Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Drogą powołania

Rozpoczynamy w Kościele „Tydzień modlitw w intencji powołań”. Może zatem warto zamieścić kilka słów refleksji na ten temat.

Każdy człowiek otrzymał od Boga powołanie. Podstawowym jego wymiarem jest powołanie do życia i do miłości.

Nie każde powołanie ma charakter sensu stricto religijny, choć jako ludzie wiary dostrzegamy w każdym powołaniu zaproszenie skierowane do człowieka przez Boga. Jest tyle powołań, ilu ludzi. Nawet, jeśli mówimy o powołaniu do macierzyństwa czy ojcostwa, to mamy świadomość, że każda matka czy ojciec na swój własny, niepowtarzalny sposób je realizuje. Fakt, że ja jestem księdzem i mój współbrat jest księdzem, choć pozornie idziemy tą samą drogą życia kapłańskiego, to jednak każdy realizuje ją na swój sposób. Jeśli mówimy: „lekarz, nauczyciel z powołania”, mamy na myśli nie tylko jakiś rodzaj pasji, ale jak wierzymy także odpowiedź na zaproszenie skierowane do człowieka w sposób indywidualny, choć nie każdy człowiek musi tak to widzieć. Jako ludzie wierzący spoglądamy na powołanie nieco inaczej niż osoby niewierzące. W chrześcijańskim spojrzeniu zawsze trzeba uwzględnić odniesienie do Boga i pojawienia się kategorii ofiary. Ofiarowuję, poświęcam moje życie. W dzisiejszej Ewangelii Chrystus uzasadni sens tej ofiary i ukazuje, że jej fundamentem musi być wolność człowieka. Nie wolno nam także zapomnieć, że cechą zdrowego pojmowania naszego życia jako daru czy ofiary zawsze jest skromność, cichość i radość. Oczywiście jest także zgoda na momenty cierpienia, ale ono nigdy nie jest cierpiętnictwem, jak często się zdarza wówczas, gdy brakuje perspektyw wiary czy odniesienia do wieczności. Tymczasem człowiek wiary, jeśli podejmuje decyzję o rezygnacji z czegoś, to czyni to zawsze dla wartości wyższej, w miłości i w wolności.

Pogański sposób pojmowania rzeczywistości, gdzie brak jest ujęcia powołania, jako daru od Boga często wskazuje się na los lub fatum, jako przyczynę wielu zdarzeń, ale w tym ujęciu nie ma wolności. Jest taka ilustracja powołania chrześcijańskiego, które odwołuje się do obrazu gry człowieka z Panem Bogiem w szachy – ja jestem wolny i On jest wolny. Ja robię ruch, a On na to reaguje i odpowiada. Taka partia jest pasjonująca, bo jest rozgrywana na zasadzie wolnych wyborów pełnych miłości. Oczywiście, zdarza się szach i sytuacja konfrontacji. Są to momenty, kiedy muszę być w pełni odpowiedzialny, nie mogę uciekać, muszę zdecydować. Ale najpiękniejsze w tej historii jest to, że Bóg nigdy nie stawia mata, nie kończy partii. Oczywiście zrobi to kiedyś na końcu czasów, ale nie czyni tego w czasie, który nazywamy życiem.

Niektórzy zadają pytanie, czy w odpowiedzi na Boże zaproszenie w kwestii powołania możemy mieć pewność, że dokonujemy właściwego wyboru? Odpowiedź brzmi: I tak i nie. Stwierdzenie, że nie odnosi się nie do pewności w chwili dokonywania wyboru, czyli obrania jednej, konkretnej drogi. Niemniej realizując już nasze powołanie zdobywamy coraz więcej przesłanek i pewności, że droga, jaką podążamy jest naszą drogą, bo znajdujemy na niej sens, spełnienie i radość. Możliwy jest też inny rodzaj pewności oparty na zaufaniu i miłości. Franciszek Salezy mówił o 3 wskazówkach przy rozpoznawaniu powołania, to znaczy rozeznania woli Bożej.

Pierwszy nich to słuchanie Boga, który mówi przez swoje słowo, przez znaki, przez innych ludzi. I właśnie tutaj potrzebna jest wiara i zaufanie. Wiara bowiem podpowiada nam, jak mądrze i po Bożemu interpretować znaki na drodze naszego życia

Po drugie trzeba nam słuchać siebie, naszego serca. Ten fakt często pomijamy, bo sądzimy, że mamy rozpoznać wolę Boga, nie swoją. Tymczasem, gdy mówimy o powołaniu nie wolno nam zapomnieć, że Pan Bóg wpisuje je także w nasze pragnienia, uczucia i obawy. Pan Bóg nie chce mieć niewolników! Jeśli Bóg czegoś dla nas chce – to wcześnie czy później będziemy mogli dostrzec, że to pokrywa się także z naszymi pragnieniami. Wiele uwagi temu zagadnieniu poświęcił w swoich duchowym rozeznawaniu św. Ignacy Loyola. Uczy on, że nasz rozum, uczucia, wola są istotne w rozpoznawaniu drogi życia, podobnie jak nasze uzdolnienia, pasje, talenty, którymi Pan Bóg nas nie bez celu obdarował. „Stanowią one rodzaj instrumentu, na którym Pan Bóg delikatnie gra melodię naszego życia”.

I wreszcie trzeci aspekt to słuchanie innych. To nie znaczy, że mamy pozbawiać się własnej odpowiedzialności za decyzje i wolności wyboru i biegać od jednego kierownika duchowego do drugiego z pytaniem: „Co mam robić w życiu?”. Nikt nie podejmie decyzji za nas. Słuchać oznacza, że z pokorą bierzemy pod uwagę perspektywę innych. Podkreślmy jednak, że jest to tylko jedna z trzech ważnych płaszczyzn rozeznawania.

Wbrew pozorom owo poszukiwanie jest niezwykle ważne, aby ostatecznie nie rozminąć się ze swoim powołaniem. Istnieje niebezpieczeństwo, że nie odkryjemy go, podobnie jak nie odkryjemy naszego prawdziwego ja, jeśli zaniedbamy jeden z tych podstawowych rodzajów harmonii, do której powołuje nas Bóg: harmonii z Bogiem, ze sobą i z otoczeniem a więc gdy przestaniemy być otwarci.

Znany wiedeński psychiatra Viktor Emil Frankl przestrzegał: „Nie należy poszukiwać w życiu jakiegoś abstrakcyjnego sensu. Każdy człowiek ma swoje wyjątkowe powołanie czy misję, której celem jest wypełnienie konkretnego zadania. Nikt nas w tym nie wyręczy ani nie zastąpi, tak jak nie dostaniemy szansy, aby drugi raz przeżyć swoje życie. A zatem każdy z nas ma do wykonania wyjątkowe zadanie, tak jak wyjątkowa jest okazja, aby je wykonać”.

Niemniej musimy mieć świadomość, że do odkrycia i podjęcia naszego zasadniczego powołania nieraz trzeba długo dojrzewać. Tak np. było z apostołami Piotrem czy Pawłem. Gdy Jezus powołuje Piotra nad Jeziorem Galilejskim, daje mu nowe imię i nową tożsamość. Piotr dostaje je jakby na wyrost, bo jeszcze nie wie, co to znaczy. Idzie za Jezusem, uczy się z Nim być. A w momencie męki i śmierci Mistrza zdradza, ucieka. Wydawać się mogło wówczas, że jego powołanie się załamało. A jednak te wszystkie doświadczenia (także jego słabości) były ważnymi elementami jego dojrzewania do powołania. Ostatecznie po zmartwychwstaniu Jezus nie pyta Piotra o jego grzech, nie wyrzuca mu zdrady. Pyta go tylko o jedno – o miłość. I na końcu mówi: „Pójdź za Mną”. Przecież Piotr już dawno poszedł! Ale dopiero teraz pojmuje, co to znaczy. Choć wiemy, że droga Piotra się na tym nie skończyła. Długo jeszcze musiał dojrzewać, żeby oddać życie za Jezusa.

Podobnie było z Pawłem. Był wykształconym rabinem, doskonałym teologiem i w sensie swojej pobożności był bez zarzutu. Można by powiedzieć, że powołanie faryzeusza wypełniał wręcz doskonale, ale nie ono było wobec Pawła Bożym zamiarem. Właściwe powołanie odkrywa on dopiero na drodze do Damaszku, gdy spotyka zmartwychwstałego Jezusa. Nie wolno jednak odrzucić całego bagażu jego przeszłości, gdyż jego doświadczenia i wiedza z czasów jego gorliwości, jeszcze jako prześladowcy chrześcijaństwa okazały się być bezcenne w późniejszym życiu św. Pawła.

Gdy wspomniano wcześniej o tym, że na drodze naszego powołania z czasem odkrywamy radość, spełnienie i sens a zatem coś, co w ludzkim rozumieniu daje człowiekowi poczucie szczęścia zaznaczyć też należy, że nie oznacza to, że na drodze realizacji powołania nie ma miejsca na wątpliwości, ból czy łzy. Zwłaszcza, że jako chrześcijanie zawsze jesteśmy zaproszeni przez Jezusa do gotowości w niesieniu krzyża. On także jest w ten czy w inny sposób wpisany w nasze powołanie. Nie chodzi o to, aby go szczególnie szukać. Gdy będziemy wierni naszemu powołaniu i Ewangelii przyjdzie czas, że on się objawi z całym swoim realizmem.  Lecz nawet doświadczenie cierpienia czy ofiary ostatecznie nie będzie w stanie odebrać nam poczucia szczęście, choć znaczyć należy, że nie jest ono celem samym w sobie. Można powiedzieć, że przychodzi ono „w pakiecie”, gdy idziemy drogą, na której najpełniej pragniemy naśladować Chrystusa. Jeśli ktoś szuka szczęścia samego w sobie – może go nigdy nie znaleźć. Przynajmniej po tej stronie życia. Natomiast jeśli będziemy starali się i ciągle  będziemy uczyli się kochać tak, jak prosi nas o to Chrystus oraz gdy będziemy nieustannie konfrontowali nasze wybory z Jego wolą i Jego słowem wówczas można powiedzieć, że realizując nasze powołanie szczęście nas odnajdzie i im bliżej celu tym większą będziemy mieli satysfakcję z tego, co robimy, pomimo doświadczenia krzyża, który w to powołanie został wpisany.

Na koniec warto podkreślić, bez cienia egoizmu, że nasze powołanie jest nie tylko dla innych, jest nade wszystko dla nas, abyśmy na tej drodze nieustanie odkrywali miłość Boga, dar człowieka i różnorodności świata, jego piękna a także powołań, jakimi Bóg obdarzył innych.

Modlitwa, która karmi duszę

Jezus powiedział do ludu:

„Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie. Powiedziałem wam jednak: Widzieliście Mnie, a przecież nie wierzycie. Wszystko, co Mi daje Ojciec, do Mnie przyjdzie, a tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę, ponieważ z nieba zstąpiłem nie po to, aby czynić swoją wolę, ale wolę Tego, który Mnie posłał.

Jest wolą Tego, który Mię posłał, abym ze wszystkiego, co Mi dał, niczego nie stracił, ale żebym to wskrzesił w dniu ostatecznym. To bowiem jest wolą Ojca mego, aby każdy, kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie wieczne. A Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”. (J 6,35-40)

Każda Eucharystia i każda modlitwa jest sposobem, w jaki Bóg karmi naszą duszę, abyśmy nie ustali na drodze zbawienia.

Może nam się wydawać, że znajdujemy się w trudniejszej sytuacji, niż bezpośredni adresaci dzisiejszych słów Jezusa, który mówi: „Widzieliście Mnie a przecież nie wierzycie…” To nam przypomina, że wiara jest zawsze pewnego rodzaju kroczeniem w ciemności, kroczenie śladami Kogoś, kogo nie możemy zobaczyć ani dotknąć jak mogli to uczynić współcześni Jezusowi. Dla jednych to cud, dla innych absurd. Nie znaczy to jednak, że nie mamy nic, czego nie moglibyśmy się w tych ciemnościach wiary uchwycić. Mamy Słowo Boże, któremu możemy zaufać i które jest światłem rozświetlającym drogi naszego życia. Wiara jest fascynującym doświadczeniem pod jednym warunkiem, że zgodzimy się, że to nie my, ale Pan Bóg decyduje o tym, jaką drogą nas poprowadzi. We współczesnej kulturze Zachodu, która tak wielki nacisk kładzie na nasze „ja” trudno ludziom uwierzyć, że możemy znaleźć spełnienie pochodzące wyłącznie od Boga, co chce nam uświadomić Chrystus mówiąc: „Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie…”

To właśnie dlatego tak wielu ludzi koncentruje się na sobie, broni idei samorealizacji czy samowystarczalności nie tylko jako drogi prowadzącej do szczęścia ale i jako niezbywalnego prawa przysługującego człowiekowi. To smutne, że źle rozumiana wolność, którą Pan Bóg wpisał w naturę człowieka sprawia, że tak wiele osób odchodzi od Boga. A często dzieje się tak dlatego, że wiele osób żyje w przekonaniu, że Biblia daje nam gwarancję, iż jeżeli poprosimy o coś Boga w imię Jezusa, to On po prostu spełni nasze życzenia. Spotykam wielu ludzi, którzy rozgoryczeni przychodzą, mówiąc: Przecież Chrystus obiecał, że „o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię” (J 14, 13) a kiedy Bóg nie realizuje ich „zamówień” na dobrego męża, czy żonę, zdrowie, pracę, mieszkanie itp. wpadają w duchową rozterkę lub obrażają się na Niego.

Tymczasem poproszenie o coś w imię Jezusa, to coś więcej niż powoływanie się przed Ojcem na „znajomość” z Jego Synem. Bóg nie wymaga od nas żadnych sekretnych technik modlitewnych czy zaklęć. Kiedy jednak Jezus mówi: „O cokolwiek prosić będziecie w imię moje…” ma na myśli wszystko, o co poprosimy w absolutnej jedności z wolą Ojca. Św. Jan Apostoł wyjaśnia to, gdy pisze: „Ufność, którą w Nim pokładamy, polega na przekonaniu, że wysłuchuje On wszystkich naszych próśb zgodnych z Jego wolą (1 J 5,14). A zatem pierwszym zadaniem jakie jest przed nami jest wsłuchiwanie się w to, co jest Jego wolą, aby potem nie doświadczać rozczarowań, których źródłem jest nasze nastawienie.

Tym zaś, co jednoczy nas najpełniej z wolą Boga jest modlitwa w imię Jezusa, bo nikt nie nauczy nas lepiej odczytywać, jednoczyć się i żyć wolą Bożą niż Ten, który jest tego wzorem. A ponieważ medytacja, jest praktyką, w której modlimy się w imię Jezusa nie mam też wątpliwości, że jest także drogą, która prowadzi nas do pełnego zjednoczenia z Bogiem naszej woli, naszego serca a w konsekwencji naszego życia. Wszak On sam obiecuje, że „tego, który do mnie przychodzi precz nie odrzucę…”

To jest Pan

Jezus znowu ukazał się nad Jeziorem Tyberiadzkim. [J 21,1]

Apostołowie byli razem – pierwszy zalążek wspólnoty Kościoła. Owo bycie razem jest szczególną cechą tej wspólnoty. Są razem w imię Jezusa. Są razem połączeni więzami wiary i miłości. Są razem, bo razem jest im dobrze. Myślę, że to fundament wszystkich chrześcijańskich wspólnot i przez dwa tysiące lat nic się w tym względzie nie zmieniło… Nie ważne czy jest w tej wspólnocie siedem osób – jak było podczas owego spotkania z Jezusem nad jeziorem czy ponad cztery miliony jak podczas ostatnich Światowych Dni Młodzieży w Brazylii na plaży Copacabana. Łączy ich i sprowadza wciąż ten sam powód: JEZUS. Dla jednych rozpoznany, dla innych – rozpoczynających przygodę wiary – jeszcze do rozpoznania.

Ale to właśnie Kościół, wspólnota wiary pozwala doświadczyć i przekonać się, że: „To jest Pan!” Te słowa padają z ust Jana Apostoła – umiłowanego ucznia. On rozpoznaje pierwszy. Dlaczego? Może dlatego, że był pod krzyżem do końca jako jedyny z apostołów, albo dlatego, że miał serce najbardziej wrażliwe, by dostrzec obecność Tego, którego kocha. Zastanawiam się nad sobą, czy moje serce widzi Jezusa? Przecież w czasie Mszy św. czy lektury Pisma Świętego albo w jakimś zdarzeniu przychodzi ten sam Pan! Jeśli mam innym wskazać Chrystusa, muszę najpierw sam Go dostrzec. Aby pomóc innym otworzyć oczy na obecność Boga w życiu, najpierw muszę sam mieć je otwarte. Aby odkryć, że wszystko jest miejscem Boga…

To kolejne spotkanie, podczas którego Jezus troszczy się o doczesne potrzeby uczniów.  Przygotował im śniadanie. Uderza zwyczajność tego niezwyczajnego spotkania. Galilea jest miejscem, skąd Jezus powołał apostołów. Jest symbolem zwykłego, szarego życia. Daleko od Jerozolimy, ale niedaleko od Boga. Gdyż Bóg jest Tym, który chce dzielić z nami zwyczajność. Opiekuje się nami, dzieli z nami nasze troski. „Dzieci, macie coś do jedzenia?” To pytanie, w którym Bóg wyraża swój niepokój o codzienny byt człowieka. Bóg bliski codziennych spraw ludzkich, w co niektórym tak trudno uwierzyć. Pochłaniają nas codzienne troski, odsetki kredytu, niepokój o pracę, zdrowie własne lub dzieci. Zagonione matki, zapracowani ojcowie, zabiegani chrześcijanie… Czy potrafimy dostrzec, że w tym zabieganiu obecny jest Bóg? Pełen czułości, zatroskania? Bóg, który dzieli z nami nasze troski, obawy, lęki. Mówi: „zjedz coś”, „zadbaj troszkę o siebie”, „aby służyć innym, trzeba się dobrze odżywiać”, „nie bój się, przecież Ja jestem”.

Czy taki jest Bóg, któremu służę? Czy moja wiara, moje pójście za nim jest owocem miłość do Jezusa? Miłości, którą sam najpierw odkryłem i która teraz nadaje sens mojemu życiu? Miłości, którą chcę nieść dalej, bo w innych ludziach, uczę się widzieć nie tylko ich samych, ale i Pana, któremu służę, którego kocham i na którego miłość chcę odpowiedzieć. Kochać innych, a w nich kochać Jezusa. Tu nie ma „albo, albo”. Ale jest „i to, i to”. Bo ostatecznie sednem życia chrześcijanina jest „Pójdź za Mną”. Czyli zgodzić się na to, że inny cię przepasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz. Nikt z nas na początku drogi nie wie, co go czeka. Ale jeśli idę za Panem, to moja miłość dojrzewa w gotowości do dania siebie do końca. Gdyż – jak mówiła błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty – prawdziwą miarą wartości człowieka jest to, na ile potrafi być darem dla innych.

 

Nie mogę dzisiaj nie wspomnieć także o szóstej rocznicy katastrofy smoleńskiej. W tym tragicznym dniu dane mi było pracować i mieszkać w Seminarium Duchownym, na Krakowskim Przedmieściu a więc w miejscu będącym centrum ówczesnych wydarzeń, które miały miejsce zaraz po katastrofie. Nigdy nie zapomnę atmosfery tamtych dni, tłumów gromadzących się pod pałacem prezydenckim, aby modlić się za ofiary katastrofy, żeby zapalić znicz a następnie długich kolejek, w których stały rzesze Polaków (bywało, że nawet po kilkadziesiąt godzin), aby oddać hołd parze prezydenckiej, gdy trumny z ich ciałami wystawione były w Pałacu Namiestnikowskim. Atmosferę tamtych dni mogę porównać jedynie z atmosferą dni po śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II. Fakt, że mogłem być tak blisko tego, co wówczas przeżywali Polacy i wraz z nimi uczestniczyć w tej narodowej żałobie a także czuwać przez noc przy trumnie pary prezydenckiej, bo właśnie mieszkańców Seminarium poproszono w tych dniach o czuwanie i modlitwę przy trumnach Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego Małżonki Marii, którą dane mi było poznać osobiście, poczytuję sobie za wielką łaskę od Boga. R. I. P.

Narodzić się do pełni życia

Jezus powiedział do Nikodema:

„Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić. Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha”. (J 3,7)

Lubię wczytywać się w tę rozmowę Jezusa z Nikodemem, gdyż traktuje ona o najważniejszych sprawach dla człowieka wierzącego. To, na co wskazuje Chrystus w tym dialogu doskonale tez odnosi się do medytacji.

Można by zapytać: Po co mamy medytować? I najprostszą a zarazem najlepszą odpowiedzią jest właśnie ta, jakiej udziela Chrystus: „Aby się powtórnie narodzić”. Jest to to samo przesłanie, które Chrystus w innym miejscu kieruje do Samarytanki mówiąc o narodzeniu z Ducha i Prawdy, bo to są dwie cechy określające prawdziwych wyznawców Chrystusa.

Chrystus wzywa nas do tego, gdyż Jemu zależy na tym, abyśmy żyli pełnią życia. Nie wystarczy chrzest. On jest początkiem drogi. Chrystusowi chodzi o naszą duchową dojrzałość. To, czego nam najbardziej potrzeba a co pięknie wyrasta z rozmowy z Nikodemem to czystości serca. Innymi słowy Chrystus chce nas prowadzić ku jasności widzenia, która pozwoli nam zobaczyć rzeczywistość (w tym i nas samych) taką, jaka jest. To, co Chrystus próbuje pokazać Nikodemowi i nam, to prawda o niezmierzonej miłości Boga, w jaką zostaliśmy zanurzeni przez chrzest, który jest konsekwencją Jego śmierci i Zmartwychwstania. Musimy się jednak nauczyć żyć świadomością tej miłości, a wówczas wszystko nam będzie o niej mówiło: ludzie, których spotykamy, wydarzenia, które są naszym udziałem, sakramenty, które są pocałunkiem Bożej miłości, nie mówiąc już o pięknie świata, który przecież został stworzony właśnie z miłości.

Søren Aabye Kierkegaard (1813-1855, filozof i teolog duński; prekursor egzystencjalizmu) określa czystość serca, jako zdolność pragnienia jednej rzeczy: „jak najpełniejszej odpowiedzi danej z naszej strony Bogu na Jego miłość, przez wierność Jemu i Jego słowu do końca”. Pisałem już o tym na blogu przy okazji uroczystości Zwiastowania Pańskiego, że takie było pragnienie serca Maryi: „Ona nosiła w sercu tylko jedno pragnienie: aby w Jej życiu wszystko dokonywało się wedle Bożego Słowa i Bożej woli. Dzięki temu Maryja mogła w miarę upływu czasu coraz bardziej wypełniać się wewnętrznie uszczęśliwiającą Boską Obecnością”. My także jesteśmy zaproszeni do odkrywania i wypełniania naszego życia tą Bożą Obecnością. Ona oczywiście jest już faktem, bo jak przypomina autor natchniony: „W Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,28). Problem w tym, że często brakuje nam nieustannej świadomości faktu, że wszystko w naszym życiu jest miejscem Boga i Jego obecności.

Medytacja jest drogą prowadzącą do odkrywania i życia świadomością tej Obecności a także do posłuszeństwa Bożemu Słowu, gdyż w medytacji uczymy się nie tylko wsłuchiwać w to słowo naszym umysłem, ale nade wszystko sercem, świadomi, że właśnie serce – w języku biblijnym – jest najważniejszym, duchowym organem słuchu i dzięki temu, że pozwalamy temu słowu zakorzenić się w naszym wnętrzu godzimy się tym samym, aby ono kształtowało nasze życie.

Wchodząc zatem w doświadczenie medytacji, która przez miłość i powtarzane wezwanie będące nośnikiem Bożej łaski prowadzi nas do jedności z Bogiem prośmy jednocześnie, aby świadomość obecności Boga, w której zanurzamy się przez tę modlitwę towarzyszyła nam także w codziennym życiu, gdziekolwiek jesteśmy i cokolwiek robimy.

Kobieta i Anioł

Scena Zwiastowania Pańskiego. Bezcenne światło na drodze wiary… Bóg zaprasza ludzi do współpracy w dziele zbawienia.

W rozmowie z Aniołem Maryja otrzymuje wyjaśnienie Boskiego Zamysłu. Dialog Maryi i Anioła charakteryzuje się wzajemną otwartością i zaufaniem. Tak powinna wyglądać relacja z Bogiem. Zwłaszcza z naszej strony jednak często relacja ta pozostawia wiele do życzenia.

W przeciwieństwie do Maryi, słowa Boga skierowane do króla Achaza (por. Iz 7,10-14) nie spotykają się z pozytywną odpowiedzią. Król odpowiada w sposób zafałszowany, aby ukryć to, o czym Bóg i tak wie. Król Achaz zdecydował bowiem, że poradzi sobie z przeciwnościami dotykającymi jego i jego kraj sam, bez interwencji Boga. Jakże częsta to postawa. Jakże często zapominamy jednak o tym, że pycha idzie dwa kroki przed upadkiem. Najlepszym na to dowodem jest dalsza historia króla Achaza, choć pomimo swojej postawy to właśnie on otrzymuje od Boga obietnicę, która wypełni się ponad siedem weków później właśnie w scenie Zwiastowania: „oto Panna pocznie i porodzi syna, i nazwie go imieniem Emmanuel, albowiem Bóg z nami” (por. Iz 7,14

Obietnica zaś może się wypełnić między innymi dzięki wierze i pokorze Maryi. Ona nosi w sercu tylko jedno pragnienie: aby w Jej życiu wszystko dokonywało się wedle Bożego Słowa i Bożej woli. Dzięki temu Maryja mogła w miarę upływu czasu coraz bardziej wypełniać się wewnętrznie uszczęśliwiającą Boską Obecnością.

 

Myślę, że dzień Matki Bożej, dzień Zwiastowania to dobry dzień na rozpoczęcie na serio sezonu rowerowego. Na dwóch kółkach zawsze lepiej podziwia się piękno stworzonego przez Boga świata, więc jadę się pozachwycać.