Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

To, przez co przemawia Bóg

Jak wspomniałem wczoraj uczymy się odkrywać Boga, Jego obecność i działania w nas i wokół nas, nie przez zmianę miejsca a przez zmianę serca i sposobu myślenia. Oczywiście nie jest to proces ani łatwy, ani krótkotrwały, co nie oznacza, że Pan Bóg nie może nam takiej łaski udzielić w jednej chwili. Teilhard de Chardin zwykł mawiać, że wszystko zmienia się od momentu, gdy obejmujemy wszystko czystym sercem. I znów kłania się niedzielna Ewangelia i postawa Jezusa wobec faryzeuszy. I wówczas wcale nie trzeba uciekać, przeżywać alienacji, szamotać się miedzy marzeniem a rzeczywistością, myślą a czynem, między pytaniem: „czy więcej się modlić, czy działać?”, między postawą ewangelicznej Marty i Marii, jak nam się nie rzadko zdarza, przez co wprowadzamy w nasze życie niepotrzebny zamęt. Chaos nie jest miejscem Boga. Kiedy czytamy pierwsze wersety Księgo Rodzaju, dostrzegamy, że Bóg jest tym, który wprowadza pokój. Pragnie to czynić także w naszym sercu. Pragnie wprowadzać jedność tam, gdzie panuje rozdarcie.
Warto jednak dostrzec, że Bóg kształtuje nas poprzez rzeczywistość, w której żyjemy. Ona jest bowiem pomostem, przez który Bóg przychodzi do nas. Jesteśmy zaproszeni, aby w rzeczywistości codziennego życia o wiele konkretniej odnajdywać Boga niż w pięknych rozważaniach o Nim. Dopowiem od razu, że dotyczy to także bardzo bolesnej rzeczywistości o czym nam przypomina Wielki Post a zwłaszcza jego ostatnie dwa tygodnie. Każde bowiem bolesne i trudne doświadczenie może stać się dla nas odkryciem naszego duchowego ubóstwa i paradoksalnie miejscem, które Pan Bóg może wypełnić swoją łaską.
Dla mnie również takim doświadczeniem, przez które Bóg przemawia do mnie bardzo mocno są książki. Nie wszystkie, rzecz jasna. Ale są takie, które zapadają mi głębiej nie tylko w pamięć, ale i dotykają mojego serca. Może to, co napiszę teraz będzie napisane trochę na wyrost, ale są książki, które bardziej kontempluję niż czytam. Stają się one dla mnie prawdziwym spotkaniem z rzeczywistością transcendentalną. I dla mnie stają się one także darem i miejscem, w którym „dotykam” Bożego działania. Niestety problem z takimi pozycjami jest ten, że kiedy kończę lekturę, czuję zawsze jakąś pustkę. Coś, co przypomina powrót do rzeczywistości z innego poziomu.  Pisze o tym, bo zawsze przy okazji rekolekcji staram się sięgnąć po jakąś lekturę. Jeśli rzeczywiście niosą w sobie głęboką treść, bywa tak, że pod ich wpływem zupełnie lub częściowo zmieniam to, co zamierzałem powiedzieć. Tak było np. gdy podczas jednych z rekolekcji głoszonych siostrom zakonnym sięgnąłem po książkę, która była zapisem z kobietami (siostrami), które z różnych, czasem bolesnych powodów opuszczały zgromadzenie. Książka, choć w zamyśle socjologiczna, miała w sobie pewną  – nie tylko naukową – wnikliwość i wielką delikatność autorki, która nadawała jej zupełnie nowy, głębszy wymiar, choć w jej zamyśle nie miała nic wspólnego z literaturą duchową. Wówczas dotarła do mnie prawda, że choć przez wiele już lat posługuję siostrom zakonnym jako spowiednik czy rekolekcjonista, to tak naprawdę niewiele o nich wiem. Ta jedna mała książeczka pozwoliła mi spojrzeć na tę posługę inaczej i głębiej niż dziesiątki przeczytanych książek o duchowości.
Podobnie i tym razem, w przeddzień rekolekcji odwiedziłem pewną autorską księgarnię, prowadzoną przez moją znajomą, gdzie lubię kupować książki i …. dokonałem zakupu. Problem w tym, że kupując książkę bardziej ufam zazwyczaj mojemu sercu niż temu, co pięknego piszą na okładce. Tym razem też tak było. Sięgnąłem p[o książkę. Obejrzałem. Przekartkowałem i… odłożyłem. Ale książka nie dawała mi spokoju tak długo aż wreszcie jej nie kupiłem. Nie chodzi o sam tytuł: „Judasz”. Z perspektywy nadchodzącego Wielkiego Tygodnia byłaby to wskazana lektura. Nie miale jednak nawet pewności, że jest religijna. Opisana jako „nowa, nieznana historia Judasza”, lub „przywołująca na nowo znane postaci”. Trochę boję się autorów, którzy piszą na nowo Ewangelię, bo nie podoba im się jej „stara” forma interpretacji. Tym razem jednak książka mnie uwiodła i … ie żałuję. Okazała się bowiem naprawdę duchową lekturą, sprawnie odwołująca się do źródeł i rysując ciekawe spojrzenie zarówno na tytułowego bohatera powieści, jego Mistrza jak i środowisko palestyńskie pod rzymską okupacją.  Sama książka jest trochę mroczna,ale myślę, że dzięki temu doskonale wpisuje się w klimat lektury końca Wielkiego Postu. Rzeczywiście między wierszami pojawia się pytanie, które zmusza do spojrzenia na Jezusa po to, aby zadać sobie pytanie: „Czy oby na pewno dobrze zrozumiałem Dobrą Nowinę o Królestwie?” oraz „Czy rzeczywiście tak bardzo okrzyknięty największym zdrajcą w historii Judasz jest daleki mnie samemu?” To rzeczywiście kawał dobrej literatury, który skłania do przemyślenia na nowo wielu fragmentów Ewangelii. I na koniec miło się dowiedzieć, że ta, utalentowana pisarka, spod pióra której wyszła powieść jest głęboko wierzącą amerykańską katoliczką, choć nie zawsze tak było.

Rekolekcje i pustynia

Jak wspomniałem jestem właśnie w trakcie rekolekcji. Nie wiem jak Wam, ale mnie od czasów mniej więcej mojej szkoły średniej (a przynajmniej jej ostatnich lat) rekolekcje zawsze kojarzą się z pewnego rodzaju doświadczeniem pustyni. Nie mam wątpliwości, że wpływ na to miało zarówno spotkanie (dzięki rekolekcjom zorganizowanym przez ruch Focolare, do którego przystałem) jak i pisarstwo słynnego włoskiego zakonnika, należącego do zgromadzenia Małych Braci bł. Karola de Foucauld. Mam na myśli oczywiście Carlo Carretto. To jego świadectwo życia a następnie książki takie jak „Listy z pustyni” czy „Pustynia w mieście” wywarły na mnie niezatarte wrażenie. Pisałem już o tym, ale przywołam to raz jeszcze, że kiedy już zgłosiłem się do Seminarium Duchownego, aby rozpocząć tam moją formację do kapłaństwa, jedną z pierwszych rzeczy, które narzuciły się mojej uwadze było ogłoszenie wiszące na kleryckiej tablicy ogłoszeń, które brzmiało: „Witamy Ojca Pustyni! Cieszymy się z powrotu Ojca do domu!”. Okazało się, że owym gorąco witanym „Ojcem Pustyni” był jeden z ojców duchownych naszego Seminarium, który okazał się być także duchowym spadkobiercą bł. Karola de Foucauld i który to po rocznym pobycie na pustyni, nie gdzie indziej jak właśnie w pustelni bł. Karola de Foucauld wrócił do naszego seminarium, aby na nowo podjąć obowiązki ojca duchownego i … opiekuna mojego roku.

Ale wracając do sedna, tenże Mały Brat od Jezusa, Carlo Carretto podzielił się kiedyś spostrzeżeniem, że żyjemy dzisiaj w bardzo tragicznym wieku, w którym nawet najsilniejsi ludzie są kuszeni w wierze. Jest to bowiem epoka bałwochwalstwa, lęków i udręki; jest to epoka, w której żądza władzy i bogactwo zaciemniły zupełnie w sercu człowieka ten podstawowy nakaz Dekalogu: „Będziesz miłował Pana Boga Twego z całego serca twego…” I na pytanie: „Jak przezwyciężyć i rozwiać te ciemności, które spowijają współczesnego człowieka?”, odpowiada jednym słowem: „Pustynia”.

Dla niego jednak jest to termin, który oznacza coś więcej niż tylko samo pojęcie geograficzne. Dla niego, który część swojego życia spędził w prawdziwej pustelni, pustynia oznacza nade wszystko miejsce, w którym dajemy się opanować działaniu Ducha Świętego. Jest to miejsce bardziej intensywnego poszukiwania Boga w ciszy, ponad ciemną przepaścią własnego „ja”, ponad niezbadanymi urwiskami własnych lęków, obaw czy iluzji, które tak często stanowią prawdziwą przeszkodę na drodze do Boga.

Ważne jest jednak to, co Carretto mówi w ślad za znaną rosyjską mistyczką Cateriną De Hueck Doherty, że „pustynia może być z człowiekiem tam, gdzie on jest i nie rozstaje si ę z nim nawet wtedy, gdy on już jej nie potrzebuje”. Dlatego proponuje, abyśmy uczynili sobie małą „pustynię” we własnym domu, w ogrodzie, czy gdzieś, gdzie lubimy przebywać. Ważne jest, aby nie odrywać pojęcia pustyni od miejsc uczęszczanych przez ludzi. „Pustynia bowiem nie musi oznaczać nieobecności ludzi, ale obecność Boga”.  Można zaaranżować takie miejsce np. na tydzień, aby poświęcając więcej miejsca na zasłuchanie w Słowo Boże i modlitwę i pozwolić mówić Bogu do naszego serca. Można też wracać do tego miejsca raz na tydzień, poświęcając kilka godzin na bycie sam na sam z Bogiem. Nie martwmy się zbytnio o miejsce, gdyż jak pisze Carretto: „Wszystko jest miejscem Boga i środowiskiem Jego obecności”. Moja znajoma, która mieszka w Warszawie i dzieli małe mieszkanie z inną współlokatorką takie miejsce odosobnienia znalazła w… kawiarni. Przychodzi tam trzy razy w tygodniu, zaszywa się w kącie, w głębi przytulnej kawiarenki i trwa tam rozmyślając na Słowem Bożym przez dwie godziny. Jak mówi: „to najlepszy czas w jej tygodniu, poza Eucharystią”.

Takie miejsca przypominają nam ważną prawdę, że to nie przez ucieczkę od życia (jak sądzą niektórzy) potrafimy lepiej znaleźć Boga, lecz przez zmianę naszego serca i naszego myślenia, bo wtedy zaczynamy patrzeć na wszystko inaczej. (Czyż właśnie nie o tym przypomniała nam wczorajsza Ewangelia!?) To właśnie umiejętność patrzenia na wszystko innymi oczyma, zrodzona ze zgody na przeniknięcie nas Duchem Świętym i z miłości, będącej darem Boga, wlanej w nasze serca pozwala nam dostrzegać obecność Boga i Jego działanie tam, gdzie dotąd Go nie dostrzegaliśmy.

Boże miłosierdzie, które pozwala zaczynać od nowa

W Roku Miłosierdzia scena spotkania Jezusa z jawnogrzesznicą nabiera wyjątkowego znaczenia. To również dobry obraz na czas rekolekcji, jakie zaczynam. Ufam, że będą owocne.

Dlaczego pisze o wyjątkowym znaczeniu tej sceny ewangelicznej? Po pierwsze dlatego, że uczy właściwie patrzeć na człowieka. Dla Faryzeuszy kobieta była tylko narzędziem w walce z Jezusem. Była przynętą w pułapce zastawionej na Nauczyciela z Nazaretu. Pan Jezus odpowiada miłosierdziem zarówno zagubionym we własnej pysze i niechęci do Niego faryzeuszom, jak i zagubionej w grzechu kobiecie.

Po drugie: Nie przestaje mnie fascynować ta odpowiedź Chrystusa, wypowiedziana właśnie wtedy, gdy po ludzku wydawać się mogło, że cokolwiek powie i tak będzie źle. To mi ciągle przypomina, jak wiele jeszcze muszę się nauczyć, chcąc naśladować Chrystusa zarówno w byciu dobrym pasterzem, jak i dobrym chrześcijaninem. Zwłaszcza w umiejętności patrzenia z innej, Bożej perspektywy. „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem”. Jezus swoją wypowiedzią zmusza nie tylko faryzeuszy, ale i nas do zupełnego odwrócenia perspektywy, z jakiej zwykle patrzymy na rzeczywistość. Zanim zaczniemy przywracać sprawiedliwość i eliminować zło ze świata, warto zawsze najpierw zajrzeć do własnego sumienia….

W tej scenie całkowita czystość serca Jezusa zostaje skonfrontowana z mrokiem duszy faryzeuszów. Podobnie potrafią patrzeć na rzeczywistość święci. Dlatego warto zabiegać i modlić się o czystość serca, bo bez tego nie ma umiejętności właściwego patrzenia, nie mówiąc już o trosce o prawdziwe dobro. Mówiąc o czystości mam na myśli nade wszystko wolność. Zarówno „od” jak i „do”, o jakiej pisał św. Jan Paweł II. W tej wolności jedną z pierwszych płaszczyzn wymagających uzdrowienia jest wolność od własnego „ja”, które tak często przysłania nam obiektywny obraz rzeczywistości i zdolność prawdziwego zabiegania nie tylko o własne dobro…  

I po trzecie jeszcze miód na serce grzesznika, który uzna swój grzech: „I Ja ciebie nie potępiam…” Boże miłosierdzie pozwala nam zaczynać od nowa, zostawić za sobą nawet najbardziej zapaskudzoną przeszłość. Oczywiście miłość Chrystusa nie jest naiwna, jak niektórzy sądzą. Wręcz przeciwnie, jest wymagająca, gdyż taka jest prawdziwa miłość. Nie wolno nam zapomnieć, że Chrystus kończy swoje zdanie do kobiety słowami: „Idź i więcej już nie grzesz!”

Po dziś dzień pozostaje zagadką: co takiego Jezus pisał palcem po ziemi? Słyszałem na ten temat już tak wiele interpretacji, że można się w nich zagubić. Widać my nie lubimy tajemnic, niedomówień. A przecież w życiu wiary są one czymś naturalnym. Skoro jednak mamy się wpisać w krąg komentatorów, to przyznam się, że najbardziej podoba mi się nie ten, po który najczęściej sięgają bibliści a ten, który odnotowuje znany włoski pisarz katolicki, dziennikarz, duszpasterz, i wzięty rekolekcjonista Ks. Alessandro Pronzato: „Możliwe, że Jezus pisał nowy kodeks miłosierdzia. Dlaczego na piasku? Dlatego, że On lepiej niż ktokolwiek inny wie, że takiego kodeksu nie da się utrwalić ani na skale, ani na papierze. Miłosierdzie Boga kreśli się na delikatnej powierzchni serca, którego dobrym symbolem jest ulotny piasek, bo przypomina jak łatwo zniszczyć to, co zasiała w nas łaska, ale też napełnia nadzieją, że Bóg potrafi naprawić to, co człowiek zepsuł przez grzech, bo tylko On potrafi pisać prosto na krzywych liniach naszej historii”.

Czym dla ciebie jest medytacja?

Wysłuchaj, mnie Panie, zważ na moje wołanie,

przyjmij modlitwę z warg nieobłudnych!

Wzywam Cię, bo Ty mnie wysłuchasz, Boże!

Nakłoń ku mnie Twe ucho, usłysz moje słowo.

Okaż miłosierdzie Twoje,

Zbawco tych, co się chronią pod Twoją prawicę.

Strzeż mnie jak źrenicy oka;

Ukryj mnie w cieniu Twych skrzydeł. [z Ps. 17]

Ojciec Jan Bereza w wywiadzie udzielonym post mortem mówi, że dla niego medytacja jest „ słowem i milczeniem; tańcem i śpiewem, trudem oddechem, i mieszkaniem” (Dariusz Hybel, o. Maksymilian Nawara, Słuchaj, medytacja jest…, Lubiń 2016)

Z kolei ojciec John Main na to samo pytanie odpowiada: „Dla mnie medytacja jest poszukiwaniem i odnajdywaniem, jest doświadczeniem, które prowadzi do pełni, do jedności, jaka tworzy naszą istotę; do harmonii i rezonansu z całym stworzeniem i jedności między mną i moim Stwórcą”. (John Main OSB, Chrześcijańska medytacja, Kraków 2012)

Inną, ciekawą odpowiedź daje Thomas Merton, który na pytanie czym jest dla niego medytacja pisze: „Jest drogą do spotkania z moim wewnętrznym „ja” a także z prawdziwym Bogiem, który jest w nas obecny; jest nasłuchiwaniem nieoczekiwanego, w którym jesteśmy otwarci na to, czego jeszcze nie znamy, oraz w którym powoli i stopniowo przygotowujemy się do dnia naszego wejścia na inny poziom życia z Bogiem”. (Tomasz Merton, Kierownictwo duchowe i Medytacja, Kraków 1995)

Przeczytanie na nowo tych świadectw skłoniło mnie do postawienia sobie podobnego pytania. Dla mnie medytacja jest przede wszystkim przestrzenią wolności. Jest – jak mówi Psalmista – schronieniem się w cieniu Bożych skrzydeł.  Jest też przestrzenią, w której odnajduję radość bycia (nie bycia gdzieś, ale bycia w ogóle) i jest to radość płynąca z głębi mojego jestestwa. Choć tak naprawdę uświadomiłem sobie to w nietypowych okolicznościach, bo przy nurkowaniu. Nurkuję od lat i dla mnie jest to jedna z wielkich pasji. I to właśnie kiedyś tam, pod wodą bardzo mocno dotarła do mnie pewna analogia między doświadczeniem medytacji, która jest także pewnego rodzaju „wypłynięciem na głębię” a poczuciem wielkiej wolności, radości i chęci pozostania w tym wielkim błękicie podwodnego świata, który z jednej strony przestrzenią głębokiej ciszy, której nic nie zakłóca, ale też przestrzenią wypełnioną życiem.

Czym dla mnie jest medytacja? To pytanie, które nie tylko może, ale powinien sobie zadawać człowiek medytujący. Odpowiedź na to pytanie pomoże nam uświadomić sobie motywację, która skłania nas do podejmowania, dwukrotnie w ciągu dnia, dzień za dniem, rok za rokiem praktyki siedzenia przez godzinę lub pół godziny w ciszy? Bez potrzeby wypowiadania wielu słów, myślenia o czymkolwiek czy analizowania, lecz po to, by po prostu być. Aby jak pisze Merton „pozbierać się w ciszy i aby odkryć siebie na nowo w jedności myśli i woli, rozumienia i miłości, która wykracza daleko poza słowa, poza analizę, nawet poza świadomość”. Co sprawia, że odnajduję sens w pragnieniu modlenia się nie ustami, ale sercem?

Warto też spróbować odkryć, czy wśród rozeznanych motywacji praktyki medytacyjnej jest ta, która mówi o tym, że moja medytacja jest chęcią odpowiedzi na podstawowe wezwanie, jakie znajdujemy w Piśmie Świętym: „Słuchaj!” Doświadczenie medytacji, zanurzające nas w ciszy, która w żadnym razie nie może być ucieczką, ale chęcią wejścia w przestrzeń spotkania, w obecność, może stać się dla nas – chrześcijan uświadomieniem sobie prawdy o tym, że właśnie w takiej modlitwie najpełniej odpowiadam na wezwanie Boga do przeżywania ciszy, jako „wsłuchiwania się”. Gdyż jak naucza nas Biblia właśnie ze słuchania rodzi się nasza wiara.  A zatem ograniczenie przestrzeni wsłuchiwania się w Boga musi niechybnie prowadzić do regresu naszej wiary. Zwłaszcza jest to wyzwanie dla współczesnego człowieka, który być może jest zbyt rozgadany, zbyt aktywny i ten aktywizm przenosi także na życie duchowe, próbując mierzyć wartość życia duchowego miarą tegoż aktywizmu.

Na wczorajszym spotkaniu ekumenicznym, w którym uczestniczyłem padły ciekawe słowa jednego z uczestników: „Współczesny człowiek coraz częściej odchodzi od religii oczekiwania i nadziej do religii szybkich efektów”. Podobny zarzut wybrzmiał na tegorocznej, styczniowej konferencji,  podsumowującej Rok Życia Konsekrowanego, jaki przeżywaliśmy w Kościele w ubiegłym roku liturgicznym. Jedna z sióstr ze zgromadzenia kontemplacyjnego, w odpowiedzi na osiągnięcia, owoce nowej ewangelizacji i aktywizm, któremu poświęcono dużo miejsca podczas konferencji odpowiedziała: „Nasza służba Bogu i Kościołowi nie zawiera się jedynie w mówieniu i działaniu. Może również być niemniej owocna, gdy bardziej będzie polegała na przebywaniu w ciszy – na słuchaniu i oczekiwaniu. Być może to właśnie nadmierny aktywizm wypaczył właściwe rozumienie naszych reguł i życia chrześcijańskiego”. W końcu to właśnie w głębi naszego serca przemawia Bóg. A jeśli wzbraniamy się przed otwarciem naszego wnętrza oraz przed spojrzeniem w owe głębiny, to również wzbraniamy się przed konfrontacją z prawdziwym Bogiem, który jest w nas obecny. Cisza wydaje się zatem ważna szczególnie w życiu wiary, jak również w naszym najgłębszym spotkaniu z Bogiem.

Niech mi będzie wolno na koniec raz jeszcze odwołać się do Mertona, który pisał: „Wiele z naszego pełnego dobrej woli, religijnego zabiegania i aktywizmu jest w istocie zasłoną dymną i pozorem. Jest po prostu samopotwierdzeniem się, a w ostatecznym rozrachunku jest czymś niewiele lepszym od samousprawiedliwiania się. Najczystsza wiara powinna być sprawdzona w ciszy, w której nasłuchujemy nieoczekiwanego, w której jesteśmy otwarci na to, czego jeszcze nie znamy, oraz w której powoli i stopniowo przygotowujemy się do dnia naszego wejścia na inny poziom życia z Bogiem. Prawdziwa nadzieja sprawdza się w ciszy, w której musimy czekać na Pana w posłuszeństwie niekwestionowanej wiary”.

Być może dlatego tak ważne dla naszego wieku przemocy i niepokoju staje się ponowne odkrywanie medytacji – cichej wewnętrznej jednoczącej modlitwy oraz bijącego z niej źródła twórczej chrześcijańskiej ciszy. Medytacja także ustawia właściwe priorytety w życiu człowieka wiary: najpierw słucham tego, co Bóg mówi a dopiero potem działam w posłuszeństwie Jego słowa.

Trzej bohaterowie

Dawno, dawno temu, żył pewien człowiek, który miał dwóch synów….
Taki wstęp zawsze chwyta nas za serce, bo dotyka dziecięcych marzeń, ukrytych w duszy każdego z dorosłych. Większość jednak wie, że wartość opowieści mierzy się głębią mądrości, jaką w sobie zawiera a jej przydatność tym, czy osoba słuchająca jej potrafi tę mądrość wychwycić i przenieść ją na życie. To dlatego najlepsze opowieści są ponadczasowe.

Podobnie jest z przypowieściami, po które sięga Jezus w swoim nauczaniu. Wielokrotnie zadawano już biblistom pytanie: „Dlaczego właściwie Chrystus nauczał w przypowieściach?” I najlepszą odpowiedzią wydaje się ta, która mówi, że są wspaniałym sposobem przekazania głębokiej prawdy, że dłużej pozostają w pamięci, i że trafiają do prostego odbiorcy. I zapewne jest w tym część prawdy, ale właściwa odpowiedź jest zgoła inna. Mówi nam to sam Chrystus w Ewangelii według św. Mateusza (Mt 13,11-15). Wyjaśnienie Chrystusa wydaje się dosyć przytłaczające i w lapidarnym skrócie można by je wyrazić tak: Przypowieść to nie tyle ulubiony przez Pana Jezusa sposób nauczania, ile raczej bardzo naglące wezwanie do nawrócenia. Ale usłyszeć przesłanie przypowieści i skorzystać zeń mogą jedynie ludzie o otwartym sercu i na tyle pokorni by uznać prawdę o sobie, nawet tę najbardziej bolesną. Natomiast dla ludzi o twardym sercu i zamkniętych uszach i oczach – jak mówi o tym Chrystus – będą one jedynie powodem oskarżenia i przeszkodą na drodze do przemiany…

Spróbujmy zatem otworzyć się na tę dzisiejszą przypowieść.

To historia, która ma trzech bohaterów, choć najczęściej zatrzymujemy się na dwóch. W każdym z nich możemy się jakoś odnaleźć. Najczęściej odnajdujemy się w postawie syna marnotrawnego. Może przez wrodzoną skromność; może przez pokorę i świadomość swojej grzeszności. Ale kiedy w majątku, który roztrwonił młodszy syn, dostrzeżemy nie tylko pieniądze, ale wszystkie dary i łaski, jakie w życiu otrzymaliśmy od Boga a które tak często i łatwo trwonimy, to rzeczywiście nie ma się czym chełpić.                                                                       Ile z tych darów Bożych roztrwoniłem? –na to pytanie może sobie odpowiedzieć każda i każdy z nas, o ile ma odwagę stanąć w prawdzie.         

Nie jest też przypadkiem, że Chrystus w swojej opowieści zaznacza, że młodszy syn roztrwonił majątek z dala od domu. W tym także jest głęboka nauka, którą warto usłyszeć: Im dalej człowiek jest od Boga, tym łatwiej przychodzi mu trwonić Boże dary a w konsekwencji niszczyć siebie.

Syn marnotrawny musiał dotknąć dna, żeby się opamiętać i zatęsknić za domem. Czasem współczujemy człowiekowi, który tak mocno zagubi się w życiu, że dotyka dna, (alkoholowego, narkotycznego). Bywa, że machamy na niego ręką myśląc sobie, że „nic już z niego nie będzie”. Ale z Bożej perspektywy taka sytuacja może okazać się szansą dla człowieka i nawet, jeśli nie zawsze motywacja odbicia się od dna jest bardzo wzniosła, to jednak może stać się krokiem ku przemianie i nawróceniu. Jedno jest konieczne: Umiejętność stanięcia w prawdzie. Bez tego nie ma nawrócenia!  I choć samo nawrócenie może okazać się długim i bolesnym procesem, to jednak zaczyna się tam, gdzie człowiek jest gotów porzucić swoje dotychczasowe postępowanie, zostawić grzech i rzucić się w ramiona Boga. Bez radykalnej decyzji o zerwaniu z grzechem i złem, prawdziwe nawrócenie nigdy się nie dokona!  Św. Jan Paweł II pisze: „Miłosierdzie Boga objawia się, jako dowartościowanie, jako podnoszenie w górę, jako wydobywanie dobra spod wszelkich nawarstwień zła, które jest w świecie i człowieku, ale człowiek musi chcieć być podniesionym”. Musi chcieć wyjść bezpowrotnie z bagna grzechu, nawet, jeśli już w nim utonął po szyję.

Ale w tej Ewangelii jest też inna postać, która w nie mniejszym stopniu jest przykładem marnotrawienia Bożych darów, choć on sam nigdy by sobie tego nie wyrzucił. Mowa oczywiście o starszym synu. Na czym polegało jego marnotrawstwo? Na tym, że on tych darów nigdy tak na serio nie przyjął. O ile młodszy syn przyjął miłość Ojca i odwrócił się od niej, roztrwaniając ją, o tyle starszy syn jest przykładem człowieka, który realizuje swoją religijność bardziej jako najemnik niż jako syn. Jest przykładem człowieka, który nigdy tak naprawdę nie otworzył się na miłość Boga. Wypełnia obowiązki, ale nie kocha. Jest religijny, ale niewierzący. I choć wydaje się to największym paradoksem religii, to może stać się prawdziwym dramatem człowieka. Ktoś taki będzie nawet się modlił, chodził do kościoła, ale ta religijność nie będzie zmieniała jego samego i jego życia, bo zabraknie w niej tego, co najważniejsze – miłości. A przed tym przestrzegał już św. Paweł, gdy pisał: „Tak więc trwają wiara, nadzieja i miłość. Z nich zaś największa jest miłość!” [1 Kor 13,13] Jak pisał poeta: „Wiarę bez miłości nawet Bóg odrzuci…”

I wreszcie Ojciec – obraz Boga i Jego miłosierdzia. Ale nie tylko. Ten obraz jest też wezwaniem dla każdej i każdego z nas! Przeżyć całe życie w roli jednego z dwóch synów byłoby przejawem duchowej niedojrzałości. Chrystus mówi w Ewangelii: „Bądźcie i wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski”. Tak więc, postawa pełnego miłosiernej, przebaczającej i dającej kolejną szansę miłości Ojca – jest tak naprawdę dla nas wzorem, do którego mamy dorastać. Jeśli nie znajdziemy w sobie woli i chęci stawania się podobnym do Miłosiernego Ojca z przypowieści, to znaczy, że niewiele z niej zrozumieliśmy i że nasze nawrócenie zatrzymało się w pół drogi.