Wspominać będę dzieła Pana i opowiadać będę to, co widziałem. Na słowa Pana powstały dzieła Jego. Jak słońce świecąc patrzy na wszystkie rzeczy, tak chwała Pan napełniła Jego dzieło. On zbadał przepaści i serca ludzkie. Żadna myśl nie ujdzie Jego uwagi i nie ukryje się przed Nim ani jedno słowo. On ustawił w pięknym porządku wielkie dzieła swej mądrości, ponieważ istnieje przed wiekami i na wieki. Jakże godne ukochania są wszystkie Jego dzieła, i zaledwie iskierką są te, które poznajemy. [Syr 42, 15-16, 20-21]
Pozwólcie, że dzisiaj w ramach komentarza do medytacji przywołam pewne słowa, które niedawno usłyszałem:
„Bóg jest morzem, w którym pływam, powietrzem, którym oddycham; rzeczywistością, w której zanurzam się pełnią mojego życia. Nie udaje mi się już znaleźć jakiejkolwiek rzeczy, choćby najmniejszej, która by mi o Nim nie mówiła, która by nie była w jakiś sposób Jego odbiciem, świadectwem Jego miłości i bliskości, Jego znakiem, Jego uśmiechem, Jego napomnieniem”.
Gdyby ktoś po raz pierwszy usłyszał te słowa i został zapytany o to, kto mógłby je wypowiedzieć z pewnością znakomita większość wskazałaby na człowieka wierzącego albo konkretnie na chrześcijanina, może wyznawcę judaizmu. Tymczasem są to słowa, która usłyszałem podczas tegorocznych spotkań w ramach dialogu z islamem. Wypowiedziane zostały przez przedstawiciela sufizmu – nurtu, który powstał w VII wieku jako wyraz tęsknoty za bliską relacją z Bogiem i określany jest mistyką muzułmańską. Choć do dzisiaj jest nieakceptowany przez większość nurtów teologii muzułmańskiej, to właśnie w myśli sufich możemy znaleźć wiele podobieństw z naszą chrześcijańską mistyką.
Słuchając tego świadectwa, człowieka, który choć nie należy do naszej chrześcijańskiej tradycji, to przecież także pragnie jak najlepiej służyć Bogu uświadomiłem sobie, że warunkiem spotkania każdego człowieka z Bogiem, we własnym życiu jest otwartość na to, co daje nam Bóg każdego dnia. Ta otwartość przychodzi szczególnie wtedy, gdy nie myślimy tylko o sobie i swoich potrzebach, ale przede wszystkim nosimy w sobie pragnienie służenia i podobania się Bogu. Taka postawa w konsekwencji musi w nas także zrodzić otwartość na potrzeby bliźnich.
Miniony miesiąc miałem szczęście spędzić na spotkaniach z ludźmi z różnych tradycji religijnych i chrześcijańskich po to, aby móc dzielić z nimi pewne świadectwo duchowej wrażliwości. I nie mam wątpliwości, że nie zabraknie jej nigdy temu, kto pozostanie zawsze otwarty na Bożą obecność i będzie w sobie pielęgnował postawę gotowości do służby Bogu i drugiemu człowiekowi. Oczywiście w tej otwartości zawsze pierwsze miejsce zajmuje modlitwa. Bo jak powiedział jeden z prawosławnych mnichów podczas jednej z homilii wygłoszonych w czasie Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan: „Jeśli przestaniemy się troszczyć o pogłębianie naszej modlitwy, aby jeszcze lepiej spotykać się z Bogiem, z czasem przestaniemy tez być ludźmi religijnymi a w konsekwencji utracimy wrażliwość na sposób, w jaki Bóg mówi do nas na różne sposoby w codziennym życiu”.
Niech doświadczenie medytacji prowadzi nas drogą pogłębienia tej pełniej miłości relacji z Bogiem i wrażliwości na Jego mowę.
Dzisiejsze święto dotyka rzeczywistości ofiarowania. Rzeczywistości trudnej, która jeśli ma być autentyczna musi łączyć się z prawdą i miłością. Prawdziwa ofiara może być bowiem jedynie owocem miłości a jednocześnie tę miłość ubogaca.
Sądzę, że w takim duchu Maryja i Józef przyszli do świątyni, aby ofiarować swoje nowonarodzone Dziecko Panu. To nie był w ich przypadku jedynie gest posłuszeństwa Prawu. Oni przychodzą do świątyni już włączeni w tajemnicę, którą za sprawą proroctwa Symeona zostanie włączony lud Izraela. I chociaż pojęcie ofiary w tradycji Narodu Wybranego było powszechnie znane, bo przecież znajdziemy w historii Izraela wiele postaci będących wzorem gotowości do ofiary w duchu posłuszeństwa i miłości do Boga (chociażby Abraham), to jednak dopiero Chrystus uczy nas czym jest prawdziwa ofiara złożona z bezwarunkowej miłości.
„Chrześcijańska ofiara jest ściśle zespolona z tajemnicą serca, w którym dokonuje się spotkanie pomiędzy wymiarem ludzkim i Bożym. To, co ludzkie, ujawnia się jako przestrzeń Bożej obecności. To, co Boże, objawia się poprzez ludzką zwyczajność. Zarazem występuje oddychanie „logiką Wieczności”, która ma odmienny kierunek niż „logika doczesności”. Specyfiką światowej doczesności jest gromadzenie. Samo w sobie jest to moralnie neutralne. Wszystko zależy od tego, co jest motywem i celem gromadzonych dóbr. Jeśli ktoś sens życia upatruje tylko w tym, aby „mieć więcej”, jest to zły kierunek. Ale gdy wzrost dóbr jest konsekwencją rozwoju jakiegoś szlachetnego dzieła, mamy do czynienia z czymś dobrym. Jednak zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że ludzkie „ja tworzę” wysunie się na pierwszy plan przed „Bóg stwarza”. Specyfiką tej pokusy jest zapomnienie o Bogu jako pierwotnym dawcy wszystkiego. Jest to wielki problem współczesnego społeczeństwa, które zaczęło żyć i działać, jakby Boga nie było. Wieczność staje się wtedy pojęciem totalnie abstrakcyjnym.”
W świetle powyższego stwierdzenia jednego z chrześcijańskich filozofów ofiara może stać się dla chrześcijanina drogą do prawdziwej wolności serca a jednocześnie obroną przed tym, co chce tym sercem zawładnąć. Sednem ofiary jest rezygnacja z jakiegoś dobra po to aby potwierdzić, że tylko Bóg jest początkiem, kresem i sensem wszystkiego. Ofiara to akt ogołocenia dokonany w tym celu, aby poszerzyć w sobie przestrzeń wolności. We współczesnym świecie może stać się skuteczną obroną przeciw wszechstronnemu pędowi i uzależnieniu naszego serca od dóbr stworzonych. Ta przestrzeń, która pojawia się w konsekwencji ofiarowania/ogołocenia z czegoś staje się przestrzenią, która w zamyśle chrześcijanina chce być przestrzenią dla Boga.
Stąd nie jest bez znaczenia czy ofiara jest motywowana miłością do Boga, gdyż wówczas Pan Bóg odpowiadając na miłość sprawia, że strumienie Bożych łask mogą wniknąć do człowieka z dużo większą skutecznością niż gdyby tej motywacji wyrastającej z miłości zabrakło. Tak dzieje się za każdym razem, gdy ktoś odpowiada na zaproszenie Boga do całkowitego oddania się Jemu w życiu zakonnym lub kapłańskim. Czyniąc ze swojego życia ofiarę miłości i zrazem w duchu wolności rezygnując z dzielenia swojego życia z drugą osobą w małżeństwie człowiek taki pozwala aby jego serce i życie było całkowicie ofiarowane Bogu. Bóg przyjmując taką miłość odpowiada na nią swoja łaską i miłością, które wypełniają serce takiej osoby. Jednocześnie poprzez wypełnianego człowieka poświęconego Bogu, Jego zbawcza miłość ma szansę przez posługę takiej osoby przeniknąć do całego świata. W ten sposób ofiara z życia osób konsekrowanych sprawia w sposób realny, że doczesność staje się bardziej nasączona Wiecznością przez ich życie poświęcone Bogu i modlitwę. Jak pisze jeden ze współczesnych pustelników: „Ofiara złożona z serca i życia człowieka poświęconego na wyłączność Bogu jest uprzywilejowaną drogą, która prowadzi do nowego rozumienia prawdy i doświadczenia miłości w Duchu Świętym.” Jest to droga dzięki której tę nową prawdę i miłość rozumie nie tylko osoba ofiarowana Bogu, ale dzięki niej ta tajemnica zostaje odsłonięta przed światem.
Ponieważ życie konsekrowane najpełniej wpisuje si w logikę ofiarowania dlatego dzisiejszy dzień został ogłoszony przez św. Jana Pawła II Światowym Dniem Życia Konsekrowanego. To okazja do modlitwy i wsparcia tych osób, które często niewidoczne dla świata toczą duchowy bój u boku Jezusa a przez swoją modlitwę i ofiarę uczestniczą w dziele uświęcania świata. Dzisiejsze święto to także okazja do wdzięczności Bogu za to, że nieustannie zaprasza nowe rzesze ludzi, aby stawały się przez wyłączne ofiarowanie Mu swojego życia znakiem dla współczesnego świata. Może nie zawsze zrozumiałym, ale czytelnym znakiem. To właśnie takie osoby mocą Ducha Świętego uczą nas jak w coraz pełniejszy sposób umierać dla świata, aby coraz lepiej żyć dla Boga i w Bogu. A przecież jest to powołaniem każdego człowieka wierzącego.
Pamiętając o osobach konsekrowanych prośmy: Panie Jezu, udzielaj im Ducha Świętego, aby zgodnie z wolą Ojca w Niebie coraz bardziej w Tobie umierali na drodze ku Wiecznemu Życiu, ucząc też innych tego umierania, z którego rodzi się nowe życie…
Żaden prorok nie jest dobrze odbierany wśród swoich – chciało by się powtórzyć za Chrystusem, który ukuł to stwierdzenie nie tylko na podstawie swojego osobistego, bolesnego doświadczenia w rodzinnym Nazarecie, ale też na podstawie długiej historii równie źle traktowanych przez swoich współwyznawców proroków Izraela. I chciałoby się powiedzieć, że w tej mierze niewiele się zmieniło. „Słomiany zachwyt” – jak można by określić początkowo reakcję mieszkańców Nazaretu – szybko przerodził się w zwątpienie a następnie w agresję wobec Chrystusa. I pierwsza nauka, jaka płynie dla nas z tego wydarzenia ukazanego w Ewangelii: Jeśli człowiek pozwoli prowadzić się emocjom, zazwyczaj nic dobrego z tego nie wychodzi, ani dla niego ani dla innych. A że wcale nie rzadko tak bywa, wiemy z własnego doświadczenia, gdy pozwalamy na to, żeby to właśnie emocje brały górę w naszej ocenie rzeczywistości, wydarzeń czy drugiego człowieka zanim dopuścimy do głosu rozum…
To oczywiście nie przypadek, gdyż szatan często bazuje na naszych emocjach a następnie chętnie posługuje się naszą podejrzliwością, czy uprzedzeniami. Ile to razy snujemy sobie w wyobraźni różne niedorzeczne scenariusze, z których większość się nigdy nie zrealizuje, ale doskonale nakręcają one nasze emocje, pozwalając aby te z kolei zatruwały nasze serca i wolę. Zły duch wie lepiej niż ktokolwiek inny, że dla niego najważniejszym zadaniem jest nie dopuścić, aby dobro, dobre słowo czy rada zapuściły w nas korzenie. Dotyczy to zarówno słowa Bożego jak i odnosi się do naszych ludzkich relacji. Stwierdzenie, że prorok nie jest mile widziany wśród swoich można odnieść bowiem równie dobrze do najbliższych: współmałżonka, sąsiada, współpracowników… Trudno nam często przystać na upomnienie ze strony żony, męża, własnych dzieci, nie mówiąc już o teściowej.
A tymczasem Pan Bóg posługuje się niejednokrotnie kimś, kogo dobrze znamy, wybierając go na przekaziciela jakiejś ważnej prawdy. Nam jednak rzadko przyjdzie do głowy zobaczyć w takiej osobie proroka – Bożego wysłannika, dzięki interwencji kogo Bóg chce nas uratować przed pobłądzeniem.
I być takim Bożym narzędziem niesienia prawdy też nie jest łatwo. A przecież wszyscy, jako naśladowcy Chrystusa jesteśmy wezwani do tego zadania.
Godząc się na taką rolę łatwo narazić siebie na utratę przyjaźni a nawet na ściągnięcie na siebie czyjejś złości. Ale czy prawda, która wyzwala nie jest warta takiej ceny? Zwłaszcza gdy chodzi o ratowanie duszy człowieka!? Na to pytanie musi sobie odpowiedzieć każda i każdy z nas, tak chętnie skłaniających się ku bezpiecznemu konformizmowi. Czy miłość, o której pisze dziś św. Paweł nie domaga się życia w prawdzie?
Jedno jest ważne i warto nie przegapić tego kolejnego pouczenia z dzisiejszej Ewangelii: Chrystus odwołując się do biblijnej historii dwóch proroków Eliasza i Elizeusza chce nam uświadomić, że Bóg sam wybiera proroków i adresatów swojego przesłania i zazwyczaj nie trzyma się w tym wyborze naszych schematów myślenia. A to oznacza, że może On do nas przyjść dosłownie w każdym człowieku, nawet tym, po którym się najmniej spodziewamy, że jest Bożym posłańcem; a cud przemiany naszego serca może dokonać się wszędzie tam, gdzie człowiek zamiast wybrzydzać i udawać, że wie lepiej, co jest dla niego dobre, nastawia się bardziej na słuchanie Boga i Jego słowa niż własnych wątpliwości.
Dlatego zanim odrzucimy czyjeś upomnienie, nawet to trudne do przyjęcia warto zastanowić się, czy przez drugiego człowieka nie przychodzi do nas Bóg!? Abyśmy nie musieli potem żałować, że lekceważąc czyjeś napomnienie rozminęliśmy się z tym, do czego Pan Bóg nas zapraszał. Gdyż od częstego i zbyt pochopnego odrzucania słów prawdy, która przychodzi do nas przez innych nie daleka już droga do budowania życia po swojemu i często wbrew woli Bożej, albo i bez Boga

Kolejny Tydzień Modlitwy o Jedność Chrześcijan dobiegł końca.
Udało mi się tym razem uczestniczyć w prawie wszystkich nabożeństwach. Krytyczny obserwator skomentowałby zapewne, że liczba uczestników tych nabożeństw z roku na rok nie robi się większa. Możliwe, że jest w tym ziarno prawdy. Czym spowodowane? Trudno jednoznacznie orzec. Może tym, że mimo iż od Soboru Watykańskiego II minęło już blisko pięć dekad wielu wyznawców katolicyzmu nie rozumie i nie czuje ekumenizmu i jego sensu. Może tym, że dla wielu obserwatorów pozornie nic się nie dzieje, mimo wielu już lat wspólnych kontaktów, rozmów, dyskusji i modlitw. A może najbardziej tym, że ciągle, z różnych powodów boimy się szerzej otworzyć nasze serce na naszych Siostry i Braci z innych wspólnot kościelnych. Pewnie w każdej z tych tez jest trochę prawdy, jak również z każdą z nich można by polemizować. Ale czy na pewno o to chodzi w dialogu. Podobało mi się to, co usłyszałem w tym roku na jednym z nabożeństw z ust mojego prawosławnego brata: „Nie módlmy się o jedność, ale módlmy się o miłość, bez niej bowiem każda droga w stronę jedności będzie pozorna, nieautentyczna i mało przekonująca tych, wobec których mamy byś świadkami dążenia do jedności”.
Uświadomiłem sobie właśnie, że mija mój dwunasty rok ekumenicznej działalności i szesnasty rok udziału w pracach na rzecz dialogu międzyreligijnego. I na pytanie – zadane mi przez panią redaktor jednej z rozgłośni radiowych – o to, co dały mi te lata odpowiadam bez wahania, że nauczyłem się bardziej dostrzegać w tych wzajemnych relacjach to, co łączy niż to, co dzieli. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie chodzi o zacieranie różnic, o to żeby tworzyć na siłę jeden wielki monolit, czy aby wyrzekać się własnej tożsamości i związanej z nią tradycji (wyznaniowej czy religijnej). Nie! Różnice zawsze były są i będą. Były nawet wówczas, gdy Kościół był jeszcze niepodzielony, ale wówczas stanowiły bogactwo tego Kościoła a nie linię podziału, choć o ten ostatni bardzo łatwo i nawet Kościół pierwotny nie był wolny od takich pokus, o czym pisze już ze smutkiem św. Paweł (por 1 Kor 1, 10 nn). Każdy podział bowiem a zwłaszcza ten w łonie Chrystusowego Kościoła jest owocem grzechu a ten z kolei jest skutkiem działania największego przeciwnika jedności Chrystusowej Owczarni – szatana. To nie przypadek, że w swojej Modlitwie Arcykapłańskiej przywołanej w Ewangelii przez św. Jana, Chrystus tak mocno akcentuje jedność swoich wyznawców i się o nią modli. Jakby przeczuwał, co będzie celem ataku największego wroga Boga.

Dlatego raz jeszcze podkreślam, że pomimo tak wielu różnic, które nas dzielą, mamy wiele wspólnego, co nas łączy a nade wszystko mamy Jednego Boga, który jest źródłem tej jedności i co więcej jako chrześcijanie należymy do Jezusa, bo jak sam powiedział: „kto nie jest przeciwko nam, ten jest z nami” [Mk 9,40]. I choć jeszcze nie możemy wszyscy spotkać się przy jednym stole eucharystycznym, to nie wolno nam – jako uczniom Chrystusa – porzucać obowiązku słuchania Słowa Bożego, wchodzenia w przestrzeń wspólnej modlitwy, „bo gdzie dwaj, albo trzej zgromadzeni są w imię moje tam ja jestem pośród nich” [Mt 18,20] oraz niesienia pomocy innym, przez czyny miłosierdzia, aby również inni przez nasz styl życia i naszą służbę w jedności mogli doświadczyć miłości Stwórcy.
Bóg wzywa nas przede wszystkim do miłości, poprzez którą będzie mógł przemieniać nas samych, nasz sposób myślenia a w konsekwencji nasze Kościoły i świat. Bez miłości – trawestując nieco słowa świętego Pawła – żadna jedność nie będzie prawdziwa. Chrystusowi, ale także Kościołowi i światu potrzebni są dzisiaj ludzie wolni duchem, ludzie znający wartość modlitwy i miłości, która jest istotą każdego ludzkiego życia. Jest także istotą dialogu ekumenicznego. To właśnie miłość, którą Bóg obdarza nas każdego dnia domaga się odpowiedzi z naszej strony wobec Niego oraz wobec bliźniego. Każdego bliźniego. Jeśli będziemy postępowali drogą miłości w swoim czasie Bóg pozwoli nam także cieszyć się jednością. On sam najlepiej zna czas, w którym nasze serca a potem nasze Kościoły do niej dojrzeją. Choć osobiście mogę zaświadczyć, że tej jedności na płaszczyźnie duchowej wraz moimi Siostrami i Braćmi z innych wspólnot chrześcijańskich często doświadczam i za nią Bogu nieustannie dziękuję, bo jest dla mnie nie tylko wielkim darem od Boga, ale i cierpliwą nauczycielką chrześcijańskiego życia i świadectwa.
Dlatego dziękuję Bogu za ten kolejny Tydzień Jedności, który jest tylko wisienką na torcie całorocznej (często niewidocznej) współpracy Sióstr I Braci z różnych wspólnot chrześcijańskich i jest okazją do wielkiego dziękczynienia, że mamy siebie nawzajem i chociaż ciągle jeszcze grzech podziału rzuca się cieniem na wspólnotę Chrystusowego Kościoła, to mam to przeświadczenie, że każdy rok wspólnych spotkań (tych formalnych a może jeszcze bardziej tych nieformalnych), modlitwy i działań realizowanych w imię jedności pozwala doświadczyć, że prawdziwa miłość wobec drugiego, kimkolwiek on jest uczy nas doszukiwania się w nim dobra, piękna, jego niezbywalnej wartości a nade wszystko tego, że jest nie mniej niż każda i każdy z nas godzien miłości i szacunku.

Niech na koniec wolno będzie mi przywołać słowa pięknej modlitwy jednego z moich ulubionych filozofów, ewangelickiego wyznania Sørena Kierkegaarda, z którego zaczerpnąłem też tytuł niniejszego wpisu:
Boże miłości, nie pozwól nam przywyknąć do naszych podziałów,
odpowiedz na gorącą arcykapłańską modlitwę Chrystusa,
naszego Pana i Mistrza: „aby byli jedno”
i zgromadź wszystkie swoje dzieci pod skrzydłami Ducha Świętego
w jednej owczarni Twojego Syna,który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen
Może kogoś zdziwić, że św. Łukasz na początku używa sformułowania „opowiadanie” na określenie napisanej przez niego Ewangelii, ale stwierdzenie to jest formą podkreślenia, że to, co napisał nie jest zbiorem anegdot, marzeń, czy jego własnej interpretacji wydarzeń, ale uporządkowanym opisem historii Jezusa i Jego działalności. Zresztą zachęca swoich czytelników, żeby odwołując się do innych znanych podań i świadectw o Chrystusie mogli przekonać się o całkowitej prawdziwości tego, co napisał. Za czasów św. Łukasza żyło bowiem jeszcze wielu autentycznych świadków Chrystusowej działalności.
Moglibyśmy zapytać: Po co Łukasz sięga po takie argumenty, aby zapewnić o prawdziwości swojej ewangelicznej relacji, choć przecież nie była ona pierwszą ze spisanych Ewangelii? Otóż najrozsądniejszą odpowiedzią wydaje się ta, że Ewangelia miała prowadzić jej czytelników i słuchaczy do doświadczenia wiary. Św. Łukasz odwołując się do racjonalności, chce nam uświadomić, że prawdziwa wiara nie opiera się – jak zarzucają niektórzy przeciwnicy religii – na baśniach, marzeniach, na jakiejś wyimaginowanej, czystej idei, ale na faktach. Jest odwołaniem się do historii autentycznego działania Boga w życiu człowieka. W tym względzie nic się nie zmieniło do dzisiaj. Jeżeli bowiem spotykamy na naszej drodze kogoś, kogo można określić mianem świadka wiary, to wierzymy mu właśnie dlatego, że jego świadectwo jest spójne, autentyczne i wyrasta nie z postawy marzycielskiej, ale z prawdziwego, niejednokrotnie trudnego doświadczenia autentycznej relacji człowieka z Bogiem. Niech wolno mi będzie przywołać w tym miejscu tylko jedną postać – znaną nam wszystkim – św. Jana Pawła II. Kto ośmieliłby się powiedzieć, że to jak żył, czy co mówił nie było autentyczne i nie wyrastało z bardzo osobistego doświadczenia jego relacji z Bogiem?
To właśnie w tym tkwił ów fenomen, że jego głosu słuchały tłumy: młodzi i starzy, zdrowi i chorzy, szczęśliwi i nieszczęśliwi, wyznawcy chrześcijaństwa i innych religii a nawet niewierzący. Takich autentycznych świadków wiary mogli byśmy wymieniać wielu…
Nie wiemy, kim był adresat Łukaszowej Ewangelii – „dostojny Teofil”, ale idąc za znaczeniem tego imienia: (Teofil to tyle, co miłośnik Boga), można powiedzieć, że jest nim każdy, kto biorąc do ręki Ewangelię chce w ten sposób karmić swoją wiarę, chce spotkać na jej kartach Tego, którego pokochał i którego chce uczynić nauczycielem i wzorem swojego życia – Chrystusa. A zatem adresatem tej Ewangelii, miłośnikiem Boga jesteś Ty i ja – Droga Siostro i Bracie, jest każdy, kto w dobrej woli czyta Ewangelię
Chrystus w synagodze w Nazarecie komentując fragment księgi Izajasza mówi: „Dziś spełniły się te słowa Pisma…”. Odnosząc do siebie słowa o proroku namaszczonym duchem, który niesie Dobrą Nowinę nie tylko podkreśla wiarygodność swojego nauczania, ale przypomina, że jest ono dziełem samego Boga i darem Jego miłości.
A to oznacza, że te słowa spełniają się za każdym razem, gdy sięgamy po nie, gdy nimi żyjemy i gdy potrafimy dzielić się nimi z innymi. Chrześcijaństwo bowiem to religia Słowa, o którym św. Paweł napisze, że jest żywe i skuteczne, mające moc przemieniać najtwardsze ludzkie serce, o ile to serce choć trochę się na nie otworzy. Wielu, którzy doświadczyli tej przemiany mogłoby dużo o tym powiedzieć.
Dzisiaj chciałoby się rzec, że w roku miłosierdzia, roku łaski – jak określa to św. Łukasz – jesteśmy zaproszeni nie tylko do tego, abyśmy sami tym słowem żyli, ale abyśmy mieli odwagę opowiadać innym o Jezusie, po to, aby także serce tego drugiego człowieka mogło zostać przemienione mocą Słowa i aby dzięki naszemu świadectwu wiary ktoś inny mógł też nabrać pewności, że warto oprzeć swoje życie na Chrystusie i Jego nauce.