Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Iluzja ateizmu i rozwodnionego chrześcijaństwa

Wdzięczny jestem Lewisowi za to, że nie zapomina w swoich rozważaniach o tzw. „rozwodnionym chrześcijaństwie”, które może okazać się dla chrześcijaństwa i chrześcijanina bardzo niebezpieczną iluzją. Żyjemy w świecie, który ogarnia nas swymi mackami, czego jedną z cech jest właśnie życie w iluzji. Specyfiką iluzji jest posiadanie w umyśle obrazu, który jest odmienny od rzeczywistości. Może to także dotyczyć naszej wiary a to już problem, który może mieć konsekwencje nie tylko doczesne i chwilowe…

Ateizm jest zatem zbytnim uproszczeniem. Dodam jeszcze, że zbytnim uproszczeniem jest też inny pogląd. Według owego poglądu, który można nazwać chrześcijaństwem rozwodnionym, istnieje dobry Bóg w niebie i wszystko jest w porządku — w poglądzie tym nie ma miejsca na żadne trudne, przerażające doktryny o grzechu, piekle, szatanie i odkupieniu. Zarówno ateizm, jak i rozwodnione chrześcijaństwo to filozofie dobre najwyżej dla dzieci.

Nie ma co domagać się prostej religii. Przecież rzeczywistość nie jest prosta. Może się taka wydawać na oko, ale nie jest. Stół, przy którym siedzę, wygląda prosto — ale poproś naukowca, żeby ci wyjaśnił, z czego jest zrobiony naprawdę; spytaj o te wszystkie atomy, o to, jak odbijają się od nich fale świetlne, które trafiają do mojego oka, co dzieje się wtedy z moim nerwem wzrokowym i jak to wpływa na mój mózg — a przekonasz się, że to, co nazywamy „patrzeniem na stół”, w rzeczywistości stawia cię wobec tajemnic i zawiłości, którym praktycznie nie ma końca. Dziecko zmawiające swój dziecięcy pacierz wygląda prosto. Jeśli to ci wystarczy — cóż, koniec i kropka. Ale jeśli nie — a we współczesnym świecie na ogół to nam nie wystarcza — jeśli chcesz zadać sobie pytanie, co naprawdę się tu dzieje, wówczas musisz być przygotowany na trudną odpowiedź. Jeśli domagamy się czegoś więcej niż tylko prostoty, byłoby rzeczą nierozumną narzekać później, że to „coś więcej” nie jest proste.
Mimo to zdarza się bardzo często, że tej nierozumnej procedury chwytają się ludzie skądinąd nie pozbawieni oleju w głowie, którzy jednak — świadomie lub nie — pragną zniszczyć chrześcijaństwo. Tacy ludzie najpierw przedstawiają jakąś wersję chrześcijaństwa nadającą się najwyżej dla sześciolatków, po czym obierają ją sobie za przedmiot ataku. Kiedy usiłujesz wytłumaczyć, na czym rzeczywiście polega chrześcijaństwo wyznawane przez poinformowane osoby dorosłe, zaczynają narzekać, że już im się kręci w głowie, że zbyt to wszystko zawiłe i że gdyby Bóg istniał, z pewnością uczyniłby religię „prostą”, bo prostota jest piękna itp. Należy mieć się na baczności przed podobnymi osobami, bo co chwila będą zmieniać swoje stanowisko i tylko zmarnują twój czas. Zwróć też uwagę na ich ideę, że „Bóg powinien uczynić religię prostą”, jakby religia była czymś wymyślonym przez Boga, a nie Jego przesłaniem do nas na temat niezmiennych faktów dotyczących Jego natury.
Doświadczenie mówi mi, że świat rzeczywisty jest nie tylko skomplikowany, ale i zwykle dziwny. Nie jest uładzony ani oczywisty, nie jest taki, jak byśmy się spodziewali. Na przykład kiedy zrozumiesz już, że Ziemia i inne planety krążą wokół Słońca, mógłbyś się spodziewać, że planety w określony sposób będą do siebie pasować — powiedzmy, będą ułożone w regularnych odstępach, albo odległości między nimi będą stopniowo rosły, albo wszystkie będą jednakowej wielkości, albo będą rosnąć czy maleć w miarę odległości od Słońca. Tymczasem nie widzimy ani krzty sensu (zrozumiałego dla nas) w ich rozmiarach czy wzajemnych odległościach. Do tego są planety tylko z jednym księżycem, inna ma ich cztery, jeszcze inna dwa, niektóre wcale, kolejną wreszcie otaczają pierścienie.

Rzeczywistość to na ogół coś, czego byś nie przewidział. To jedna z przyczyn, dla których wierzę chrześcijaństwu. To religia, której byś nie przewidział. Gdyby proponowała akurat taki wszechświat, jakiego od początku się spodziewaliśmy, uznałbym ją za zmyślenie. Ale tego nikt by nie wymyślił. Chrześcijaństwo cechuje ta sama dziwaczność, co całą rzeczywistość. Porzućmy zatem filozofie dla dzieci i ich zbyt proste odpowiedzi. Problem nie jest łatwy, więc odpowiedź również nie będzie prosta.
Co jest owym problemem? Wszechświat — który zawiera wiele rzeczy złych i najwyraźniej pozbawionych sensu, lecz zarazem ma w sobie takie istoty jak my, które zdają sobie sprawę z jego zła i bezsensowności. Istnieją tylko dwa poglądy, które stawiają czoło dostępnym faktom. Jeden z nich to pogląd chrześcijański, który mówi, że jest to dobry świat, który uległ zepsuciu, ale wciąż zachowuje pamięć o tym, jaki być powinien.

W co wierzą i w co nie wierzą chrześcijanie?

Rozmyślając nad tym, co pisze C. S. Lewis doszliśmy do wniosku, że wiele z jego koncepcji doskonale wpisuje się w nurt Soboru Watykańskiego II, choć przecież pisał on te słowa nie tylko na kilka lat przed soborem, ale z gruntu innego wyznania. Osobiście mając za sobą kilkanaście lat doświadczeń  udziału w dialogu ekumenicznym w rozważaniach Lewisa znajduję prawdziwą motywację do pogłębiania tak ważnych w tym dialogu wrażliwości, otwartości i zdrowego krytycyzmu. Ale oddam głos mądrzejszemu:

Miałem opowiedzieć, w co wierzą chrześcijanie, a tymczasem na początku wymienię jedną rzecz, w którą chrześcijanie wierzyć nie muszą. Jeśli jesteś chrześcijaninem czy chrześcijanką, nie musisz wierzyć, że wszystkie inne religie są po prostu z gruntu błędne. Jeśli jesteś ateistą czy ateistką, rzeczywiście musisz uwierzyć, że najważniejszy i zasadniczy element wszystkich religii świata jest po prostu jedną kolosalną pomyłką. Chrześcijanie mogą sądzić, że każda religia, choćby najdziwaczniejsza, ma w sobie przynajmniej odrobinę prawdy. Jako ateista musiałem kiedyś samego siebie przekonywać do zdania, że ludzkość w większości i od zawsze myliła się w najważniejszej dla siebie kwestii — odkąd zostałem chrześcijaninem, mogłem zmienić podejście na bardziej liberalne. Ale oczywiście być chrześcijaninem to także wierzyć, że tam, gdzie chrześcijaństwo różni się od innych religii, chrześcijaństwo ma słuszność, inne zaś religie są w błędzie. Tak jak w arytmetyce: istnieje tylko jeden prawidłowy wynik dodawania, wszystkie inne zaś są błędne — choć niektóre błędne wyniki są znacznie bliższe prawdy niż inne.
Pierwszy wielki podział w obrębie ludzkości przebiega pomiędzy większością, która wierzy w jakiegoś Boga lub bogów, oraz mniejszością, która w nic takiego nie wierzy. Pod tym względem chrześcijaństwo staje po stronie większości — po stronie starożytnych Greków i Rzymian, współczesnych ludów pierwotnych, stoików, platoników, hinduistów, muzułmanów itd., a naprzeciwko współczesnych materialistów zachodnioeuropejskich.

Teraz przechodzę do kolejnego wielkiego podziału. Wszystkich ludzi wierzących można podzielić według rodzaju wyznawanego Boga. W tej kwestii istnieją dwa bardzo odmienne poglądy. Według jednego z nich Bóg stoi ponad dobrem i złem. My, ludzie, nazywamy jakąś rzecz dobrą, a inną złą. Jednak niektórzy twierdzą, że to jedynie nasz ludzki punkt widzenia. Ich zdaniem, w miarę jak nabierasz mądrości, tym mniej jesteś skłonny nazywać cokolwiek dobrem albo złem — tym jaśniej dostrzegasz, że wszystko jest pod jakimś względem dobre, a pod innym złe i inaczej być nie może. Tacy ludzie sądzą zatem, że na długo zanim osiągnęlibyśmy choćby cząstkę boskiego oglądu rzeczywistości, rozróżnienie to znikłoby całkowicie. Raka nazywamy złym, powiadają, bo zabija człowieka. Ale równie dobrze można nazwać złym skutecznego chirurga, bo zabija raka. Wszystko zależy od punktu widzenia. Drugi pogląd — przeciwny przedstawionemu powyżej — głosi, że Bóg jest zdecydowanie „dobry” czy też „prawy”, że jest Bogiem, który opowiada się po jednej stronie, który kocha miłość, nienawidzi nienawiści i chce, abyśmy postępowali tak, a nie inaczej. Pierwszy z tych dwóch poglądów — w świetle którego Bóg jest ponad dobrem i złem — nazywamy panteizmem. Wyznawał go wielki filozof pruski Hegel, a także przyjmują go — jeśli ich dobrze rozumiem — Hindusi. Drugi pogląd wyznają Żydzi, muzułmanie i chrześcijanie.

W parze z tą wielką różnicą między panteizmem i chrześcijańską ideą Boga zwykle idzie kolejna. Panteiści na ogół uważają, że Bóg niejako ożywia wszechświat, tak jak ty ożywiasz własne ciało: że wszechświat nieomal j e s t B o g i e m — gdyby nie było wszechświata, nie istniałby też Bóg, każda zaś rzecz we wszechświecie jest cząstką Boga. Pogląd chrześcijański jest całkowicie odmienny. Według chrześcijan Bóg wszechświat wymyślił i uczynił — niczym artysta, który maluje obraz czy komponuje melodię. Malarz nie jest obrazem i nie umiera z chwilą zniszczenia swego dzieła. Można oczywiście powiedzieć, że ktoś „włożył samego siebie” w jakieś dzieło, ale znaczy to tylko tyle, że całe piękno i doskonałość dzieła wzięła się z głowy artysty. Umiejętności artysty są obecne w jego dziele na inny sposób niż w jego głowie czy nawet rękach. Chyba widać, jak ta różnica pomiędzy panteistami i chrześcijanami łączy się z poprzednią — nie przywiązując większej wagi do rozróżnienia pomiędzy dobrem i złem, łatwo można już twierdzić, że wszystko, co istnieje na świecie, jest cząstką Boga. Jeśli jednak uznasz, że niektóre rzeczy są autentycznie złe, a Bóg autentycznie dobry — wtedy oczywiście nie da się tak mówić. Musisz wówczas uznać, że Bóg to coś osobnego w stosunku do świata, a niektóre rzeczy, oglądane w świecie, sprzeczne są
z Jego wolą. Patrząc na raka albo dzielnicę biedoty, panteista może powiedzieć: „Gdyby się dało na to spojrzeć z boskiego punktu widzenia, pojąłbyś, że i to jest cząstką Boga”. Chrześcijanin odparłby: „Nie opowiadaj takich przeklętych bredni”. Chrześcijaństwo jest bowiem religią walczącą i uznaje, że Bóg świat s t w o r z y ł — że czas i przestrzeń, gorąco i zimno, wszelkie barwy i smaki, zwierzęta czy rośliny zostały stworzone przez Boga „z głowy”, tak jak ludzie wymyślają historie. Jednak chrześcijanin uznaje również, że w stworzonym przez Boga świecie wiele rzeczy uległo zepsuciu, a Bóg domaga się — i to bardzo natarczywie — żebyśmy je naprawili.

Tu oczywiście nasuwa się wielkie pytanie. Jeśli świat został stworzony przez dobrego Boga, dlaczego uległ zepsuciu? Przez długie lata nie chciałem nawet słuchać chrześcijańskiej odpowiedzi na to pytanie. Przez cały czas myślałem sobie: „Choćbyś powiedział nie wiem co, choćbyś użył najinteligentniejszych argumentów, czy nie łatwiej i nie prościej byłoby powiedzieć, że świat nie został stworzony przez siłę rozumną? Czy wszystkie twoje argumenty nie są po prostu zawiłą próbą uniku przed tym, co oczywiste?” Ale w ten sposób popadłem w kolejną trudność.

Mój własny argument przeciwko Bogu zasadzał się na tym, że wszechświat wydaje się bardzo okrutny i niesprawiedliwy. Ale skąd wzięła się u mnie idea „sprawiedliwości” i „niesprawiedliwości”? Nikt nie może nazwać linii „krzywą”, o ile nie posiada jakiegoś pojęcia linii prostej. Z czym więc porównywałem wszechświat, kiedy uznałem go za niesprawiedliwy? Jeśli cały ten kram jest z gruntu zły i bez sensu, dlaczego ja sam, który w końcu jestem jego częścią, reaguję przeciw niemu tak gwałtownie? Kiedy człowiek wpadnie do wody, czuje się przemoczony, bo człowiek nie jest stworzeniem wodnym — ryba nie czułaby się przemoczona. Oczywiście mogłem wyrzec się idei sprawiedliwości, uznając ją za swój prywatny wymysł. Ale wówczas runąłby także mój argument przeciwko Bogu — bo opierał się na stwierdzeniu, że świat jest autentycznie niesprawiedliwy, a nie że akurat nie odpowiada moim gustom. Tak oto usiłując wykazać nieistnienie Boga — czyli udowodnić, że otaczająca mnie rzeczywistość jest pozbawiona znaczenia czy sensu — musiałem uznać, że część owej rzeczywistości — mianowicie moja własna idea sprawiedliwości — zawiera jak najgłębsze znaczenie. Ateizm okazuje się więc zbytnim uproszczeniem. Jeśli wszechświat nie ma żadnego sensu, to nigdy nie powinniśmy się zorientować, że tego sensu brakuje. Tak samo gdyby we wszechświecie nie istniało światło, a zatem nie byłoby również stworzeń posiadających oczy, nigdy nie dowiedzielibyśmy się, że jest ciemno. „Ciemność” byłaby słowem bez znaczenia.

Pocieszanie nie jest głównym celem chrześcijaństwa

Czytając rozważania C. Lewisa na temat chrześcijaństwa i wiary uderza mnie jego racjonalizm, z którego wywodzi on swoje uzasadnienia. Wśród nich na uwagę zasługuje jedna z sugestii Lewisa, która mówi o tym, że religia nie jest przede wszystkim dana nam po to, aby szukać w niej pocieszenia. Dają do myślenia. A u nas flauta. Dobry czas do rozmyślań, choć sączący się żar z niema im nie sprzyja.

Kiedy tak kontynuuję moje rozważania zastanawiam się czasem dlaczego ktoś ich słucha czy je czyta. Może uznaliście, że mnie posłuchacie pod warunkiem, iż powiem coś waszym zdaniem nowego — ale skoro ostatecznie zajmuję się kwestią religii, cóż, świat już to przerabiał i nie da się cofnąć wskazówek zegara. Jeśli komuś towarzyszą podobne odczucia, chciałbym mu powiedzieć trzy rzeczy.

Po pierwsze, co do cofania wskazówek. Czy niedorzecznością jest twierdzenie, że wskazówki zegara da się jednak cofnąć, a jeśli zegar chodzi źle, to nawet byłoby to nie od rzeczy? Ale nie chcę się trzymać porównania z zegarem. Może inaczej: wszyscy pragniemy postępu. Ale postęp to zbliżanie się do założonego celu. A jeśli skręciliśmy nie tam, gdzie trzeba, wówczas dalsza podróż przed siebie wcale nas do celu nie zbliża. Jeśli znajdziemy się na niewłaściwej drodze, postępem będzie odwrócić się na pięcie i pomaszerować z powrotem do właściwej drogi — najbardziej postępowy okaże się wówczas ten, kto zawróci pierwszy. Wszyscy widzieliśmy, jak to działa, kiedy rozwiązywaliśmy zadania arytmetyczne. Jeśli zacząłem rozwiązywać zadanie nie tak jak trzeba, to im prędzej przyznam się do błędu i zacznę od nowa, tym szybciej pójdę dalej. Nie ma nic postępowego w oślim uporze i nieumiejętności przyznania się do błędu. A patrząc na świat w jego obecnym kształcie, chyba wyraźnie widać, że ludzkość pakuje się w jakiś poważny błąd. Idziemy drogą niewłaściwą. A skoro tak, to musimy zawrócić. Powrót to najszybsza droga do celu.

Po drugie — to, co piszę, nie jest jeszcze wcale „pobożną mową-trawą”. Nie doszliśmy jeszcze do Boga żadnej konkretnej religii, a w szczególności do Boga religii znanej jako chrześcijaństwo. Doszliśmy jedynie do kogoś czy też czegoś, co istnieje u podstaw prawa moralnego. Nie czerpiemy niczego z Biblii ani z nauczania Kościołów chrześcijańskich; usiłujemy się przekonać, ile można się dowiedzieć o owym kimś własnymi siłami. A chciałbym stwierdzić dobitnie, że to, czego dowiadujemy się własnymi siłami, stanowi dla nas wstrząs.

Nasz materiał dowodowy na temat owego kogoś składa się z dwóch elementów. Jeden z nich to stworzony przezeń wszechświat. Gdybyśmy to przyjęli za naszą jedyną wskazówkę, musielibyśmy dojść do wniosku, że był on wielkim artystą (bo wszechświat to jest niezmiernie piękne miejsce), ale też jest on dość bezlitosny i raczej nieprzyjazny wobec ludzi (bo wszechświat to niezmiernie niebezpieczne i przerażające miejsce). Drugi element to prawo moralne, które umieścił on w naszych umysłach. Ten element jest lepszym dowodem od pierwszego, bo zawiera informacje pochodzące niejako od środka. O Bogu można się więcej dowiedzieć, patrząc na prawo moralne, niż na wszechświat w ogólności — tak jak o człowieku dowiemy się więcej, kiedy przysłuchamy się temu, co mówi, a nie oglądając zbudowany przez niego dom. Otóż z owego drugiego dostępnego nam elementu wnioskujemy, że istota leżąca u podstaw wszechświata szalenie interesuje się właściwym postępowaniem — byciem niesamolubnym, grą fair, odwagą, dobrą wiarą, uczciwością i prawdomównością. W tym sensie należy się zgodzić z wersją podawaną przez chrześcijaństwo i niektóre inne religie, że Bóg jest „dobry”. Ale nie wyciągajmy tu pochopnych wniosków. Prawo moralne nie daje nam żadnych podstaw, aby sądzić, iż Bóg jest „dobry” w takim sensie, że jest pobłażliwy, łagodny czy sympatyczny. W prawie moralnym nie ma nic z pobłażliwości. Jest twarde jak krzemień. Każe robić rzecz właściwą i nie obchodzi go, jak bolesne czy trudne miałoby się to okazać. Jeśli sam jest taki jak prawo moralne, Bóg nie jest łagodny. W tym miejscu naszego wywodu nie ma co twierdzić, że mówiąc o „dobrym” Bogu, mamy na myśli Boga wybaczającego. Nie posuwajmy się za szybko. Wybaczać może tylko osoba. A my nie doszliśmy jeszcze do osobowego Boga — jedynie do siły leżącej u podstaw prawa moralnego, która ze wszystkiego najbardziej przypomina umysł. Ale przecież może ona być bardzo różna od osoby. Jeśli jest to czysty, bezosobowy umysł, być może nie ma co się do niego zwracać o ulgowe traktowanie czy przebaczenie, tak jak nie ma co prosić tabliczki mnożenia, żeby przymknęła oko na nasze błędy. Zawsze otrzymamy zły wynik. Nie ma też co mówić, że jeśli istnieje taki Bóg — bezosobowe dobro absolutne — to On ci się nie podoba i nie zamierzasz zaprzątać Nim sobie głowy. Problem w tym, że jakaś część ciebie samego stoi po Jego stronie i w gruncie rzeczy zgadza się z Jego dezaprobatą dla ludzkiej chciwości, ludzkiego krętactwa i wyzysku. Możesz pragnąć, żeby wobec ciebie zrobił wyjątek, aby tym razem ci darował — ale w głębi serca wiesz, że jeśli siła leżąca u podstaw wszechświata ma być dobra, to tylko pod warunkiem, że naprawdę i nieodwołalnie brzydzi się takim postępowaniem. Z drugiej strony uświadamiasz sobie, że jeśli rzeczywiście istnieje absolutne dobro, to z pewnością brzydzi się większością rzeczy, które czynimy. Oto i straszna kabała, w którą jesteśmy wpakowani. Jeśli wszechświatem nie rządzi absolutne dobro, wszystkie nasze wysiłki są na dłuższą metę skazane na niepowodzenie. Ale jeśli podobne dobro rzeczywiście rządzi światem, wówczas każdego dnia czynimy się jego wrogami i nie mamy specjalnych widoków na rychłą poprawę — czyli nasze położenie znowu okazuje się beznadziejne. Nie możemy sobie poradzić bez niego ani z nim. Bóg jest jedynym pocieszeniem, ale też źródłem największego przerażenia: czymś, czego niezbędnie potrzebujemy i zarazem tym, przed czym najbardziej pragniemy się ukryć. Jest naszym jedynym możliwym sojusznikiem, a my uczyniliśmy się Jego wrogami. Niektórzy ludzie wypowiadają się tak, jakby spojrzenie w oczy absolutnemu dobru było czystą przyjemnością. Powinni to lepiej przemyśleć. Tacy ludzie nadal tylko bawią się religią. Dobro jest albo największym bezpieczeństwem, albo największym zagrożeniem — zależnie od tego, jak na nie zareagujesz. A my zareagowaliśmy nie tak, jak trzeba.

Pora na trzecią uwagę. Zmierzając tak okrężną drogą do prawdziwego tematu, wcale nie próbuję nikogo nabierać. Mam inne powody. Chodzi mi o to, że chrześcijaństwo zwyczajnie nie ma sensu, jeśli nie stanie się w obliczu tych faktów, które właśnie opisuję. Chrześcijaństwo każe ludziom żałować za grzechy i obiecuje przebaczenie. Jak dla mnie, chrześcijaństwo nie ma więc nic do powiedzenia ludziom, którzy nie zdają sobie sprawy, że popełnili cokolwiek godnego pożałowania i nie czują potrzeby przebaczenia. Dopiero kiedy uświadomisz sobie, że istnieje rzeczywiste prawo moralne i prawdziwa siła leżąca u jego podstaw, oraz że złamałeś to prawo i wystąpiłeś wbrew owej sile — wtedy dopiero, ani chwili wcześniej, chrześcijaństwo zaczyna przemawiać do człowieka. Jeśli wiesz, że jesteś chory, usłuchasz lekarza. Kiedy zdasz sobie sprawę, że nasze położenie jest niemal beznadziejne, zaczniesz rozumieć, o co chodzi chrześcijanom. Proponują oni wyjaśnienie tego, jak znaleźliśmy się w obecnym położeniu, to jest — jak zarazem kochamy dobro i nienawidzimy go. Proponują wyjaśnienie tego, w jaki sposób Bóg może być bezosobowym umysłem u podstaw prawa moralnego, ale zarazem także osobą. Opowiadają, jak wymogi prawa, których ani ty, ani ja nie mogliśmy wypełnić, zostały wypełnione za nas; jak sam Bóg staje się człowiekiem, aby ocalić człowieka przed niechęcią Boga. To stara historia i jeśli zechcesz ją zgłębić, z pewnością zwrócisz się do ludzi, którzy mają w tych sprawach większy autorytet od mojego. Ja tylko proszę ludzi, aby stawili czoło faktom — aby zrozumieli pytania, na które chrześcijaństwo chce odpowiadać. A są to fakty przerażające.

Chciałbym móc powiedzieć coś przyjemniejszego. Ale muszę mówić to, co uważam za prawdę. Oczywiście zgadzam się w pełni, że na dłuższą metę religia chrześcijańska niesie ze sobą niezwykłe pocieszenie. Jednak nie od pocieszenia wychodzi — wychodzi ono od opisanego tu przerażenia, i dopóki nie przejdzie się przez owo przerażenie, nie ma co szukać pocieszenia. W religii, tak jak na wojnie czy we wszystkim innym, pocieszenie jest tym, czego nie znajdziesz, jeśli będziesz go szukał. Jeśli będziesz szukać prawdy, na koniec znajdziesz być może pocieszenie. Jeśli będziesz szukać pocieszenia, nie znajdziesz ani pocieszenia, ani prawdy, a tylko ckliwe bzdury i życzeniowe myślenie na wstępie oraz rozpacz na koniec. Większość z nas skończyła z przedwojennym myśleniem życzeniowym w polityce międzynarodowej. Czas na podobny krok
w dziedzinie religii.

Natura, wszechświat, umysł…

Będąc na morzu, w maleńkiej łupince zwanej jachtem, w szczególny sposób doświadcza się prawa natury, na które człowiek jest zdany, z którym nie da się dyskutować, jak to często czynimy z prawem stanowionym. Albo je uznajemy i stosujemy się do jego zasad, albo wcześniej czy później się to na nas zemści. A jak jest z prawem Bożym? Choć Prawodawca prawa naturalnego i tego, które określamy konkretnie mianem Prawa Bożego jest ten sam, jak często człowiek, choć nie będąc jego twórcą lubi z nim dyskutować i poddawać je w wątpliwość. Skutki tego mogą i są zazwyczaj oczywiste, choć czasem nieco odroczone, o czym przypomina w swoim wywodzie C. S. Lewis. I jeszcze jedno… Gwiazdy. Nigdzie nie widać ich tak jak na morzu, w nocy (no ponoć jeszcze na Antarktydzie, ale tam jeszcze nie byłem). Kiedy leży się lub siedzi na jachcie w nocy i spogląda w niebo można się uzależnić. Ogromna przestrzeń wszechświata – zapowiedź tajemnicy, równie niezwykłej i równie nieodgadnionej jest ten, który jest jego Stwórcą. Lewis w swoich rozważaniach mówi o jeszcze jednej takiej tajemnicy – ludzkim umyśle… Nic w tym dziwnego, skoro jego Twórca jest ten sam. Mikrokosmos i makrokosmos – dwie rzeczywistości, które się wzajemnie przenikają, mają ten sam początek i ten sam cel. Ale oddajmy głos Lewisowi:

Kiedy mówimy, że naturą rządzą pewne prawa, być może znaczy to tylko tyle, że natura zachowuje się w pewien konkretny sposób. Tak zwane prawa mogą nie posiadać rzeczywistego istnienia — może nie istnieje nic poza konkretnymi, obserwowanymi przez nas faktami. Jednak w odniesieniu do człowieka widzimy, że jest inaczej. Prawo ludzkiej natury czy też dobra i zła musi być czymś istniejącym niezależnie od konkretnych ludzkich uczynków. W tym przypadku obok konkretnych faktów mamy coś jeszcze: prawdziwe prawo, którego nie wymyśliliśmy i zarazem wiemy, że mamy go przestrzegać.
Chciałbym się teraz zastanowić, co to nam mówi o wszechświecie, w którym żyjemy. Odkąd tylko ludzie posiedli zdolność myślenia, zastanawiamy się, czym naprawdę jest wszechświat i jak powstał. I — w dużym uproszczeniu — zaznaczyły się w tej kwestii dwa poglądy. Po pierwsze, istnieje tak zwany pogląd materialistyczny. Jego zwolennicy uważają, że materia i przestrzeń istnieją przypadkiem i od zawsze — z zupełnie nieznanych przyczyn; oraz że materia, zachowując się w ustalony sposób, czystym trafem — jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności — wytworzyła istoty podobne do nas, czyli rozumne. Za sprawą szansy jednej na tysiąc coś tam uderzyło w nasze słońce, przez co powstały planety; za sprawą innego, równie mało prawdopodobnego przypadku, na jednej z planet znalazły się odpowiednie „chemikalia” oraz odpowiednia temperatura i w ten sposób materia na owej planecie została ożywiona — a następnie cały szereg przypadków sprawił, że z żywych istot rozwinęły się stworzenia podobne do nas. Drugi pogląd to pogląd religijny[6]. Według niego to, co leży u podstaw wszechświata, ze wszystkich znanych nam rzeczy najbardziej przypomina umysł. To znaczy — posiada świadomość, ma swoje cele i przedkłada jedne rzeczy nad inne. Według tego poglądu owo „coś” stworzyło wszechświat, częściowo dla nieznanych nam celów, ale przynajmniej częściowo po to, żeby stworzyć istoty podobne do samego siebie — mówię tu o podobieństwie polegającym na posiadaniu umysłu. Nie chciałbym, żeby sądzono, że któryś z tych poglądów był wyznawany dawno temu, a drugi stopniowo go wyparł. Wszędzie tam, gdzie istnieli myślący ludzie, zawsze obecne były obydwa poglądy. Należy też zauważyć coś jeszcze. Nie da się rozstrzygnąć, który z poglądów jest słuszny, korzystając z nauki w zwykłym sensie tego słowa. Nauka opiera się na eksperymencie. Obserwuje zachowanie się zjawisk. Niezależnie od tego, jak może się wydawać skomplikowane, na dłuższą metę każde naukowe stwierdzenie w istocie oznacza mniej więcej tyle, co „Piętnastego stycznia o 2.30 rano wycelowałem teleskop w taką to a taką stronę nieba i zobaczyłem to i to”, czy też „Wsadziłem trochę tego czegoś do garnka, podgrzałem do takiej a takiej temperatury i w efekcie stało się to czy tamto”. Proszę nie sądzić, że wypowiadam się przeciwko nauce: mówię tylko, czym ona się zajmuje. Przypuszczam, że im więcej ktoś ma do czynienia z nauką, tym łatwiej się ze mną zgodzi, że tak właśnie ona działa — i to działa w sposób wielce użyteczny i niezbędny. Ale pytanie, dlaczego cokolwiek w ogóle istnieje, albo czy istnieje coś poza rzeczami obserwowanymi przez naukę — coś innego rodzaju — nie jest pytaniem naukowym. Jeśli istnieje coś „poza”, „coś u podstaw”, to albo pozostanie zupełnie nieznane ludziom, albo będzie musiało dać się poznać w jakiś inny sposób. Stwierdzenie, że coś podobnego istnieje, tak samo jak stwierdzenie, że coś podobnego nie istnieje, pozostaje poza możliwościami nauki, prawdziwi zaś naukowcy zazwyczaj unikają obydwu. Wypowiadają je najczęściej dziennikarze i popularni powieściopisarze, którzy jedynie liznęli to i owo z podręczników. W końcu jest to kwestia zdrowego rozsądku. Wyobraźmy sobie, że w pewnym momencie nauka osiąga pełnię i wie dosłownie wszystko o całym wszechświecie. Czy nie jest jasne, że pytania w rodzaju „Dlaczego istnieje wszechświat?” „Dlaczego trwa taki, jaki jest?” „Czy posiada jakiś sens?” — i tak musiałyby pozostać bez odpowiedzi?

Nasze położenie byłoby więc całkiem beznadziejne, gdyby nie rzecz następująca. Istnieje coś — coś jedynego w całym wszechświecie — o czym wiemy więcej, niżby się dało zaobserwować z zewnątrz. Tym czymś jest człowiek. Ludzi nie tylko obserwujemy, ludźmi jesteś m y. Rzec można, że dzięki temu posiadamy uprzywilejowane informacje — jesteśmy dopuszczeni do wiedzy niedostępnej innym. Wiemy, że na ludziach ciąży prawo moralne, którego nie stworzyli, o którym nie potrafią — pomimo starań — do końca zapomnieć, i o którym wiedzą, że powinni go przestrzegać. Zwróćmy uwagę: każdy, kto badałby ludzi z zewnątrz (tak jak badamy zjawisko elektryczności albo kapustę), nie znając naszego języka i przez to niezdolny do uzyskania od nas prawdziwej wiedzy od środka, a jedynie zdany na zewnętrzne obserwacje naszego zachowania — nigdy nie znalazłby cienia dowodu, że istnieje w nas jakieś prawo moralne. Byłoby to niemożliwe. Przecież jego obserwacje odkrywałyby wyłącznie to, co robimy, a prawo moralne mówi o tym, co robić powinniśmy. Tak samo gdyby istniało coś poza czy też ponad konkretnymi obserwowanymi faktami w odniesieniu do kamieni czy pogody, wówczas my sami, prowadząc badania z zewnątrz, nie moglibyśmy liczyć na jego odkrycie.

Oto jak się ma sprawa z naszym pytaniem. Chcemy wiedzieć, czy wszechświat tylko przypadkowo jest taki, jaki jest — czy też może u jego podstaw leży jakaś siła, która go takim właśnie czyni. Ponieważ siła taka, jeśli istnieje, nie należałaby do obserwowalnych faktów, ale stanowiła rzeczywistość, z której fakty wynikają, zwykła obserwacja faktów w żaden sposób nie mogłaby odsłonić samej siły. Tylko w jednym przypadku możemy się dowiedzieć, że istnieje coś więcej — mianowicie w swoim własnym. I w odniesieniu do siebie istotnie odkrywamy, że tak jest. Albo może ujmijmy to od drugiej strony. Jeśli poza wszechświatem istnieje moc, która nim kieruje, nie mogłaby ona ukazać się nam jako jedno ze zjawisk w obrębie wszechświata — tak samo jak architekt, który zaprojektował dom, nie może być ścianą, klatką schodową czy kominkiem w owym domu. Możemy tylko oczekiwać, że moc taka objawi się w nas samych jako wpływ czy też polecenie, które skłaniałoby nas do określonego zachowania. I to właśnie w sobie odkrywamy. Czy nie powinno to obudzić naszej czujności? W jedynym przypadku, gdzie możemy spodziewać się odpowiedzi, okazuje się ona twierdząca — a kiedy indziej, gdy odpowiedzi nie otrzymujemy, rozumiemy przyczyny jej braku. Załóżmy, że ktoś zadaje mi takie pytanie: kiedy widzę osobę w niebieskim mundurze, która idzie ulicą i pozostawia przy domach papierowe koperty, skąd mogę przypuszczać, że zawierają one listy? Na takie pytanie odrzekłbym: „Bo za każdym razem, kiedy ta osoba zostawia mi podobną kopertę, stwierdzam, że jest w niej list”. A gdyby ów ktoś zaprotestował: „Ale przecież nie widział pan wszystkich listów, które pańskim zdaniem otrzymują ludzie”, odparłbym: „Oczywiście, że nie — wcale tego nie oczekuję, bo nie są adresowane do mnie. Wyjaśniam zawartość kopert, których nie wolno mi otwierać, na podstawie tych, które otwierać mogę”. Tak samo jest z tym pytaniem. Wolno mi otworzyć tylko jedną kopertę — człowieka. Kiedy otwieram taką kopertę, a w szczególności tę konkretną, którą jestem ja sam, stwierdzam, że nie istnieję sam sobie, że jest nade mną prawo — że ktoś albo coś chce, abym zachowywał się w określony sposób. Nie spodziewam się oczywiście, że dokładnie to samo znalazłbym, gdybym zdołał zgłębić kamień albo drzewo — tak jak nie sądzę, że wszyscy ludzie na całej ulicy dostają ten sam list, co ja. Na przykład spodziewałbym się odkryć, że kamień z konieczności musi przestrzegać prawa ciążenia — że o ile nadawca listów tylko mi nakazuje przestrzegać prawa ludzkiej natury, o tyle kamienie zmusza do przestrzegania prawa ciążenia z samej ich kamiennej natury. Ale — mówiąc w przenośni — w obu sytuacjach spodziewałbym się odkryć nadawcę listów, jakąś moc leżącą ponad faktami, jakiegoś kierującego czy przewodnika.
Proszę nie sądzić, że posuwam się w moim wywodzie szybciej, niż to ma miejsce w rzeczywistości. Nadal dzielą nas setki mil od Boga z teologii chrześcijańskiej. Dotarłem jedynie do tego, że istnieje coś, co kieruje wszechświatem i objawia się we mnie jako prawo, które ponagla mnie do czynienia dobra — a kiedy zrobię coś złego, sprawia, że czuję się odpowiedzialny i niezadowolony z siebie. Moim zdaniem należy uznać, że ze wszystkich znanych nam rzeczy owo „coś” najbardziej przypomina umysł — bo w końcu jedyna rzecz, jaką znamy poza umysłem, to materia, a trudno wyobrazić sobie kawał materii udzielający wskazówek. Ale oczywiście nie musi ono do końca przypominać umysłu, a zwłaszcza osoby. Ale tu jedno ostrzeżenie. Przez ostatnie stulecie wypowiedziano na temat Boga cały stek ckliwych bzdur. Warto zatem się zastanowić zanim powie się coś ba temat Boga…

Moralność a instynkt

„Szukacie Mnie nie dlatego, żeście widzieli znaki” – mówił Jezus we wczorajszej Ewangelii. To ważne przestroga także dla nas, która uświadamia nam, że nawet jako ludzie wierzący nie zawsze szukamy Chrystusa ze względu na wartości duchowe, choć często to sobie tak racjonalizujemy. Istnieje jednak ryzyko, że zamiast szukać Boga i Jego pierwszeństwa w życiu możemy łatwo, choć nie zawsze świadomie posługiwać się Bogiem, mając na względzie tak naprawdę nasze własne sprawy, które przy pomocy Boga, chcielibyśmy załatwić… Przypomina to trochę owo rozróżnienie, którego C. S. Lewis dokonuje w kwestii rozróżniania instynktu od prawa moralnego. Jest ono kontynuacją poprzedniej myśli i jej uzupełnieniem.

Na przykład pytano mnie w listach: „Czy to, co Pan nazywa prawem moralnym, nie jest po prostu instynktem stadnym, który rozwinęliśmy w sobie tak samo jak inne instynkty?” Cóż, nie przeczę, że możemy posiadać instynkt stadny: nie mam go jednak na myśli, mówiąc o prawie moralnym. Wiemy wszyscy, jakie to uczucie, kiedy kieruje nami instynkt — miłość macierzyńska, instynkt seksualny czy instynkt łaknienia. Oznacza to, że czujemy silne pragnienie lub pożądanie, aby zachować się w określony sposób. I rzeczywiście, nieraz odczuwamy takie właśnie pragnienie, aby komuś pomóc: niewątpliwie pragnienie to wynika z instynktu stadnego. Jednak czuć pragnienie niesienia pomocy to coś zupełnie innego niż czuć, że należałoby pomóc — czy się tego chce, czy nie. Załóżmy, że słyszysz wołanie o pomoc osoby będącej w niebezpieczeństwie. Prawdopodobnie odczujesz wtedy dwa pragnienia — jedno będzie pragnieniem udzielenia pomocy (wynikającym z naszego instynktu stadnego), drugie pragnieniem uniknięcia niebezpieczeństwa (wynikającym z instynktu samozachowawczego). Obok tych dwóch impulsów znajdziesz jednak w sobie również coś trzeciego, co mówi, żeby pójść za impulsem niesienia pomocy, natomiast impuls ucieczki stłumić. To coś, co rozsądza pomiędzy dwoma instynktami i decyduje, który z nich jest pożądany, nie może samo być jednym z nich. Równie dobrze można twierdzić, że nuty, które w danej chwili każą naciskać ten a nie inny klawisz fortepianu, same są jednym z klawiszy. Prawo moralne podaje melodię, którą mamy grać — nasze instynkty to jedynie klawisze fortepianu.

Albo jeszcze inaczej. Gdyby prawo moralne było jednym z naszych instynktów, powinniśmy być w stanie wskazać w sobie jakiś konkretny impuls, który zawsze nazwalibyśmy „dobrym”, który zawsze pozostawałby w zgodzie z zasadą słusznego postępowania. Jednak nie jesteśmy w stanie. Nie ma w nas ani jednego instynktu, którego prawo moralne nie kazałoby nam w pewnym momencie stłumić, ani takiego, którego by od czasu do czasu nie potęgowało. Błędem jest sądzić, że niektóre z naszych impulsów — powiedzmy miłość macierzyńska czy patriotyzm — są dobre, inne zaś, jak seks czy instynkt walki, są złe. Możemy jedynie stwierdzić, że sytuacje, w których instynkt walki czy pożądanie seksualne powinny zostać powściągnięte, zdarzają się częściej niż takie, w których powściągać należy miłość macierzyńską czy patriotyzm. Jednak istnieją sytuacje, w których obowiązkiem małżonka jest rozbudzać impuls seksualny, a żołnierza — instynkt walki. Tak samo istnieją sytuacje, gdy matczyna miłość do własnych dzieci bądź czyjaś miłość do ojczyzny muszą zostać stłumione, aby nie doprowadzić do niesprawiedliwości wobec cudzych dzieci czy cudzej ojczyzny. Ściśle rzecz biorąc, nie istnieją dobre albo złe impulsy.
Wróćmy do przykładu fortepianu. Fortepian nie ma dwóch rodzajów klawiszy, „dobrych” i „złych”. Każdy klawisz bez wyjątku okazuje się dobry w jednej chwili, a zły w następnej. Prawo moralne to nie jakiś pojedynczy instynkt czy ich grupa — prawo moralne jest tym, co kieruje instynktami, aby stworzyć pewną melodię (którą nazywamy dobrem albo prawym postępowaniem).
Trzeba przy okazji zaznaczyć, że powyższe stwierdzenie ma ogromne konsekwencje praktyczne. Nic bardziej niebezpiecznego, niż wybrać któryś z owych naturalnych impulsów, a następnie podążać za nim za wszelką cenę. Każdy impuls — co do jednego — zrobi z nas niezłe licha, jeśli przyjmiemy go za drogowskaz absolutny. Można by uznać, że bezpieczna jest miłość wobec ludzkości w ogóle, ale to błąd. Jeśli sądząc tak, pominiesz sprawiedliwość, skończy się na łamaniu porozumień i fabrykowaniu dowodów sądowych „dla dobra ludzkości”, aż staniesz się człowiekiem przewrotnym i okrutnym.