Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Relacja z Bogiem we mnie

„Przyjdziemy i mieszkanie u niego uczynimy”. Przywoływałem niedawno zdanie, jakie odnotowała w swoim dzienniku współczesna polska mistyczka Alicja Lenczewska, zdanie które jest zapisem duchowej rozmowy między nią a Jezusem: „Chcę cię zabrać daleko w głąb. Tam, gdzie jest święte miejsce w twojej duszy, gdzie nikt nie ma dostępu, bo tylko Ja tam przebywam”. Jak często myślimy o tym, że nasze serce jest miejscem obecności Boga i że On jest bliżej nas niż nam się wydaje?

Dzisiejsza Liturgia Słowa ukazuje nam Boga, który cieszy się tą obecnością w człowieku. Bóg nie mówi, że wpada do nas raz na jakiś czas, że potrafi się zadowolić tym, że przypomnimy sobie o Nim dwa razy w ciągu dnia i dodatkowo na godzinkę w niedzielę. Nasz Bóg jest tym, który chce w nas zamieszkać, chce dzielić z nami życie, nasze troski, bóle, strapienia i radości. Czy potrafimy to docenić? Jak często obrażamy go mówiąc, że jest daleki, nieczuły, że nas opuszcza? A może problem jest w tym, że to my nie mamy kontaktu z Bogiem obecnym w nas, że szukamy go na zewnątrz, podczas, gdy On chce się z nami spotykać w centrum naszego życia!? Wielu z nas dobrze zna słynne zdania pochodzące z wyznań św. Augustyna: „Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna, a tak nowa, późno Cię umiłowałem. W głębi duszy byłeś, a ja się po świecie błąkałem i tam szukałem Ciebie, bezładnie chwytając rzeczy piękne, które stworzyłeś. Ze mną byłeś, a ja nie byłem z Tobą. One mnie więziły z dala od Ciebie – rzeczy, które w ogóle by nie istniały, gdyby nie istniały w Tobie.” Myślę, że nie jedna i nie jeden z nas mógłby się pod tym wyznaniem podpisać obiema rękami…

Jak jednak odnaleźć tę więź z Bogiem obecnym w nas? Chrystus wydaje się udzielać odpowiedzi także na ten dylemat: „Jeśli mnie kto miłuje będzie zachowywał Moją naukę (dosłownie Moje słowo)”. Zachować naukę, to strzec tego, co dla nas chrześcijan jest skarbem – Słowo Boże; z zasłuchania, w które rodzi się nasza wiara; które potrafi skutecznie obronić nas przed fałszem, zapomnieniem, zagubieniem się we współczesnym świecie, w tym przed mnóstwem różnych serwowanych dzisiaj teorii, które służą jedynie manipulacji człowiekiem.

To właśnie w Słowie Bożym odkrywamy prawdę o Bogu, o tym, kim On jest i o tym jak bardzo nas kocha i jak bardzo Mu na nas zależy. Odkrywamy w nim także prawdę o sobie, ale nie taką, która nas przytłacza, oskarża, podcina nam skrzydła, lecz taką, która nawet, gdy mówi o naszej słabości i grzechu jednocześnie wlewa w nasze serca otuchę i nadzieję. Słowo Boże jest słowem wypowiedzianym do nas przez Boga z miłością. To normalne, że jak się kogoś kocha, to się chce z nim rozmawiać. Miłość zakłada poznanie. Poznajemy innych między innymi słuchając ich. Kiedy kogoś kocham słucham go zawsze z uwagą i z zaangażowaniem. Słucham sercem! Czy tak jest, gdy słuchamy Słowa Bożego? Czy w ogóle mamy jeszcze czas, aby zasłuchać się w nie poza tą krótką chwilą, która składa się na czytania mszalne? „Pokaż mi jak słuchasz Słowa Bożego a powiem ci, jakim jesteś chrześcijaninem…” – zwykł mawiać Mistrz Eckhart – jeden ze sławnych przedstawicieli mistyki nadreńskiej. A św. Hieronim dodaje: „Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”. „Kto Mnie nie miłuje, nie zachowuje mych słów” – mówi Jezus, tzn. nie nosi ich w sercu, nie żyje nimi, nie pozwala, aby wracały do niego w chwilach zwątpienia, aby go podtrzymały na duchu i umacniały.

„Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat”. Czy nie tęsknimy za tym głębokim pokojem serca? Niestety dużo częściej nie wierzymy w to, że on może stać się naszym udziałem w życiu i świecie targanym tak wieloma niepokojami. Nie wierzymy, że możemy osiągnąć taki pokój, mimo, że mówi o nim sam Chrystus! Jemu zależy, aby dać nam kojący lek na nasze rozdygotane serca. Jezus dobrze wie, że nikt poza Nim nie ma takiego leku a już na pewno nie świat, który jest częściej źródłem niepokoju naszego serca niż jego ukojenia. Wystarczy posłuchać przez kilka minut wiadomości, by zacząć się lękać o siebie, o innych, o przyszłość…

Gdzie zatem ten pokój znaleźć? Wbrew pozorom Chrystus wskazuje na to w tej samej odpowiedzi: „zachować słowo Jezusa i oprzeć się na nim”. Tak łatwo nam uwierzyć w to, co mówią w wiadomościach telewizyjnych a tak trudno nam przyjąć i uwierzyć słowu Jezusa. Chcemy pokoju, ale sami często stajemy się źródłem niepokojów zatruwających nasze serca przez to, czego słuchamy, przez niepotrzebne troski, przez przywiązywanie wagi do rzeczy nieistotnych, pozwalając, aby one nas dzieliły, stawały się zarzewiem naszego gniewu, noszonej w sercu urazy czy niechęci przebaczenia… Można by tych przyczyn, którymi sami pozwalamy, aby były zatruwane nasze serca wymieniać wiele. A Chrystus prosi tylko: spędzaj więcej czasu w Mojej obecności, uczyń ze swojego serca mieszkanie dla Boga. Dziel się wszystkim, co przeżywasz i szukaj pociechy i odpowiedzi w Moim słowie. A wówczas doświadczysz jak powoli w twoim sercu rodzi się prawdziwy pokój, którego świat dać nie może. Tylko tyle i aż tyle!

Jeden punkt odniesienia

Nikt nie jest bez grzechu. „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” (1J 1, 8).

Wielu jednak nie chce uznać tej oczywistej prawdy. Aby zachować dobre samopoczucie i mniemanie o sobie za zło popełnione winią wszystkich, ale nie siebie. Niektórzy nawet skłaniają się ku teoriom, które głoszą, że człowiek nie jest wolny; że wolna wola to iluzja, stąd też, jeżeli człowiek popełnił jakieś zło, to dlatego, że kryje się za tym mnóstwo rzeczy, które go do tego skłoniły…

Oczywiście nikt z nas nie wątpi, że jest ktoś, kto uczyni wszystko, aby nas skłonić do grzechu, do niewierności przeciw Bogu. Tym kimś jest szatan, ale jego działanie, choć często bardzo inteligentne i subtelne nie zaprzecza naszej wolnej woli, którą zostaliśmy obdarowani przez Boga i w konsekwencji w odpowiedzialności za nasze postępowanie.

Kościół uczy, że zgrzeszyć można myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Nawet jeśli ktoś nie popełnia zła w sensie czynienia komuś krzywdy – to kto z nas może powiedzieć, że nie popełnił grzechów płynących z zaniedbania dobra? Te właśnie grzechy najczęściej uchodzą naszej uwadze. Spowiadamy się z popełnionego zła, ale ze zmarnowanych szans czynienia dobra dużo rzadziej. Tymczasem św. Jakub Apostoł przestrzega nas: „Kto bowiem wie, jak czynić dobro, a nie czyni, popełnia grzech” (Jk 4, 17).

Prawda o kondycji człowieka jest więc taka, że wszyscy jesteśmy grzeszni. Zaprzeczanie tej prawdzie, oddala nas od Boga, bo nie jest postawą pokory. Pokora zaś, to nie umniejszanie własnej wartości, ale dostrzeganie swoich błędów i przekonanie, że tylko Bóg może pomóc mi te błędy naprawić. Co więcej pokora to dyspozycja, która otwiera nas na Bożą łaskę i Boże miłosierdzie. Ona nam przypomina także o tym, że również dobro, które czynimy jest zawsze dziełem Boga w nas.

Uznanie swoich słabości to proces, który chroni nas od zgubnego dążenia do doskonałości o własnych siłach. Kiedy uwierzymy, że Bóg kocha każdego człowieka, również tego grzesznego i że nie tylko nas nie potępia, ale każdego „obmywa” we krwi Baranka, wówczas doświadczenie naszej słabości i naszego grzechu będzie okazją do głębszego spotkania i doświadczenia miłosierdzia Bożego.

Bóg, który nas stworzył i zna nasze słabości, nie oczekuje od człowieka więcej, niż człowiek może uczynić. Jeśli czasem myślimy, że Bóg nie jest miłosierny i wspaniałomyślny, to obrażamy samego Boga, który przecież Syna swego wydał na ofiarę za nas, abyśmy my, mieli życie wieczne. To ofiara jedyna, której żadna nasza ofiara, nie może się równać.

Każda Eucharystia będąca pamiątką tej ofiary zaprasza nas do stanięcia w obecności tego miłującego nas Boga. On stawia nas wobec tajemnicy Krzyża, który dla nas jest znakiem miłosiernej miłości Boga i jak pisała dzisiejsza patronka, św. Katarzyna Sieneńska: „Krzyż jest centrum świata, jest sercem ludzkości i naszym jedynym oparciem. Na tym świecie bowiem istnieje tylko jeden stały punkt, zapewniający człowiekowi równowagę. Wszystko inne jest ruchome, zmienne, ulotne i niepewne. Tylko krzyż stale trwa a świat krąży wokół niego. To on przypomina nam o niezmiennej i niewzruszonej miłości Boga do nas. I tylko z perspektywy tej miłości my sami możemy nauczyć się widzieć wszystko oczyma wiary, oczyma miłości, oczyma Chrystusa”.

Być wszczepionym w Chrystusa

Jezus powiedział do swoich uczniów:

„Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was trwać będę. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami.

Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić.” (J 15,1-8)

Chrześcijaństwo nie jest wyłącznie systemem norm etycznych i prawd podanych do wierzenia. Chrześcijaństwo, to nie powierzchowny rytuał, który trzeba zrealizować, żeby wykazać się zewnętrzną poprawnością. Obraz winnego krzewu, którym posługuje się Jezus, ma nam uzmysłowić, że bycie prawdziwym uczniem Chrystusa nie polega na samym tylko przestrzeganiu wyuczonych zasad, ani na wierze w nie, ale na bliskiej, intymnej relacji z Bogiem. Można bowiem postępować w sposób etycznie a nawet religijnie poprawny (tzn. wypełniać rytuały), ale sercem pozostawać daleko od Boga. Jedynie fakt, że latorośl jest wszczepiona w winny krzew jest źródłem przepływu życia i łaski a te z kolei stają się źródłem owocności naszego życia.

Obraz latorośli wszczepionej w krzew winny jest pięknym obrazem dla medytacji. Medytacja pozwala nam bowiem poprzez zanurzenie się w obecność Boga, w Jego miłość, pogłębiać naszą relację z Nim. Medytacja zresztą to już nie tylko obraz latorośli, która zachowując słowo Jezusa żyje w Jego bliskości, ale to doświadczenie tej bliskości i skuteczności tego Słowa, które recytowane w rytmie oddechu staje się nośnikiem Bożej łaski i Bożego życia w nas podtrzymywanego przez Ducha. To Słowo jak mówi dzisiaj Jezus oczyszcza nas uzdalniając do przyjęcia Bożej łaski, po to, abyśmy przynosili owoc, jakiego Bóg od nas oczekuje.

Doświadczenie medytacji zaczyna się od pragnienia zasłuchania się w Słowo Boże, po to, aby pozwalać się mu przenikać, oczyszczać, kształtować i coraz bardziej jednoczyć. To zjednoczenie ostatecznie oznacza jedność naszej woli z wolą Boga i gorące pragnienie jej wypełniania.

W dzienniku duchowym Alicji Lenczewskiej, polskiej mistyczki zmarłej zaledwie przed czterema laty możemy przeczytać, jak Jezus mówi do niej: „Chcę cię zabrać daleko w głąb. Tam, gdzie jest święte miejsce w twojej duszy, gdzie nikt nie ma dostępu, bo tylko Ja tam przebywam”. Medytacja jest właśnie tą podróżą w głąb nas, do najbardziej intymnego miejsca naszego wnętrza będącego miejscem obecności Boga w nas. Jest drogą do spotkania i do zakorzenienia się w głębokiej jedności z Chrystusem. Jest także doświadczeniem uczącym nas, że Bóg, którego nie mamy szukać na zewnątrz (w niedostępnych niebiosach), ale obecny w nas jest Tym, który towarzyszy nam nieustannie i jest z nami w każdej chwili naszego życia, a świadomość tej nieustannej obecności sprawia, że możemy i powinniśmy całe nasze życie przemieniać w modlitwę i czas przeżywany w zjednoczeniu z Bogiem. Wówczas będziemy mogli odkrywać, czym jest ów prawdziwy pokój, jaki Chrystus obiecał nam we wczorajszej Ewangelii i ze zdumieniem doświadczać, że On sam nas prowadzi, kieruje nami strzegąc od zła i ukazując nam drogę zbawienia.

Niech zatem medytacja prowadząc nas w głąb tajemnicy życia wewnętrznego coraz bardziej zakorzenia nas w Chrystusa, pozwalając nam odkrywać owoce tego zjednoczenia.

Wyobraźnia miłosierdzia

Określenie „wyobraźnia miłosierdzia”, pochodzi z listu apostolskiego Jana Pawła II Novo millennio ineunte, który ukazał się na zakończenie Wielkiego Jubileuszu Roku 2000. Ojciec Święty napisał w nim: „W naszej epoce wiele jest bowiem potrzeb, które poruszają wrażliwość chrześcijan. Nasz świat wkracza w nowe tysiąclecie pełen sprzeczności, jakie niesie z sobą rozwój gospodarczy, kulturowy i techniczny, który niewielu wybranym udostępnia ogromne możliwości, natomiast miliony ludzi nie tylko pozostawia na uboczu postępu, ale każe się im zmagać z warunkami życia uwłaczającymi ludzkiej godności. Jak to możliwe, że w naszej epoce są jeszcze ludzie, którzy umierają z głodu, skazani na analfabetyzm, nie mający dostępu do najbardziej podstawowej opieki lekarskiej, pozbawieni domu, w którym mogliby znaleźć schronienie? Ten krajobraz ubóstwa może poszerzać się bez końca, jeśli do starych jego form dodamy nowe, dotykające często także środowisk i grup ludzi materialnie zasobnych, którym wszakże zagraża rozpacz płynąca z poczucia bezsensu życia, niebezpieczeństwo narkomanii, opuszczenie w starości i chorobie, degradacja lub dyskryminacja społeczna” (nr 50).

Do swego orędzia Jan Paweł II powrócił w homilii wygłoszonej na krakowskich Błoniach 18 sierpnia 2002 r. Wtedy to zostali wyniesieni do chwały ołtarzy czterej polscy błogosławieni, którzy zasłynęli z postawy miłosierdzia wobec bliźnich. Jan Paweł II mówił: „W obliczu współczesnych form ubóstwa, których jak wiem nie brakuje w naszym kraju, potrzebna jest dziś – jak to określiłem w liście Novo millennio ineunte – «wyobraźnia miłosierdzia» w duchu solidarności z bliźnimi, dzięki której pomoc będzie «świadectwem braterskiej wspólnoty dóbr» (por. nr 50). Niech tej «wyobraźni» nie zabraknie mieszkańcom Krakowa i całej naszej Ojczyzny. Niech wyznacza duszpasterski program Kościoła w Polsce. Niech orędzie o Bożym miłosierdziu zawsze znajduje odbicie w dziełach miłosierdzia ludzi. Trzeba spojrzenia miłości, aby dostrzec obok siebie brata, który wraz z utratą pracy, dachu nad głową, możliwości godnego utrzymania rodziny i wykształcenia dzieci doznaje poczucia opuszczenia, zagubienia i beznadziei. Potrzeba «wyobraźni miłosierdzia», aby przyjść z pomocą dziecku zaniedbanemu duchowo i materialnie; aby nie odwracać się od chłopca czy dziewczyny, którzy zagubili się w świecie różnorakich uzależnień lub przestępstwa; aby nieść radę, pocieszenie, duchowe i moralne wsparcie tym, którzy podejmują wewnętrzną walkę ze złem. Potrzeba tej wyobraźni wszędzie tam, gdzie ludzie w potrzebie wołają do Ojca miłosierdzia: «Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj». Oby dzięki bratniej miłości tego chleba nikomu nie brakowało! «Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią» (Mt 5, 7)” (nr 8).

Kościół od początku swego istnienia uczył wiernych wrażliwości na potrzeby bliźnich oraz starał się w sposób wspólnotowy udzielać pomocy ubogim. Szpitale, ochronki dla starców, sierocińce, schroniska dla bezdomnych, jałmużna wielkopostna, to tylko niektóre przykłady działalności charytatywnej, która była wypełnieniem Chrystusowego przykazania miłości. W Katechizmie Kościoła Katolickiego znajdujemy katalog uczynków miłosierdzia względem duszy i ciała, które podejmują chrześcijanie, aby pomagać bliźnim. Trzeba zatem, „głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, podróżnych w dom przyjąć, więźniów pocieszać, chorych nawiedzać, umarłych grzebać”. Wydaje się jednak, że obecnie, wobec nowych rodzajów ubóstwa materialnego i duchowego, te wymagania nie wystarczają. Do katalogu starych bied współczesność dopisuje bezrobocie, bezdomność, odrzucenie społeczne, uzależnienia, brak sensu i radości życia, nowe choroby, pogardę dla starości i słabości fizycznej a często także dla życia i to w różnych jego stadiach i wymiarach.

Współczesność stawia przed nami nowe wyzwania szukania nowych form niesienia pomocy zagubionym, bezradnym, odrzuconym, niezrozumianym, przegranym, obcym (choć pytanie czy w spojrzeniu chrześcijanina ta ostatnia kategoria jest dopuszczalna?). Bowiem nawet ktoś, kto jest dla mnie obcy kulturowo, bądź w jakimś innym sensie nie przestaje być w sensie ewangelicznym moim bliźnim.

Potrzebna nam jest dzisiaj nowa wyobraźnia miłosierdzia. Istotą jej jest nie tyle to, co możemy ofiarować, z czym podzielić się z potrzebującymi, co im poświęcić, ile nasze spojrzenie na nich a konkretnie rewizja tego spojrzenia. Chodzi o wewnętrzny wymiar gestu miłosierdzia. Co jest jej istotą? Po pierwsze: umiejętność spojrzenia na bliźniego tak, jak patrzy na niego Chrystus. Po drugie: Miłość, z jaką jesteśmy gotowi służyć bliźnim. Tylko wtedy, gdy serce chrześcijanina wypełnia miłość do Boga i wdzięczność za Jego dary oraz miłość do bliźniego, stworzonego na obraz Boży i będącego dzieckiem Bożym, można mówić o miłosierdziu chrześcijańskim. Nie jest ono zwyczajną filantropią, gestem litości wobec ubogich, ale znakiem braterstwa i miłości w Chrystusie. Nowa wyobraźnia miłosierdzia pozwala dostrzec w człowieku potrzebującym samego Chrystusa i sprawia, że udzielona pomoc staje się gestem wzajemnego obdarowania.

Chrystus w dzisiejszej Ewangelii przypomina, że Jego wolą jest to, abyśmy w świecie byli rozpoznawani jaku Jego uczniowie właśnie poprzez pryzmat miłości. Tylko czy jesteśmy?

Cisza – język Boga

Wtedy Bóg rzekł do Eliasza: «Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana!» A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze – trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu – szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty. A wtedy rozległ się głos mówiący do niego: «Co ty tu robisz, Eliaszu?» Eliasz zaś odpowiedział: «Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów…” [ 1 Krl 19, 11-14]

Jedną z wielu przyczyn zwątpienia w doświadczeniu wiary – jak pokazują to zarówno badania jak i świadectwa wielu osób zajmujących się towarzyszeniem duchowym – jest przekonanie, że Pan Bóg milczy. Wiele osób pyta: „Dlaczego Pan Bóg nie przyjdzie i nie powie mi w jakiś konkretny sposób, jak mam rozwiązać swoje problemy, lub co mam uczynić w takiej a nie innej sytuacji?”

Odpowiedź typu: „Pan Bóg mówi, ale trzeba lepiej słuchać” traktują albo, jako wybieg, albo jako przejaw cynizmu. Tymczasem każdy, kto ma za sobą pewne doświadczenie wiary dobrze wie, że odpowiedź ta jest prawdziwa. I nie mam na myśli jedynie odpowiedzi Pana Boga kojarzonej z tym, co znajdujemy w Piśmie Świętym. Myślę o sposobie odpowiadania Boga, którego przejawem jest cisza…

Często, gdy rozmawiam z wieloma osobami, zwłaszcza młodymi, ale nie tylko, to spotykam się z przekonaniem, że cisza utożsamiana jest nieobecnością. Ulegając pokusie antropomorfizacji Boga myślimy, że skoro my jesteśmy obdarzeni przez Boga głosem, to Bóg powinien mieć jeszcze bardziej doniosły głos. I owszem, czasem tak bywa. Ale zazwyczaj Pan Bóg mówi w ciszy.

Ostatnio czytałem pewną książkę, której bohaterką i narratorem była głuchoniema dziewczyna. Bardzo mocno uderzyło mnie, że w dobie techniki, gdzie posługując się różnymi narzędziami wiele osób oczekiwało od niej, że używając ich, łatwiej im się będzie z nią porozumiewać, ona podkreślała jednak, że to właśnie cisza jest jej sposobem mówienia, jej językiem.

Sam także muszę przyznać, że wiele lat temu, gdy zaczynałem medytować trwanie w ciszy i zaakceptowanie, że jest ona równoprawną modlitwą wobec modlitwy pełnej słów czy dźwięków było trudne do przyjęcia. Trzeba było czasu zanim mój sposób myślenia w tej kwestii się przestawił. Często myślimy schematami i dotyczy to także kwestii życia duchowego, w tym modlitwy. Aby przełamać schematy potrzeba czasu a nade wszystko doświadczenia. To doświadczenie przynosi nam najlepsze argumenty, z którymi nie mogą się równać żadne, nawet najpiękniejsze teorie.

To właśnie doświadczenie przekonało mnie trochę tak jak Eliasza, że Pan Bóg nie działa w hałasie i zamieszaniu; że domeną Jego działania jest cisza. Lubię wracać do cytatu z św. Jana od Krzyża: „Na początku Przedwieczny Ojciec wypowiedział tylko Jedno, którym jest Jego Syn i to Słowo wypowiada nieustannie w wieczystym milczeniu; w milczeniu też powinna słuchać go dusza” (Por. Droga na Górę Karmel, ks. II, r. 22, nn. 3-6.)

Święty Jan od Krzyża zaprasza nas, abyśmy uświadomili sobie, że nieustanne stwórcze działanie Boga dokonuje się w ciszy, niezależnie od tego, czy chodzi o dziecko kształtujące się w łonie matki, czy o źdźbło trawy kiełkujące w ziemi, czy o krążące wokół nas atomy, czy o tony padającego śniegu, który pada bezgłośnie czy wreszcie o wybuch supernowej, który dokonuje się w absolutnej ciszy kosmosu.

Bóg pokazuje nam na wiele sposobów jak działa: jasno, prosto i w ciszy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że trzeba czasu a nade wszystko wiary, aby zrozumieć, że cisza to naprawdę dźwięk Jego obecności. Jak mówi prorok Izajasz: „W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła” [Iz 30,15].

Wystarczy jednak codziennie na kilka minut zatrzymać się aby posłuchać ciszy – wówczas zaczniemy dużo lepiej uświadamiać sobie Bożą obecność i Boże działanie. Tego właśnie uczy nas doświadczenie medytacji. To trwanie w ciszy przed Bogiem, która nie jest pustką, czy brakiem obecności, lecz miejscem, w którym możemy doświadczyć, że On jest, jeśli tylko otworzymy nasze serca.

Niech zaproszeniem do wejścia w doświadczenie ciszy medytacji, ciszy, która jest Obecnością będą słowa modlitwy jednego z nieżyjących już misjonarzy, które stały się kanwą znanej piosenki: „Nim świt obudzi noc, dotykiem ciepłych mgieł, Panie, przyjdź. Słucham ciszy”.