Jezus zawołał Dwunastu, dał im moc, aby głosili królestwo Boże i uzdrawiali chorych. Mówił do nich: „Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy; nie miejcie też po dwie suknie. Gdy do jakiego domu wejdziecie, tam pozostańcie i stamtąd będziecie wychodzić. Jeśli was gdzie nie przyjmą, wyjdźcie z tego miasta i strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo przeciwko nim”. Wyszli więc i chodzili po wsiach, głosząc Ewangelię i uzdrawiając wszędzie. (Łk 9,1-6)
Medytacja Chrześcijańska jest codzienną modlitwą ciszy i miłosnej obecności wobec utajonego w sercu Boga. Można powiedzieć, że jest odpowiedzią na wezwanie Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii: nie bierzcie ze sobą nic na drogę, poza łaską. To, co wyróżnia tę modlitwę, to fakt, że wszystko, co nam jest potrzebne do jej przeżywania już mamy. Zostaliśmy wyposażeni przez Boga we wszystko, co nam jest potrzebne do tego, aby móc spotkać się z Nim na płaszczyźnie serca. Aby modlitwa ta stała się rzeczywistością nie trzeba jakichś szczególnych przygotowań, nie potrzeba kończyć ani kursów medytacji, ani mieć jakiegoś przygotowania teologicznego. Dlatego z powodzeniem medytację tę praktykują też dzieci. Jej charakterystyczną cechą jest, jedno słowo (wezwanie), powtarzane podczas całego czasu trwania medytacji. Medytacja taka określana mianem niedyskursywnej uczy nas, że mniej słów nie czyni modlitwy gorszą czy mniej owocną. Medytacja niedyskursywna przenosi nas na inny poziom modlitwy, gdzie kształtujemy w sobie świadomość, że tym, który jest przewodnikiem w modlitwie nie jest nasz umysł a serce i Bóg, który jest w nim obecny. A serce z natury kieruje się miłością. To właśnie miłość sprawia, że spotkanie z drugą osobą jest udane. Także, gdy chodzi o osobę Boga. I tym właśnie jest prawdziwa modlitwa: To spotkanie Boga i człowieka w miłości. Każdy, kto kocha wie, że do przeżywania spotkania w miłości nie potrzeba wielu słów. Ważniejsza jest obecność i otwartość. I właśnie te cechy medytacja niedyskursywna wysuwa na plan pierwszy. Medytacja, jaką praktykujemy jest modlitwą kontemplacyjną, tzn. starającą się wyjść poza racjonalne myślenie i różnorodne odczucia, by wejść w obszar ducha, gdzie znaleźć można głęboki spokój umysłu i serca. Dyscyplina Medytacji stanowi niejako demokratyzację modlitwy kontemplatywnej – jak to określa ojciec Ernest Larkin – nauczyciel medytacji, nazwany „współczesnym pionierem duchowości karmelitańskiej”.
W swojej książce p.t. „Medytacja Chrześcijańska. Modlitwa kontemplatywna na dziś.” opisuje on medytację jako wyciszenie ciała i duszy i trwanie z radością w Bożej obecności. Wyciszenie ciała jest siedzeniem w bezruchu. Siedzimy zrelaksowani, ale jednocześnie w pełni świadomi. Dlatego ważne jest utrzymanie wyprostowanego kręgosłupa, który ułatwia skupienie, bez względu na to, czy siedzimy na krześle, na stołeczku do medytacji czy na poduszce. Tym zaś, co pozwala nam na wyciszenie umysłu jest bezgłośne powtarzanie w swoim wnętrzu modlitewnego słowa lub wezwania takiego jak: imię Jezus; Jezu, ufam Tobie; czy Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem, czy Marana tha. Powracanie do tego słowa wciąż na nowo, wsłuchiwanie się w nie, gdy je wypowiadamy staje się zabezpieczeniem przed rozproszeniami, które starają się w nas zakłócić proces modlitwy i koncentracji na trwaniu w obecności Boga..
To właśnie dzięki postawie ciała, modlitewnemu wezwaniu, powtarzanemu wraz z oddechem modlący się pozostaje w spokoju. Dzięki temu nawet, gdy pojawią się rozproszenia, niepożądane myśli, czy obrazy ich obecność może być zauważona i zignorowana, tak, że nie zakłóca przebiegu modlitwy, która jest rozmową dwóch serc mojego serca bijącego tu i teraz dla Boga i Bożego Serca bijącego tu i teraz dla mnie. Potrzeba tylko jednego, abyśmy przez cały czas trwania medytacji powtarzali bezgłośnie w sercu słowo, wsłuchując się w nie, gdyż jest ono także słowem, przez które Bóg mówi d naszego serca. To powtarzane w sercu wezwanie pozwala zająć całą naszą uwagę w czasie modlitwy i prowadzi nas coraz głębiej w doświadczenie ciszy, która nie jest pustką, ale jest przepełniona Bożą obecnością, jest domeną działania Boga, który jest duchem.
To właśnie w ciszy odnajdujemy komunię z Ukochanym – jak zwykł mówić św. Jan od Krzyża – komunię, która jest prawdziwą rzeczywistością przebywania w Bożej obecności i w przestrzeni oddziaływania Jego łaski. Komunia bowiem jest byciem tym, kim się jest i to bycie zaprasza nas do jedności z Trójcą Świętą. Medytacja uczy nas, że to trwanie w jedności z Bogiem nie kończy się z chwilą zakończenia medytacji, ale że jesteśmy zaproszeni, aby przenosić to doświadczenie w naszą codzienność i cieszyć się nim, chwila po chwili, dzień pod dniu. Komunia jest świadomością stawania się nowym człowiekiem w Chrystusie. Nie ma tutaj miejsca żadne doświadczenie typu psychologicznego. Często, pozornie wydaje się, że podczas medytacji nic się nie dzieje, ale łaska Boża działa w nas poza naszą percepcją, jest owocem wielkiego daru zamieszkania w naszym wnętrzu samego Boga. Nie musimy tego czuć, ale musimy o tym pamiętać, gdyż ta pamięć o obecności Boga w nas i o naszej nieustannej obecności przed Bogiem wyznacza drogę, którą prowadzi nas Chrystus w codziennej wędrówce przez życie.
Pozwólcie, że zacznę od zacytowania kilku zdań, które usłyszałem od zacnego i mądrego kapłana podczas mojego wyjazdu: „Jest Bóg. I chce On się podzielić darem istnienia. Stwarza wszechświat. I człowieka. I jako Stwórca określa zasady. Człowiek te zasady łamie. I wszystko się wali. Szatan, który przyłożył się do tego, by człowiek złamał Boże prawo, walczy z Bogiem i człowiekiem. Jak się kogoś śmiertelnie nienawidzi, to nie ma większej satysfakcji, niż kiedy temu komuś dzieje się krzywda. Bóg kocha człowieka do szaleństwa. Szatan wie, że jedynym sposobem, by skrzywdzić Boga, jest skrzywdzić człowieka. A nie da się człowieka skrzywdzić bardziej, niż odciągnąć go od Boga i poprowadzić do piekła. Dla wielu brzmi to jak bajka dla niegrzecznych dzieci. I o to diabłu chodzi. On podważa wiarygodność słowa i zabiera je z naszego serca. Chce zabrać z naszego serca nawet Słowo Wcielone – Jezusa Chrystusa. Czasami mam żal do Boga o to, że bardziej nie „zabezpieczył” naszej wiary przed jej utratą. Ale wystarczy jedno spojrzenie na krzyż, bym zrozumiał, że Bóg nie mógł dla mnie więcej zrobić”.
No właśnie. Życie stawia nas często wobec różnych problemów egzystencjalnych. Czasem trudno nam się zorientować: kto, z kim, dla kogo i dlaczego? Te pytania dotyczą bowiem zwykłej rzeczywistości, relacji w pracy, w rodzinie, w środowisku, w którym żyjemy.
Świat współczesny stworzył wiele cech, według których ocenia wartość człowieka. I nawet jeśli dotyczy to społeczeństw takiego jak np. Polska, gdzie znakomita większość we wszystkich badaniach deklaruje się jako ludzie wierzący, to i tak doświadczamy tego, że codzienność zdominowana została przez głęboko zakorzenioną mentalność ateistyczna, lub jak kto woli określenie znanego filozofa: „tak zwaną Świecką Teologię Życia”, która nie tylko nie ma wiele wspólnego z Bogiem i religią, ale wręcz skutecznie potrafi zaprowadzić na manowce religijne i oddalić od Kościoła ludzi, którzy nie są ogólnie rzecz biorąc ludźmi modlitwy i głębokiego życia duchowego.
I o tym właśnie dzisiaj nas poucza Słowo Boże. W księdze Mądrości czytamy o tych, którzy nie potrafią zrozumieć słów i postępowania człowieka sprawiedliwego, nie trawią ich, bo słowa i życie sprawiedliwego stają się dla nich swoistym wyrzutem sumienia. Człowiek sprawiedliwy i bezkompromisowy w szacunku dla podstawowych wartości wydaje się niewygodny, dlatego lepiej się go pozbyć, aby żyć spokojnie, bez wyrzutów sumienia. I tak jest do dzisiaj: nieraz można doświadczyć wielkiej przykrości za słowa prawdy, za przypomnienie o wierze, o kościele, o Bogu, o niezmiennych wartościach. Niektórzy słowa te uznają za atak na ich wolność i wtrącanie się w ich życie osobiste a rządzący w sprawy państwa. A przecież jesteśmy zobowiązani do wspólnego działania, do napominania się wzajemnie, w celu zabezpieczenia prawdziwego dobra. Ale aby chcieć i umieć walczyć o dobro, trzeba nie tylko odwagi i bezkompromisowości, trzeba także umieć rozpoznać Mądrość i wsłuchać się w to, co nam podpowiada, gdyż ona dokładnie określa, jakie powinno być nasze życie. Święty Jakub wyraźnie nam o tym przypomina w swoim liście, mówiąc „Mądrość zaś [zstępująca] z góry jest przede wszystkim czysta, dalej, skłonna do zgody, ustępliwa, posłuszna, pełna miłosierdzia i dobrych owoców, wolna od względów ludzkich i obłudy.” (Jk 3, 17). W dalszej części listu wyjaśnia nam prostą zależność, „Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz.” (Jk 4,3).
Czyli mamy być użyteczni dla siebie, ale również dla innych. To jest ten wymiar życia pojmowanego po Bożemu. Życia, które gotowej jest walczyć o dobro i prawdę za wszelką cenę i służyć innym. A prawda jest taka, że nie koniecznie chodzi o zmianę naszego życia (chyba, żeby było to życie w grzechu) i porzucenie naszych codziennych obowiązków, lecz o przebudowę naszej mentalności, a także o nasze życie duchowe, równie ważne, czy nawet ważniejsze, bo ono jest jak fundament naszego codziennego życia. Budowanie codzienności chrześcijanina, bez solidnego oparcia jej na życiu modlitwy, to jak farsa i jak przypomniał zaledwie przed tygodniem Chrystus – budowanie na piasku…
Wychodzi na to, że jednak to życie uświęcone, poprzez modlitwę, Eucharystię, ducha służby i walkę o prawdę pozwala nam uchwycić jego prawdziwy cel i sens. Chrystus mówi dzisiaj do nas: „kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał.”(Mk 9,35). To właśnie sedno naszego egzystencjalnego problemu i w tym miejscu otrzymujemy odpowiedź na istotne pytania, wobec których stawia nas życie a które przywołano na początku tego rozważania: kto, z kim, dla kogo i dlaczego? Spróbujmy na nie odpowiedzieć w świetle dzisiejszej Liturgii Słowa. Spróbujmy odpowiedzieć na pytanie o to jak dobrze żyć? Kto – my; z kim – z Bogiem, dla kogo – dla Boga, w jaki sposób – przez modlitwę, dlaczego – by nie tylko dobrze przeżyć nasze życie, ale i kiedyś móc cieszyć się życiem wiecznym.
Prośmy Chrystusa, aby na przekór współczesnej mentalności świata, która próbuje nam wmówić, że wszystkie wartości są względne nauczył nas odkrywać wartość życia opartego na trwałych wartościach i zasłuchanego w Bożą mądrość, płynącą z modlitwy i posłuszeństwa Słowu Bożemu. A wtedy możemy być pewni, że się nie zgubimy po drodze…
Gdyby ktoś usłyszał nazwę Centrum Dialogu Kultur i Religii, pomyślałby sobie zapewne, że musi to być poważna instytucja, mająca duży dorobek i ceniona w świecie. Bo nazwa brzmi dumnie. I ja tak sobie pomyślałem, kiedy po raz pierwszy zostałem tam zaproszony na sympozjum związane z dialogiem katolicko – muzułmańskim. A potem dowiedziałem się, że owo Centrum mieści się nie w centrum a na peryferiach, w niewielkim Pieniężnie, w województwie warmińsko – mazurskim.
I kiedy pojechałem tam o raz pierwszy a było to przed dziesięciu laty zrozumiałem, że to, co wielkie i uznane wcale nie musi znajdować się w centrum i wcale nie musi być „wielkie” w sensie budowli, czy ilości pracujących tam osób. Prawdziwą wielkość zdobywa się przez to, co się robi. A tam od samego początku powstania tej instytucji (co miało miejsce w 2003 roku) można spotkać ludzi z pasją, ludzi, którzy z miłością i niezwykłą wprost otwartością na drugiego człowieka prowadzą dialog międzyreligijny i międzykulturowy wpisując się tym samym w wielki dorobek Kościoła na płaszczyźnie dialogu, tak ważnego szczególnie dzisiaj, gdy osoby wyrosłe z innych korzeni kulturowych czy religijnych, ale też ludzi o innych przekonaniach, choć reprezentujących naszą rodzimą kulturę można spotkać na każdym kroku. Tam zawsze gość mógł czuć się jak w domu. Mógł doświadczyć tej wielkiej życzliwości, której czasem brakuje w wielkomiejskiej atmosferze.
Zatem tym razem, gdy zapytano mnie czy nie chcę wybrać się to tego „Centrum na peryferiach” w ramach sympozjum na temat wychowania, organizowanego w ramach Tygodnia Wychowania obchodzonego w Kościele, nie wahałem się ani chwili. Tym bardziej, że wiedziałem, że mogę tam zawsze spotkać przyjaciół, z którymi już jakiś czas nie dane było mi się spotkać. Konferencja, jak konferencja, ciekawa, ale zawsze najwięcej dzieje się w kuluarach, podczas rozmów przy kawie, czy podczas przechadzki. Dla mnie to zawsze bardzo ubogacające spotkania z mądrymi i ciekawymi ludźmi. Za każdym razem chce mi się zadać Panu Bogu pytanie, które kiedyś zadał Mu król Dawid: „Kimże ja jestem, o Panie, Boże, że doprowadziłeś mnie aż dotąd?” (por. 1 Krn 17,16) Mam bowiem świadomość, że spotykanie tak wielu niezwykłych ludzi na mojej drodze jest darem od Pana Boga a ja sam bardziej widzę siebie jako „bracza” czerpiącego z przemożnego bogactwa i doświadczenia innych niż tego, który coś wnosi. To świadomość, która uczy pokory, ale i wielkiej wdzięczności a przy okazji uczy tego, co w dialogu (nie tylko międzyreligijnym) ale w ogóle międzyludzkim najważniejsze – słuchania.
A że słynne „Centrum na peryferiach” (jak zwykłem je nazywać) mieści się obok klasztoru Werbistów, to przełożony zapytał mnie czy nie chciałbym się podzielić przy okazji doświadczeniem medytacji i powiedzieć coś o modlitwie serca, gdyż znajdujące się przy klasztorze seminarium misyjne gościło właśnie uczestników odbywających się tam w tych dniach rekolekcji dla profesów zakonnych jak i kandydatów, którzy zgłosili się do postulatu. Tak więc pobyt w ramach sympozjum nabrał także wymiaru rekolekcji, dzięki czemu mogę w tym urokliwym miejscu zatrzymać się nieco dłużej i przy okazji posłuchać opowieści ze świata, od misjonarzy pracujących w jego najdalszych krańcach. Wierzcie mi, że nikt nie opowiada o działaniu Pana Boga i radości z dzielenia się doświadczeniem wiary i Ewangelii tak jak oni… I jak z takiego miejsca nie wrócić ubogaconym i szczęśliwym!?
Jezus rzekł do Szymona: „Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!” A Szymon odpowiedział: „Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i nic nie ułowiliśmy. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci”. (Łk 5,4-6)
„Potrzebujemy świata natury nie tylko, żeby przerwać. Potrzebujemy natury także po to, aby odnaleźć drogę do domu, aby móc uwolnić się z więzienia naszych własnych umysłów. Zagubiliśmy się w działaniu, w myśleniu, w pamiętaniu, w wyczekiwaniu – zagubiliśmy się w skomplikowanym labiryncie własnych oczekiwań i problemów. To czego musimy nauczyć się na nowo od świata natury a o czym zapomnieliśmy to to jak być, po prostu być, być sobą, być tam gdzie toczy się życie a więc w chwili obecnej – tu i teraz” – pisze ojciec Wojciech Drążek .
A ojciec John Main dodaje: „Życie w wymiarze ducha jest bowiem tajemnicą zakorzenioną w radości trwania”. Piękno modlitwy zaś polega na tym, że uczy nas właśnie tej radości trwania przed Bogiem. Uczy nas, że najważniejsze jest otwarcie się na tajemnicę Boga, który jest i działa tu i teraz. Co więcej ta tajemnica otwarcia się na Boga jest tak naturalna dla naszego serca, jak naturalne jest otwarcie się kwiatu na dar słońca, potrzebnego do tego, aby kwiat mógł rosnąć i się rozwijać.
Jeżeli zatem nauczymy się trwać w ciszy i cieszyć się chwilą obecną a w jaką wpisana jest modlitwa, wówczas nasze serce otworzy się na dar Ducha, podobnie jak kwiat otwiera się na dar słońca. To otwarcie bowiem należy do naszej natury. Do tego zostaliśmy stworzeni. A Duch Święty wpływając do naszego otwartego serca będzie je kształtował i przemieniał.
Medytacja uczy nas, że modlitwa to kwestia zaangażowania serca, całego serca. Jeżeli mamy szczerze odpowiedzieć na wezwanie do porzucenia powierzchowności i wypłynięcia na głębię, która charakteryzuje życie zanurzone w Bogu, konieczne jest zaangażowanie całego serca w doświadczenie modlitwy, gdyż modlitwa to miłość a nie da się tak naprawdę kochać bez zaangażowania całego serca.
Chrystus wzywa nas, abyśmy przeżywali nasze zjednoczenie z Bogiem nie bojąc się coraz bardziej wypływać na głębię życia duchowego a jednocześnie stawia warunek, abyśmy to życie przeżywali w duchu i prawdzie. Ważne żeby wezwań Chrystusa nie traktować jako nakazu, lecz jako zachętę do przeżywania naszej relacji z Bogiem w wolności. Tego bowiem domaga się miłość.
Tę dzisiejszą rozmowę Jezusa z uczniami można by potraktować jako swego rodzaju test. Chrystusowi zależy, aby dowiedzieć się, co sądzą na Jego temat uczniowie, już po jakimś czasie przebywania z Nim. Po tym jak mieli okazje nie tylko słyszeć Jego nauczanie, ale i być świadkami cudów, które potwierdzały Jego niezwykłą moc, Chrystus pyta ich – Kim dla was jestem?
Ewangelista zaznacza, że pytanie to pada z ust Jezusa, gdy są w drodze. To pewna wskazówka dla nas, także będących w drodze przez życie, że może warto stawiać samemu sobie podobne pytanie. Kim dla mnie jest Jezus Chrystus? Pozornie odpowiedź, jakiej powinniśmy udzielić jest oczywista. Ale tylko pozornie.
Czasem zdarza się, że podobne pytania stawiamy osobom bliskim – małżonkowi, przyjacielowi: Kim dla ciebie jestem? Szczególnie często może się ono pojawić w chwilach kryzysów, które mają prawo dotykać każdych relacji, również tych z Bogiem. I wówczas to ważne pytanie pozwala nam uwiadomić sobie, czy w nasze relacje nie wkradła się jakaś rutyna, znudzenie, albo co, co tej relacji zagraża. Jeżeli potrafimy na to pytanie odpowiedzieć sobie szczerze może ono być bardzo odkrywcze i uzdrawiające. Dlatego wbrew pozorom to pytanie Jezusa jest bardzo ważne dla kondycji naszej wiary. Jest to bowiem pytanie nie o to, co wiem na temat Jezusa, ale o to, jaka relacja mnie z Nim łączy? Czy jest to bliska więź, czy może pozwoliłem na to, aby z różnych powodów została rozluźniona, grożąc mi duchowym kryzysem!?
Święty Piotr z dzisiejszej Ewangelii jest najlepszym przykładem, że nie jest to łatwe pytanie. Termin Mesjasz wśród Żydów przywoływał różne skojarzenia, najczęściej niestety fałszywe, z którymi Chrystus musiał się często konfrontować, bo nie pasował do obrazu Mesjasza, jaki wykreowali sobie faryzeusze, uczeni w Piśmie i wielu innych. Piotr także jest dzisiaj przykładem tego, jak łatwo ulec złudzeniom. Jak łatwo zastąpić prawdziwy obraz Boga naszymi własnymi wyobrażeniami o Nim a wówczas może się okazać, że oddajemy cześć nie Bogu a właśnie naszemu wyobrażeniu o Nim. Najlepiej przekonać się o tym, w chwilach, gdy przyznajemy Bogu rację, ale tylko wtedy, gdy Jego wola (którą odkrywamy w Słowie Bożym czy w wydarzeniach naszego życia) zgadza się z nasza wolą, czyli naszymi pomysłami na życie, szczęcie, miłość, czy Kościół. Ale kiedy się nie zgadza, to się buntujemy! Ulegamy wówczas pokusie przykrojenia woli Bożej i obrazu Boga do naszych wyobrażeń. Można by jednak zapytać w takiej sytuacji: kto tu jest Bogiem? Kto ma prawo dyktować warunki? Czy przypadkiem nie mylimy za często ról w naszym życiu?
I w tym miejscu kłania się wezwanie Chrystusa kończące dzisiejszą Ewangelię: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie..” Jest to bez wątpienia jedno z najtrudniejszych wezwań ewangelicznych, choć może nie zawsze to dostrzegamy, bo zazwyczaj nie bierzemy go serio. Zaprzeć się siebie w języku biblijnym to nic innego jak wyrzec się ludzkiego mylenia. A na taki dyktat nasze ja zawsze się zbuntuje. „Zaprzeć się samych siebie” – toż to zamach na naszą wolność podpowie nam nasze „ja”. Bo my lubimy, jak nasze jest na wierzchu, bo przywykliśmy do naszego sposobu myślenia, nawet jeżeli czujemy gdzieś w głębi serca, że bywa on stereotypowy. Dlatego Chrystus do niczego nas nie zmusza! On stawia warunek, bez którego nie da się po prostu iṡć za Nim. Ale wybór należy do nas. Nie musimy iść za Chrystusem! Możemy pójść własną drogą! Pytanie tylko dokąd nas to zaprowadzi!? Chrystusowi można zarzucić różne rzeczy, ale z pewnością nie to, że nas do czegoś zmusza! On zawsze mówi: „Jeśli chcesz, możesz pójść za Mną”, ale zawsze wskazuje na warunki, bez spełnienia których to pójcie za Nim będzie nierealne, będzie co najwyżej oszukiwaniem samego siebie, bo Pana Boga i tak nie oszukamy.
Zaprzeć się siebie, nie oznacza wyrzeczenia się siebie, swojej wolności i tożsamości. Oznacza, że musimy umieć i chcieć zrezygnować z takiego sposobu myślenia, które dla nas może być zgubne a zastąpić je sposobem myślenia opartym o Bożą mądrość. Ale może się to dokonać jedynie w wolności. Zgoda na to, że w moim codziennym życiu będę się kierował zasadami i myśleniem ewangelicznym może być tylko moim własnym wyborem. Nikt nie może mnie do tego zmusić! Muszę tylko zrozumieć, że jeżeli Chrystus stawia przede mną takie wymagania, to tylko i wyłącznie dla mojego dobra. Nie może postawić nam innych ani mniejszych wymagań, bo nas kocha. A prawdziwa miłość jest zawsze wymagająca.