Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić: „To plemię jest plemieniem przewrotnym. (Łk 11,29)
Czytając o przewrotności, jaką swoim słuchaczom zarzuca Chrystus taką dominującą myślą, która mi przyszła w trakcie lektury tego fragmentu Ewangelii była kwestia przeżywania przez nas życia, jako chwili obecnej a w związku z tym pewnej odpowiedzialności za życie i za czas, jaki został nam powierzony przez Boga. Mam świadomość, że ten temat był tutaj już poruszany, ale mnie osobiście z perspektywy własnego doświadczenia wydaje się on ważny. Na czym miałaby polegać owa przewrotność? Otóż na tym, że przeżywając naszą codzienność, często nie zdajemy sobie sprawy z wagi chwili obecnej, przez co łatwo trwonimy czas, pozwalamy, żeby przesypywał się nam on przez palce jak przysłowiowy piasek a potem narzekamy, że mamy tego czasu tak mało. To dzisiaj dosyć powszechna bolączka i powód do narzekań.
Z pozoru mogłoby się wydawać, że chwila obecna jest jedną z wielu chwil, z których składa się nasze życie i na które z kolei składają się rożne wydarzenia i doświadczenia. Jeśli jednak przyjrzymy się uważniej, spostrzeżemy, że to, co jest nam dane, to tylko jedna chwila, chwila obecna, w której przezywamy nasze życie. Można by powiedzieć, że życie przeżywane jest naprawdę w tej właśnie chwili. Chwila obecna jest jedynym czasem w naszym życiu, który możemy wykorzystać dobrze lub źle. Przeszłości już nie ma i nie mamy na nią wpływu, przyszłość nie wiadomo czy w ogóle będzie. Chwila obecna jest wszystkim, co mamy. Możemy ją zmarnować, ale nie możemy uciec ani przed nią, ani przed odpowiedzialnością za tę chwilę. Ktoś mógłby powiedzieć, że takie podejście obarcza nas zbyt dużą odpowiedzialnością. Rzadko niestety udaje nam się dzień po dniu żyć ze świadomością i wagą chwili obecnej i zrozumieniem, że tak naprawdę jest ona naszym największym bogactwem. Jeśli zatem mam szansę odpowiedzieć na Boże wezwanie do nawrócenia, do wejścia na drogę do świętości lub do modlitwy mogę to uczynić jedynie teraz. Mistrz Eckhart pyta zatem: „Skoro nie mogę uciec od TERAZ, to czemu nie zająć wobec niego lepszej postawy z punktu widzenia wiary: przyjąć owo Teraz z całą wdzięcznością i serdecznością, jako dar? Zaprzyjaźnić się z nim. Nigdy bowiem nie weźmiemy na serio odpowiedzialności za swoje życie, dopóki nie weźmiemy odpowiedzialności za chwilę obecną, w której się ono naprawdę realizuje”. Wszechobecna dzisiaj postawa życia przeszłością i rozpamiętywania przeszłych wydarzeń lub ucieczki w przyszłość jest tak naprawdę ucieczką od odpowiedzialności za nasze życie. Mówienie sobie: teraz nie mam czasu na wejście na drogę nawrócenia, na zawalczenie o moja świętość, czy na modlitwę, ale jak będę np. na emeryturze, to wtedy będę miał czas na modlitwę, czas dla Pana Boga jest skrajnym przejawem nieodpowiedzialności i barku szacunku wobec życia, które Pan Bóg nam podarował. Jeśli zatem dostrzegamy, że życie przecieka nam przez palce, że wciąż dopada nas „demon zabiegania” jest to najwyższy czas, aby się zatrzymać, aby dostrzec chwilę obecną, jej wartość i aby zaprzyjaźnić się z nią i uświadomić sobie, że tylko ją mam i tylko w niej mogę przeżywać dobrze i świadomie moje życie.
Jeśli w chwili obecnej nie czujesz się jak u siebie, gdziekolwiek byś nie poszedł i czegokolwiek byś sobie nie zaplanował, także nie będziesz się czuł dobrze i będziesz niósł ze sobą wewnętrzny niepokój. Przyjąć chwilę obecną jako dar j chcieć przeżyć ja świadomie jest najlepszą odpowiedzią jakiej możemy udzielić Bogu na dar życia i dar czasu, jakim nas obdarował.
Ktoś kiedyś napisał, że „zarówno przeszłość jak i przyszłość są iluzją.” Nie dlatego, że się nie wydarzyły, albo nie wydarzą, ale dlatego, że jeśli pamiętamy o przeszłości i wyciągamy z niej wnioski możemy to uczynić tylko w chwili obecnej, podobnie jak przyszłość, gdy stanie się faktem stanie się nim w chwili obecnej. Nie będzie już przyszłością. Dzielenie naszego życia na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość jest oczywiście związane z czasem w jakim istniejemy, ale staje się ono często przeszkodą w zjednoczeniu naszej woli z wolą Bożą. Dla Boga bowiem moje życie, historia świata jest wiecznym teraz. Jeśli chcemy budować w sobie zaufanie do Boga i uwierzyć, że to co dzieje się w chwili obecnej jest najlepszą z rzeczy jakie może i chce On nam podarować musimy pamiętać o tym wiecznym teraz Boga. Uczy nas bowiem ono zupełnie inaczej patrzeć na nasze życie i na to, co nas w nim spotyka a za co często, zupełnie niesłusznie oskarżamy Boga.
Życie chwilą obecna nie neguje naszych potrzeb, ale jest uczeniem się rozpoznawania tego, co najważniejsze tu i teraz, a w konsekwencji w całym naszym życiu. Bardziej świadome życie chwilą obecną zaprasza nas do tego, abyśmy najpierw odnaleźli i uczynili to, co jest najważniejsze teraz, a to co mniej ważne zostawiając na później. Tym najważniejszym może być zarówno modlitwa, przygotowanie obiadu, zmywanie naczyń jak i rozmowa z bliska osobą. To miłość podpowiada nam, co w danej chwili jest najważniejsze i czemu poświęcić chwile obecną. W ten sposób starając się przeżywać nasze życie chwila po chwili będziemy uczyli się unikać tego, co je zakłóca i co sprawia, że marnujemy dany nam przez Boga czas na rzeczy mało istotne i co z kolei wtrąca nas w poczucie winy, które zatrzymuje nas często w rozpamiętywaniu przeszłości i znów sprawia, że tracimy chwile obecną. Wielu z nas też żyjąc w chwili obecnej myślami jest już w przyszłości, w planowaniu przyszłych wydarzeń. W ten sposób sprawiamy, że chwila obecna nigdy nie jest dobrze przeżyta. W medytacji pragniemy uczyć się bycia tu i teraz i przez to świadome bycie chcemy uczyć się jak najlepiej przeżyć chwilę obecną po to, aby to doświadczenie przenosić na kolejne chwile naszej codzienności.
Wejście w doświadczenie medytacji, to wejście w przestrzeń modlitwy, która uczy nas zakotwiczać się w teraz, które jest zarówno naszym teraz jak i teraz Boga, przed którym stajemy. Teraz, które jest jedynym miejscem, w którym naprawdę przeżywamy nasze życie.
I tak oto stajemy u progu kolejnego Wielkiego Postu. Przypomina nam on czterdzieści lat wędrówki Hebrajczyków do Ziemi Obiecanej, który był dla nich okresem umartwienia i wyrzeczeń. Ale także czasem wyjątkowym – czasem życia w obecności Boga, który im towarzyszył, prowadził ich, opiekował się nimi. Jest to także czas, który my – chrześcijanie przeżywamy na pamiątkę przywołanego w dzisiejszym fragmencie Ewangelii pobytu Jezusa na pustyni. Był to dla Niego czas pełen modlitwy, postu, duchowej walki, który miał Go przygotować po ludzku do wypełnienia misji zleconej Mu przez Ojca. Jaki ten czas będzie dla nas? Zobaczymy za niespełna 40 dni. Byle by nie okazał się czasem straconym!
Dzisiejsza scena ewangeliczna uświadamia nam, że pokusa nie jest niczym nadzwyczajnym w życiu człowieka wierzącego. Pobyt Jezusa na pustyni jest dla nas jedynie potwierdzeniem tego, że jak mówi List do Hebrajczyków: był On doświadczony we wszystkim na nasze podobieństwo, aby mógł z nami współczuć w naszych duchowych zmaganiach, albo abyśmy my nie zwątpili w Jego zrozumienie dla naszych duchowych doświadczeń; nawet tych najboleśniejszych. Ale postawa Chrystusa ma być dla nas także umocnieniem w tych duchowych zmaganiach, jakie stają się naszym udziałem. I przypomnieć nam, że jeżeli odnosimy zwycięstwo nad naszymi słabościami i pokusami, to właśnie dzięki Jego pomocy i łasce a nie naszym siłom.
Kiedy przyjrzymy się sposobowi w jaki szatan poddaje kuszeniu Jezusa możemy dostrzec analogie z naszym własnym doświadczeniem. Strategia szatana bowiem nie zmienia się. Pierwszą z pokus jest pokusa wykorzystująca głód ciała. Głód, który trudno zignorować. Jezus nie ignorował ludzkich potrzeb, także głodu. Przecież rozmnożył chleb, aby nakarmić rzesze głodnych, ale swoim życiem przypominał nam, że człowiek będzie bezpieczny tylko wówczas, gdy będzie pamiętał o prymacie ducha nad ciałem. Ale jeśli pozwolimy aby nasze apetyty zostały rozbuchane przez to, co proponuje nam świat szybko okaże się, że naszego głodu nie da się zaspokoić.
Wówczas stanie się to, przed czym przestrzegał już św. Paweł, że potrzeba zaspokojenia materialnych potrzeb stanie się priorytetem, któremu podporządkujemy potrzeby ducha. A to jest odwrócenie hierarchii ustanowionej przez Boga, które musi zakończyć się katastrofą dla człowieka.
Jedną z cech szatana jest jego choroba na władzę. To kolejna pokusa, w jaką próbował uwikłać Jezusa na pustyni szatan a dzisiaj chce w nią uwikłać Jego uczniów. Panowanie nad innymi – przejawów ulegania tej pokusie nie trzeba długo szukać: wojny, walki polityczne… A ileż małych wojenek o to kto nad kim będzie maił choć trochę władzy toczy się w naszych firmach a nawet w domach? Antidotum na tę pokusę jakie proponuje Chrystus jest jedno: życie duchem służby. Może to mało popularna postawa we współczesnym świecie. Tylko wówczas, gdy potrafimy zdobyć się na mądrą służbę najpierw wobec Boga a potem wobec człowieka, to co robimy nigdy nie będzie karmiło naszej pychy ani też nie zagrozi naszej wolności.
I wreszcie obietnica, że na rękach będą nosić Jezusa. Czyż nie o tym marzy każda i każdy z nas? I pozornie nie ma w tym nic złego. Problem polega na tym, że szatan odwołując się w pokusach do naszych zwykłych potrzeb rozdyma je do takich rozmiarów, aby w konsekwencji przesłoniły nam najważniejszy głód naszego serca – głód Boga. A wtedy łatwo nas uwięzić w patrzeniu i myśleniu, które tak bardzo jest nastawione na zaspokojenie naszych potrzeb, że nie starcza już czasu dla Boga.
Wniosek z dzisiejszej lekcji, jaką daje nam Chrystus na pustyni jest jeden: tak długo, jak w naszym życiu będziemy starali się o to, aby nasza wola była zjednoczona z wolą Boga – nic nam nie grozi. Jesteśmy zwycięzcami, czego uczy nas Jezus swoją postawą. Problem zaczyna się tam, gdzie nasza wola zaczyna rozmijać się z wolą Boga. Jest to znak, że złemu duchowi udało się nas złapać w swoją sieć. I im szybciej to dostrzeżemy i pozwolimy Chrystusowi wyswobodzić się z tej sieci, której na imię „uleganie pokusom” – tym lepiej dla nas.
Niech zatem czas Wielkiego Postu będzie dla nas czasem walki o prymat ducha nad ciałem i jego potrzebami.

Popielec – jedyny taki dzień w roku. Pozornie podobny do innych dni, bo idziemy do pracy, do szkoły, na zakupy, przygotowujemy posiłki (może nieco skromniejsze) a jednak zupełnie inny niż pozostałe dni w roku. Nie zobowiązuje do udziału we Mszy św., a gromadzi w kościołach – mimo że jest normalnym dniem pracy – tłumy porównywalne do najważniejszych świąt chrześcijańskich. Trudno to zjawisko wytłumaczyć…
Obrzęd posypania głów popiołem też jest ewenementem. W Kościele pierwszych wieków biskup naznaczał w ten sposób jedynie tych, którzy czynili publiczną pokutę i aż do Wielkiego Czwartku byli wyłączeni ze wspólnoty. Z czasem obrzęd ten stał się znakiem postu i pokuty, odprawianej prywatnie przez wszystkich wiernych, w łączności z innymi członkami Kościoła.
Środa Popielcowa, to pierwszy krok na drodze, której na imię Wielki Post – drodze, która powinna wieść ku głębszej refleksji, przemianie serca, nawróceniu. Czy tak się stanie zależy tylko od nas. Wiele z naszych spraw, wyborów i relacji z ludźmi pozostawia jakiś niedosyt; przekonanie, że nie tak miało być. Przesypuje się czas między palcami i zamiast skarbów zostaje w rękach popiół. Ten popiół jest znakiem naszej wiary. Wiary w to, że jest ktoś, kto pozbiera z naszego życia to, co się nam tak nędznie rozproszyło.
W Środę Popielcową, w trakcie posypywania głów popiołem, kapłan wypowiada słowa z Pisma Świętego. Ma do wyboru dwa zdania i warto pamiętać, które z nich będzie przeznaczone dla nas w danym roku. Jeśli usłyszymy: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz” (Rdz 3,19), uświadamiamy sobie własną słabość, ułomność, przemijanie. A jeśli: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,15), przypominamy sobie, ile jeszcze mamy w sobie zła, jaka praca nas czeka. Może zastanawiamy się, co mają wspólnego ze sobą te dwa fragmenty Biblii. Otóż ich wspólnym mianownikiem jest zaufanie Bogu.
Tylko w Nim mamy pewność życia, tylko On może nadać sens naszej szarej codzienności. Kto ufa własnym siłom, srodze się zawiedzie. Jeśli uzmysłowimy sobie własną bezradność wobec śmierci i grzechu, jesteśmy na dobrej drodze.
Pozostaje do wykonania tylko jeden krok – krok w stronę Boga. Mamy go czynić każdego dnia, nie tylko w tę jedną środę w roku. Popielec to ani nie ósmy sakrament, ani zwyczajna tradycja ojców. To autentyczny znak oddania się Bogu – oddania Mu naszego życia i grzeszności. Znów można zacząć od nowa.
Ale czy tak się stanie zależy od tego jak potraktujemy ten dzisiejszy dzień i obrzęd. Nie dalej jak wczoraj w Ewangelii Chrystus przestrzegał przed pielęgnowaniem pustej tradycji, z której nic nie wynika. Można bowiem przyjść do kościoła w Środę Popielcową, przyjąć znak popiołu i… wrócić za rok po następny popiołek, ale w tym czasie nic nie zrobić, żeby z ten symbol był pełen treści, a więc zapowiadał prawdziwą zmianę, która ma się dokonać w naszych sercach i w naszym życiu.
I nie chodzi o to, żebyśmy podjęli znowu wiele szlachetnych postanowień, z których połowy nie wypełnimy; ani też o rzucenie się w pełne ascetyzmu wyrzeczenia. To do czego pragnie nas zachęcić liturgia słowa, to konieczność nawiązania głębokiej relacji z Bogiem. Być może odnowienia tej, która została zerwana. Tylko bowiem wówczas, gdy nasza relacja z Bogiem będzie relacją dwóch kochających się osób, które mają dla siebie czas, które lubią ze sobą przebywać i rozmawiać mamy szansę, coś w naszym życiu zmienić na lepsze. Jeśli tej relacji zabraknie, żadna inna motywacja nie będzie wystarczającym uzasadnieniem naszej pracy nad sobą, zerwania z grzechem, walki o prawdziwe dobro. Pierwszym zatem pytaniem, które winniśmy sobie zadać u progu Wielkiego Postu jest pytanie o to: Jaka jest moja relacja z Bogiem? Co mogę w niej poprawić, aby była jeszcze głębsza? Wbrew pozorom to często dużo trudniejsze zadanie niż wymyślanie dla siebie ćwiczeń ascetycznych w postaci np. nie jedzenia słodyczy. Dlatego pierwszym postanowieniem tej wielkopostnej drogi, w którą wyruszamy powinno być postanowienie, że zrobię wszystko, żeby pogłębić moją więź i miłość z Chrystusem. Wszystko inne w życiu chrześcijanina jest jej konsekwencją. A bez głębokiej więzi z Chrystusem próżno liczyć też na prawdziwe owoce Wielkiego Postu.
To były piękne dni… Myślę, że podpisze się pod tym każdy, komu dane było uczestniczyć w ostatnich spotkaniach zorganizowanych przy klasztorze oo. Dominikanów na warszawskim Służewcu. Pierwsze – poniedziałkowe, poświęcone było promocji świeżo wydanej książki, którą zareklamowali sami jej Autorzy: ojciec Maksymilian Nawara – benedyktyn z Lubinia i Dariusz Hybel z Poznania. Drugie – wtorkowe spotkanie było już wisienką na torcie i pewnym duchowym podsumowaniem całości z Panem Jezusem obecnym na w słowie, modlitwie a nade wszystko na Eucharystii.
Z tą reklamą książki, to może lekka przesada, gdyż większość z osób, które zgromadziło poniedziałkowe spotkanie dobrze wiedziała po co przyjeżdża na Służewiec. W końcu czekaliśmy na tę książkę blisko trzy lata. I wreszcie jest!

Pozycja jest zapisem „wywiadu” z nieżyjącym już ojcem Janem Berezą, benedyktynem, założycielem Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej przy klasztorze benedyktynów w Lubiniu. Nie przez przypadek słowo wywiad wziąłem w cudzysłów. Po pierwsze dlatego, że „udzielony” był post mortem a po drugie… A po drugie, jeśli ktoś chce się dowiedzieć więcej a jeszcze nie jest szczęśliwym posiadaczem książki, niech ją nabędzie. Wówczas rozwieje wszelkie wątpliwości, jakie mogły się pojawić przy moim lapidarnym opisie.
A tak na poważnie książka jest całościowym zbiorem zawierającym nauczanie o. Jan Berezy o medytacji, którą sam praktykował i której nauczał przez lata w rzeczonym Ośrodku Medytacji Chrześcijańskiej w klasztorze benedyktynów w Lubiniu. Jest ona także pewnego rodzaju świadectwem dwóch najbliższych współpracowników i uczniów ojca Jana. Ojciec Maksymilian bowiem wzrastając w praktyce medytacji pod skrzydłami ojca Jana stał się jego godnym następcą w prowadzeniu tegoż Ośrodka, która stanowi dzisiaj duchową bazę dla kilkudziesięciu już grup i setek medytujących w nich chrześcijan na terenie całej Polski. Drugi z autorów lub jak kto woli rozmówców – Darek Hybel, był przez lata jednym z najbliższych asystentów ojca Jana podczas prowadzonych w Lubiniu sesji medytacyjnych.

Wymiarem świadectwa było także to, co usłyszeliśmy od Autorów podczas prezentacji. Było to swoiste epitafium nakreślone słowem, obrazem, wspomnieniami, zza których wyłania się nietuzinkowa ale i wielowymiarowa postać człowieka, który w jednej osobie potrafił pomieścić mnicha, kapłana, nauczyciela medytacji, pioniera dialogu międzyreligijnego w Polsce, nie wspominając już o jego pasjach muzycznych, fotograficznych czy filozoficznych. Z pewnością dla każdego, kto znał ojca Jana a mogę zapewnić, że dla mnie osobiście było to spotkanie, które głęboko mnie poruszyło. Na nowo bowiem przywołało wiele bezcennych wspomnień ukrytych w zakamarkach pamięci. A nade wszystko pozwoliło mi na nowo uświadomić sobie i podziękować Bogu, że postawił na mojej drodze tak niezwykłego człowieka, jakim był ojciec Jan, z którym dane mi było współpracować, spotykać się, medytować i przyjaźnić przez długie lata począwszy od pierwszego spotkania, gdy zawitałem do Lubinia w 1992 roku, przez kilka lat wspólnej pracy w Komisji Dialogu Międzyreligijnego Konferencji Episkopatu Polski aż po ostatnie pamiętne spotkanie w Warszawie na kilka miesięcy przed jego śmiercią. Mogę też śmiało wyznać, że moje doświadczenie medytacji nie ewoluowało by w tak niezwykły sposób, jaki stał się moim udziałem, gdyby nie spotkanie Ojca Jana, długie z nim rozmowy i wiele kwestii, na które rzucał mi nowe światło.
Dzisiaj odnajduję go nadal obecnego w jego uczniach, przyjaciołach, którzy sami zostali obdarowani przez ojca Jana tym, co sam otrzymał od Boga i czym się z takim entuzjazmem dzielił. Jest w tym doświadczeniu coś z tego, o czym dzisiaj mówił ojciec Maksymilian – w drugim dniu spotkania poświęconym praktyce medytacji, że człowiek obdarowany przez Ducha Świętego obdarowuje tym darem innych w takim samym stopniu, w jakim się na Niego otworzył. (Niech ojciec Maksymilian wybaczy mi niedokładność cytatu i brak źródła, którego nie pamiętam z powodu mojej dziurawej pamięci).
Nie przez przypadek w tytule tego wpisu zawarłem określenie „milowe kroki”. Dla mnie bowiem właśnie takim milowym krokiem, kolejnym już po ubiegłorocznych obchodach 25-lecia Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej w Lubiniu jest właśnie wydanie tej książki zawierającej to, czym ojciec Jan żył i czym dzielił się przez lata swojej posługi z tymi którzy przypadkowo lub całkiem nieprzypadkowo przekroczyli progi lubińskiego opactwa. I mam świadomość, że droga ta trwa, tak jak trwają owoce jego życia, jego nauczania, i jego przyjaźni, w tych, którzy mieli szczęście go znać. Ja sam za tę przyjaźń i za życie tego lubińskiego mnicha nigdy Bogu nie przestanę dziękować.
Gdy Jezus przestał mówić do tłumów, rzekł do Szymona: „Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów”.
Dwa dialogi. Taki tytuł można by nadać dzisiejszemu fragmentowi Ewangelii. W jednym Chrystus zwraca się do tłumów. W drugim zwraca się bezpośrednio do Piotra: „wypłyń na głębię”. Kiedy przychodzimy do kościoła na Mszę świętą, słuchamy Słowa Bożego często znajdujemy się w tej pierwszej sytuacji. W tłumie łatwo się ukryć. Można udać, że się czegoś nie słyszy, że to akurat słowo nie jest skierowane do mnie. Tłum daje poczucie bezpiecznej anonimowości.
Zupełnie inaczej jest wtedy, gdy mam świadomość, że Słowo Chrystusa jest skierowane bezpośrednio do mnie (może np. podczas osobistej lektury Pisma Świętego, albo podczas sakramentu pokuty). Wtedy nie da się już uciec przed tym słowem. Trzeba zająć wobec niego jakąś postawę. Można je przyjąć i starać się je wypełnić, można odrzucić. Nie da się jednak wzruszyć ramionami, gdyż Słowo Boże „jest jak miecz obosieczny”. Jeśli mam pewność, że zostało skierowane do mnie będzie mnie trawić wewnętrznie, albo rodzić wyrzuty sumienia, ale trudno wobec niego pozostać obojętnym. Może w tym tkwi paradoks, że wielu chrześcijan – wyznawców religii, która zrodziła się ze Słowa wcielonego tak rzadko czyni Słowo Boże przedmiotem swojej codziennej duchowej lektury. A nóż usłyszę coś, czego nie chciałbym usłyszeć z ust Pana Boga…
Oczywiście brak zasłuchania w Boże Słowo jest dramatem wielu chrześcijan. Wszak z zasłuchania w Słowo Boże rodzi się nasza wiara. Trudno zatem znaleźć lepszy sposób osłabienia naszej wiary, niż rezygnację z lektury Bożego Słowa. Podobnie jak rezygnacja z codziennej modlitwy wcześniej czy później sprawi, że przestaniemy być ludźmi religijnymi. Zazwyczaj nie dzieje się to od razu, ale każde oddalenie, zarówno od Boga jak i od człowieka zaczyna się od jakiegoś pierwszego kroku. W relacji z Bogiem tym pierwszym krokiem zazwyczaj jest rezygnacja z codziennej modlitwy…
Święty Paweł obiecuje nam zbawienie, ale dodaje że jednym z jego warunków jest przyjęcie i trwanie w Ewangelii. A jak prowadzić ewangeliczne życie, gdy brakuje czasu na codzienne wsłuchiwanie się w Ewangelię? A przecież, to co Pan Bóg mówi do mnie w swoim Słowie jest sposobem, w którym On poddaje mi pomysł na moje życie. Dodajmy: dobre i szczęśliwe życie, gdyż Bóg będąc miłością nie może chcieć dla nas niczego złego!
Spróbujmy zatem to dzisiejsze słowo przyjąć nie jak gdyby Jezus kierowałby to słowo do tłumu słuchaczy, ale rzeczywiście jakby mówił do mnie osobiście.
Wyobraź sobie, że On spogląda teraz na Ciebie, tak jak spoglądał na Piotra i mówi: „wypłyń na głębię”.
To zaproszenie można odczytać zarówno dosłownie jak i metaforycznie. Dla jednej osoby będzie to propozycja prowadzenia głębszego życia duchowego niż dotychczas. Dla kogoś innego będzie to przestroga przed zadowalaniem się mielizną życia, gdyż może zbyt mocno pozwoliłeś sobie na powierzchowność. A przecież chrześcijanin powinien być człowiekiem głębi! Głębokiej relacji z Bogiem, głębokiej miłości do bliźnich, głębokiej kultury, nie tylko osobistej, ale także przeżywanej w tym, co czyta, czego słucha, co ogląda. Czy mogę powiedzieć o sobie, że jestem taka osobą? Chrystus przestrzega nas, że nasze życie bez głębi stanie się jałowe i puste. A o to wcale nie trudno we współczesnym świecie. A wówczas nasze życie przestaje być znakiem…
A może Chrystus wzywa Cię, abyś wziął udział w jakichś pogłębionych rekolekcjach i abyś usłyszał to, co On chciałby Ci powiedzieć o Twoim życiu, o twoim małżeństwie, o twoim podejściu do pracy czy nauki a boisz się to usłyszeć.
Św. Jan Paweł II, dla którego to dzisiejsze wezwanie Chrystusa było jednym z ulubionych napisał kiedyś: „W tym wezwaniu Jezusa do wypłynięcia na głębię jest jakiś element ryzyka. Ale przecież prawdziwa wiara jest odwagą decyzji. Czasem trudnych, ale koniecznych!”
Wiara nie polega na tym, że tylko usłyszymy Słowo Boże skierowane do nas. Wiarą jest dopiero odpowiedź na to słowo. Nie chodzi o przyznanie Panu Bogu racji, ale o podjęcie konkretnych kroków ku przemianie naszego życia, w duchu posłuszeństwa Bożemu Słowu.
Piotr miał wiele argumentów, żeby nie odpowiedzieć na wezwanie Jezusa. Był zmęczony, sfrustrowany brakiem efektów połowu, był doświadczonym rybakiem. Czy Chrystus, który nie znał się na rybołówstwie nie żądał od niego rzeczy dziwnej, po całej nocy ciężkiej pracy? A jednak zaufał Jezusowemu słowu. I nie zawiódł się na tym zaufaniu.
Chciałby się powiedzieć: Idź i ty czyń podobnie. Papież Benedykt XVI pisze, że „cechą Bożej miłości jest nadmiar”. Ale żeby tego doświadczyć najpierw musimy się na nią z odwaga i zaufaniem otworzyć.
Może warto o tym pomyśleć w czasie nadchodzącego Wielkiego Postu… Aby dając szansę częściej przemówić Bogu do naszego serca poprzez Jego Słowo, pozwolić Mu także lepiej pokierować naszym życiem.