącego się modlitwą życia.

Medytacja staje się modlitwą życia przez to, że uczy nas zwracać nasze serce, nasz wzrok i naszą uwagę ku Chrystusowi. Uczy jak w centrum życia postawić Boga, detronizując jednocześnie nasze własne „ja”. Owocem tego jest doświadczenie, które ładnie określił Thomas Merton pisząc, że: „Cisza kontemplacji otwiera wewnętrzne drzwi i sprawia, że Chrystus obecny w nas promieniuje swoją obecnością jak słońce na całe nasze życie. Jeżeli człowiek się nie otwiera przez ciszę i wsłuchiwanie się w Boży głos, to to promieniowanie jest ograniczone na naszą własną prośbę. Nie wydobywa się i nie oświeca naszego życia. Przypomina to trochę zamknięte okiennice.  Gdy nie otwieram swojego wnętrza, wtedy wciąż wydaje mi się, że pozostaję sam na drodze mojej duchowej wędrówki, pomimo realnej obecności Pana”.

Poprzez modlitwę będącą zanurzeniem w ciszy, serce człowieka staje się przestrzenią, gdzie Bóg uświęca życie człowieka.  Wówczas modlitwa przestaje być już obowiązkiem, o który trzeba walczyć. Przez doświadczenie czynimy ją upragnionym czasem spotkania z Jezusem, Przyjacielem. Wówczas modlitwa staje się pięknym, kojącym doświadczeniem „wyżyn pokoju i wyciszenia” pośród „nizin i gwaru codzienności”.

Bardziej Towarzyszka niż Królowa.

Potem ukazał się wielki znak na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. 
Ukazał się też inny znak na niebie: Oto wielki Smok ognisty; ma siedem głów i dziesięć rogów, a na głowach siedem diademów. Ogon jego zmiata trzecią część gwiazd z nieba i rzucił je na ziemię. Smok stanął przed mającą urodzić Niewiastą, ażeby skoro tylko porodzi, pożreć jej Dziecko. I porodziła Syna – mężczyznę, który będzie pasł wszystkie narody rózgą żelazną. Dziecko jej zostało porwane do Boga i do Jego tronu. Niewiasta zaś zbiegła na pustynię, gdzie ma miejsce przygotowane przez Boga. (Ap 11,12,1.3-6a)

Zgodnie z testamentem Jezusa, który w osobie Jana dał nam Maryję za Matkę można rzec, że Maryja jest dla nas wszystkich. Myślę, że każda i każdy z nas ma swoją historię maryjną, o której mógłby opowiedzieć. „obecność Maryi w moim życiu”. To bardzo ważne. Czasem jest to historia bardzo prosta innym razem skomplikowana. Dobrze jest jednak o tej obecności Maryi w naszym życiu pamiętać. I to nie tylko od święta, jak dzisiaj! Osobiście widzę w tym darze Matki w testamencie Krzyża jakąś szczególną dobroć i delikatność Chrystusa. Nawet Nią chciał się Syn Boży podzielić z nami, chciał by Maryja była także naszą Matką. Przez Jej obecność drogę do siebie uczynił bardziej bezpieczną i pełną wrażliwości Tej, którą uczynił Towarzyszką naszej drogi. Chciał by Ona towarzyszyła nam przez całe życie, aż do śmierci, tak jak towarzyszyła Jemu. Dla mnie jest w tym jakaś szczególna dobroć i delikatność Boża w stosunku do nas.

Jako Towarzyszka naszej duchowej podróży jest dla nas wzorem tego, nie stawiać oporu Łasce Bożej, jak ją przyjąć i otworzyć się na nią. To zawsze pierwszy krok do przyjęcia i zrealizowania w pełni naszego powołania. My niestety okazujemy się dużo bardziej „gruboskórni” i „odporni” na Bożą łaskę, przez którą Duch Święty pragnie w nas działać. U Matki Bożej było inaczej. Każde tchnienie Ducha Świętego znajdowało w Niej odpowiedź. Można powiedzieć, że jako Ta, która uosabia wierność Duchowi Świętemu, jest Tą, w postawie której my też znajdujemy światło w naszej drodze wiary. A wiara przecież realizuje się najpełniej w otwartości i w odpowiedzi na Bożą łaskę.

W życiu duchowym człowiek pozornie sadzi się na niezależność, ale kiedy życie da mu po głowie, staje się mniej pewny siebie i wtedy zaczyna rozumieć potrzebę posiadania Matki i jak dziecko staje się od niej zależny. W pełni rozwinięte życie duchowe często przybiera tę właśnie formę zależności. Oczywiście jest to niezwykła zależność, której potrzebujemy, do której na pewnym etapie naszej duchowej podróży dorastamy, ale która nie narusza naszej wolności.

Już Księga Rodzaju po upadku człowieka ukazuje mu, jako nadzieję niewiastę, która zmierzy się z wężem, tym samym, który zwyciężył człowieka. Pan mówi do węża: „położę nieprzyjaźń pomiędzy tobą a niewiastą, między twoje potomstwo, a potomstwo jej. Ono zmiażdży twoją głowę” (por. Rdz 3,15). Warto zauważyć, że ten sam obraz Niewiasty i węża ukazuje się na końcu dziejów w Apokalipsie. Niewiasta i Smok. (por. Ap 12). Oto na początku i na końcu Biblii, ukazującej dzieje stworzenia ukazuje się ten antagonizm. Można pomyśleć, że jest to znak czasów jako takich, że to się właśnie w sposób niewidoczny rozgrywa nieustannie. Jak pisze ojciec Raniero Cantalamessa:  „Dzieje świata mają swoją dynamikę. Choć czas jest pozornie jednakowy i niczym się nie wyróżnia jeden okres w stosunku do drugiego, to jednak tkwi w nich pewna zawartość — życie, mające różne napięcia. Są czasy większego napięcia dziejów, gdy walka duchowa się intensyfikuje. Wtedy, gdy nabiorą jakiejś szczególnej dynamiki i napięcia, ukazują się wyraźniej te dwie postacie — wąż i Niewiasta”.

Nie trzeba chyba szczególnej wrażliwości duchowej, żeby dostrzec, że dzisiejsze czasy są pełne takiego napięcia duchowego, olbrzymich zmagań. Spójrzmy jak wyraźnie ukazuje się dzisiaj ten wąż w straszliwym zakłamaniu, w nienawiści do człowieka, w podważaniu zarówno nauczania Kościoła, jak i podstawowych wartości, w wykoślawianiu kultu Bożego i walce z Bogiem, jakiej jeszcze nie było, wreszcie w zamgleniu ludzkiego sumienia, które już nie widzi, co jest dobre a co złe, które wszystkie grzechy usprawiedliwia i tłumaczy. Czy nie ma również wyraźnego znaku szatana w tym, że nienawiść klasowa, kulturowa a także rasowa wkracza do codziennej debaty, pomimo pozornej tolerancji? Czy też aktywizm, kult pracy, który odciąga człowieka od refleksji i modlitwy? To już jeden z dawnych autorów komunistycznej idei powiedział, że „postęp na świecie realizuje się przez to, że kominy fabryczne strzelają wyżej od wież kościelnych i huk maszyn zagłusza dźwięk organów”. To czy to wszystko nie są przypadkiem znaki rozszalałej bestii, którą tak realistycznie ukazuje autor Apokalipsy? Jednocześnie nie sposób zaprzeczyć faktom, że dzisiejsze czasy są bardzo maryjne. Postać Matki Bożej wyraźnie się ukazuje na tle ciemnego nieba współczesnego świata. Zaledwie minione stulecie przyniosło bardzo wiele objawień Matki Bożej, między innymi w Fatimie, La Salette, Lourdes, nie mówiąc już o Medjugorje. To wiek rozwoju nabożeństwa różańcowego, z papieżem Polakiem, który ukazywał tę modlitwę jako potężny egzorcyzm, na dzisiejsze czasy i pomoc w zagubieniu się współczesnego człowieka. To wiek wielkiego kultu Matki Bożej i oddawania się w niewolę jej macierzyńskiej miłości. Dzisiejsza uroczystość przypomina nam, że ciągle w Polsce, szukamy oparcia w Matce Bożej Jasnogórskiej, Królowej Polski. To wszystko dla człowieka o pewnej duchowej wrażliwości musi oznaczać, że dzisiejsze czasy mają szczególne znaczenie, jakiś wyjątkowy sens. O tym, że czas jest krótki przypomina także wiele objawień współczesnych mistyków.

Jest zatem jakieś wskazanie Opatrzności Bożej, by w tych niespokojnych czasach jak najbardziej się zbliżyć do Maryi, wprowadzić Ją w nasze życie i poddać się Jej prowadzeniu. Można to odczytać we wszystkim, co się dzieje, również w wypowiedziach Magisterium Kościoła. Dzisiaj, w dniu uroczystości Królowej Polski warto pomyśleć o naszym własnym stosunku do Matki Bożej w sytuacji, kiedy świat woła o Jej interwencję. „Widzimy bowiem bardzo jasno – jak pisał przed laty ojciec Piotr Rostworowski – że bez cudu ludzkość się z obecnej sytuacji wydostać nie zdoła, nie może zostać uratowana. Jeżeli środki mogące zniszczyć cały glob znajdują się w rękach ludzi opętanych nienawiścią do człowieka, to kto prócz Maryi może tu coś poradzić?”

Może właśnie dzisiaj warto przywołać tę myśl, aby stała się ona ziarnem większej miłości, ufności i gorętszej modlitwy do Maryi naszej Matki i królowej, ale nade wszystko naszej najbliższej Towarzyszki.