Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Ofiara Chrystusa i pokuta

Pokuta to przyjąć pomoc silniejszego…. Myślę, że to ciekawa koncepcja. Gdyby niektóre osoby się nad tym zastanowiły może tak długo nie czekałyby z przystąpieniem do sakramentu pokuty…. Levis jednak daje do myślenia:

Słyszałem od niektórych, że skoro Jezus był Bogiem-człowiekiem, to Jego cierpienie i śmierć tracą w ich oczach wszelką wartość, „bo to musiało być dla Niego nic trudnego”. Można (słusznie) ganić niewdzięczność i niestosowność takiej uwagi — mną jednak wstrząsa raczej bijące z niej niezrozumienie. W jakimś sensie osoby, które tak twierdzą, mają oczywiście rację. Właściwie nawet dałoby się powiedzieć więcej: doskonała uległość, doskonałe cierpienie, doskonała śmierć — wszystko to było nie tylko łatwiejsze dla Jezusa jako Boga, ale wręcz było dla Niego w ogóle możliwe tylko dlatego, że był Bogiem. Ale przecież byłoby chyba rzeczą dziwną, gdybyśmy z tego powodu mieli nie przyjąć Jego ofiary? Nauczyciel może pisać litery za dziecko, bo jest dorosły i umie pisać. To oczywiście ułatwia mu sprawę i tylko dlatego może dziecku pomóc. Gdyby dziecko odrzuciło nauczyciela, bo „dla dorosłego to jest łatwe” i chciało się nauczyć pisać od innego dziecka, które samo pisać nie potrafi (czyli nie posiada „nieuczciwej” przewagi), nie zrobiłoby szybkich postępów. Jeśli tonę w rwącej rzece, osoba stojąca na brzegu może mi podać rękę i tak ocalić moje życie. Czy powinienem zawołać (pomiędzy haustami łapanego powietrza): „Nie, nie, to nie fair! Ma pan przewagę! Stoi pan na brzegu!”? Taka przewaga — jeśli chcesz, możesz ją nazywać nieuczciwą — to jedyny powód, dla którego ów człowiek może mi pomóc. Gdzie masz szukać pomocy, jeśli nie u silniejszego od siebie?
Tak widzę to, co chrześcijanie nazywają pokutą. Ale pamiętaj, to tylko kolejny obraz. Nie należy go mylić z rzeczą samą w sobie — a jeśli ci w niczym nie pomaga, odrzuć go.

Chrześcijaństwo to nie teoria

Jednym z problemów z jakim zmaga się i który próbuje wytłumaczyć Lewis to różnica pomiędzy teorią na temat chrześcijaństwa a samym jego przyjęciem i przeżywaniem. Trochę przypomina mi to pewną opowieść na temat palca, wskazującego księżyc. Jeśli skupimy się zbytnio na palcu, łatwo przegapić blask księżyca i jego piękno. Dzisiaj także wiele osób, zwłaszcza krytycznie nastawionych do Kościoła i chrześcijaństwa zatrzymuje się właśnie na pewnej „teorii” na temat Chrystusa i chrześcijaństwa i w niej widzi usprawiedliwienie, dla którego nie powinni przyjąć Chrystusowej Ewangelii. Czy nie jest to jednak postawa, jaką już za czasów Chrystusa reprezentowali faryzeusze czy mieszkańcy rodzinnego Nazaretu. Historia wciąż się powtarza…

Zanim zostałem chrześcijaninem, odnosiłem wrażenie, że chrześcijanie mają przede wszystkim wierzyć w pewną teorię dotyczącą sensu owego umierania. Według owej teorii Bóg chciał ukarać ludzkość za dezercję i stanięcie po stronie wielkiego buntownika, ale Chrystus zgłosił się na śmierć zamiast nas i Bóg dał nam spokój. Przyznaję, że ta teoria już nie wydaje mi się aż tak niemoralna i niedorzeczna jak kiedyś — ale nie o tym chcę mówić. Otóż później zrozumiałem, że ani ta teoria, ani żadna inna — nie jest właściwym chrześcijaństwem. W centrum chrześcijańskiej wiary znajdujemy przekonanie, że śmierć Chrystusa w jakiś sposób pojednała nas z Bogiem i pozwoliła nam zacząć od nowa. Teorie na temat tego, jak właściwie to się odbyło, to już zupełnie inna rzecz. Pojawiały się najrozmaitsze teorie dla wyjaśnienia, jak to działa — jednak wszyscy chrześcijanie zgadzają się, że działa. Opowiem, jak ja to pojmuję. Każdy rozsądny człowiek przyzna, że kiedy jest się zmęczonym i głodnym, dobrze nam zrobi posiłek. Ale współczesna teoria żywienia — witaminy, proteiny i tak dalej — to inna rzecz. Ludzie jadali kolacje i czuli się lepiej na długo, zanim usłyszano teorię o istnieniu witamin — a jeśli witaminowa teoria zostanie kiedyś zarzucona, nadal będą jadać kolacje tak samo jak przedtem. Teorie na temat śmierci Chrystusa to nie chrześcijaństwo — to tylko wyjaśnienia tego, jak ono działa. Nie wszyscy chrześcijanie doszliby do porozumienia na temat wagi tych teorii. Mój własny Kościół — Kościół anglikański — nie określa żadnej z nich mianem właściwej. Kościół rzymskokatolicki posuwa się nieco dalej. Ale sądzę, że oba Kościoły zgodziłyby się, że rzecz sama w sobie jest bez porównania ważniejsza od wszelkich wyjaśnień ukutych przez teologów. Przyznałyby zapewne, że żadne wyjaśnienie nie zdoła w pełni oddać rzeczywistości. Ale jak już pisałem w przedmowie, jestem tylko laikiem, a tu wypływamy na głębokie wody. Ja mogę najwyżej powiedzieć, co osobiście sądzę o tej sprawie.

Moim zdaniem to nie teorie na temat Chrystusa mamy przyjmować, ale Jego samego. To nie teoria o Chrystusie czy Ewangelii jest prawdą, ale On sam i Jego Ewangelia. A to zasadnicza różnica…

Bóg i wolna wola

Właściwie poniżej zamieszczone rozważanie C. Lewisa nie wymaga zbytniego komentarza, samo w sobie jest dosyć pokaźne, więc nie ma co go niepotrzebnie wydłużać, ale rozważania te jak zwykle dają do myślenia. Taka powtórka z katechizmu, która przyda się chyba wszystkim. Wszak jak to mówią uczeni: ”Repetitio est mater studiorum”. Miłej lektury:-) A u nas znów flauta…

Chrześcijanie wierzą zatem, że jakaś zła moc chwilowo uczyniła siebie samą księciem tego świata. A to naturalnie wywołuje szereg pytań. Czy taki stan rzeczy zgodny jest z wolą Boga, czy też nie? Jeśli tak, to — można powiedzieć — dziwny z Niego Bóg. A jeśli nie, to jak cokolwiek może się zdarzyć wbrew woli istoty posiadającej absolutną władzę?
Jednak każdy, kto sam posiadał kiedyś władzę, wie, jak coś może być z jednej strony zgodne z jego wolą, a z drugiej nie. Jest rzeczą z gruntu rozsądną, kiedy matka mówi dzieciom: „Nie zamierzam was co wieczór zmuszać do sprzątania waszego pokoju. Musicie się nauczyć robić to same”. Następnie zachodzi wieczorem do pokoju dziecinnego, a tam na kominku walają się: pluszowy miś, kałamarz z atramentem i gramatyka francuska. Jest to sprzeczne z jej wolą. Wolałaby, żeby dzieci utrzymywały porządek. Jednak z drugiej strony to jej własna wola pozostawiła dzieciom wolną rękę przy sprzątaniu. Tę samą rzecz dostrzec można w każdym pułku, w każdym związku zawodowym, w każdej szkole. Decydujesz, że od tej pory to czy tamto nie jest obowiązkowe — i za chwilę połowa ludzi już tego nie robi. Nie tego chciałeś, ale to twoja wola umożliwiła tę sytuację.
Zapewne tak samo jest ze wszechświatem. Bóg stworzył istoty obdarzone wolną wolą — to znaczy istoty, które mogą pójść zarówno dobrą, jak i złą drogą. Niektórym ludziom wydaje się, że potrafią sobie wyobrazić istotę, która byłaby zarazem wolna i nie miała możliwości zejścia na złą drogę — ja nie potrafię. Jeśli coś ma wolność w czynieniu dobra, ma też wolność w czynieniu zła. To wolna wola umożliwiła mu zło. Dlaczego zatem Bóg dał nam wolną wolę? Bo wolna wola, choć umożliwia zło, to zarazem jedyna rzecz, która umożliwia miłość, radość czy dobro, które godne są swego miana. Świat automatów — istot działających jak maszyny — nie byłby chyba wart stworzenia. Szczęście, które Bóg zamyśla dla swoich wyższych stworzeń, to szczęście swobodnego, dokonanego z własnego wyboru zjednoczenia z Nim samym i z innymi stworzeniami w upajającej miłości i zachwycie — szczęście, wobec którego najbardziej szalona miłość mężczyzny i kobiety na tym świecie jest zwykłą wodą z mlekiem. A w tym celu Jego stworzenia muszą być wolne.
Oczywiście Bóg wiedział, co się stanie, jeśli użyją wolnej woli w zły sposób — najwyraźniej uznał, że rzecz jest warta ryzyka. Może nie zgadzamy się z takim Jego wyborem. Jednak w niezgodzie z Bogiem tkwi pewna trudność. To On jest źródłem, z którego pochodzi cała twoja zdolność rozumowania — ty nie możesz mieć racji, a On nie może być w błędzie, tak samo jak strumień nie może się wznieść ponad własne źródło. Kiedy szukasz przeciw Niemu argumentów, w rzeczywistości szukasz argumentów przeciw sile, która czyni cię w ogóle zdolnym do argumentacji — to tak, jakby podcinać gałąź, na której się siedzi. Jeśli Bóg uznał, że wolna wola warta jest wojny, w której pogrążony jest wszechświat — iż warto było zapłacić tę cenę za stworzenie żywego świata, w którym wolne istoty mogą czynić autentyczne dobro lub zło i gdzie mogą się odbywać rzeczy naprawdę ważne, zamiast świata zabawek, które poruszałyby się wyłącznie za pociągnięciem przez Niego sznurków — to możemy wierzyć, że było warto.
Kiedy pojmiemy już wolną wolę, zrozumiemy też niedorzeczność zadanego mi kiedyś pytania: „Dlaczego Bóg stworzył istotę aż tak marną, że zeszła na złą drogę?” Im lepsza jest stworzona istota — im inteligentniejsza, silniejsza i bardziej wolna — tym lepsza się okaże, jeśli pójdzie dobrą drogą, i tym gorsza, jeśli zejdzie na złą. Krowa nie może być ani bardzo dobra, ani bardzo zła. Pies może być zarówno lepszy, jak i gorszy. Dziecko będzie jeszcze lepsze albo jeszcze gorsze, tym bardziej dorosły — a jeszcze bardziej człowiek genialny. Nadludzki duch okaże się najlepszy — lub najgorszy.
Jak to się stało, że mroczna siła uległa zepsuciu? Niewątpliwie stawiamy tu pytanie, na które
ludzie nie mogą udzielić pewnej odpowiedzi. Można jednak wysunąć rozsądne (i tradycyjne) domniemanie, oparte na naszym własnym doświadczeniu ulegania zepsuciu. Każda osoba ma możliwość postawienia siebie na pierwszym miejscu — może pragnąć być w centrum — właściwie pragnąć stać się Bogiem. Taki był grzech szatana — i taką naukę przekazał ludzkości. Niektórzy sądzą, że upadek człowieka miał coś wspólnego z seksem, ale to błąd (historia opowiedziana w Księdze Rodzaju wskazuje raczej na to, że jakieś zepsucie w naturze naszej seksualności nastąpiło już po upadku i było jego skutkiem, a nie przyczyną). Szatan wmówił naszym przodkom, że mogą „być jak bogowie” i mogą sobie poradzić sami, jakby byli własnym stwórcą — że mogą być dla siebie panami, wymyślić jakieś szczęście poza Bogiem, niezależnie od Niego. Z tej skazanej na niepowodzenie próby wzięło się niemal wszystko, co nazywamy historią ludzkości: pieniądze, ubóstwo, ambicje, wojna, prostytucja, podziały klasowe, imperia, niewolnictwo — długa, straszliwa historia człowieka szukającego poza Bogiem czegoś, co przyniosłoby mu szczęście.
Oto dlaczego człowiekowi nigdy się to nie uda. Bóg nas stworzył — wymyślił nas, tak jak człowiek wymyśla silnik. Samochód został tak wymyślony, że działa na benzynę i nie będzie dobrze działał na nic innego. Otóż Bóg wymyślił „maszynę ludzką” tak, że napędzana jest przez Niego. To on jest paliwem, którym ma płonąć nasz duch, pokarmem, którym nasz duch ma się karmić. Innego nie ma. Dlatego nie ma co prosić Boga, aby nas uszczęśliwił na nasz własny sposób, bez zawracania sobie głowy religią. Bóg nie może nam dać pokoju ani szczęścia poza sobą samym, bo ani pokoju, ani szczęścia poza Nim nie ma. To niemożliwość.
Oto klucz do historii. Włożony zostaje niezmierny wysiłek, powstają cywilizacje, wymyśla się znakomite instytucje, ale za każdym razem coś szwankuje. Za każdym razem jakiś fatalny defekt wynosi na szczyty ludzi okrutnych i samolubnych, i wszystko zsuwa się w nędzę i ruinę. Silnik zapala, pojazd pokonuje kilka metrów i psuje się. Ludzie wlewają do baku nie to, co trzeba. Oto, co szatan zrobił nam, ludziom.
A co zrobił Bóg? Przede wszystkim pozostawił nam sumienie, wyczucie dobra i zła — i w dziejach zawsze pojawiali się ludzie, którzy starali się (nieraz bardzo usilnie) słuchać własnego sumienia. Nikomu nie udało się to do końca. Po drugie, zesłał ludziom coś, co nazwałbym dobrymi snami — mam na myśli owe dziwne historie rozrzucone po wszystkich pogańskich religiach: historie o bogu, który umiera i powraca do życia, a swoją śmiercią w jakiś sposób udziela ludziom nowego życia. Po trzecie, wybrał On sobie jeden lud i przez kilka wieków wbijał mu do głowy, jakim jest Bogiem — że jest tylko jeden i że obchodzi Go właściwe postępowanie. Ludem tym byli Żydzi, a Stary Testament opisuje proces wbijania im owych prawd do głowy.
Potem przyszedł prawdziwy wstrząs. Wśród tych samych Żydów nagle pojawia się człowiek, który wypowiada się tak, jakby był Bogiem. Twierdzi, że wybacza grzechy. Mówi, że istniał od zawsze. Mówi, że przyjdzie osądzić świat na końcu czasów. Dla jasności: wśród panteistów, na przykład Hindusów, każdy mógłby stwierdzić, że jest cząstką Boga, czy też że on i Bóg to jedno — nie byłoby w tym niczego osobliwego. Ale ten człowiek, ponieważ był Żydem, z pewnością nie miał na myśli takiego Boga. W ich języku Bóg oznaczał istotę poza tym światem, która stworzyła świat — nieskończenie różną od wszystkich innych istot. Kiedy to pojmiemy, zrozumiemy, że słowa tego człowieka były po prostu najbardziej wstrząsającą rzeczą wypowiedzianą kiedykolwiek przez ludzkie usta.
Pewna część Jego stwierdzenia na ogół wymyka się naszej uwadze, bo słyszeliśmy je tyle razy, że już nie dostrzegamy jego wymowy. Chodzi mi o stwierdzenie, że On wybacza grzechy — wszelkie grzechy. Otóż jeśli mówiący te słowa nie jest Bogiem, to stwierdza rzecz niedorzeczną aż do granic komizmu. Wszyscy rozumiemy, jak człowiek może wybaczać złe uczynki popełnione
przeciw niemu samemu. Możesz mi stanąć na nodze i wybaczę ci; możesz mi ukraść pieniądze i też ci wybaczę. Ale co sądzić o człowieku, któremu nikt na nodze nie stanął ani go nie okradł, a który ogłosiłby, że wybacza ci deptanie innym po nogach i kradzież cudzych pieniędzy? Takie postępowanie najłagodniej dałoby się nazwać komiczną błazenadą. A jednak to właśnie uczynił Jezus. Mówił ludziom, że ich grzechy są wybaczone, nie pytając o zdanie wszystkich innych, których te grzechy niewątpliwie zraniły. Bez cienia wahania zachowywał się tak, jakby był główną stroną, do której odnoszą się grzechy — niczym osoba, którą wszelkie występki obrażają najbardziej. Ma to sens tylko jeśli naprawdę był Bogiem, którego prawa są łamane i którego miłość jest raniona w każdym grzechu. W ustach każdego, kto Bogiem nie jest, słowa te oznaczałyby moim zdaniem jedynie głupotę i zarozumiałość, nie mającą sobie równej w historii ludzkości.
A jednak (dochodzimy do rzeczy znaczącej i dziwnej) nawet Jego wrogowie, kiedy czytają Ewangelię, na ogół nie odnoszą wrażenia głupoty i zarozumiałości. Tym mniej czytelnicy podchodzący do lektury bez uprzedzeń. Chrystus mówi o sobie, że jest „cichy i pokornego serca” i wierzymy Mu — nie zauważając, że gdyby był tylko człowiekiem, cichość i pokora byłyby ostatnią rzeczą, którą przypisalibyśmy niektórym z Jego stwierdzeń.
Nie chciałbym, aby ktoś powiedział o Chrystusie tę najbardziej nierozumną rzecz, którą nieraz się o Nim słyszy: „Mogę uznać w Jezusie wielkiego nauczyciela moralności, ale nie przyjmuję Jego stwierdzenia, że jest Bogiem”. Akurat tego nie wolno nam mówić. Ktoś, kto byłby tylko człowiekiem, a zarazem mówił takie rzeczy jak Jezus, nie mógłby być wielkim nauczycielem moralności. Byłby albo szaleńcem — niczym człowiek, który utrzymuje, że jest sadzonym jajem — albo szatanem z piekła rodem. Trzeba wybierać. Ten człowiek albo był i jest Synem Bożym — albo szaleńcem, lub czymś jeszcze gorszym. Możesz kazać Mu się zamknąć jako głupkowi, możesz na Niego napluć i zabić Go jako wcielonego demona, albo możesz upaść Mu do stóp i nazwać Go Panem i Bogiem. Ale nie prawmy protekcjonalnych bzdur, że był wielkim człowiekiem i nauczycielem. Tej możliwości nam nie zostawił. Ani wcale nie zamierzał.

Aby nie zasmucać Bożego ducha

W oczekiwaniu na wiatr, który przyniósłby trochę deszczu i ochłody na chwilę oderwę się od lektury zapisków audycji C. S. Lewisa, aby zatrzymać się nad dzisiejszym Słowem Bożym, wszak Dzień Pański się tego domaga, zaś Chrystus w swoim nauczaniu wraca już po raz kolejny w niedzielnej Ewangelii do roli Eucharystii, co oznacza, że to ważny temat zarówno dla Niego jak i dla nas. A zatem ad rem…     

W życiu dokonujemy różnych wyborów. Zazwyczaj dokonując ich mamy różne możliwości, z których wybieramy jedną – z naszego punktu widzenia najlepszą. Dotyczy to wyboru szkoły, studiów, pracy, wyboru dziewczyny, chłopaka, żony, męża, ale także codziennych wyborów jak to, co kupić do jedzenia, w co się ubrać… Życie kładzie przed nami różne propozycje, ale nie wszystkie traktujemy równie poważnie – zależy od tego, o jaką sprawę chodzi. Są wybory mało znaczące i takie, które rzutują na całe nasze życie; bywa, że nie tylko doczesne.

      Są ludzie, którzy bardzo boją się podejmowania wszelkich decyzji i są tacy, którzy lubią ryzyko. Niektórzy, żeby zmniejszyć ryzyko zwłaszcza ważnych wyborów, sięgają po różne dostępne środki. Jedni czytają horoskopy w popularnych tygodnikach, inni chodzą do wróżki. Choć to smutne, to robią to również nierzadko osoby deklarujące się jako wierzące. Potem naiwnie się tłumaczą, że chcieli się ustrzec przed popełnieniem błędów, albo zapewnić szczęście najbliższym. Szkoda że w takich sytuacjach nie pamiętają wezwania św. Pawła Apostoła, który przestrzega, żeby nie zasmucali Bożego Ducha Świętego, którym zostali opieczętowani.

Pośród różnych życiowych wyborów na jeden ważny wskazuje także dzisiaj Chrystus.  Przypomina nam, że jesteśmy stworzeni, aby karmić się Eucharystią. Bóg pragnie wypełniać nas sobą. Nie przychodzi tylko w sensie duchowej obecności. Bóg obecny jest także w wymiarze materialnym. Konsekrowany chleb i wino nie są tylko symbolami, ale realnym Boskim Ciałem i Boską Krwią.

Jezus mówi: „Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki”. Tak więc chodzi o pokarm, który nie tylko umacnia docześnie, ale daje przede wszystkim życie wieczne. Jeśli ktoś dokonując wolnego wyboru świadomie odrzuca dar Eucharystii, tym samym skazuje siebie na doświadczenie „ssącej od wewnątrz pustki”, która będzie mieć miejsce także po śmierci.  Nic bowiem nie jest w stanie zastąpić Chrystusa, który jako jedyny jest odpowiedzią na najgłębsze ludzkie tęsknoty w zarówno w życiu doczesnym i wiecznym. Samo jednak teoretyczne uznanie tej prawdy jeszcze nie wystarczy. W doczesności przez pewien czas można znaleźć różne podróbki i zastępniki. Ale każda skończona rzeczywistość zawsze się wyczerpie. Można także szukać wciąż nowych środków by zaspokoić nienasycenie życia duchowego. Ale jeśli człowiek będzie to robił w oderwaniu od Boga wcześniej czy później taki sposób postępowania jeszcze bardziej zagmatwa życie. Przyjdzie bowiem moment, w którym każdy człowiek, wcześniej czy później musi uświadomić sobie, że życie bez Boga, to swoista pogoń za wiatrem. Są niestety tacy, którzy nawet dochodzą to takich wniosków, ale nie mają odwagi przyznać się do nich ani przed sobą ani przed innymi a w konsekwencji zmienić swojego życia.

Człowiek sam siebie nie zaspokoi. Ten cel jest w stanie zrealizować tylko Bóg. Oto fundamentalna prawda, która stanowi centrum chrześcijańskiego życia. W każdej Eucharystii stajemy wobec tajemnicy Boga, który chce wejść w ludzkie życie, pod warunkiem, że człowiek Mu na to pozwoli.. Nie wystarczy uznać w Chrystusie szlachetnego człowieka, który jest wzorcem do naśladowania. Ograniczenie się do takiej perspektywy, to totalne zubożenie i przekłamanie chrześcijaństwa. Dlatego warto otworzyć się na Eucharystię a wraz z nią na przemieniającą miłość Boga.

       Święty Paweł prosi dziś, abyśmy nie zasmucali Świętego Ducha Bożego, co czynimy wówczas, gdy pozwalamy się opanować rozgoryczeniu, gniewowi, znieważaniu drugiego. Nie wolno nam jednak zapomnieć, że nie mając poważnych przeszkód do przyjęcia Chrystusa w Eucharystii a nie czyniąc tego również zasmucamy i to może w najbardziej dojmującym stopniu Boże serce.

     „Bądźcie więc naśladowcami Boga i postępujcie drogą miłości” – prosi dzisiaj Paweł. Jak jednak to wezwanie uczynić rzeczywistością? Odpowiedzi udziela nam papież Franciszek, gdy mówi: Eucharystia jest dla chrześcijanina źródłem każdej miłości: miłości Boga, ludzi, świata, siebie samego; miłości przyjacielskiej, małżeńskiej, rodzicielskiej, kapłańskiej, zakonnej; miłości realizowanej w każdym powołaniu i stanie życia. To właśnie Eucharystia daje nam siłę, abyśmy kochali tak samo jak kochał Chrystus. Taka postawa miłości jest możliwa tylko wówczas, kiedy dzięki Eucharystii chrześcijanin wejdzie w logikę miłości mierzonej darem.  Lecz tylko od nas zależy, czy skorzystamy z tego zaproszenia…

Dualizm

Podoba mi się też jak Lewis pisze na temat dualizmu, wszak nie tak obcego nam i naszemu sposobowi myślenia, czasem także niestety o chrześcijaństwie w jego uproszczonej wersji. Odwieczna walka dobra i zła będąca tłem tak wielu powieści, filmów… Dualistyczne myślenie łatwo przenosi się w naszą codzienność, ale czy nie godzi w chrześcijaństwo? Pewne wskazówki znajdziemy w rozważaniach Lewisa, będących kontynuacją jego poprzedniej myśli. I, co warto podkreślić podoba mi się obraz chrześcijaństwa ukazanego przez Lewisa na końcu tego wpisu. Zaproszenie do dywersji…

Drugi pogląd nazywany jest dualizmem. Dualizm to przekonanie, że u podstaw wszystkiego leżą dwie równorzędne, niezależne siły — dobra i zła — wszechświat zaś to pole bitwy, na którym toczą wojnę bez końca. Osobiście uważam, że obok chrześcijaństwa dualizm jest najmężniejszym i najrozsądniejszym z dostępnych poglądów. Ale ma w sobie haczyk.
Te dwie siły — a może duchy, czy też bogowie — dobra i zła, mają być od siebie całkowicie niezależne. Obie istnieją przez całą wieczność. Żadna z nich nie uczyniła drugiej i żadna nie ma większego prawa od drugiej, żeby nazywać się Bogiem. Każda zapewne uznaje samą siebie za dobrą, a tę drugą — za złą. Jedna lubi nienawiść i okrucieństwo, druga miłość i miłosierdzie, każda zaś pozostaje przy własnej naturze. Co zatem mamy na myśli, nazywając jedną z nich dobrą, a drugą złą? Albo mówimy tylko tyle, że po prostu wolimy jedną od drugiej — tak jak wolimy piwo od jabłecznika — albo też stwierdzamy, że niezależnie od mniemania owych dwóch sił na własny temat, czy też niezależnie od naszych chwilowych ludzkich upodobań, jedna z nich jest w błędzie, realnie myli się, uznając siebie samą za dobrą. Rzecz w tym, że jeśli mamy na myśli tyle tylko, że po prostu wolimy pierwszą z nich, powinniśmy w ogóle zarzucić rozmowę o dobru i złu, ponieważ dobro oznacza to, co powinno się woleć, niezależnie od tego, co akurat lubi się w danej chwili. Gdyby „bycie dobrym” oznaczało tyle, co stanięcie po odpowiadającej nam stronie bez żadnych rzeczywistych przyczyn — dobro nie byłoby warte swojego miana. Musimy więc jedną z owych sił uznać za autentycznie dobrą, a drugą za autentycznie złą.

Jednak mówiąc tak, obok owych dwóch sił wprowadzamy do wszechświata coś trzeciego: pewnego rodzaju prawo, standard czy też zasadę dobra, którą jedna z sił spełnia, a druga nie. Ale skoro porównujemy obie siły do tego samego standardu, to właśnie ów standard — czy też istota, która go ustanowiła — stoi dalej i wyżej niż te dwie siły i to ona będzie prawdziwym Bogiem. Okazuje się, że nazywając owe siły dobrą albo złą, mamy na myśli tylko tyle, że jedna pozostaje we właściwym stosunku wobec prawdziwego, rzeczywistego Boga, druga zaś wręcz przeciwnie.

To samo da się powiedzieć inaczej. Jeśli dualizm jest prawdą, wówczas zła siła musiałaby lubić zło samo w sobie. Jednak w praktyce nie znamy żadnej osoby, która lubiłaby zło tylko dlatego, że jest złe. Postawę z pozoru podobną obserwujemy, mając do czynienia z okrucieństwem. Jednak w rzeczywistości ludzie bywają okrutni z którejś z dwóch przyczyn — albo dlatego, że są sadystami, to jest cechują się seksualnym zboczeniem, które z okrucieństwa czerpie zmysłową przyjemność, albo też zachowują się tak dla rzeczy, które mogą osiągnąć dzięki okrucieństwu — dla pieniędzy, władzy czy bezpieczeństwa. Jednak przyjemność, władza czy bezpieczeństwo same w sobie są czymś dobrym. Zło polega na tym, że dążymy do nich w zły sposób, za pomocą niewłaściwej metody, bądź zbyt uparcie. Oczywiście nie przeczę, że ludzie dopuszczający się podobnych rzeczy postępują w sposób szalenie nieprawy. Twierdzę natomiast, że przy bliższym spojrzeniu nieprawość okazuje się dążeniem do pewnego dobra na zły sposób. Można być dobrym dla samego dobra: nie da się być złym wyłącznie dla zła. Dobrego uczynku można dokonać nawet wtedy, kiedy nie czujemy się dobrzy i nie czerpiemy z niego żadnej przyjemności, bo dobroć jest po prostu rzeczą słuszną. Jednak nikt nigdy nie dopuścił się okrucieństwa tylko dlatego, że okrucieństwo jest złe — tak naprawdę zachował się okrutnie, bo okrucieństwo sprawiło mu przyjemność albo okazało się przydatne. Inaczej mówiąc, zło nie może być złe w takim sensie, w jakim dobro jest dobre. Dobro jest niejako samym sobą — zło to jedynie dobro zepsute. Musi istnieć coś dobrego, zanim zostanie zepsute. Nazwaliśmy sadyzm zboczeniem seksualnym — ale musimy przecież mieć jakieś wyobrażenie o seksualnej normalności, zanim seksualność nazwiemy zboczoną. Widzimy, co jest zboczeniem, bo zboczenie wyjaśniamy w odniesieniu do normalności, nie da się jednak wyjaśnić normalności na podstawie zboczenia. A zatem owa zła siła, która miała stać na równi z dobrą i kochać zło tak samo, jak dobra kocha dobro, okazuje się zwykłym mamidłem. Aby być złą, musi mieć coś dobrego, czego pragnie, a następnie dążyć do tego w zły sposób — musi posiadać impulsy, które z początku były dobre, aby móc je spaczyć. Ale skoro jest zła, nie może przecież być uzależniona od dobrych rzeczy, których by pragnęła, czy dobrych impulsów, które mogłaby spaczyć. Jedno i drugie musiałaby czerpać z dobrej siły. A w takim razie nie jest niezależna. Stanowi część świata siły dobrej — to jest albo została stworzona przez dobrą siłę, albo przez jakąś trzecią siłę, wyższą od nich obydwu.

Albo jeszcze prościej. Aby być złą, musi istnieć oraz posiadać inteligencję i wolę. Jednak istnienie, inteligencja i wola są same w sobie dobre. A zatem musi je czerpać od dobrej siły — nawet po to, żeby w ogóle być złą, musi pożyczać i kraść od przeciwnika. Czy zaczynasz już rozumieć, dlaczego chrześcijaństwo zawsze nazywało szatana upadłym aniołem? To nie jakaś bajeczka dla dzieci. To rzeczywiste uznanie faktu, że zło jest pasożytem, że zło nie jest twórcze. Moce, które pozwalają trwać złu, to moce przekazane mu przez dobro. Wszystko to, co pozwala złemu człowiekowi być naprawdę złym, jest samo w sobie dobre — stanowczość, inteligencja, uroda, wreszcie samo istnienie. Dlatego dualizm w sensie ścisłym nie wytrzymuje próby.
Przyznaję jednak bez wahania, że autentyczne chrześcijaństwo (w odróżnieniu od chrześcijaństwa rozwodnionego) jest znacznie bliższe dualizmowi, niż zwykle się sądzi. Kiedy po raz pierwszy przeczytałem Nowy Testament, traktując tę czynność na poważnie, zaskoczyło mnie między innymi to, jak wiele w nim mowy o mrocznej sile obecnej we wszechświecie — o potężnym, złym duchu uważanym za siłę stojącą za śmiercią, chorobami i grzechem. Różnica polega na tym, że zdaniem chrześcijaństwa owa mroczna siła została stworzona przez Boga jako dobra, po czym uległa zepsuciu. Chrześcijaństwo zgadza się z dualizmem, że wszechświat znajduje się w stanie wojny. Nie uznaje jej jednak za wojnę między niepodległymi mocarstwami. Dla chrześcijaństwa jest to wojna domowa, rebelia, my zaś mieszkamy w części wszechświata okupowanej przez rebelianta.

Terytorium okupowane przez wroga — oto czym jest ten świat. Chrześcijaństwo to opowieść o tym, jak prawowity król przedostał się — niejako w przebraniu — na okupowane ziemie i wzywa nas wszystkich do wzięcia udziału w wielkiej kampanii dywersyjnej. Kiedy idziesz do kościoła, w rzeczywistości wysłuchujesz tajnej depeszy od sojuszników — to dlatego tak bardzo wróg stara się, żebyś tam nie chodził. Robi to, grając na naszej zarozumiałości, lenistwie i intelektualnym snobstwie. Wiem, że ktoś mnie spyta: „Chyba nie ma pan zamiaru przedstawiać nam w dzisiejszych czasach naszego starego znajomego, szatana — z kopytami, rogami i tak dalej?” Cóż, nie wiem, co tu mają do rzeczy dzisiejsze czasy. Podobnie nie obstawałbym przy rogach i kopytach. Jednak biorąc pod rozwagę pozostałe względy odpowiadam twierdząco. Nie utrzymuję, że wiem cokolwiek o jego osobistym wyglądzie. Jeśli ktoś rzeczywiście chce go lepiej poznać, powiedziałbym takiej osobie: „Proszę się nie martwić. Jeśli pan naprawdę tego pragnie, pozna go pan. A czy się panu wówczas spodoba, to już inne pytanie”.