Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Dotknięcie Zmartwychwstałego

Pierwszym ważnym aspektem dzisiejszego spotkania Apostołów ze Zmartwychwstałym jest możliwość dotknięcia Jego ran. Chrystus zarówno Apostołom, jak i nam pokazuje swoje ręce i bok. Rany Jezusa są Jego znakiem rozpoznawczym. Tomasz, niesłusznie nazywany niedowiarkiem, domagał się dotknięcia ran Pana. Można powiedzieć, że miał dobrą intuicję, że jego wątpliwości zaowocują doświadczeniem, które także dla nas – chrześcijan następnych wieków będzie ważne.

Nie chodzi o to, aby się zastanawiać, jak to możliwe, że w ciele Zmartwychwstałego pozostały rany. Trzeba umieć tutaj głębszy, duchowy sens. Chrystus ukrzyżowany jest jednocześnie tym, który zmartwychwstał. To jest ta sama Osoba i ta sama miłość do nas. Za nas umarł i dla nas zmartwychwstał. Bo nas kocha do szaleństwa. Do szaleństwa, czyli do pasji krzyża. Te rany pozostają na wieki symbolem miłosiernej miłości Bożej, gotowej na cierpienie, ból, śmierć. Bóg ukrzyżowany to najgłębsze wyznanie tej miłości. „Będą patrzeć na Tego, którego przebili”. Tym proroctwem ze Starego Testamentu św. Jan kończy swój opis męki. Jezus, pokazując mi swoje rany, mówi tym gestem: „Patrz, jak cię kocham! To, co ciebie rani, rani i Mnie. W moich ranach jest zdrój miłosierdzia dla ciebie i całego świata”. Do św. Faustyny powiedział: „Kiedy ci się zdaje, że cierpienie przechodzi siły twoje, patrz w rany Moje”.

Kolejnym ważnym doświadczeniem dzisiejszego spotkania z Chrystusem jest to, że Apostołowie otrzymują od Niego Ducha Świętego: „Tchnął na nich”. Bóg, stwarzając człowieka z prochu ziemi, tchnął w ducha życia. To był pierwszy pocałunek Boga Stwórcy. Jezus, Syn Boży, przez swoją śmierć i zmartwychwstanie dokonał odnowienia dzieła Stwórcy zniszczonego przez grzech. Można powiedzieć, że to tchnienie jest pocałunkiem Zbawcy. Kościół powstał z tchnienia Ducha Świętego. Duch daje mu życie i siły do działania. Każdy sakrament jest kolejnym pocałunkiem Zbawiciela. Jest zanurzeniem w Jego nieskończonym miłosierdziu, które nas oczyszcza, uzdrawia, leczy i umacnia świętymi.

Mając okazję uczestniczenia w dialogu międzyreligijnym często słyszę z ust przedstawicieli innych religii: jak bardzo wam zazdrościmy, że macie w Kościele dar odpuszczania grzechów. Owszem inni też wierzą, że Bóg przebacza, że jest miłosierny, ale czasem ten jeden element – doświadczenie przebaczenia, jakie jest nam dane w sakramencie jest tak ważny dla naszej duchowej i psychicznej kondycji. Konkretny znak, jakim jest sakrament daje już nie tylko wiarę, ale pewność, że moje grzechy są odpuszczone! „

W gruncie rzeczy nie ma innego celu istnienia Kościoła jak ten – leczyć świat przez przebaczanie, przez zwracanie ich na nowo ku Bogu. To jest władza większa niż wszelka polityczna czy militarna siła. Choć wygląda to z pozoru bardzo mizernie. Stary, niewygodny konfesjonał; ksiądz, który sam jest człowiekiem i grzesznikiem, czasem bolesne wyznanie grzechów, które także bywa niedoskonałe. Ale Bóg patrzy w serca. Wystarczy Mu odrobina naszej dobrej woli i zaufania w miłosierdzie. Każda spowiedź jest pocałunkiem miłosiernej miłości Boga. Każda mnie przemienia, choć czasem na pierwszy rzut oka tego nie widać.

I wreszcie pełne nadziei dla nas zakończenie dzisiejszego spotkania z Chrystusem: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Mowa jest o znakach, które zapisano, abyśmy wierzyli. Nie możemy zobaczyć i dotknąć jak Tomasz. Ale możemy otwierać Biblię i w niej spotykać się ze Zmartwychwstałym. Tym samym, którego spotykali Apostołowie. A słowo Boże jest wciąż żywe i skuteczne, bo obecna jest w nim moc samego Boga. Jesteśmy „błogosławieni”, gdy wierzymy w moc znaków, jakimi są sakramenty, w moc Bożego Słowa. Oczywiście mamy prawo jak Tomasz czasem wątpić, czasem kłócić się z Bogiem, czasem pytać. Byle z pokorą.

Obumieranie prowadzące do zmartwychwstania

Słowo jest blisko ciebie, na twoich ustach i w sercu twoim. A jest to słowo wiary, którą głosimy. Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg wskrzesił Go z martwych, osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia. (Rz 10, 8b-10) 

Święty Benedykt zalecał mnichom w swojej regule, aby „śmierć nadchodzącą mieli przed oczyma.” [rozdz. 4] Myślę, że dzisiaj trudniej byłoby „sprzedać” człowiekowi taką propozycję. Żyjemy bowiem w czasach, gdzie z jednej strony niemal każde wydanie gazety czy wiadomości mówi o śmierci ale bardziej mówi się o niej jako o medialnej sensacji, która czytelnika lub widzów w bezpośredni sposób nas nie dotyczy, więc jej nie oswajamy w ten sposób. Świadomość śmierci ma nam przypominać o naszej skończoności, choć jednocześnie też o naszej nieskończoności. Jest to świadomość, która uczy nas pokory. Niestety w przestrzeni publicznej te porządki zostały odwrócone. Mało mówi się o skończoności człowieka w perspektywie śmierci. Częściej maluje się przed jego oczami obraz nieskończonych możliwości tu, w perspektywie życia doczesnego. A temat śmierci staje się tematem tabu. A to dlatego, że ludziom pokładającym nadzieję wyłącznie w tym świecie trudno przychodzi mówić o śmierci. Ojciec John Main wyjaśnia taka postawę to pisząc że: „ w rzeczy samej ich przywiązanie do tego świata bierze się stąd, że spoglądają na życie ze złej perspektywy, mianowicie z perspektywy iluzji o swojej nieśmiertelności i mocy.”

Tymczasem to właśnie świadomość naszej śmiertelności i fizycznej kruchości czyni nas zdolnymi do zgody na naszą duchową kruchość. Bez tej świadomości niemożliwym będzie otwarcie naszego serca na odwieczną moc i miłość Boga. Liturgiczny okres Wielkanocy uświadamia nam, że każdy i każda z nas potrzebuje nowego życia, którego źródłem jest Bóg i Jego miłość. Do tego nowego życia zostaliśmy stworzeni. Medytacja daje nam szansę wejścia na drogę przebudzenia do prawdy o naszej ludzkiej kondycji, o naszej śmiertelności, ale też o mocy Boga, która potrafi nas z niej wyrwać.

Ojciec John Main pisze, że: „Medytacja jest drogą prowadzącą nas przez śmierć do zmartwychwstania, do nowego i wiecznego życia, którego źródłem jest zjednoczenie z Bogiem”. Oczywiście każdy z nas chciałby zmartwychwstać, ale zapominamy często, że jednym z warunków prowadzącym do tego jest też zgoda na nasze umieranie, jak mówi Chrystus: „Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. (J 12:24-26)

Jesteśmy zaproszeni aby umrzeć dla naszego poczucia ważności, dla naszego samolubstwa, dla naszych ograniczeń, ale nie wolno nam zapomnieć, że to zaproszenie jest równoznaczne z zaproszeniem do zmartwychwstania w nas nowego człowieka; osoby żyjącej odtąd dla Boga, nowym życiem, którego źródłem jest komunia z Bogiem.

Jak pisze ojciec John Main: „Za każdym razem, gdy siadamy do medytacji, wchodzimy w tę oś śmierci i zmartwychwstania, gdyż pozostawiamy za sobą nasze życie i wszystkie jego ograniczenia i wychodzimy ku tajemnicy Boga. Tajemnica Boga jest natomiast tajemnicą miłości, miłości nieskończonej, która usuwa wszelki lęk.” Można powiedzieć, że rodzenie się i poszerzanie przestrzeni wolności, jaka dokonuje się w nas przez głębokie życie duchowe i naszą relację z Bogiem przełamuje nasze lęki zarówno przez śmiercią, jak i przed zgodą na naszą słabość, gdyż obie zostały pokonane przez moc Chrystusa.

Jak wspomniano świadomość śmierci ma nam przypominać o naszej skończoności, choć jednocześnie też o naszej nieskończoności, gdyż medytacja uczy skupiać nasze życie na odwiecznej rzeczywistości i miłości, jaką jest Bóg i jaka przekracza naszą doczesność. Jest to rzeczywistość Królestwa Bożego, w której mamy swój udział przez wiarę i miłość. Rzeczywistość, której nic poza grzechem nie zdoła nam odebrać.

Boży ludzie odchodzą w … Wielkanoc

Ostatnie dwa świąteczne dni wśród wielu wiadomości z kraju i ze świata przyniosły dwie, które warte są dostrzeżenia, choć mówią o śmierci… 

Otóż w Wielkanoc zmarła Matka Angelika, Klaryska od Wieczystej Adoracji, założycielka klasztoru w Birmingham w Alabamie, sanktuarium Najświętszego Sakramentu w Hanceville w Alabamie i „imperium medialnego”: stacji Eternal Word Television Network (EWTN), która dociera do 225 mln gospodarstw domowych w 140 krajach i 16 terytoriach zależnych, założyła też radiostację i męskie zgromadzenie Franciszkanów Misjonarzy od Słowa Przedwiecznego… R.I.P.

Matka Angelika, Klaryska od Wieczystej Adoracji,

Piszę o tej niezwykłej zakonnicy, gdyż dane mi było ją spotkać podczas mojego wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Przez całe swoje życie była świadkiem obsolutnego zawierzenia  Bogu. Zarówno w sprawach małych jak i wielkich. Pomimo ogromnego dzieła jakiego była współtwórczynią (gdyż zawsze podkreślała, że „zawsze sprawcą tego, co udał jej się w życiu zrobić był Bóg a że uczynił ją narzędziem w realizacji swojego dzieła, to dla niej tylko dodatkowa łaska a nie powód do chluby”). O tej niezwykłej siostrze w Stanach Zjednoczonych krążyły legendy. Kiedy rozpoczynała swoją przygodę z „Bożymi mediami” nie miała grosza w kieszeni a jedynie ufność, że skoro to dzieło Boże, to musi się udać. Kiedyś już pisałem o niej na tym blogu, więc nie chcę się powtarzać. Powiem tylko, że kiedy prześledzi się drogę realizacji dzieła, do którego Pan Bóg ją wybrał (nadmieńmy, że była siostrą klauzurową) nie można oprzeć się wrażeniu, że było ono jednym wielkim pasmem cudów i działania Boga. Przez lata prowadziła telewizyjny talk show, w którym udziela odpowiedzi na najbardziej skomplikowane pytania: o życie i śmierć, o miłość i nienawiść, o zbawienie i potępienie, niebo i piekło. „Receptury duchowe’ – bo tak brzmiał tytuł przyciągało przez ekrany telewizorów 105 milionów widzów w 126 krajach świata. To się nazywa ewangelizacja!

Ufam, że pomimo śmierci założycielki tego działa będzie ono nadal trwało i przynosiło błogosławione owoce.

Drugą osobą, której chcę poświęcić dzisiejszy wpis, a o śmierci której wiadomość przyszła w Poniedziałek Wielkanocny jest ks. Jan Kaczkowski. Nikomu nie trzeba przedstawiać tego kapłana, założyciela i pasterza Puckiego Hospicjum Domowego. R.I.P.

Ks. Jan Kaczkowski

Pozwolę sobie zamieścić w tym miejscu słowa Szymona Hołowni, gdyż lepsze trudno byłoby znaleźć i wymyślić: 

„Nie wiem, ile zrobiłby w życiu Janek, gdyby był zdrowy. Coraz częściej jednak mam okazję spotykać na swej drodze ludzi, którzy najwięcej dobrego zrobili idąc drogą nieszczęścia, biedy, choroby. Nie wiem, ilu ludzi nawrócili wszyscy Ci, którym w życiu się powiodło. Wiem, że Janek jest kolejnym, któremu po ludzku się bardzo nie powiodło (bo rak i śmierć w wieku 38. lat to ziemski sukces nie jest), a który dał nadzieję setkom i tysiącom ludzi. Obudził w nich ludzi.

Nigdy jakoś specjalnie się nie przyjaźniliśmy, ale chyba lubiliśmy się. Widzieliśmy się parę razy, pierwszy w szpitalu w Wejherowie, gdzie pojechałem go odwiedzić, ot tak, z głupia frant. Później nie zawsze było jak – każdy z nas gdzieś gonił, ja jak zwykle łapałem sto srok za ogon, Jan na przemian cierpiał w szpitalach i rzucał się wir – jak to sam z przekąsem mówił – bycia „onkocelebrytą”… Mieliśmy zrobić razem program i książkę, nie wyszło, lepiej zrobili to zresztą z Jankiem i inni.

Może to i dobrze, kiedyś na górze pogadamy sobie na spokojnie. Bez glejaków, stresów i pośpiechów. Niech Ci, Janku, Bóg wynagrodzi całe to dobro które ludziom dałeś, czasem – kosztem powiększenia swojego cierpienia… Żyj tam i szykuj nam jakieś fajności”.

Nic ująć nic dodać. Ja miałem okazję poznać go jedynie z jego książek. Zawsze najbardziej przemawiało do mnie jednak jedno z jego życiowych przesłań: „Zamiast ciągle na coś czekać – zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później niż Ci się wydaje.” Mogę powiedzieć dzisiaj tylko dziękuję za takiego współbrata w kapłaństwie. Mogę się od niego tylko uczyć, jak być pasterzem dla innych…

7652_10153509074238339_1784771670241758791_n

Jak napisałem w tytule tego wpisu: Boży ludzie odchodzą w …Wielkanoc. Nieraz słyszy się bowiem takie powiedzenie, że ten czy ów umarł w takie lub inne święto i że to łaska. tak mówiono także o św. Janie Pawle II, gdy umierał już w czasie, gdy liturgicznie rozpoczęła się Niedziela Miłosierdzia Bożego, którą sam ustanowił. Dla mnie jedno jest pewne: Nie jest ważne, kiedy człowiek umiera, nie mam jednak wątpliwości, że tych dwoje Bożych świadków umierając w Wielkanoc zmartwychwstało do nowego życia…

Pusty Grób

tomb of Christ

Dzisiaj wraz z Marią Magdaleną stajemy przy pustym grobie Chrystusa. Grób jest symbolem śmierci, ale są i tacy, którzy zanim znajdą się w grobie mogą jeszcze za życia doświadczyć innej, duchowej śmierci, spowodowanej grzechem czy balastem cierpienia, który niczym potężny kamień przywala ludzkie serce i odbiera dosłownie i w przenośni chęć życia.

Dzisiaj jednak wraz z Marią Magdaleną stajemy przy pustym grobie i ta scena wlewa w nasze serca nadzieję, że skoro Chrystus odsunął kamień z grobu, w którym Go zamknięto, to może także mocą swojej łaski odsunąć kamień z mojego i twojego serca!

Czasem trudno nam jednak uwierzyć, że to możliwe, zwłaszcza gdy zmagamy się z jakimś grzechem, zranieniem, trudną sytuacją od lat. Marii Magdalenie także trudno było uwierzyć, że za pustym grobem kryje się coś więcej niż fakt, że wykradziono zeń ciało jej Mistrza. Kiedy Bóg objawia swoją moc człowiek ma prawo być zagubiony. Zwłaszcza, że działanie Boga przerasta zazwyczaj zdroworozsądkowy sposób pojmowania człowieka, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. To dlatego do dzisiaj są tacy, którzy próbują sprowadzić cud zmartwychwstania do wydarzenia subiektywnego, które miało miejsce tylko w wyobraźni Apostołów, albo powtarzają plotkę obecną wśród Żydów, że Chrystusa wykradli z grobu Jego uczniowie. O ileż łatwiej przyjąć taka interpretację, niż dopuścić do głosu fakt, że On naprawdę zmartwychwstał, wraz ze wszystkimi konsekwencjami przyjęcia tej prawdy.

Ewangelia ukazuje uczniów Pańskich, którzy usłyszeli z ust Marii Magdaleny wiadomość o pustym grobie. Mówi, że biegli oni do grobu, aby zweryfikować tę nieoczekiwaną wiadomość. W ich drodze możemy się doszukiwać naszej drogi do prawdy o zmartwychwstaniu, do uznania Chrystusa za Pana swojego życia. Dla jednych ta droga bywa dłuższa, dla innych krótsza; mniej lub bardziej wyboista, gdyż każda i każdy z nas nosi w sobie rożną duchową kondycję, różne doświadczenia życiowe. Trzeba nam szanować te różnice i fakt, że do doświadczenia wiary każdy dochodzi swoją jedyną i niepowtarzalną drogą.

Święty Jan relacjonując swoją wizytę w pustym grobie podsumuje ją słowami: „Ujrzał i uwierzył”. Pusty grób jest miejscem narodzin wiary Apostołów i kobiet towarzyszących Chrystusowi. A skoro tak, to może stać się także miejscem zarówno narodzin jak i pogłębienia wiary w nas samych. Wystarczy, że tak jak Apostołowie przyjmiemy do serca słowo Chrystusa. To właśnie w tym Bożym słowie znalazła rozwiązanie zarówno zagadka pustego grobu jak i znajdują rozwiązanie nasze życiowe problemy, dylematy, zmagania. Jak rzadko jest tak, że stając wobec różnego rodzaju doświadczeń w naszym życiu, trudności, niepewności szukamy najpierw światła i podpowiedzi w Bożym Słowie. Próbujemy wszystko najpierw pojąć naszym własnym rozumem stąd tak trudno wiele rzeczy zrozumieć, przyjąć zaakceptować. A przecież wystarczy tak niewiele. Karol Wojtyła późniejszy Św. Jan Paweł II w jednym ze swoich wierszy pisał: „Miłość mi wszystko wyjaśniła, Miłość wszystko rozwiązała, dlatego uwielbiam tę Miłość, gdziekolwiek by przebywała”.

Dzisiaj jesteśmy zaproszeni, aby stając przy pustym grobie Chrystusa odnaleźć tę zmartwychwstałą miłość, której nie mógł zamknąć grób, której nie mógł przeszkodzić olbrzymi kamień, gdyż miłość Boga jest większa od śmierci, jest większa od naszego grzechu i naszej słabości. Jest to ta miłość, do zaufania której szczególnie w przeżywanym obecnie Roku Miłosierdzia Bóg nas zaprasza.

W czasie Triduum Paschalnego, którego dzisiejsza uroczystość jest ostatnim akcentem dominują dwa obrazy, do kontemplacji których zachęca nas papież Franciszek.

Jezus rozpięty na krzyżu i pusty grób. W jaki sposób mamy te obrazy odczytywać?

Można spojrzeć na te wydarzenia tak jak patrzą nań i na Chrystusa na Krzyżu ludzie żyjący z daleka od Boga: Widzisz? Przegrałeś. Niczego nie osiągnąłeś. Oto, do czego doprowadziło cię marzycielstwo i naiwność. Ludzi można trzymać w ryzach tylko twardą ręką, tylko gdy podniesiesz na nich głos. Jak nadstawisz drugi policzek – skrzywdzą cię! Jak oddasz swój płaszcz – ograbią cię! Współcześni ludzie nie chcą słyszeć słów prawdy, która niepokoi ich sumienia! Nie chcą religii nadziei – chcą religii natychmiastowych odpowiedzi. Łatwiej im uwierzyć w karę, wykluczenie, konfrontację niż w błogosławieństwo czystego serca.

Ale można na te dwa obrazy krzyża i pustego grobu spojrzeć inaczej: Tak, aby powiedzieć: Dziękuję Ci Panie! Gdy wisiałeś na krzyżu płakaliśmy, bo myśleliśmy, że poniosłeś porażkę. Ale potem zrozumieliśmy, że miłość jest silniejsza od śmierci, że Bóg, który jest miłością żyje nadal, pomimo iż wielu wieściło Jego śmierć. A to nam uświadamia, że warto żyć duchem miłości i że zła wola, egoizm, cierpienie – to wszystko ma krótki żywot! Życie człowieka, jeśli przeżyte jest tak, by podobało się Bogu, nigdy nie jest ograniczone narodzinami i śmiercią. Toczy się dalej, mając udział w zmartwychwstaniu Chrystusa.

Tylko ten, kto wierzy w zmartwychwstanie, potrafi zmieniać rzeczywistość na lepszą! Gdyż to właśnie ta wiara przypomina nam, że nie musimy się już niczego obawiać, bo żyjąc w duchu wierności Ewangelii mamy już udział w zwycięstwie Chrystusa.

To właśnie Święta Wielkanocne uświadamiają nam, że prawdą staje się to, w co nieraz najtrudniej nam uwierzyć: że Bóg jest miłością, że ludzie są z natury dobrzy, że honor i odwaga, przyzwoitość i prawość są najważniejsze, a władza i pieniądze mają krótki żywot. Że dobro ostatecznie zwycięża zło, a prawdziwa miłość nigdy nie umiera.

Powinniśmy w to wierzyć, bo warto wierzyć w to, do czego wzywa i co obiecuje nam Chrystus – jedyny zwycięzca grzechu, zła i śmierci.  I życia tą wiarą, na co dzień życzę dzisiaj Wam wszystkim! Amen.

surrexit Dominus vere

A korzystając z okazji życzę też, aby Zmartwychwstanie w Roku Miłosierdzia było dla Was wszystkich, Drodzy Medytujący i Czytelnicy tego bloga okazją do odkrycia na nowo miłosiernej miłości Boga – ofiarowanej na Krzyżu i niezwyciężonej. Niech ona nadaje sens Waszemu życiu i realizacji Waszych powołań; niech dodaje sił w stawianiu z wiarą czoła codziennej rzeczywistości i niech będzie motywacją do codziennego, radosnego dzielenia się tą miłością z innymi, tak aby dla tych, którzy spotkają Was na swojej drodze była znakiem rozpoznawczym uczniów i przyjaciół Jezusa Zmartwychwstałego.  

Medytacja Wielkiej Soboty

Złożenie do grobu

Wielka Sobota zachęca nas do głębszej refleksji nad Tajemnicą Triduum Paschalnego. Korzystając z ciszy, jaka zaległa nad Grobem Jezusa chciejmy raz jeszcze wrócić do wydarzeń ostatnich godzin, aby zatrzymać się szczególnie nad jednym z ważnych dla nas świadectw. Warto zauważyć, że opis Męki Pańskiej zaczyna się wbrew pozorom nie od schwytania i uwięzienia Jezusa czy też procesu, lecz od Ostatniej Wieczerzy, która stanowiąc jego preludium, ukazuje nam, w proroczej zapowiedzi, znaczenie krzyża Chrystusa. Śmierć Jezusa nie jest po prostu zwyczajną śmiercią. Jest to umieranie dla innych, wydanie dla nich własnego ciała i przelanie własnej krwi. Ta śmierć została nie tylko proklamowana w czasie wieczerzy, którą Jezus spożył z uczniami, ale też została w znaku tej wieczerzy utrwalona na zawsze. Czym bowiem jest zrodzona z Ostatniej Wieczerzy Eucharystia, jeśli nie uobecnieniem zbawczej ofiary Chrystusa?

Gest umywania nóg tłumaczy nam, że Jezus uważał swoją śmierć nie za brutalny kres życia, lecz za akt miłości i służby. Na krzyżu jest On Sługą, który zmywa nasze grzechy swoją krwią. Podobnie więc, jak rozdawanie chleba i wina, również umycie nóg uczniom rzuca nowe światło na tę jedyną w swoim rodzaju śmierć na Krzyżu.

Wielka Sobota, zatrzymując nas na refleksję przy Grobie Pańskim zaprasza też do głębszego rozważenia znaczenia śmierci Jezusa, która stała się faktem.

Przed ukrzyżowaniem odbył się błyskawiczny proces. Aresztowano Jezusa poprzedniego wieczoru, a kiedy nastał poranek, pospiesznie zaprowadzono Go do sądu. W południe wisiał już na krzyżu. Wszystko działo się z zawrotną szybkością podyktowaną paradoksalnie względami religijnymi a więc zbliżającą się Paschą. Zawrotne tempo procesu pozwala nam wnioskować, że sprawa została przesądzona jeszcze przed aresztowaniem. Dowody nie miały większego znaczenia. Sanhedryn na czele z arcykapłanem mieli plan, który chcieli jak najszybciej zrealizować. Zaledwie trzy godziny po skazaniu Chrystus umiera na Krzyżu. Swój plan miał jednak również Bóg.

Ewangeliści Mateusz, Marek i Łukasz odnotowują jedną kwestię, do której często nie przywiązujemy wagi, tę mianowicie, że kiedy Jezus „wyzionął ducha” a jeden z żołnierzy przebił Mu bok, setnik – rzymski żołnierz, którego trudno posądzić o sympatyzowanie ze skazańcem wypowiedział znamienne zdanie: „Prawdziwie, Ten był Synem Bożym”.

To ciekawe, że pierwszą osobą, która wyznała wiarę w bóstwo Jezusa natychmiast po Jego śmierci, był setnik. Rzymscy okupanci wyznaczyli go do pilnowania Jezusa. Pod bacznym okiem setnika Jezus nie miał szans na ucieczkę, a Jego przyjaciele na odbicie Go. Jest jednak zastanawiające, że ów strażnik był pierwszym, który odkrył, kim naprawdę był Jezus, i to w chwili Jego śmierci. Ewangelie przekazały nam ten dość kłopotliwy szczegół. Inaczej brzmiałoby zapewne takie wyznanie w ustach jednego z Apostołów. Ale mówi to setnik, z żydowskiego punktu widzenia poganin!? Jak wspomniałem Pan Bóg także ma swój plan i nie potrafię tego nazwać inaczej niż łaską, jaką otrzymał setnik, człowiek z zewnątrz, by móc złożyć takie wyznanie. Wiara bowiem jest łaską.

Setnik był jednym z tych, którzy znajdowali się najbliżej umierającego Jezusa. Według Ewangelii synoptycznych uczniowie Jezusa nie byli obecni przy ukrzyżowaniu. Uciekli ze strachu. Nawet kobiety jedynie przypatrywały się wszystkiemu z daleka. Nie opuściły wprawdzie Jezusa, lecz zachowały pewien dystans. Wolno nam więc przypuszczać, że jedyną osobą, która znajdowała się w bezpośredniej bliskości konającego Jezusa był właśnie setnik. Kiedy na nowo odkryłem ten aspekt Ewangelii, poczułem szczere współczucie dla Jezusa. W chwili, kiedy miało zostać objawione, że jest On Synem Bożym, Jego najbliżsi przyjaciele ukrywali się, a osoby, które zdecydowały się zostać, przypatrywały się z daleka. Według Ewangelii synoptycznych Jezus umiera, nie mając przy sobie nikogo z bliskich Mu ludzi. Tylko Jan weryfikuje nieco tę prawdę.

Kim jest Jezus? Kto może wyznać, że On jest Synem Bożym? Kto odkryje prawdę o Jezusie jako o Synu Bożym? Kiedy oglądano Jego cuda, niektórzy z ich świadków mówili, że jest On mężem Bożym. Ale takim był każdy prorok. Kiedy słuchano, jak naucza z niezaprzeczalnym autorytetem i mądrością, niektórzy wierzyli, że czyni to mocą Boga. Gdy jednak został przybity do krzyża, wydawało się, że nikt z ludzi nie może już uznać Go za męża Bożego czy głosiciela Bożej mądrości. Przy różnych okazjach, gdy Jezus uzdrawiał, karmił tłumy i głosił Boże miłosierdzie, ludzie zauważali jakoś Jego zażyłą więź z Bogiem. Gdy jednak zawisł bezbronny na krzyżu, uciekli od Niego jak od przestępcy. Nie chcieli, aby rozpoznano w nich Jego przyjaciół.

Niektórzy ludzie twierdzą, że wierzą w Jezusa, ponieważ pobłogosławił im w życiu i to stanowi wystarczającą motywację dla ich wiary. Jeśli jednak twierdzimy, że poznaliśmy prawdziwego Jezusa tylko na podstawie błogosławieństw, których doświadczamy, to być może nie znamy Go jeszcze w pełni. Paradoksalnie prawdziwe wyznanie wiary dokonuje się dopiero u stóp Krzyża. Dokonuje się, jako konsekwencja dostrzeżenia w tej okrutniej śmierci ogromu Bożej miłości.

Tym bardziej zadziwia mnie postawa człowieka, który był zapewne już nie przy jednym ukrzyżowaniu. Być może jego serce zdążyło już stwardnieć na widok tak wielu nadzorowanych dotąd egzekucji, które nie robiły na nim już wielkiego wrażenia. Co zatem musiał dostrzec w tym ukrzyżowaniu innego, co musiał dostrzec w Tym konającym w męce Jezusie, że złożył takie wyznanie wiary?

Tego nie wiem i nie chcę puszczać wodzy fantazji. Wiem tylko, czego możemy się nauczyć z postawy setnika a być może podobne doświadczenie stanie się naszym udziałem.

1. Trwać przy Jezusie

Żołnierzom rzymskim pilnującym skazańców ani na chwilę nie wolno było spuścić z oczu tych, których mieli strzec. Musieli być do nich zwróceni twarzą. To właśnie czynił setnik. Z obowiązku wpatrywał się więc w Jezusa. To wpatrywanie można by porównać z pewnego rodzaju kontemplacją, w którą zaangażowana była cała jego uwaga, jego wzrok a może i myśli.

My zaproszeni jesteśmy do trwania w bliskości Jezusa i spoglądania na Niego z miłością? Istnieje wiele okazji, aby odpowiedzieć na to zaproszenie: Przez medytację nad Słowem Bożym, przez adorację Najświętszego Sakramentu, przez zaangażowaną modlitwę czy z uwagą przeżywaną Eucharystię. Czy jednak te okazje są dla nas rzeczywistym momentem przylgnięcia do Jezusa całą swoją osobą, uwagą, sercem? Na to pytanie musi sobie odpowiedzieć każda i każdy z nas.

2. Widzieć Jezusa

Co zobaczył setnik w ciągu tych godzin straży przy Jezusie? Co widział, stojąc naprzeciw Niego? Mówiąc najkrócej, setnik zobaczył grozę cierpienia i ukrzyżowania poprzedzającego śmierć Jezusa. Był naocznym świadkiem zadawanych Jezusowi tortur, gdyż bez wątpienia uczestniczył w całym procesie poprzedzającym wykonie wyroku. Musiał zauważyć upokorzenie i samotność przeżywane przez Jezusa, gdy Jego przyjaciele zdradzili Go i uciekli. Jego poczucie lojalności żołnierza i oficera, musiało wzdrygać się na wieść o tym, że został zdradzony przez jednego z uczniów. Pewnie zastanawiał się również nad tym, dlaczego grono przyjaciół Jezusa tak szybko przestało się interesować Jego losem i wszyscy rozpierzchli się z lęku o własne życie? Setnik był świadkiem wygłoszonego w Sanhedrynie steku kłamstw, aby w ogóle można było postawić Jezusowi jakieś zarzuty. Był obecny, gdy Piłat powiedział: „Ja nie znajduję w Nim żadnej winy”. Był też obecny, gdy Piłat musiał ulec wrzawie tłumu, pomimo braku rzeczywistych dowodów winy Jezusa. Setnik był świadkiem, jak ludzie wyśmiewali Jezusa, pluli na Niego, odarli Go z szat i ukrzyżowali. Był świadkiem słów: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Usłyszał: „Dziś ze Mną będziesz w raju” i „Pragnę”. Usłyszał wyraźnie: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”. Był tam, chłonąc każdy widok i każde słowo.

Gdyby jakiś dziennikarz chciał zrobić z nim wywiad i zapytał go: „Co widział?”  Zapewne odpowiedziałby: „Widziałem niewiarygodne okrucieństwo, kompromis oparty o kłamstwo, by poświęcić ludzkie życie. Widziałem ludzką podłość i zajadłość. A jednocześnie nigdy nie widziałem takiej miłości w krzyżowanych przez nas przestępcach. Po raz pierwszy zobaczyłem niewiarygodną, nieprawdopodobną miłość, miłość do Boga, który wydawał się tak odległy, oraz miłość do ludzi, również oprawców. On błagał Ojca o przebaczenie dla swoich nieprzyjaciół. Nigdy nie widziałem, by wśród posuchy zła rozkwitła taka miłość. Ze wszystkich stron dobiegały mnie szyderstwa i kłamstwa, lecz od tego człowieka imieniem Jezus słyszałem tylko słowa wierności i miłości”. Myślę, że setnik będący świadkiem wielu krzyżowań najmniej spodziewał się znaleźć tyle miłości na tym potwornym krzyżu będącym owocem ludzkiej nienawiści i przemocy. A jednak ją znalazł! Znalazł miłość niezachwianą, miłość przebaczającą, i delikatną.

Jest tylko jedna odpowiedź na pytanie: „Jak to możliwe?” I może brzmieć ona tak: Tylko Bóg i ci, którzy są z Boga, potrafią zachować silną nadzieję i miłość w obliczu takiego ogromu zła.

Nie mam wątpliwości, że jeśli złączymy się z setnikiem w patrzeniu na Krzyż Jezusa również odnajdziemy w nim cud nieskażonej miłości. Miłości, która ma moc skruszyć i przemienić każde ludzkie serce. To właśnie tam, na Krzyżu miłość, jaką możemy dostrzec w Chrystusie na wzór setnika może stać się dla nas najgłębszym objawieniem prawdy o Bogu.

3.Dać się przemienić Jezusowi.

Wielkosobotnia cisza, która zaległa na świecie po śmierci Boga daje nam szansę na zatrzymanie się, aby wpatrywać się w Jezusa. Dlaczego warto to czynić? Mamy bowiem nadzieję, że kontemplując Go, doświadczymy przemiany. Może to truizm, że zarówno ludzie i rzeczy, którym poświęcamy swój czas, wywierają na nas wpływ i zmieniają nas, nawet jeśli my nie zawsze to sobie uświadamiamy. „Jesteś przemieniany przez to, co czynisz przedmiotem swojej kontemplacji”. Jeśli przez większość czasu wpatruję się w mój stan posiadania, zmieni on z pewnością mój pogląd na życie i moją hierarchię wartości. Jeśli kontempluję władzę i prestiż, jakie posiadam (choćby niewielkie) moje pragnienia stopniowo ukierunkują się na ich zdobywanie. Kiedy jednak spędzam czas z Jezusem obecnym w Jego Słowie, w Najświętszym Sakramencie, lub też w drugim człowieku, któremu służę ze względu na Chrystusa (zwłaszcza cierpiącemu) mam szansę podobnie jak setnik zostać przemieniony. Ma szansę zostać przemieniony mój sposób patrzenia, moja wrażliwość, moja otwartość naprawdę a nade wszystko moja miłość.

Jeśli zatem postanowimy sobie od tegorocznego Triduum Paschalnego więcej czasu niż dotychczas spędzać przy Jezusie, otwierając się na oddziaływanie Jego łaski i miłości, nie mam wątpliwości, że On będzie kształtował nas i nasze serca na swoje podobieństwo.

Warto zatem korzystając z wielkosobotniego zatrzymania się w biegu na chwilę kontemplacji przy Grobie Chrystusa pomodlić się, abyśmy kontemplując oblicze Chrystusa, jak setnik doszli do wiary, że Syn Boży przyszedł naprawdę, a Jego zbawienie jest realną rzeczywistością.