Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja – zaproszenie do kontemplacji

Jak wspominaliśmy ostatnio medytacja jest drogą, która powinna nas prowadzić do kontemplacji.

Święty Jan od Krzyża pisze, że kontemplacja jest stanem, w którym człowiek jest pochłonięty widzeniem Boga. Oczywiście mowa tutaj o jednym z wymiarów kontemplacji, jako modlitwy, która jest trwaniem w pełnym miłości zachwycie przed Bogiem, z uwagą całkowicie pochłoniętą Bożą obecnością i miłością. Stan kontemplacji, bowiem cechuje – jak już wspomniano – to, że przestaję mówić do Boga, czy nawet myśleć o Bogu na rzecz cieszenia się samym byciem przed Bogiem. Można nazwać ją inaczej adoracją Boga ukrytego w naszym wnętrzu. 

Dla łatwiejszego zrozumienia tajemnicy obecności Boga w nas warto posłużyć się analogią ludzką. W Piśmie Świętym (a szczególnym pionierem jest tutaj Księga Pieśni nad Pieśniami) relacja z Bogiem jest często porównywana do małżeństwa. Wiadomo, że zanim powstanie małżeństwo, zanim rozpocznę życie z jakimś człowiekiem, najpierw muszę go zobaczyć i poznać. Nikt rozsądny nie podejmuje decyzji o małżeństwie „w ciemno”. Wiadomo, że aby związać się z kimś na całe życie, najpierw trzeba go zobaczyć, zachwycić się nim, poznać go. Podobnie jest naszą relacją z Bogiem. Zanim zacznę z Nim żyć, muszę w jakiś sposób zobaczyć Boga, poznać Go, zachwycić się Nim…

Widzenie Boga to jest właśnie kontemplacja. Nie jest ona zarezerwowana tylko dla osób konsekrowanych, czy mistyków. Każdy człowiek jest zdolny do kontemplacji, do widzenia obecności Bożej. To widzenie Boga może nam być dane w każdej chwili. Oczywiście nie wolno nam zapomnieć, że jest ono przede wszystkim darem, ale jak już wspomniano jak każda relacja domaga się zaangażowania z naszej strony. Nie jesteśmy w stanie wymusić na Panu Bogu, aby nam udzielił darów, jakich chcemy. Na szczęście Pan Bóg nie musi być przymuszony do obdarowania nas. Sam chce to uczynić i zazwyczaj jest tak, że obdarowuje nas ponad nasze oczekiwania. Lecz z naszej strony potrzebna jest też pewna wewnętrzna dyspozycja. Można ją określić, jako pewną gotowość lub dojrzałość do przyjęcia daru. I znów w tym względzie więcej robi Boża łaska niż my sami, co nie oznacza, że jesteśmy zwolnieni z duchowego wysiłku, który będzie nas prowadził do otwarcia i przyjęcia Bożej łaski. Mówiąc obrazowo: aby pan Bóg mógł nas wypełnić swoim darem musi znaleźć w naszym sercu miejsce, w którym ten dar zostanie złożony. Jeśli to serce jest zajęte i skupione na rzeczach, które je zaśmiecają; jeśli krąży wokół siebie, albo tronu, na którym rozsiadło się nasze własne „ja” i nie chce z niego zejść, to wówczas trudno mówić o naszej dyspozycyjności do przyjęcia daru Bożej miłości. Najpierw trzeba podjąć pewien wysiłek, żeby przezwyciężyć swój egoizm, aby móc powiedzieć, że moje serce jest zdolne do prawdziwej miłości.

Praktyką, która w tym względzie najlepiej nas przygotowuje do odpowiedzi na miłość Pana Boga jest modlitwa. Kiedy się jej przyglądamy, można dostrzec, że ona także się zmienia. Znany jest taki schemat ukłuty przez opata Wielkiej Kartuzji k. Grenoble Guigo II († 1188) a następnie spopularyzowany przez św. Ignacego: lectio – meditatio – oratio – contemplatio. Święty Ignacy odnosi to do praktyki medytacji, której naucza, ale jest to także pewien wzór rozwoju naszej modlitwy wewnętrznej. Na początku zazwyczaj skupia się ona na mówieniu do Pana Boga, na modlitwie opartej o formułki, o prośby; następnym etapem według tego schematu byłaby medytacja a więc nastawienie bardziej na słuchanie Słowa Bożego i tego, co Pan Bóg chce mi powiedzieć niż na mówieniu do Niego. Kolejnym etapem jest modlitwa, która staje się odpowiedzią na to, co Pan Bóg mówi do naszego serca – można powiedzieć, że to modlitwa, która prowadzi do zjednoczenia naszej woli z wola Boga. „Już nie to, co ja chcę, ale to, co Ty niech mi się stanie”… (znamy dobrze przykład takiej modlitwy chociażby ze sceny Zwiastowania, czy z modlitwy Chrystusa w Ogrójcu). W końcu taka modlitwa musi doprowadzić człowieka modlącego do kontemplacji. Pełnego radości trwania przed Bogiem, gdzie już słowa przestają być ważne i gdzie wystarczy samo bycie podyktowane miłością. Oczywiście pewnym szczególnym stanem takiego doświadczenia będę doświadczenia mistyczne, ale nie są dane każdemu. Z doświadczenia kontemplacji, jako modlitwy skupionej i całkowicie pochłoniętej obecnością Boga będzie wyrastała także zdolność widzenia Boga w doświadczeniach składających się na naszą codzienność, prowadząc nas do przekonania, że wszystko w naszym życiu jest miejscem Boga, środowiskiem Jego obecności a w konsekwencji do modlitwy nieustannej. Ale wszystko zaczyna się tam, gdzie znajduję radość w samym trwaniu przed Bogiem. I praktyką, która wprowadza nas w to doświadczenie jest między innymi nasza medytacja, gdzie ograniczając naszą aktywność do powtarzania jednego słowa lub wersetu w rytmie oddechu bardziej nastawiamy się właśnie na bycie przed Bogiem niż na nasze działanie. 

Owoce, na które oczekuje Bóg

Wciąż słyszymy o ludziach, którzy giną w gwałtowny sposób; w zamachach terrorystycznych, wypadkach lub na skutek klęsk żywiołowych. Dlatego obrazy przywołane przez Chrystusa o zabitych Galilejczykach lub po zwaleniu się wieży nie robią już na współczesnym człowieku wrażenia. Co nie znaczy, że nagła śmierć większej liczby – o czym nierzadko donoszą media – nie przemawia do wyobraźni. Czasem rodzi współczucie, innym razem pytanie: „Dlaczego zginęli?” Rzadziej rodzi refleksję o kruchości życia i nieuchronności śmierci.

Z kolei dla niewierzących to woda na młyn, aby zadać ironiczne pytanie: Czemu Bóg, skoro jest dobry, na to pozwala? Chrystus podejmując ten temat, mówi, że nagła śmierć nie jest karą za grzechy, jak często sądzili Żydzi. Pan Jezus zaprasza nas, abyśmy na takie wydarzenia potrafili popatrzeć jak na znak, przypomnienie i wezwanie. Przypomnienie o tym, że mój czas jest policzony i dlatego nie powinienem lekceważyć wezwania do nawrócenia i odkładać go na bliżej nieokreśloną przyszłość, myśląc, że przecież jeszcze mam czas… „Pamięć o śmierci skłania do odpowiedzialności za życie, za każdy dzień, każdą chwilę” – zwykł mawiać Efrem Syryjczyk – jeden z bardziej znanych Ojców Pustyni z IV wieku.

Chrystus przywołując obraz figowca przypomina, że Bóg oczekuje od nas owoców naszego życia! I nie chodzi o to, aby myśleć o tym jedynie w perspektywie sądu ostatecznego. Owszem, kiedyś Pan Bóg zapyta nas o te owoce. Ale Bóg chce, abym pamiętał o tym już teraz, na co dzień. Abym pytał siebie często a już na pewno przy okazji rachunku sumienia: „Jakie są owoce mojego życia, z których Pan Bóg może być zadowolony?  Nie chodzi o to, że wydajność czy skuteczność jest w życiu najważniejsza. Bóg mierzy nas inną miarą. Z pewnością nie chce, by nasze życie było nastawione na sukces według kryteriów tego świata. Być może to, co my uważamy za najcenniejsze owoce naszego życia, w oczach Bożych jest niewiele warte. I odwrotnie. Bóg zawsze patrzy głębiej – na serce. Najważniejszym owocem w oczach Bożych może być coś, co nam wydaje się mało istotne.

Ale ta przypowieść o drzewie figowym jest też przypowieścią o wielkiej cierpliwości Boga. Pan Bóg w swoim miłosierdziu wciąż daje nam nową szansę. Czasem, owszem musi tak jak dobry ogrodnik „okopać i obłożyć nawozem”.  Przejawem tego może być trudne życiowe doświadczenie, które spada na nas znienacka, ale z Bożej perspektywy może być wezwaniem do większej wiary, nadziei czy dojrzałości duchowej. Ale w Roku Miłosierdzia warto też pamiętać, że ta pełna miłosierdzia cierpliwość Boga powinna być także wzorem dla nas. Sami czujemy to najlepiej, jak często przydałoby się nam więcej cierpliwości w stosunku do dzieci, domowników czy współpracowników. Żyjemy dzisiaj pod szczególną presją czasu, oczekujemy natychmiastowych owoców. Tymczasem zwłaszcza w życiu duchowym nie ma szybkich owoców. Nieraz przez brak cierpliwości łatwo jest kogoś skreślić. A taka postawa potrafi skutecznie zabić ducha w drugim człowieku. Dopóki człowiek ma nadzieję ma po co żyć i o co walczyć… To bardzo konkretny owoc o który warto się pytać. Jako chrześcijanie będący ludźmi nadziei powinniśmy nie tylko sami tę nadzieję mieć, ale też wlewać ją w serca innych,

Niemniej dzisiejsza Ewangelia kończy się dosyć dramatycznym wydźwiękiem: Oto ogrodnik symbolizujący w tej przypowieści samego Chrystusa mówi do właściciela winnicy będącego symbolem Boga: „W przyszłości możesz go wyciąć”. Nie znaczy to bynajmniej, że cierpliwość Boga może się wyczerpać. Chodzi o to, żebyśmy nie zapomnieli, że nasze życie ma określone ramy. Trzeba się w nich zmieścić, tak żeby zdążyć napisać swoim postępowaniem przyzwoity życiorys, którego nie będziemy musieli się kiedyś wstydzić przed Bogiem. Nie mamy do dyspozycji nieskończonej ilości nowych szans. Dlatego jak pisze św. Paweł w 2 Liście do Koryntian: „Napominam was, abyście nie przyjmowali na próżno łaski Bożej” (2 Kor. 6, 1). Z perspektywy duchowej lepiej byłoby nie przyjąć łaski Bożej niż przyjąć ją i zmarnować. Sami wiemy ile łask marnujemy!? Dopóki trwa życie jego ostateczny rezultat nie jest przesądzony. Ale ryzyko, że na końcu Bóg zobaczy nasze życie bez owoców powinno nas skłaniać do poważnego potraktowania każdej chwili i każdej łaski.

Niezwykły, wielkopostny smak yerby

Może zdziwił kogoś tytuł tego wpisu, ale w brew pozorom ma on coś z prawdy, która wynika z mojego osobistego doświadczenia postu, o którym mogę spokojnie napisać, gdyż potwierdza je kolejny już rok praktyki i daje mnie samemu wiele do myślenia. Zacznę od tego, że uświadomiłem sobie niedawno, że post wyostrza nie tylko apetyt J ale i zmysły. Muszę przyznać, że po tygodniu niejedzenia wszystko smakuje lepiej. Docenia się nawet smak zwykłej yerby. Ale nie o tym chciałem napisać.

W tym roku start postu trochę mi się opóźnił ze względu na różnego rodzaju spotkania, które przypadły na jego pierwszy tydzień. Ale na szczęście ważne spotkania (na których nie wypadało nic  nie zjeść, bo byłoby to źle widziane) się już skończyły i z radością udało mi się rozpocząć kolejny post. Mam tu na myśli nie sam okres liturgiczny, co pewnego rodzaju wstrzemięźliwość.  Przywołana radość towarzysząca temu doświadczeniu nie jest przesadzona. Od kilku lat bowiem, od kiedy udaje mi się praktykować post na serio (rezygnując na krótki okres 7 do 10 dni z jedzenia w ogóle) ku mojemu zaskoczeniu odkryłem same dobrodziejstwa tego czasu.

Zacznę od bardziej przyziemnych: Jednym z nich jest to, że  dzięki rezygnacji z jedzenia, cieszę się nader dużą przestrzenią wolnego czasu, który można dobrze spożytkować np. na modlitwę lub dobrą lekturę. Właśnie skończyłem pewną intrygującą książkę, której jakoś nie mogłem skończyć z powodu nawały różnych zajęć, ale o niej samej innym razem napiszę.

Drugim niezwykłym dobrodziejstwem tego czasu jest pewnego rodzaju oszczędność środków, które można przeznaczyć na godniejszy cel. Kolejnym, który odkryłem już dawno jest to, że o pustym żołądku doskonale się śpi. Nigdy nie śpię tak dobrze jak właśnie w czasie postu. Wreszcie ostatnie z przyziemnych doświadczeń to prawdziwa euforia, która towarzyszy takiemu okresowi wstrzemięźliwości od jedzenia. Nie traktuję jej w sensie duchowym, tylko czysto ludzkim, ale ma to także swoje przełożenie na kontekst duchowy. Mianowicie widzę, że kiedy udaje mi się trwać w poście mam w sobie mniej ociężałości a więcej cierpliwości i radości niż zazwyczaj. Różnica od strony duchowej naprawdę jest znaczna. Może dlatego, że post niesie za sobą pewną dozę wewnętrznej wolności, a zarazem zmniejsza pewną ociężałość. Oczywiście nie bez znaczenia jest motywacja z jaką podejmuje się praktykę postu.

Jak wspomniano wyżej więcej czasu przekłada się na więcej przestrzeni modlitwy. Nie musi oczywiście. To już kwestia wyboru i tego jak rozdysponujemy ten czas. Ale skoro już o modlitwie mowa czas postu jest tym czasem w którym szczególnie dobrze mi się medytuje. Polecam zatem wszystkim medytującym…

Podobnie rzeczone uczucie wolności i lekkości towarzyszy mi przez cały czas postu i dotyczy zarówno ciała jak i ducha. Również, co łatwo dostrzec, praca umysłowa staje się łatwiejsza, dzięki większemu skupieniu, które post moim zdaniem ułatwia. Co do pracy fizycznej nie wiem, bo za dużo jej w tym czasie nie wykonywałem (poza mało istotnymi drobiazgami), więc o to musicie zapytać osoby pracujące fizycznie.

Stąd rodzi się we mnie pytanie: Czemu można przypisać te doświadczenia właściwe dla postu? Uczestnicząc kiedyś w Tynieckim opactwie w tygodniowych rekolekcjach „bez jedzenia” jeden z prowadzących je mnichów tłumaczył to prosto, mówiąc: „Ponieważ procesem trawienia rządzi mózg, ustanie tego procesu powoduje, że mózg jest w stanie spoczynku, niejako na wakacjach”.  Zaś lekarz, który także był obecny na tych rekolekcjach dodał, że: „w rzeczywistości funkcjonowanie trawienia zależy nie tyle od mózgu, co od mechanizmów hormonalnych i autoregulacji. Wystarczy, że w okresie postu układ trawienny zna narastający odpoczynek: około dziesięciu godzin po posiłku ustanie skurczów powoduje, że znika uczucie głodu; pięć lub sześć godzin później, glukoza przestaje być dostarczana bezpośrednio z trawienia i zaczyna być produkowana z zapasów glikogenu znajdujących się w wątrobie. Od tego momentu ciało wykonuje pewien rodzaj pracy nad sobą, w zamkniętym obiegu, stając się dla siebie źródłem energii, którą zużywa. Zamiast rozkładać i przyswajać pożywienie pobrane z otoczenia, człowiek wchodzi w stan braku przemocy oraz odcięcia się od świata zewnętrznego. Ten fizjologiczny odpoczynek, to względne wyizolowanie, ten rodzaj samowystarczalności i niezależności w szczególny sposób sprzyjają wszelkiej aktywności ciała i duszy. Jedzenie trzy razy dziennie to narzucanie organizmowi niemal bez przerwy pracy przyswajania pokarmów. Nawet lekki i w małym stopniu świadomy, jak miałoby to miejsce w najlepszym z przypadków, ów mozół trawienia, ciąży pomimo to nieprzerwanie na psychice. Właśnie od tego ciężaru uwalnia post”. Które wyjaśnienie jest Wam bliższe sami musicie wybrać.

Niemniej wiadomo (i mogę to zaświadczyć w oparciu o własne doświadczenie), że dobre samopoczucie i radość są najszybszym i najbardziej odczuwalnym skutkiem prawdziwego postu. Z perspektywy dłuższego czasu, dostrzegam również ogromny wpływ tej praktyki na całe (przynajmniej moje) życie duchowe. Ale inne osoby mające podobne doświadczenia dzielą się podobnym świadectwem, więc wydaje się ono wiarygodne.

Jest także sfera psychologiczna! Poza przestrzenią, której post dotyka bezpośrednio, wpływa on mocno na ogół uczuć. Wspomniałem już o pewnego rodzaju euforii i radości, która zawsze towarzyszy moim dniom postu. Nie mam jednak wątpliwości, że post ma moc stępiać ostrze codziennie oddziałujących na mnie uczuć takich jak jakiś niepokój, zdenerwowanie czy brak cierpliwości, nie mówiąc już o próżności – ulubionym grzechu szatana. Nie będzie w tym nic odkrywczego – bo pisali o tym już Ojcowie Pustyni – że zwyczaj poszczenia działa bardzo uspokajająco na wszystkie instynktowne odruchy człowieka. Opanowanie w pewien sposób podstawowego apetytu – jedzenia, pozwala też lepiej panować nad innymi odruchami. Nie mam wątpliwości, że zachęta Chrystusa do postu, którą słyszymy z ust Mistrza na początku okresu Wielkiego Postu nie jest przypadkowa. Nikt lepiej niż Chrystus nie wie o tym, że przez post człowiek, jak gdyby stawał się bardziej sobą, mniej zależnym od rzeczy zewnętrznych oraz popędów, które w nim działają a przez to bardziej wolnym. A czy właśnie nie o odkrycie i poszerzenie tej przestrzeni duchowej wolności w poście chodzi?

Nie będę już rozwodził się nad wpływem na zdrowie fizyczne praktyki postu, choć z punktu widzenia chrześcijańskiego nie wolno i tej sfery lekceważyć. Wszak nasze ciało będąc świątynią Ducha Świętego od strony zdrowotnej też wymaga dbałości. Po raz pierwszy wszedłem na serio w tę praktykę postu, o której piszę przed około ośmiu laty. I choć niektórzy z moich współbraci, czas, w którym rezygnuję całkowicie z jedzenia opatrują komentarzem: „Dziwactwo”, dzisiaj wiem, że Ojcowie Pustyni zalecając post jako dobre lekarstwo na choroby naszego ducha i współczesnego świata nie mylili się ani trochę.

Praktyka, która nas zbliża do miłości i widzenia Boga

Pewien uczony w Prawie, zapytał Go, wystawiając Go na próbę: „Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?” On mu odpowiedział: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. (Mt 22, 34-48)

Błogosławiona Anna Katarzyna Emmerich, niemiecka mistyczka, stygmatyczka żyjąca na przełomie XVIII/XIX wieku na pytanie o to, jaka modlitwa jest najdoskonalsza odpowiada:

– Trwanie w pełnym zachwytu milczeniu przed Bogiem. Potrafi to dusza, która bardzo umiłowała i pragnie wszystko w swoim życiu poddać Umiłowanemu.

Trwanie w milczeniu przed Bogiem – taka jest też najprostsza definicja kontemplacji, do której prowadzi praktykowana przez nas medytacja. Poza tym kontemplacja –  jak mówi większość nauczycieli modlitwy – jest zupełnie prosta. Do tego nie potrzeba wykształcenia, tylko wiary. Każdy człowiek jest zdolny do kontemplacji, do widzenia obecności Bożej. W każdej chwili możemy Go zobaczyć, ale nie wystarczy przyjść do kościoła. (Słowo kontemplacja pochodzi od łacińskiego contemplatio, co oznacza – uważne przyglądanie się.) Potrzebna jest zatem pewna uważność i pragnienie widzenia Boga. Aby to wyjaśnić, wielu nauczycieli modlitwy posługuje się często obrazem spotkania dwojga zakochanych – jeśli nie noszą w sobie pragnienia zobaczenia się, to się nie spotkają. Niemniej nauczyciele modlitwy nigdy nie lekceważą na tej drodze znaczenia życia słowem Bożym. Ono jest zawsze pierwszym etapem na drodze do kontemplacji. Chodzi bowiem o to, abyśmy uczyli się najpierw widzieć i odnajdywać swoje zwyczajne sprawy codziennego życia w perspektywie Słowa Bożego.

Kontemplacja zaczyna się wtedy, gdy człowiek zauważy spojrzenie kochającego Boga. On patrzy na mnie. Ode mnie zależy to, czy odpowiem na to spojrzenie?

Zobaczenie Boga i spotkanie z Nim ma swój dalszy ciąg. Tak jak zakochani zmierzają w stronę małżeństwa, podobnie osoba pociągnięta urokiem miłości Boga pragnie związać się z Bogiem w duchu miłości, której jednym z wymiarów – jak mówi bł. Katarzyna Emmerich – jest „poddanie się Umiłowanemu” oczywiście nie w pojęciu niewolniczego służenia, ale w duchu pełnej miłości wolności. Modlitwa jest w tej relacji pewnego rodzaju wejściem do Namiotu Spotkania, to znaczy spotyka się z Bogiem w szczególnej intymności. Wytrwała praktyka medytacji wcześniej czy później prowadzi do porzucenia nawet tego ubogiego wyrazu naszej aktywności, jaką jest powtarzanie modlitewnego wezwania na rzeczy całkowitego zanurzenia się w ciszy trwania przed Bogiem. Z kolei kontemplacja prowadzi od przeżycia do zamieszkania – mówiła bł. Katarzyna Emmerich. Człowiek zamieszkuje w Bogu, a Bóg w człowieku. To już nie tylko jest spotkanie, ale trwanie w Bogu i przebywanie w Nim ze świadomością, że tak jest w każdej chwili i w każdym miejscu. Przywołam tu słynne powiedzenie Carlo Carretto: „Wszystko jest miejscem Boga, środowiskiem Jego obecności.” Tak może powiedzieć tylko człowiek kontemplacji.

Bóg chce, abyśmy nie tylko oczekiwali na Jego działanie, ale sami także wkładali cały swój ludzki wysiłek w to, aby Go miłować. Tak jak to jest zapisane w przykazaniu miłości: „Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił…” W tej wspólnocie miłości ze swojej strony pragniemy oddać wszystko, choć zawsze otrzymujemy stokroć więcej od Boga. W tym kontekście warto wspomnieć też odpowiedź jakiej udzieliła bł. Katarzyna Emmerich na pytanie: „Jakie praktyki wielkopostne najlepiej jest stosować w czasie Wielkiego Postu?”. Na co święta udzieliła prostej odpowiedzi: „Takie, które będą nas najbardziej zbliżały do wypełniania przykazania miłości a więc zbliżały nas do Boga, do bliźniego i do siebie. Jeśli tak nie jest z czystym sumieniem możemy te praktyki zarzucić, bo mogą łatwo karmić naszą pychę.” Życzę zatem owocnego i rozsądnego dobierania wielkopostnych praktyk.

Spotkanie, które przemienia

„Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił…”.

To ciekawe, że tylko jeden z Ewangelistów zwraca uwagę na pozornie nieistotny szczegół, a mianowicie, że przemienienie Jezusa miało miejsce podczas modlitwy. Tymczasem w tym szczególe zawarta jest istotna prawda o modlitwie: że powinna ona przemieniać człowieka. Jeśli nie przemienia, to może to być znak, że człowiek źle się modli.

Jednocześnie ta scena przemienienia odsłania przed nami się coś z tajemnicy relacji z Bogiem, która jest definicją prawdziwej wiary. Wiara powinna nas bowiem wprowadzać w tę intymną relację miłości, która jest w samym Bogu. To ważne przypomnienie: Bóg objawia się jako Trójca. Sednem życia osobowego nie jest samotność, ale więź, związek, relacja z drugim. Bycie razem, bycie ze sobą i bycie dla siebie. Bóg jest wzorem takiej relacji. Jest wzorem miłości. Ale chce (choć nie musi) wprowadzić w tajemnicę tej relacji także człowieka. Wiara zaprasza nas właśnie do wniknięcia w tajemnicę miłości Boga, która jest relacją miłości trzech osób Boskich i dla nas – chrześcijan także wzorem wszelkich relacji i miłości. To właśnie dlatego serce człowieka, które jest zwrócone ku Bogu, przez wiarę i zanurzone w relację z Bogiem przez modlitwę musi się przemieniać. Nasuwa się tutaj znane przysłowie: „Kto z kim przestaje, takim się staje”.

Wielki Post zaprasza nas do odkrywania głębi i znaczenia modlitwy. To ona powinna być na pierwszym miejscu, wśród spraw ważnych dla człowieka wierzącego. Gdyż, to co nas najmocniej przemienia, to nie mnożone ćwiczenia ascetyczne, praca nad sobą, ale właśnie relacja z Bogiem, która jest radością spotkania w miłości. Wszystko inne wobec tej miłości jest wtórne. Kiedy spoglądamy na twarze i życie ludzi głębokiej modlitwy, łatwo dostrzec, że one są inne. Można przywołać w tym miejscu świętego Jana Pawła, czy Matkę Teresę – żeby wspomnieć tylko tych, których znaliśmy z widzenia. Ale każdy z nas mógłby z pewnością wskazać takie osoby w swoim otoczeniu – ludzi przemienionych przez modlitwę…

Ewangelista odnotowuje, że Apostołowie, których Jezus zaprosił do modlitwy i czuwania – zasnęli. Czy nie jesteśmy podobni do nich? Przesypiamy często najważniejsze momenty życia. A jak często skarżymy się na rozproszenia, czy zmęczenie na modlitwie? Właśnie wtedy, gdy powinniśmy być szczególnie obecni, przytomni, bo dzieją się rzeczy najważniejsze dla naszego serca…  Dlatego nie bez przyczyny na początku Wielkiego Postu Chrystus wzywał nas, tak jak Apostołów do czujności i modlitwy. Powinien być to bowiem dla nas czas budzenia się i odnowy życia duchowego!

Postacie Mojżesza i Eliasza w scenie przemienienia stanowią również ważną symbolikę. Uświadamiają uczniom, że to wszystko, do czego przygotowywała historia Starego Testamentu prowadziło do Jezusa. Chrystus jest zarówno Nowym Mojżeszem – przynoszącym pełnię prawa Bożego, jak  i Nowym Eliaszem – ukazującym pełnię prawdy o Bogu. Przez swoją ofiarę Krzyża dopełni dzieła, które rozpoczęło się tym, co opisano w Księdze Rodzaju.

Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz: Piotr mówi: „Dobrze nam tu być!” Chciałby zostać na Górze Przemienienia. Czy podobne odczucia towarzyszą nam, gdy jesteśmy na modlitwie lub na Eucharystii, która jest jej najpełniejszym wyrazem? Czy też może naszą modlitwę odmawiamy z pośpiechem, a podczas Mszy św. myślami jesteśmy już gdzieś indziej? Tymczasem to spotkanie ma nas umocnić do dobrego przeżywania naszej codzienności. Tu, w czasie Mszy Świętej Chrystus także przemienia się wobec nas, ale czy my to jeszcze dostrzegamy? Czy potrafimy zachwycić się tym największym ale i najprostszym cudem, jakim jest Eucharystia, gdzie Chrystus staje pośród nas żywy i obecny nie mniej niż był na Górze Przemienienia!?  Gdzie karmi nas swoim Ciałem, abyśmy nie ustali w drodze i abyśmy nie osłabli, kiedy przyjdzie nam dźwigać codzienny krzyż naszych obowiązków i życiowych trudności?

Jezus wzywa nas do podjęcia swojego życia, i zgody na to, że jest ono śmiertelne, narażone na upadki, ból, zdrady, rozczarowania. Ale nie zostawia nas z tym wszystkim samych. Zaprasza nas, abyśmy w tej drodze znaleźli czas, aby się przy Nim zatrzymać, aby porozmawiać, aby nabrać sił. To zatrzymanie nazywa się modlitwą. Dobrze znaleźć na nią czas nie tylko z obowiązku, ale z potrzeby serca! To właśnie modlitwa daje nam siły, by powiedzieć „TAK” temu, co przynosi nam codzienność i by mieć siły do stawienia czoła owej codzienności.

Oby takich chwil zatrzymania się przy Chrystusie, chwil, w których pozwolimy Mu się przemieniać i umacniać, w których pozwolimy Bogu po prostu obdarzać nas miłością i łaską było jak najwięcej.