Otworzyć się na działanie Boga
„Otwórz się” – to wezwanie, które kieruje Chrystus do głuchoniemego w dzisiejszej Ewangelii i pośrednio także do nas. Ktoś może pomyśleć – przecież ja nie jestem ani głuchy, ani ślepy. Nie potrzebuję uzdrowienia, tak jak bohater dzisiejszego ewangelicznego opowiadania.
Ale czy rzeczywiście tak jest?
Czy nie jest tak, że jesteśmy często zamknięci na prawdę bo mamy już swoje wyrobione zdanie na dany temat i nikt i nic nie jest w stanie tego zmienić!), czy nie jesteśmy głusi na Słowo Boże (które nie łatwo przyjmujemy i wypełniamy bez zastrzeżeń albo buntowania się wobec woli Bożej przejawiającej się w naszym życiu o ile nie jest zgodna z naszą wolą); bywa że jesteśmy niemi i bierni wobec mniejszego lub większego zła, które dzieje się obok nas (bo po co się wtrącać w nie swoje sprawy!?); często też jesteśmy zamknięci w świecie swoich marzeń, frustracji, pragnień, kompleksów.
Może jednak zatem potrzeba byłoby i nam, aby Chrystus położył na nas swoje ręce i otworzył nas na obiektywną prawdę o sobie i rzeczywistości nas otaczającej; na ufność, która pozwoli uwierzyć, że wola Boża wcale nie oznacza ograniczenia naszej wolności i zawsze chce naszego dobra; wreszcie na pełne miłości i wiary spojrzenie na drugiego człowieka, gdyż cechą chrześcijanina powinno być to, że stara się patrzeć na drugiego tak, jak spogląda na niego Chrystus, a więc z miłością, ale nie da się tego zrobić bez zgody na to, aby nasze myślenie kształtowało bardziej Słowo Boże niż media i czy mentalność współczesnego świata.
Chrystus zanim dokona uzdrowienia człowieka w dzisiejszej Ewangelii bierze go na bok, z dala od tłumu. Jakby chciał nam przypomnieć, że to, co dla nas i dla kondycji naszego chrześcijaństwa jest najbardziej konieczne to te spotkania z Nim, które dokonują się na osobności – a więc modlitwa, która jest intymnym przebywaniem człowieka z Bogiem, gdyż powinna być bardziej sprawą serca niż obowiązku. I to właśnie na modlitwie, która powinna być spotkaniem dwóch serc i dwóch przyjaciół – Boga i człowieka kształtuje się najlepiej nasza chrześcijańska tożsamość, nasza wiara i miłość, będące fundamentem wszelkich zewnętrznych przejawów naszego chrześcijaństwa.
Zobaczmy, że działanie Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii dokonuje się nie tylko za pomocą słowa jak w innych przypadkach, ale także za pomocą konkretnych gestów. To tak jakby Chrystus chciał nam przypomnieć, abyśmy w naszej duchowej podróży nie zapomnieli o naszej cielesności, która również jest darem od Boga i która musi być także włączona w naszą relację z Bogiem. Nasze ciało jest bowiem częścią naszego człowieczeństwa a jego postawa (na przykład na modlitwie czy podczas liturgii Mszy świętej) jest ważnym znakiem dla naszego ducha, czymś co ma go pociągać za sobą. Ma mu pomagać w głębszym i lepszym przeżywaniu spotkania z Bogiem. Św. Paweł również prosi: Chwalcie Boga w waszym ciele.
Każda niedziela to pierwszy dzień tygodnia, w którym przychodzimy do Chrystusa, aby prosić o Jego błogosławieństwo, o siły na kolejny tydzień pracy czy nauki. Ale to także kolejny etap naszej pracy i podróży w sferze ducha. Kiedy wrócimy tu za tydzień już nie będziemy tacy sami. Możemy ten kolejny etap naszego życia przeżyć dobrze, odpowiadając na Boże natchnienia i prowadzenie Ducha Świętego lub też idąc swoją drogą, która niekiedy rozmija się z Bożym planem dla naszego życia.
Może więc w kontekście dzisiejszej Ewangelii warto zadać sobie pytanie na ile to wezwanie Chrystusa do otwarcia się jest skierowane także do mnie? Co jeszcze we mnie wymaga otwarcia? Jakie sfery mojego życia pozostają zamknięte, pozbawione życia czy wrażliwości, może naznaczone grzechem czy duchowym cierpieniem? Chrystus chce położyć na nich rękę, chce nas dotykać swoją miłością i uzdrawiać idąc z nami przez życie.
Pamiętamy głośne wołanie św. Jana Pawła II, od którego papież rozpoczął swój pontyfikat na Placu Świętego Piotra w 1979 roku: Nie bójcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Nie bójcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie!
Dzisiaj to wezwanie zdaje się być nie mniej aktualne! Warto odpowiedzieć na nie z ufnością.
Boża społeczność
Wszyscy, którzy mieli cierpiących na rozmaite choroby, przynosili ich do Niego. On zaś na każdego z nich kładł ręce i uzdrawiał ich. (Łk 4,40)
Kiedy Sokrates barwnie opisał idealne ludzkie życie i idealne społeczeństwo, w którym można by pędzić życie doskonałe, jego uczeń Glaukon zaoponował, iż nie wierzy, że takie „Miasto Boże” może istnieć gdziekolwiek na świecie… Na to Sokrates odrzekł: Czy takie miasto istnieje w niebie, czy będzie kiedyś istniało na ziemi, człowiek mądry to taki, który dąży do życia według jego zasad, odrzucając wszystkie inne i kroczy tym samym drogą prowadzącą do porządku w swoim sercu i w swoim domu.
Większość z nas zgodzi się zapewne, że świat w którym żyjemy nie przypomina niczym „Miasta Bożego, choć wielu do takiego życia tęskni i o nim marzy. To właśnie to marzenie pchało pierwszych chrześcijan do życia w duchu bratniej miłości, lub gnało na pustynie Egiptu i Syrii by tam budować jego ducha. Są tacy, którzy są przekonani, że próba zbudowania takiej społeczności wśród ludzi to utopia. Czy zatem i Chrystus był utopistą, gdy mówił” Królestwo Boże jest pośród was”?
Kiedy Chrystus rozpoczął swoją publiczną działalność głosił coś, co wielu współczesnym Mu ludziom nie mieściło się w głowie: mówił o czułej miłości Boga do człowieka i właśnie relacje zbudowane na tej miłości określał mianem „Królestwa Bożego”. On sam pragnął także urzeczywistnić to Królestwo wobec tych, którzy powierzają Mu swoje życie.
A zatem ta wymarzona przez Sokratesa społeczność określana mianem „Miasta Bożego” ziściła się zaledwie cztery wieki po jego śmierci, ale inicjatorem tej społeczności nie był człowiek – jak chciał uczeń Sokratesa – tylko Bóg. Jeśli zatem próbujemy budować taką społeczność nie na własnych siłach, lecz w oparciu o łaskę przestaje ona być utopią. Jezus jednak podkreśla, że droga to takiego stylu życia wiedzie przez metanoję (nawrócenie), która w praktyce oznacza zupełną zmianę sposobu myślenia człowieka, zmianę kierunku jego życia wewnętrznego, które w konsekwencji prowadzi do nowego narodzenia jako Boże dziecko.
Chrystus podkreślał w swoim nauczaniu konieczność czujności, uwagi, wytrwałości, aby nie przeoczyć właśnie tego Królestwa, które urzeczywistnia się pośród nas, będąc tak naprawdę owocem życia, które nam daje i podtrzymuje w nas sam Chrystus dzięki swojej łasce i miłości. Lecz nie jest to – jak sądzą niektórzy – życie, które czeka nas dopiero w przyszłym świecie. Życie wieczne to nie przyszłość, lecz wartość, która może i powinna być przeżywana również teraz. Jest ono tak naprawdę darem ogarniającym całą osobę, darem na który trzeba się jedynie otworzyć a istotą tego życia jest miłość.
Jedną z dróg otwarcia na tę łaskę jest modlitwa. To ona otwierając nas na miłość Boga i podejmowana z miłością buduje relację, będącą fundamentem Królestwa Bożego kształtowanego w nas mocą Bożego Ducha. Nie trzeba tu żadnych szczególnych przygotowań, nie trzeba kosztownych kursów, czy dyplomów. Wystarczy stanąć w obecności Boga, który jest obecny tu i teraz i działa tu i teraz i uświadomić sobie, że ta chwila jest Jego darem i może stać się miejscem spotkania, jeśli otworzę drzwi swojego serca, aby w nie wejść i spotkać mieszkającego tam Boga. W każdej modlitwie powtarza się bowiem scena z dzisiejszej Ewangelii: Chrystus na każdą i każdego z nas kładzie swoje ręce z miłością, aby nas uzdrawiać, umacniać i przemieniać. Nie potrzebuje niczego więcej niż nasza dobra wola i nasze otwarte serce. A medytacja jest modlitwą, która to otwarcie naszego serca na Bożą miłość i łaskę czyni rzeczywistym.
Wewnętrzne ważniejsze od zewnętrznego
Wykonywane gesty, podejmowane decyzje, wypowiadane słowa… Jak rozpoznać duchową czystość lub nieczystość naszych czynów i zachowań, o której mówi dzisiaj Chrystus? Co stanowi istotne kryterium wartościowania? Na czym maksymalnie skoncentrować uwagę?
Otóż fundamentalnym punktem odniesienia przy ocenie intencji, jak uczy dzisiaj Chrystus nie jest zewnętrzna forma czynu czy słowa, ale to, co ukryte jest we wnętrzu, zwłaszcza w tym najgłębszym obszarze jaki Biblia określa mianem serca, z którym utożsamia źródło naszych motywacji i naszej woli. Dlatego Pismo Święte poświęca sercu tak wiele uwagi. Jezus dobitnie powiedział: „Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota.” (por. Mk 7, 1-23). To myśl człowieka jest wewnętrznym źródłem, z którego wypływa zewnętrzny strumień aktywności. Widzialny czyn jest tylko materializacją tego, co duchowo już wcześniej zaistniało. Dlatego jego wartość rozpoznajemy po treści myśli, czyli intencji, które poprzedzają nasze czyny i wybory. Doskonale rozpracował tę sferę naszych wewnętrznych poruszeń serca św. Ignacy Loyola, opierając o tę wiedzę swoje ćwiczenia będące do dzisiaj jedną z najbardziej popularnych szkół duchowości. Każdy, kto przeżył choć jeden tydzień rekolekcji ignacjańskich wie o czym mówię.
Ktoś oczywiście mógłby zarzucić nam: no jak to zewnętrzna forma słowa nie jest ważna? Jeśli ktoś np. wypowiada słowa, które ranią drugiego człowieka, to trudno nie ocenić źle jego intencji… Na pierwszy rzut oka tak jest. Ale psychologia i teologia życia wewnętrznego doskonale wie, że czasem ktoś rani innych nie ze złej intencji, ale dlatego, że sam został dotkliwie zraniony i nie umie wznieść się ponad swoje bolesne doświadczenia bez pomocy innych lub inaczej reagować w relacji z drugim człowiekiem…
Pierwsi Ojcowie Kościoła przestrzegali, aby człowiek zawsze stał na straży swojego serca, bo to, co tam wpuści musi w konsekwencji zapuścić korzenie i wydać owoc w postaci słów, czynów, wyborów… Dotyczy to zarówno tych dobrych owoców jak i złych. Sami dobrze wiemy, że wejście na drogę grzechu zaczyna się właśnie od myśli, którą określamy mianem pokusy…
Przy czym trzeba rozróżnić dwa odmienne rodzaje myśli: spontaniczne (zaistniałe mimowolnie) oraz świadomie akceptowane. Pierwsze z nich są neutralne i nie powinno się ich oceniać w sensie moralnym. Nikt z nas nie jest od nich wolny, nawet jeśli czasem wydają się natrętne. Cały problem wiąże się z myślami, które otrzymują przyzwolenie i następnie są dobrowolnie rozwijane w naszym sercu. Jeśli są złe, to w konsekwencji muszą zatruć nasze serce i zrodzić zatruty owoc… Jeśli będziemy kierowali się w życiu miłością ona ma w sobie wewnętrzną intuicję, która potrafi rozpoznać to, co nam może duchowo zagrażać i da siłę, aby to odrzucić. Jeśli jednak raz zlekceważymy wewnętrzny paradygmat miłości, za każdym następnym razem będzie już łatwiej to uczynić i wewnętrzny dzwonek alarmowy, któremu na imię SUMIENIE będzie odzywał się coraz ciszej.
Dlatego Chrystus przestrzega nas, abyśmy nie koncentrowali się zanadto na „zewnętrznej stronie kubka”, lecz na tym, jak prezentuje się jego „strona wewnętrzna”. Przy czym trzeba doprecyzować, że istnieje pewien zewnętrzny „wygląd” który jednoznacznie wskazuje na wewnętrzne zło lub dobro. Dotyczy to np. świętych, w których czynach dyktowanych miłością i bezinteresownością nie sposób odkryć pełnego miłości serca. Podobnie jest z granicznym złem. Mam na myśli ludzi, którzy zaprzedali się całkowicie złu, wówczas ich zewnętrzny styl życia jest emanacją zła, które zawładnęło ich sercem i bywa to rozpoznawalne na pierwszy rzut oka.
Niech ta dzisiejsza lekcja Chrystusa chroni nas przed zbyt pochopnym ocenieniem drugiego człowieka, co nie rzadko i nam się zdarza a także zachęca nas do ciągłego wołania, aby Pan Bóg dał nam dobre serca, kierujące się miłością, na wzór Serca Jezusowego, których owocem będzie nasze piękne życie.
A przy okazji warto podejmując ten temat po raz kolejny docenić wartość modlitwy serca, gdyż to ona, powtarzana nieustannie staje się doskonałą ochroną naszego serca przed złym wpływem tego, co chciałoby je zatruć
Modlitwa Jezusowa
Modlitwa Jezusowa, zwana też nieustanną lub „modlitwą serca”, to ostatnimi czasy jedna z najbardziej popularnych form modlitwy już nie tylko chrześcijan wschodnich. To, co najbardziej charakterystyczne dla tej modlitwy i z czym najbardziej nam się kojarzy to to, że polega ona na powtarzaniu krótkiej formuły, która w tradycyjnej formie brzmi: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznym”. Nieustannemu wzywaniu Imienia Jezusa Chrystusa – ustami, umysłem i sercem – towarzyszy, oprócz świadomości Jego stałej obecności, poczucie własnej grzeszności i prośba o zmiłowanie, a niekiedy także specjalna technika oddychania i koncentracji.
Jest ona próbą odpowiedzi na wezwanie do modlitwy nieustannej, do której zachęca sam Pan Jezus: „Powiedział im też przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać” (Łk 18, 1), jak również św. Paweł: „Nieustannie się módlcie” (1 Tes 5, 17).
W ostatnich latach Modlitwa Jezusowa doczekała się wielu opracowań zarówno z perspektywy teologii duchowości, jak i historii tej modlitwy. Ostatnimi czasy również wydawnictwo tynieckie wydało książkę autorstwa mnicha Kościoła Wschodniego p.t. “Modlitwa Jezusowa – jej początek, rozwój i praktyka w tradycji bizantyjsko-słowiańskiej.”
Źródłem modlitwy Jezusowej jest Pismo Święte. Jej współczesna formuła łączy w sobie, nieco tylko zmienione, dwie prośby ewangeliczne: krzyk dwóch niewidomych: „Ulituj się nad nami, Synu Dawida!” (Mt 9,27) i pokorną prośbę celnika: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika” (Łk 18,13). Prośba dwóch niewidomych dopełnia imię Wzywanego słowem: „Synu” – ale „Syn Dawida” ustąpił miejsca „Synowi Bożemu”, a całe wyrażenie zostało poprzedzone słowami: „Panie Jezu Chryste”.
Badacze Modlitwy Jezusowej są dosyć zgodni, co do tego, że pierwowzoru modlitwy Jezusowej można się dopatrywać już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa – wśród mnichów z pustyni egipskiej w IV wieku. Ich duchowość – opuszczenie wszystkiego ze względu na Boga – nakazywała iść na pustynię, by całe swoje istnienie poświęcić na modlitwę i pogłębienie więzi z Bogiem.
Pierwsi pustelnicy egipscy głosili, że wielbienie Stwórcy powinno odbywać się przez cały czas, a Jan Kasjan mówił, że: „Bardzo mało modli się ten, kto zwykł modlić się tylko wówczas, gdy klęczy”.
Modlitwa nieustanna przybierała formę rozważania lub recytacji z pamięci i najczęściej szeptem tekstów Pisma Świętego, wersetów z psalmu, z Ewangelii lub innego biblijnego tekstu, który zawierał skondensowaną w kilku słowach prośbę o pomoc czy miłosierdzie albo też wyrażał uwielbienie Boga. Pozwalało to uniknąć rozproszeń, skupić myśli na Bogu i utrzymywać nieustanną pamięć o Nim. W ten sposób łączono pracę wciąż trwającą modlitwą.
Sama dosłownie rozumiana formuła Modlitwy Jezusowej została zapoczątkowana przez zakonników bizantyjskich, którzy w ten sposób realizowali polecenie Chrystusa, by „zawsze się modlić i nie ustawać” (Łk 18,1). W chrześcijańskiej tradycji bizantyjskiej modlitwa ta wiąże się z hezychazmem (grec. hezychia oznacza spokój wewnętrzny, wyciszenie, milczenie), który rozwinął się głównie w klasztorach na Synaju i górze Athos.
Niektóre ze źródeł podają, że wcześniej jednak, kiedy Egipt, Palestyna i Syria dostały się pod panowanie arabskie (co miało miejsce w VII wieku) i wzrosło znaczenie Konstantynopola, jako ośrodka życia duchowego modlitwa ta była kultywowana w klasztorach Studytów – zgromadzeniu, którego początki związane są z działalnością św. Teodora Studyty z Konstantynopola, zaś jednym z wielkich nauczycieli takiej formy modlitwy był uznany teolog i mistyk bizantyjski św. Symeon Nowy Teolog – uczeń Symeona Studyty.
Trzeci etap rozwoju tej modlitwy to właśnie słynna Góra Athos, która na przełomie XIII i XIV wieku była głównym centrum życia monastycznego Bizancjum. W XIV wieku było tam już 25 klasztorów. To właśnie stamtąd Modlitwa Jezusowa promieniowała na cały Wschód. I właśnie na Athosie Modlitwa Jezusowa została ostatecznie uformowana i zdobyła dominującą pozycję w życiu duchowym. Mimo zachowania śpiewu psalmów i modlitw liturgicznych, stała się sercem wszystkich modlitw. W XVII wieku ze Świętą Górą związani byli główni twórcy Filokalii – zbioru pism Ojców i pisarzy chrześcijańskich związanych z modlitwą Jezusową. Filokalia zaś stała się głównym podręcznikiem nauki tej formy modlitwy.
Z Athos modlitwa ta przedostała się także na kraje słowiańskie (a stało się to za sprawą słowiańskich zakonników przebywających okresowo na Górze Athos). Modlitwa ta przeniknęła w XIV w. najpierw na Ruś a następnie na inne tereny słowiańszczyzny. W tych środowiskach zostały też wypracowane jej odpowiednie techniki, szczególnie zaś łączenie jej z rytmem oddechu).
Nie oddech jednak jest tutaj najważniejszy. Ma on tylko dopomóc w koncentracji umysłu i serca I ich otwartości na obecności Boga, oraz w nawiązaniu świadomej i osobowej więzi z Panem. Modlitwa ta jest bowiem pewną metodą życia wewnętrznego, połączoną z autentyczną pracą nad sobą, z oczyszczeniem umysłu i serca oraz wyrzeczeniem. Na Zachodzie pewnym odpowiednikiem tej formy modlitwy była modlitwa aktami strzelistymi. Dzisiaj prawie każda książka o modlitwie zawiera rozdział poświęcony Modlitwie Jezusowej.
Jeden z wielki nauczycieli modlitwy – nieżyjący już prawosławny metropolita Londynu – abp. Anthony Bloom zwykł mawiać: Modlitwa Jezusowa jest modlitwą na każdy czas. Nie jest jednak konieczne trzymanie się jej tradycyjnej formy – jak nauczał ludzi Kościoła Zachodniego, którzy przychodzili do niego. Każdy z nas może sam ustalić sobie krótkie modlitewne wezwanie. Panie Jezu, zmiłuj się nade mną; Panie Jezu, pomóż mi; Panie Jezu, ufam Tobie; Panie, pospiesz ku ratunkowi memu; Duchu Święty, przyjdź; Duchu Święty, prowadź mnie; Duchu Święty, oświeć mnie – to tylko przykłady wezwań.
Jak pisze inny nauczyciel modlitwy, znany francuski rekolekcjonista i znawca Kościoła Wschodniego ojciec Jean Lafrance (1931-1991): Fenomen tej modlitwy polega na tym, że możemy modlić się wszędzie. W domu, przy sprzątaniu, w kuchni czy w tramwaju! Na spacerze, idąc do pracy, szkoły, jadąc samochodem, siedząc w poczekalni u lekarza. Z początku będzie to wymagało trochę skupienia i uwagi, może ogarnie nas rozproszenie albo zapomnimy zupełnie o modlitwie. Nie szkodzi. Wystarczy spokojnie powrócić do wybranego wezwania i kontynuować modlitwę. Z czasem modlitwa się w nas utrwali, będziemy coraz łatwiej o niej pamiętać, aż w końcu, któregoś dnia, zauważymy, że modlitwa już w nas jest, że bez większego wysiłku modlitewne wezwanie przemienia naszą codzienność, ofiarując ją Bogu. W życiu modlitwy czy w edukacji modlitewnej jest tylko jedna zasada: „Nie ustawać”.
Zanim przejdę do bliższego omówienia tej modlitwy, gdyż to zasadniczy temat tego wprowadzenia, pozwolę sobie jeszcze przywołać słowa papieża Benedykta XVI, który zapytany o Modlitwę Jezusową odpowiedział w jenym z wywiadów: To jest właśnie modlitwa na nowe tysiąclecie, na zabiegany czas naszych obowiązków i pracy, na powolne przesuwanie się samochodów na ulicach, na kolejki przy kasach w supermarketach. Ta modlitwa jest odpowiedzią na pytanie współczesnego człowieka o to, jak się modlić i jak znaleźć czas na modlitwę.
Papież zapytany – Jak?
Odpowiada: – Wezwaniem, które jest odpowiedzią na potrzebę chwili – układamy je dowolnie, gdyż odzwierciedla to, czego w danym momencie potrzebujemy – może to być prośba o miłosierdzie, dziękczynienie. Modlitwa Jezusowa jest modlitwą prostoty; modlitwa dla każdego. Praktykowana bez wątpienia będzie przemieniać nasze życie, łącząc nas coraz bardziej z Bogiem.
W praktyce modlitwa Jezusowa ma trzy zasadnicze etapy: modlitwę ustną, modlitwę myślną, modlitwę serca.
Pierwszy etap – jak piszą autorzy Filokalii – obejmuje ciągły wysiłek warg, aby powtarzać przyjętą formułę, (podkreślają jednak pewien warunek: że stan duszy odpowiada treści tego wezwania, a więc że modlący się zachowuje przykazania, nie trwa w stanie grzechu i jest pokorny).
Do modlitwy używa się tradycyjnego różańca wschodniego (tzw. cziotki), który ma strukturę nieco odmienną od różańca zachodniego. Zgodnie z przyjętym zwyczajem, każdemu wezwaniu Modlitwy Jezusowej odpowiada jeden węzeł różańca (i ewentualnie jeden pokłon). Rozróżnia się przy tym małe pokłony (tzw. małe metanie), czyli głębokie skłony bez zginania kolan, i wielkie pokłony, tzn. pełne prostracje, w których dotyka się twarzą ziemi. Klasyczny różaniec rosyjski obejmuje 107 węzłów, (uszeregowanych następująco: 1 duży węzeł i 17 małych; 2 duże i 33 małe; 1 duży i 40 małych; 1 duży i 12 małych) i odpowiada częściom codziennego oficjum (liturgii godzin) w tradycji wschodniej. Cały różaniec wedle tradycji rosyjskiej powinno się odmawiać 5 razy dziennie (T. Spidlik SJ).
Drugi etap rozpoczyna się w momencie, gdy modlitwa staje się myślna i cała uwaga umysłu jest skupiona na treści wezwania. Rozróżnia się przy tym w praktyce tej modlitwy, połączonej z rytmem oddechu, podwójny ruch: zryw ku Jezusowi – w pierwszej części wezwania: „Panie, Jezu Chryste, Synu Boży!”, oraz powrót ku sobie – w części drugiej: „Zmiłuj się nade mną grzesznym”. Wskazuje się ponadto na dwa sposoby rozumienia sensu tej modlitwy. Jeśli skupia się uwagę na drugim członie formuły, inwokacja w takim rozumieniu przyjmuje charakter pokutny. Wielu jednak uznaje za najważniejszą część pierwszą, czyli wezwanie imienia Jezusa.
Trzeci i najwyższy stopień modlitwy Jezusowej można osiągnąć wtedy, kiedy myśl łączy się z sercem. Na tym etapie modlitwa może już przebiegać bez wysiłku, samorzutnie, światło łaski przenika bowiem i rozświetla całe wnętrze serca. Aby jednak dojść do tego etapu modlitwy, trzeba wielkiego wysiłku ascetycznego, oczyszczenia serca, praktykowania cnót i dobrych uczynków – jak zanaczają autorzy Filokalii.
Modlitwa Jezusowa prowadzi zatem przez kilka etapów: milczenia, czyli wyciszenia namiętności, spokoju (hezychii); wewnętrznego oczyszczenia duszy (katharsis) i jej przebóstwienia (theosis) i na koniec – jak mówi tradycja wschodnia – światła Taboru, czyli kontemplacji zjednoczenia się z Bogiem.
Ustawiczne wzywanie Imienia Bożego sprawia, że modlitwa wnika coraz głębiej w naszą istotę. Staje się modlitwą całego człowieka, której słowa i treść całkowicie pokrywają się z tym, kto je wypowiada. W obrazowy sposób wyraża to Paul Evdokimov (1901-1970): „W katakumbach najbardziej rozpowszechnionym obrazem była figura modlącej się niewiasty, «oranty», reprezentującej jedyną prawdziwą postawę duszy ludzkiej. Nie wystarczy posiadać modlitwę, należy stać się modlitwą, urabiać siebie na kształt modlitwy, przemieniać nasze serce w świątynię uwielbienia, włączając się tym samym w liturgię kosmiczną”.
Modlitwa Jezusowa cieszy się dziś także na Zachodzie dużym zainteresowaniem. Została rozpowszechniona dzięki tłumaczeniu książki “Opowieści pielgrzyma”, której pierwsze wydanie ukazało się w Kazaniu w 1870 r. Są to opowiadania prostego wieśniaka, który przez długi czas bezskutecznie poszukiwał odpowiedzi na pytanie, jak należy się modlić. Spotkany „starzec”, czyli ojciec duchowny Kościoła Prawosławnego, wprowadza go w tajniki modlitwy Jezusowej i od tej pory pielgrzym przeżywa głęboką przemianę wewnętrzną, w krótkim czasie wiodącą go na wyżyny autentycznej kontemplacji.
Jedna z ważnych rad jakich starzec udziela pielgrzymowi, który pragnie nauczyć się modlitwy Jezusowej, aby nigdy się nie zniechęcał! Ma tylko często odmawiać wezwania modlitwy Jezusa bez troszczenia się o czystość samej modlitwy.
Należy ofiarować Bogu to, co jest w nas, to znaczy powtarzanie tej formuły. Nawet jeśli mamy wrażenie odmawiania jej tylko wargami, to częsta modlitwa ustna doprowadzi to w końcu do modlitwy serca. „Modlitwa może być sucha i rozproszona, lecz powtarzana stworzy przyzwyczajenie, stanie się drugą naturą i przekształci w czystą, jaśniejącą modlitwę, chwalebną modlitwę ognia.” Owocem tej praktyki stanie się to, że nasza codzienność zostanie przemieniona, a my przez nią będziemy mogli coraz bardziej zbliżać się do świętości.
Przywołany już tutaj ojciec Jean Lafrance porównuje Modlitwę Jezusową do gliny, a modlącego się do pomocnika murarskiego: „Ty jesteś tym pomocnikiem – pisze w swojej książce p. t. Ojcze powiedz mi słowo – a modlitwa gliną. Bóg mógłby równie dobrze obejść się bez pomocnika i gliny, ale zdecydował, że Jego arcydzieła będą zależały od twojej ubogiej modlitwy; zdecydował, że potrzebuje takiego właśnie materiału. Dlatego Bóg chce dużo modlitwy i chociaż czujesz, jak bardzo nędzna jest twoja modlitwa, prosi cię, żebyś nie ustawał, żebyś modlił się więcej i intensywniej. (…) „.
