Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Natura ludzka i jej prawa

Każdemu zdarzyło się słuchać kłócących się ludzi. Czasem brzmi to zabawnie, czasem po prostu nieprzyjemnie — ale tak czy inaczej sądzę, że słuchając, co ludzie wtedy mówią, możemy się nauczyć pewnej bardzo ważnej rzeczy. Mówią na przykład: „A gdyby tobie ktoś zrobił coś podobnego?” — „To moje miejsce, byłem pierwszy” — „Zostaw go w spokoju, co on ci zrobił?” — „Nie pchaj się przed innych” — „Daj mi kawałek pomarańczy, ja ci dałem swojej” — „Przecież obiecałeś”. Ludzie wypowiadają podobne zdania codziennie, czy to wykształceni czy prości, dzieci czy dorośli.
W takich uwagach interesuje mnie fakt, że wypowiadająca je osoba mówi coś więcej niż to, że akurat nie odpowiada jej czyjeś zachowanie. Odwołuje się do jakiegoś wzorca zachowań i oczekuje, że druga osoba zna go również. I rzadko zdarza się, żeby druga osoba odparła: „Do diabła z twoimi wzorcami”. Prawie zawsze będzie usiłowała wykazać, że w rzeczywistości jej zachowanie nie narusza wzorca, a jeśli tak, to istnieje ku temu jakiś wyjątkowy powód. Będzie udawała, że w danym przypadku miejsce nie przysługuje osobie, która zajęła je pierwsza, albo że pomarańczę dostała w zupełnie innych okolicznościach, albo że z jakiegoś powodu nie musi już dotrzymać obietnicy. To tak, jakby obie strony były świadome istnienia pewnego prawa — a może zasady uczciwego postępowania, przyzwoitości, moralności, czy jak to jeszcze zechcemy określić — co do której w pełni się zgadzają. I tak właśnie jest. W przeciwnym razie osoby te mogłyby oczywiście walczyć ze sobą, podobnie jak zwierzęta, ale nie mogłyby kłócić się w ludzkim znaczeniu tego słowa. Kłótnia to próba wykazania, że druga osoba jest w błędzie. Nie miałaby ona sensu, gdyby pomiędzy dwoma osobami nie istniało pewnego rodzaju porozumienie — co jest słuszne, a co nie. Równie bez sensu byłoby stwierdzenie, że piłkarz faulował, gdyby nie istniało żadne porozumienie na temat przepisów w piłce nożnej.
Owo prawo, czy też zasadę słuszności i niesłuszności, nazywano niegdyś prawem natury. Obecnie mówiąc o „prawach natury”, myślimy na ogół o takich rzeczach jak grawitacja, dziedziczność czy prawidłowości rządzące procesami chemicznymi. Jednak nazywając zasadę słuszności i niesłuszności prawem natury, dawni myśliciele w gruncie rzeczy wskazywali na prawo natury l u d z k i e j. Chodziło o to, że podobnie jak ciałami materialnymi rządzi prawo ciążenia, a organizmami żywymi prawa biologii, tak istota zwana człowiekiem posiada własne prawo — z tą zasadniczą różnicą, że ciało nie wybiera, czy chce się stosować do prawa ciążenia, człowiek zaś może zdecydować, czy ma przestrzegać prawa ludzkiej natury, czy też nie.
Można to ująć inaczej. W każdej chwili każdy człowiek poddany jest różnym prawom, ale tylko jedno z nich może zlekceważyć. Jako ciało materialne poddany jest ciążeniu i nie może go zlekceważyć — gdyby go puścić w powietrzu, miałby taki sam wybór w kwestii spadania jak pierwszy lepszy kamień. Ponieważ jest organizmem, działają na niego różne prawa biologiczne, których nie może pogwałcić, tak samo jak nie pogwałci ich zwierzę. Nie może zatem zlekceważyć tych praw, które stosują się do niego na równi z innymi ciałami w przyrodzie; jednak to, które jest szczególne dla jego ludzkiej natury, którego nie dzieli ze zwierzętami, roślinami czy przedmiotami nieożywionymi — to prawo może zlekceważyć, jeśli tylko zechce.
Prawo to nazwano prawem natury, bo sądzono, że jest znane każdemu z natury i nie trzeba go nauczać. Nie chodziło oczywiście o to, że nie znalazłby się gdzieś jeden czy drugi człowiek, który by go nie znał, tak samo jak spotyka się czasem daltonistów albo osoby niemuzykalne. Jednak patrząc na ludzkość w ogólności, uważano, że ludzka idea przyzwoitego postępowania jest oczywista dla każdego. Moim zdaniem trafnie. W przeciwnym razie wszystko to, co mówiliśmy o wojnie, nie miałoby sensu. Jaki był sens w twierdzeniu, że wróg postępuje niesłusznie, jeśli słuszność nie istnieje naprawdę, a naziści nie wyczuwali jej w głębi serca i nie powinni się do niej
stosować? Gdyby nie mieli pojęcia, o co nam chodzi ze słusznością, być może tak samo musielibyśmy z nimi walczyć, ale równie dobrze moglibyśmy ich winić za wojnę, jak za kolor włosów.
Zdaję sobie sprawę, że według niektórych idea prawa natury czy też przyzwoitego zachowania, które byłoby znane wszystkim ludziom, jest nieuprawniona, ponieważ różne cywilizacje i epoki posiadały zupełnie różne moralności.
Tak jednak nie jest. Ich moralności różniły się, jednak nigdy w stopniu całkowitym. Gdyby ktokolwiek zadał sobie trud porównania nauk moralnych — powiedzmy — starożytnych Egipcjan, Babilończyków, Hindusów, Chińczyków, Greków i Rzymian, tak naprawdę uderzyłoby go ich podobieństwo do siebie nawzajem i do naszej własnej moralności. Zgromadziłem na to pewne dowody w załączniku do innej książki, The Abolition of Man; jednak na potrzeby niniejszej książki wystarczy, że poproszę Czytelnika o wyobrażenie sobie takiej całkowicie różnej moralności. Wyobraź sobie kraj, w którym podziwem otacza się dezerterów z pola bitwy, albo taki, gdzie ktoś szczyciłby się zdradzeniem osób, które okazały mu dobroć. Równie dobrze można wyobrażać sobie kraj, w którym dwa i dwa to pięć. Ludzie różnili się co do tego, komu należy świadczyć dobro własnym kosztem — czy tylko własnej rodzinie, czy rodakom, czy może każdemu. Ale zawsze zgadzali się, że nie należy stawiać samego siebie na pierwszym miejscu. Nigdy nie podziwiano samolubstwa. Różniono się co do tego, czy należy mieć jedną żonę, czy cztery. Ale zawsze zgadzano się, że nie można po prostu mieć każdej kobiety, którą się zechce.
Jednak najbardziej godne uwagi jest coś innego. Otóż zawsze gdy już znajdzie się ktoś, kto by twierdził, że nie wierzy w różnicę pomiędzy słusznością a niesłusznością, za chwilę sam się wycofa ze swoich słów. Może się zdarzyć, że nie dotrzyma danej ci obietnicy, ale spróbuj tylko złamać obietnicę złożoną jemu, a nie zdążysz się nawet obejrzeć, kiedy zacznie narzekać, że to nie fair. Dany kraj może utrzymywać, że traktaty nie są wiążące — jednak za chwilę sam sobie przeczy, twierdząc, że ten konkretny traktat, który akurat chce złamać, jest niesłuszny. Wszelako jeśli traktaty nie są wiążące i nie istnieje różnica pomiędzy tym, co słuszne i tym, co niesłuszne — jaka może być różnica pomiędzy słusznym i niesłusznym traktatem? Czy taki kraj nie przyznaje się, że wbrew własnym słowom zna prawo natury nie gorzej od innych?
Wydaje się zatem, że przyjdzie nam uwierzyć w realne istnienie słuszności i niesłuszności. Można się co do nich mylić, tak jak można się pomylić w dodawaniu — jednak różnica pomiędzy nimi to nie kwestia smaku czy własnego zdania, podobnie jak nie jest nią tabliczka mnożenia. Skoro doszliśmy do porozumienia, przejdę do następnej myśli, która brzmi następująco: nikt z nas nie przestrzega do końca prawa natury. Jeśli wśród czytelników są wyjątki od tej reguły, niech przyjmą moje przeprosiny. Najlepiej będzie, jeśli przeczytają jakąś inną książkę, bo nie dotyczy ich nic z tego, co mam do powiedzenia.
Wróćmy więc do zwykłych ludzi, którzy z nami pozostali: liczę, że nie zrozumiecie mnie błędnie. Nie wygłaszam kazań i Bóg wie, że nie staram się udawać lepszego od innych. Próbuję tylko zwrócić uwagę na pewien fakt. Mianowicie że w bieżącym roku, w bieżącym miesiącu, a może — co bardziej prawdopodobne — dzisiaj zdarzyło się nam samym postępować nie tak, jak byśmy tego oczekiwali ze strony innych. Możemy mieć najróżniejsze wymówki. Postąpiłeś niesprawiedliwie wobec dzieci, ale akurat byłeś bardzo zmęczony. Tamten śliski interes — ten, o którym już prawie zapomniałeś — nadarzył się akurat w chwili, kiedy było bardzo krucho z pieniędzmi. A jeśli chodzi o to, co obiecałeś temu-a-temu (i czego nigdy nie zrobiłeś) — cóż, gdybyś wiedział z góry, jak strasznie będziesz zalatany, nigdy byś tego nie obiecywał. Co do twojego zachowania wobec żony (męża) czy siostry (brata), gdybym tylko wiedział, jacy potrafią być irytujący, to wcale bym ci się nie dziwił — a zresztą kimże ja u licha jestem? Jestem dokładnie taki sam. To znaczy: nie udaje mi się zbytnio przestrzegać prawa natury, a gdy tylko ktoś
mi to wytknie, w mojej głowie powstaje sążnisty szereg wymówek. Nie chodzi teraz o to, czy te wymówki są słuszne. Chodzi o to, że są one kolejnym dowodem naszej głębokiej wiary w prawo natury — czy nam się to podoba, czy nie. Skoro nie wierzymy w przyzwoitość, dlaczego tak starannie szukamy wymówek dla naszego nieprzyzwoitego zachowania? Bo w rzeczywistości wierzymy w przyzwoitość tak bardzo — czujemy tak silny nacisk owego prawa — iż nie umiemy stawić czoła faktowi, że je łamiemy, więc staramy się zrzucić z siebie odpowiedzialność. Zauważycie bowiem z pewnością, że podobnych wyjaśnień poszukujemy tylko dla złego zachowania. Na karb zmęczenia, zmartwienia czy głodu składamy tylko nasze złe nastroje — dobre zawdzięczamy sobie samym.
Chciałem zatem przedstawić te dwie myśli. Po pierwsze, że ludzie na całej ziemi cechują się owym interesującym przekonaniem, iż powinni się zachowywać w określony sposób — przekonaniem, którego nie potrafią się wyzbyć. Po drugie, że w rzeczywistości tak się nie zachowują. Znają prawo natury — łamią je. Te dwa fakty są fundamentalne, jeśli chcemy spojrzeć jasno na nas samych i wszechświat, w którym żyjemy.

Po prostu…

„Chrześcijaństwo po prostu” – sądzę, że to trafiony tytuł tej małej książeczki, do której przez najbliższe dni pragnę się odwoływać, napisanej nie przez teologa, ale przez zwykłego wyznawcę chrześcijaństwa w jej anglikańskiej odsłonie. Pisze o tym, gdyż niektóre z poruszanych kwestii przez C. S. Lewisa mogą sie wydać katolikowi dyskusyjne, ale to i lepiej, gdyż zmuszają do myślenia i poddają weryfikacji nasze wiarę. Jak wspomniano Lewis nie jest teologiem, co mocno podkreśla w swojej skromności a przemyślenia tu zawarte są jedynie jego własnym owocem dociekań i praktykowanej wiary. Uderza jednak w nich to, że niosą ze sobą wielką prostotę, ale i konsekwencje rozumowania chrześcijanina, który swoją wiarę traktuje bardzo poważnie. Materiały zawarte w jego książce, której fragmenty pragnę tutaj przywołać zostały pierwotnie wyemitowane w formie audycji radiowych, po czym doczekały się wydania książkowego.
Lewis nie ocenia i nie próbuje stawiać człowieka pomiędzy wyborem różnych „wyznań” chrześcijańskich. Jawi się tutaj jako zupełnie zwyczajny, świecki członek Kościoła i gdybyśmy nie wiedzieli, że należał do Kościoła anglikańskiego często nie można by wysnuć tego z kontekstu prowadzonej przez niego narracji. Wydaje się być przede wszystkim szczery i obiektywny w swojej ocenie chrześcijaństwa, co temu małemu dziełu tylko dodaje waloru. Autor też nie usiłuje nikogo nawracać. Odkąd został chrześcijaninem, uważał zawsze – jak to często podkreśla – że najlepsze (a może wręcz jedyne), co może zrobić dla niewierzących bliźnich, to wyjaśniać i bronić tych elementów wiary, które wyznawali niemal wszyscy chrześcijanie wszystkich czasów. A czyni to z kilku powodów:
Uważa przede wszystkim, że do kwestii dzielących chrześcijan często odnoszą się argumenty zaczerpnięte z wyższej teologii czy wręcz historii Kościoła, a takimi rzeczami powinni się zajmować wyłącznie prawdziwi eksperci, jakim Lewis się nie czuje.
Po drugie, uważa, że dyskusje na temat spornych kwestii bynajmniej nie zachęcają niechrześcijan do chrześcijaństwa: „Dopóki będziemy pisali o różnicach i spierali się na ich temat, nie tyle zachęcimy niechrześcijan do własnego, konkretnego wyznania, ile zniechęcimy ich do chrześcijaństwa w ogóle. Nasze podziały nie powinny być dyskutowane w ogóle, chyba że w obecności osób, które już uwierzyły, że Bóg istnieje, a Jezus Chrystus jest Jego jedynym Synem”.
Są oczywiście kwestie, które Lewis zbywa milczeniem, które wcale nie oznacz, że nie ma on własnego zdania na dany temat. Lewis z wielka pokorą stwierdza, że zarówno chrześcijanie jak i wiele innych osób zadaje pytania, na które jego zdaniem nie otrzymaliśmy jeszcze odpowiedzi. Tłumaczy to tak: „Być może nigdy nie poznam odpowiedzi na niektóre z nich — gdybym je nawet zadał, choćby i w przyszłym, lepszym świecie, kto wie, czy Ktoś większy ode mnie nie zapytałby mnie wtedy: „Co tobie do tego? Ty pójdź za Mną”. Jednak są i takie kwestie, co do których mam zdecydowane, wyrobione zdanie, a mimo to nic o nich nie wspominam — a to dlatego, że nie piszę, by objaśniać coś, co nazwałbym „moją religią”. Chcę tu pisać o „chrześcijaństwie po prostu”, chrześcijaństwie, które jest, jakie jest i które było, jakie było już na długo przed moim urodzeniem, czy mi to odpowiada, czy też nie. (…) Wystarczyłoby powiedzieć cokolwiek ponad to, a od razu znalazłbym się w środku wielkiej kontrowersji. Tymczasem w obrębie chrześcijaństwa nie istnieje tak naprawdę żadna kontrowersja”.

Wyjaśniając cel swojej refleksji Lewis pisze: „Na ile mogę to ocenić z recenzji i licznie nadchodzących listów, książka ta, przy wszystkich jej niedociągnięciach, zdołała przynajmniej przedstawić wspólnie pojęte chrześcijaństwo — „chrześcijaństwo po prostu”. Tym samym przyczyni się może ona do uciszenia poglądu, że jeśli pominiemy punkty sporne obecne w chrześcijaństwie, pozostanie nam jedynie jakiś blady i mglisty Najwyższy Wspólny Dzielnik. Przeciwnie, ten wspólny czynnik okazuje się nie tylko czymś pozytywnym, ale i wyrazistym, od wierzeń niechrześcijańskich dzieli go zaś przepaść nieporównywalnie większa niż wewnętrzne podziały w obrębie chrześcijaństwa. Nawet jeśli nie przyczyniłem się bezpośrednio do dzieła pojednania chrześcijańskiego, pokazałem być może, dlaczego powinniśmy się pojednać. Muszę powiedzieć, że tylko w niewielkim stopniu odczułem odium theologicum ze strony zdeklarowanych chrześcijan należących do innych Kościołów niż mój własny. Wrogość spotykała mnie głównie ze strony osób pozostających na obrzeżach Kościoła anglikańskiego, które właściwie nie poczuwają się do posłuszeństwa wobec żadnego z Kościołów. Jest to dla mnie rzecz osobliwie pocieszająca. Wzajemna duchowa (jeśli nie doktrynalna) bliskość Kościołów chrześcijańskich okazuje się bowiem najsilniejsza w samym centrum każdego z nich,  tam gdzie zamieszkują jego najwierniejsze dzieci. To zaś sugeruje, że w centrum każdego z Kościołów znajduje się coś, czy raczej Ktoś, kto — pomimo wszelkich rozbieżności zdań, różnic temperamentów i pamięci o wzajemnych prześladowaniach — przemawia tym samym głosem”.
Dla mnie samego ta książeczka i zawarte w niej rozważania są na wskroś ekumeniczne, choć przecież zostały napisane jeszcze przed Soborem Watykańskim II. Na koniec przytoczę jeszcze jeden z fragmentów rozważań C.S. Lewisa, mówiący o znaczeniu terminu chrześcijanin, który jak większość zawartych tu treści skłania do myślenia:

„Otóż jeśli pozwolimy ludziom na uduchowianie i wyrafinowanie, czy też, jak oni to nazywają,”pogłębianie” sensu słowa „chrześcijanin”, i ono wkrótce stanie się bezużyteczne. Przede wszystkim, sami chrześcijanie nie będą go mogli używać w odniesieniu do nikogo. Nie naszą jest rzeczą decydować, kto jest — w najgłębszym sensie — bliski czy też daleki duchowi Chrystusa. Nie umiemy zaglądać w ludzkie serca. Nie potrafimy osądzać i wręcz nie wolno nam tego robić. Nazwać kogoś chrześcijaninem w takim wyrafinowanym sensie (czy też odmówić mu tego miana) byłoby haniebną arogancją. A wszak nie przyda się zbytnio słowo, którego w ogóle nie da się używać. Co do ludzi niewierzących, ci z pewnością będą go spokojnie używać w jego wyrafinowanym sensie. W ich ustach stanie się ono po prostu pochwałą. Nazywając kogoś „chrześcijaninem”, będą mieli na myśli tyle, że jest on dobrym człowiekiem. Jednak takie użycie tego słowa nie przyczyni się do ubogacenia języka, bo w języku mamy już słowo „dobry”. Tymczasem słowo „chrześcijanin” zostanie zepsute i nie da się już spożytkować do żadnego autentycznie przydatnego celu.
Dlatego musimy się trzymać jego oryginalnego, oczywistego sensu. Słowo „chrześcijanin” zostało użyte po raz pierwszy w Antiochii (Dz Ap 11, 26) w odniesieniu do „uczniów”, to jest ludzi przyjmujących nauczanie apostołów. Bynajmniej nie ograniczało się do tych, którzy wynieśli z apostolskiego nauczania tyle, ile powinni. Ani też nie rozciągano go na tych, którzy na jakąś wyrafinowaną, uduchowioną, wewnętrzną modłę byli znacznie „bliżsi duchowi Chrystusa” niż co pośledniejsi uczniowie apostołów. Nie jest to kwestia teologii czy moralności, ale korzystania ze słów w sposób zrozumiały dla każdego. Jeśli ktoś, kto przyjmuje naukę chrześcijańską, żyje w sposób jej niegodny, dużo jaśniej będzie go nazwać złym chrześcijaninem niż twierdzić, że chrześcijaninem nie jest. Liczę, że żaden z Czytelników nie dojdzie do wniosku, że „chrześcijaństwo po prostu” jest tu przedstawiane jako alternatywa dla istniejących wyznań — tak jakby ktoś mógł je wyznawać zamiast doktryny greckokatolickiej czy nauk kongregacjonalistów. „Chrześcijaństwo po prostu” przypomina raczej korytarz, z którego szereg drzwi prowadzi do różnych sal. Jeśli zdołam kogoś wprowadzić do tego korytarza, uda mi się dopiąć celu. Jednak kominków, posiłków czy foteli należy szukać w salach, nie na korytarzu. Korytarz to miejsce oczekiwania, miejsce zaglądania przez różne drzwi, a nie zamieszkania. Nawet w najgorszej sali (którakolwiek by nią była) lepiej będzie się mieszkać niż na korytarzu. Wprawdzie niektórym zejdzie w korytarzu dłuższy czas, inni zaś niemal od razu będą mieli pewność, do których drzwi powinni pukać. Nie wiem, skąd bierze się ta różnica, ale jestem przekonany, że Bóg nie każe nikomu czekać, o ile nie uważa, że jest to w danym przypadku dobre. Kiedy już się znajdziesz w swojej sali, przekonasz się, że długie oczekiwanie przyniosło ci jakieś dobro, którego w przeciwnym razie byś nie otrzymał. Jednak trzeba na to patrzeć jak na oczekiwanie, a nie rozbijanie obozowiska. Trzeba się stale modlić o światło — i nawet we własnej sali należy zacząć od przestrzegania tych zasad, które obowiązują w całym domu. Przede wszystkim zaś musisz pytać, które drzwi są prawdziwe — a nie wybierać tych, które ci najbardziej odpowiadają kolorem czy budową. Mówiąc prosto, nie należy pytać: „Czy podoba mi się taka forma nabożeństwa?”, ale „Czy te doktryny są prawdziwe? Czy tu mieszka świętość? Czy w tym kierunku prowadzi mnie sumienie? Czy niechęć, którą odczuwam przed zapukaniem do drzwi, bierze się z pychy, osobistych niechęci, czy jest jedynie kwestią smaku, a może nie odpowiada mi konkretny odźwierny?”
Kiedy wejdziesz do własnej sali, zachowaj życzliwość dla tych, którzy wybrali inne drzwi albo nadal pozostają w korytarzu. Jeśli dokonali złego wyboru, tym bardziej potrzebują twojej modlitwy — a jeśli są twoimi wrogami, masz wręcz obowiązek modlić się za nich. Oto jedna z zasad obowiązujących w całym domu”.
Bardzo zachęcam zatem do podążania za rozważaniami Lewisa, bo być może pozwolą one i nam zapukać do jakichś drzwi albo na nowo odkryć piękno tej „sali”, do której kiedyś już weszliśmy, albo ktoś nas wprowadził i którą uznaliśmy za swoją.

Wąską drogą za Chrystusem ku szczytom

I tak oto powoli dobiega do końca nasz pobyt wśród gór. Górskie szczyty, podobnie zresztą jak otwarta przestrzeń morza czy oceanu były i są dla mnie jakimś szczególnym miejscem, gdzie czuję się blisko Boga. Może ze względu na ów ogrom stworzenia, który w sposób szczególny jest uchwytny właśnie pośród górskich szczytów czy na pełnym morzu a może przez moją małość, która staje się szczególnie widoczna wobec potęgi gór, w których pogoda potrafi się zmienić dosłownie z godziny na godzinę, lub wobec siły potężnych fal miotających małą łódeczką czyniąc człowieka zupełnie bezsilnym i zdanym na Bożą łaskawość.

ku szczytom

Góry, na które się wspinam w sumie od dziecka, choć może bardziej doświadczeni uśmiechną się wobec moich osiągnięć, gdyż dotąd nie stanąłem wyżej niż 5642 m n.p.m. zawsze uświadamiały mi tę prawdę, którą czasem tak łatwo zgubić w codziennym życiu, że człowiek z racji swojej wyjątkowej roli i podobieństwa do Stwórcy jest wezwany do tego, aby ciągle iść wzwyż. Oczywiście dla każdego ów szczyt jest inny i Pan Bóg będzie każdego z nas mierzył inną miarą, podobnie jak wyznacza różnym ludziom różne cele. Choć z całą pewnością dla wszystkich, którzy wierzą jedna zasadnicza miara jest wspólna, choć nie wszystkim i nie zawsze się ona podoba. Chrystus bowiem wskazując na szczyty naszych dążeń mówi: „Bądźcie doskonali”. Niektórzy zdają się sądzić – jak pisze C. S. Lewis – że Chrystus miał na myśli coś w rodzaju: „Nie pomogę wam, jeśli nie będziecie doskonali” — a ponieważ doskonali być nie możemy, chciał przez to powiedzieć, że jesteśmy w położeniu beznadziejnym. Jednak nie sądzę, żeby to właśnie chciał powiedzieć. Sądzę, że raczej to miał na myśli: „Jedyna pomoc, jaką ode mnie otrzymacie, to pomoc w stawaniu się doskonałymi. Sami będziecie może pragnąć mniej — ale ja nie dam wam niczego mniejszego”.

Można powiedzieć, że stawiać sobie mniejsze wymagania, niż to postawione przez Chrystusa w Ewangelii, wmawiając sobie to, co często czynimy łatwym, może zbyt łatwym usprawiedliwieniem naszego duchowego lenistwa, że przecież nie jesteśmy doskonali lub święci, to w pewnym sensie zdradzać Chrystusa i wiarę w Niego.

„Wąską drogą za Chrystusem ku szczytom” – taki tytuł nosił ostatni Kongres poświęcony Życiu Konsekrowanemu, któremu przewodniczył św. Jan Paweł II. To właśnie tam z ust schorowanego, doświadczonego chorobą i cierpieniem papieża, który czerpiąc z własnego osobistego i bogatego doświadczenia osoby całkowicie poświęconej Chrystusowi niczym mistrz mówił do zgromadzonych:

Do was wszystkich, powołanych w sposób szczególny przez Boga do ściślejszego naśladowania Chrystusa, kieruję moje serdeczne pozdrowienie.

Na zakończenie tego Międzynarodowego Kongresu poświęconego Życiu Konsekrowanemu, który odbywał się w tych dniach w Rzymie, z radością przesyłam specjalne przesłanie do was wszystkich, którzy wzięliście w nim udział: do przewodniczących konferencji wyższych przełożonych, do przełożonych generalnych, do was wszystkich, osób konsekrowanych, którzy zebraliście się w tych dniach, by obradować nad dzisiejszymi problemami i perspektywami waszego wyboru życia.

Ludzie naszych czasów ulegają niekiedy tak wielkiemu zubożeniu wewnętrznemu, że nawet nie są już w stanie zdać sobie sprawy z własnego ubóstwa. W naszych czasach pojawiają się niespotykane dotąd formy niesprawiedliwości i wyzysku oraz egoistycznych nadużyć ze strony pojedynczych osób i całych grup. Powoduje to, że wielu ludzi traci nadzieję, o czym mówiłem w Adhortacji apostolskiej Ecclesia in Europa.

W tej sytuacji osoby konsekrowane powinny ofiarować zagubionej, zmęczonej i pozbawionej pamięci ludzkości wiarygodne świadectwa nadziei chrześcijańskiej, «ukazując miłość Boga, która nikogo nie opuszcza» oraz dając zagubionemu człowiekowi rzeczywiste powody, by nie tracił nadziei. «Właśnie o to trudzimy się i walczymy, ponieważ złożyliśmy nadzieję w Bogu żywym» (1 Tm 4, 10).

Osoby konsekrowane są powołane, by społeczeństwu, w którym często miłość nie znajduje miejsca, aby się wyrazić w formie altruistycznej, ukazywać swym życiem logikę bezinteresownego daru: ich wybór bowiem wyraża się w radykalnym darze z siebie składanym z miłości do Pana Jezusa, a w Nim — do każdego członka ludzkiej rodziny.

Życie konsekrowane powinno strzec dziedzictwa życia i piękna, które potrafi ugasić wszelkie pragnienie, wyleczyć każdą bolączkę, być niczym balsam na wszelkie zranienia, zaspokajając każde pragnienie radości i miłości, wolności i pokoju.

Gorące umiłowanie Chrystusa, gorące umiłowanie ludzkości to wiodący temat waszej refleksji podczas tego Kongresu. Wyraża on trafnie zaangażowanie, z jakim staracie się stale na nowo rozpoczynać od Chrystusa, by nauczyć się kochać bliźniego tak jak miłował go Ten, który «nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu» (Mk 10, 45).

Karmelitańska mistyczka św. Maria Magdalena de’ Pazzi w swoich porywach miłości do Boskiego Oblubieńca wzywała dusze osób konsekrowanych, by kochały Miłość, Miłość nie kochaną: «O dusze stworzone z miłości i do miłości, dlaczego nie kochacie Miłości?»; i błagała Umiłowanego: «O Miłości, nie kochana ani nie znana. O Miłości, spraw, aby wszystkie stworzenia miłowały Ciebie, Miłość» (PR 2, 188-189).

Ta gorąca, żarliwa miłość do Chrystusa i dusz, ten nienasycony głód Bożej miłości i to pragnienie, by doprowadzić do niej wszystkich ludzi, powinny nieustannie towarzyszyć wam w trudzie osobistego nawrócenia, zdobywania świętości oraz pracy ewangelizacyjnej.

Wy, osoby konsekrowane, jesteście wszystkie powołane, by ściślej naśladować Chrystusa, pielęgnować w sercu Jego uczucia (por. Flp 2, 5), uczyć się od Niego, który jest cichy i pokornego serca (por. Mt 11, 29), wypełniać wraz z Nim wolę Ojca (por. J 6, 28) i iść za Nim drogą krzyża.

Oto jedyna droga ucznia. Nie ma innych dróg. Codziennie z radosnym i pełnym wdzięczności sercem trzeba iść wąską drogą za Nauczycielem, aby czerpać potrzebne energie u źródła wody życia, które nie ma kresu.

Ale przecież pójście drogą naśladowania Chrystusa to powołanie nie tylko osób konsekrowanych, to powołanie każdego chrześcijanina. Dla chrześcijanina nie ma innej drogi. I bez względu na to jaką drogą każda i każdy z nas podąża nie umniejszając roli i znaczenia odmienności i wyjątkowości tych dróg mają one sens tylko wtedy, gdy włączone są przez naszą intencję, nasz wysiłek, nasze samozaparcie się siebie w jedyną Drogę jaką jest Chrystus.

Trawestując nieco strofy jednej z poetek Moniki Wodzińskiej, która w swojej książce zaprasza nas na poetyckie drogi ku szczytom ja chciałbym zaprosić Was, Drodzy Czytelnicy tego bloga, Przyjaciele do refleksji nad tą naszą wędrówką ku szczytom. A posłużę się do tego znanymi rozważaniami nieżyjącego już jednego z moich ulubionych autorów C.S. Lewisa, który w niezwykle prosty aczkolwiek dosadny sposób podejmuje rozważania o chrześcijaństwie, rysując w swoich refleksjach będących zapiskiem z audycji radiowych zebranych pod wspólnym tytułem „Chrześcijaństwo po prostu” drogę chrześcijańskiej wiary, która może stać się dla każdej i każdego z nas swoistym rachunkiem sumienia i swoistymi rekolekcjami. Te rozważania towarzyszyły mnie i moim kompanom podczas tegorocznej wakacyjnej wędrówki a  teraz pozwolę sobie oddać głos temu wielkiemu chrześcijańskiemu myślicielowi tu w tym miejscu, aby samemu zamilknąć, bo jak rzecze stare przysłowie: „Gdy nauczyciel mówi, uczeń słucha”. Rozważania będą zamieszczane w odcinkach, stanowiąc w ten sposób jakby pewne kroki, składające się na drogę sierpniowych rozmyślań, które chciałbym Wam – moi Drodzy zaproponować na ten miesiąc wakacji, pielgrzymek (także tych duchowych), miesiąc przerwy w naszych spotkaniach modlitewnych choć ufam, że nie miesiąc przerwy w medytacji… Niech pomagają Wam iść tą wąską drogą ku szczytom do których zaprasza nas Chrystus. My tym czasem przeniesiemy się na łódkę i pozwolimy się kołysać Bogu przez pośrednictwo fal.

Zapraszam Cię do wędrówki ścieżką, która została przetarta stopami innych…

Zapraszam Cię do krainy otwartych oczu i jeszcze bardziej otwartych serc…

Zapraszam Cię w świat gdzie, ból i strach choć wydają się panować nad miłością, to jednak nigdy jej nie zwyciężą…

W świat, gdzie wydaje się, że dobro nie zawsze zwycięża zło, choć przecież tylko do czasu…

Zapraszam Cię w podróż, gdzie milczenie bywa jedyną dobrą odpowiedzią, a miłość nosi różne imiona…

Wasz Brat i towarzysz duchowej wędrówki – ks. Marek

Ku odnowieniu naszego umysłu

Nie mamy tutaj trwałego miasta, ale szukamy tego, które ma przyjść. Przez Jezusa więc składajmy Bogu ofiarę czci ustawicznie, to jest owoc warg, które wyznają Jego imię. (Hbr 13, 14-15)

Nauka modlitwy, to uczenie się przeżywania życia w jak najpełniejszy sposób w chwili obecnej. Medytacja jako szczególna forma modlitwy a zwłaszcza medytacja niedyskursywna jest procesem oczyszczania. William Blake pisał: „Kiedy wrota percepcji zostaną oczyszczone, wszystko ukaże się człowiekowi takie jakie jest, nieskończone” (A Memorable Fancy: The Ancien Tradition). Nie wiem czy Blake pisząc te słowa miał na myśli medytację, ale i tak doskonale ujął to, do czego medytacja prowadzi. Oczywiście to oczyszczenie naszej percepcji dokonuje się etapami a sposób widzenia w perspektywie nieskończoności jest zawsze bardziej darem Boga niż owocem naszej praktyki, to i tak warto wchodząc w przestrzeń medytacji cieszyć się, że jesteśmy na dobrej drodze. Ta radość jest w pełni uzasadniona.

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zostają oczyszczone w procesie medytacji jest uwolnienie się od rozpoczynania tej modlitwy z troską o jej rezultaty. Po ludzku często ulegamy pokusie, aby rozmyślać nad tym, czy zainwestowany przez nas czas i energia okażą się uzasadnione. Niestety to owoc zatrutego myślenia współczesnego świata nastawionego na efekty, żeby nie użyć sformułowania „efekciarstwo” – tyleż radosne i krótkotrwałe, co puste. Ileż to osób wchodziło na ścieżkę medytacji po to, aby równie szybko ją porzucić, bo nie spełniła ich oczekiwań o „nadzwyczajnych” doświadczeniach, lub transcendentnej wiedzy, jakie spodziewali się otrzymać w zamian za poświęcony czas. Nie oszukujmy się, podobny sposób myślenia nie jest wcale obcy nam – chrześcijanom. Być może dlatego, że każdy, kto został ukształtowany przez współczesne społeczeństwa, ma już utrwalony odruch rozpoczynania w ten sposób każdej podejmowanej praktyki. Na szczęście każdy, kto postąpi już trochę na drodze medytacji, doświadczy, że jest to droga, która wcześniej czy później oczyści nas z tego duchowego materializmu.

Nie ma wątpliwości, że każda szczerze przeżywana modlitwa, która jest otwarciem serca człowieka na doświadczenie Boga pozwala nam wejść w prawdziwe transcendentne doświadczenie, ale zazwyczaj jest ono różne od naszych wyobrażeń. W doświadczeniu obecności Boga nie dzieje się zazwyczaj nic nadzwyczajnego (poza doświadczeniami, jakie są udziałem mistyków). I cała mądrość polega na tym, aby zgodzić się i zaakceptować tę zwyczajność będącą naturalną przestrzenią działania Boga. Wszak to Bóg w Chrystusie chciał wejść w tę naszą zwyczajność, aby ona mogła stać się przestrzenią naszego spotkania z Nim. Dlatego kolejnym oczyszczeniem, jakie przynosi praktyka medytacji jest uświadomienie sobie, że to właśnie ta zwyczajność jest miejscem najbardziej owocnego działania Bożej łaski, która nas kształtuje. I nawet jeśli nasze zmysły nie rejestrują niczego niezwykłego, to jeszcze nie znaczy, że Bóg mocno nie działa w naszym życiu i sercu. Wiara polega na tym, że potrafimy się wnieść ponad zwodniczość naszych zmysłów i wyobrażeń i stanąć niejednokrotnie na „pustyni” naszej modlitwy, aby odnaleźć Boga. Zasadnicza prostota powtarzania modlitewnego wezwania jest niejednokrotnie jedyną rzeczą, która nam przypomina o tym, że stajemy w obecności Boga i chroni przed tym, aby przedwcześnie zdezerterować.

To właśnie dzięki powtarzaniu modlitewnego wezwania mamy szansę pozostawić za sobą wszystkie przelotne obrazy i wyobrażenia na temat modlitwy i jej efektów i uczymy się trwać w nieskończoności samego Boga. Św. Paweł zachęca nas do tego pisząc w swoim Liście do Rzymian: „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez codzienne odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boga: co jest dobre, co Bogu miłe i co doskonałe” (Rz 12,2)

Medytacja to właśnie sposób odnawiania naszego umysłu, aby nie zwiódł go duch świata. Dla nas chrześcijan to warunek sine qua non właściwego oglądu rzeczywistości i właściwego stylu życia. Lecz musimy pamiętać, że owo odnowienie umysłu idzie za odnowieniem serca i jest zawsze owocem działania w nas łaski, na którą my jedynie możemy się otworzyć lub zamknąć. Jest to przemiana, która sięga źródeł naszej natury, gdzie dotrzeć może tylko Bóg jako jej Stwórca. Jest ona zasadniczym doświadczeniem chrześcijańskim, doświadczeniem odrodzenia w Duchu Świętym, nowego narodzenia określanym inaczej przez Chrystusa nawróceniem, do którego zaproszeni jesteśmy wszyscy i które tak naprawdę wbrew pozorom nie jest jednorazowym doświadczeniem, ale drogą całego naszego życia zjednoczonego z Chrystusem.

Podróż życia

I tak oto po wyczerpującym, tygodniowym zwiedzaniu upalnego Wiednia, przez wszystkie te dni bowiem temperatura nie spadała poniżej 33 – 35 stopni (nawet noce nie przynosiły wytchnienia z temperaturą cyrkulującą w okolicach 27 stopni) opuszczamy stolicę Austrii. Na pożegnanie szybka kawa w najwyższym możliwym do jej wypicia miejscu w Wiedniu i ww drogę…

Najwyższa kawa w Wiedniu

Żegnając Wiedeń nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że brakuje w tym mieście Wspólnot Jerozolimskich. Myślę, że wpisały by się dobrze w klimat tego ekumenicznego miasta a i miejsc na pustynię (w dosłownym tego słowa znaczeniu) nie trzeba by tu długo szukać. Może kiedyś… Jak Bóg pozwoli.

Osiem godzin podróży, trzy kraje, ekstremalnie zmienne warunki (w Wiedniu pożegnał nas 30-sto stopniowy upał po to, aby w okolicach Insbruka, pomiędzy górskimi szczytami osiągnąć temperaturę 16 stopni w strugach zalewającej nas ulewy). Kiedy się prosi Pana Boga o ulżenie w ekstremalnych upałach trzeba mieć na względzie fakt, że jest On hojnym dawcą… 

Na szczęście, gdy wylądowaliśmy już we włoskim Merano pogoda powitała nas łagodnymi 26 stopniami i przebijającym się zza chmur słońcem, które zwiastować miało następnego dnia piękną pogodę w sam raz na górski wypad. Na powitanie nawet Pan Bóg podał nam rękę z nieba:

NIebo zaraz po naszym przyjeździe

Merano wymyśliłem sobie jako przystanek na chwilę wytchnienia po drodze. Niewiele wiedziałem o tym miasteczku,  wielkością porównywalnym z Zakopanem. Tyle, że spodobało mi się na zdjęciu. I nie żałuję. Piękne miejsce, rzucone przez Pana Boga w kotlinę Merano, od której wzięło swoją nazwę, pomiędzy otaczające je z jednej strony łagodne wzniesienia z drugiej strzeliste trzytysięczniki, kryjące obietnicę wspaniałych wędrówek. Żałuję, że nie starczy nam czasu na przejście najdłuższej z wysokogórskich tras ciągnącej się wzdłuż szczytów przez całe 94 km.

Merano miasteczko wśród gór

To dobre miejsce do kontemplacji pełne różnego rodzaju ogrodów, stawów, promenad oraz niezliczonych kwiatów i roślin z całego świata. Nawet palmy tu rosną, choć w zimie cała dolina tonie w głębokim śniegu. Samo miasteczko ma długą historię sięgającą przełomów XI/XII wieku, z czasów tych, gdy było małą i niedostępną w zimie osadą zachował się m. in. XII-wieczny zamek będący siedzibą właściciela tych włości (à propos niedostępności nie mogłem się nadziwić dlaczego jadąc tutaj nasz GPS przewidywał, że blisko 600 km odcinek drogi przebędziemy w ok 5 godzin a na ostatnie niecałe 60 km potrzebować będziemy przeszło 2,5 godz; przekonałem się jednak, że to nie mój GPS się myli, ale żeby dostać się do miasteczka trzeba wspiąć się najpierw na stromą górę, wyższą od Kasprowego a następnie z niej zjechać pokonując po drodze większą ilość zakrętów niż wszystkie które dotąd pokonałem w życiu). Te zakręty to dobre ćwiczenie uważności przed rekolekcjami. Bywały miejsca, gdzie przed zjechaniem w tysiąc-metrową przepaść chroni jedynie 30-sto centymetrowa barierka. I taki włoski żarcik, że ograniczenie prędkości jest do 90 km/h, gdy przy połowie tej szybkości można wylecieć z niektórych zakrętów.

Wróćmy jednak do Merano. Rzeczywiście urzeka jakiś spokój tego miejsca, gdzie nie widać jak na słynnych zakopiańskich Krupówkach męczących tłumów ludzi. Tutaj nawet w centrum, na deptaku ciągnącym się wzdłuż rwącego górskiego strumienia jest mało ludzi, pomimo iż miejsce to jest jednym z bardziej znanych uzdrowisk, które swoją świetność przeżywało na przełomie XIX i XX wieku. Nawet cesarzowa Sissi była stałą bywalczynią tutejszych term. 

Dzisiaj z racji Dnia Pańskiego udaliśmy się do kościoła. Można tu wybrać między mszą w języku niemieckim, włoskim i ladyńskim. Ten ostatni to tutejszy dialekt. Zresztą Merano, to jedno z tych nielicznych miejsc, gdzie rodowici Włosi mówią po… niemiecku.

DSC_0130

Msza była dobra.

Trochę „zazdroszczę” księżom mieszkającym i pracującym w takim miasteczku jak Merano. Całe życie na wakacjach!!! Ale to oczywiście może być równie dobrze złudzenie. Kiedyś na jednej z pięknych wysp spotkałem dziewczynę, córkę gospodarzy u których mieszkaliśmy, która to na nasze westchnienie, że tu jest jak w raju stwierdziła:

– To może się zamienimy. Żyję tu od dziecka i już mam dosyć tej wody. Chętnie przeniosłabym się do jakiegoś miasta lub wyjechała w góry a tu nic tylko ocean, ocean i ocean. Widzisz go, słyszysz i czujesz przez 24 godziny na dobę.

Myślę, że to dobre wprowadzenie do dzisiejszej Ewangelii na która warto by z racji niedzieli też kilka zdań poświęcić.
Otóż powyższe stwierdzenia ukazują niezbicie, że człowiek doświadcza różnych braków, które dają o sobie znać poprzez wieloraki głód i pragnienie. Taki stan wyzwala dążenie do zaspokojenia, aby usunąć doskwierające uczucie nienasycenia. Najczęściej jednak człowiek wybiera najprostszą drogę do wypełnienia braków, trudniejsza i wymagająca wysiłku droga a mająca na celu dobra duchowe, jedyne, które naprawdę potrafią nasycić człowieka jest zazwyczaj zostawiana na koniec. Niestety żyjemy w świecie, który dobrze to wie i rozbudzając w nas różnorodne pragnienia w konsekwencji rodzi jeszcze większe cierpienia z powodu niemożności ich zaspokojenia. Oczywiście i na ten ból świat znalazł lek w postaci zmieniaczy świadomości, które na chwilę uśmierzają ból niespełnienia, ale w zamian nierzadko wrzucają człowieka w zaklęty krąg uzależnienia, choć niektóre z nich pozwalają nawet na chwilę uwierzyć, że człowiek znalazł się w „boskim świecie”.

Chrystus zaprasza nas dzisiaj, aby poszerzyć horyzont spojrzenia na rzeczywistość, która nie wyczerpuje się w obszarze doczesności i doczesnych pragnień. Nam – chrześcijanom – nie wolno zgubić z pola widzenia faktu, że istnieje także Wieczność.

Jezusowi nie chodzi o to, aby unicestwić nasze pragnienia, lecz aby je w pełni i trwale zaspokoić. W perspektywie Wieczności, najpełniejszym i najlepszym zaspokojeniem jest spożywanie Ciała i Krwi Chrystusa w Eucharystii. To święte Ciało i Krew dają życie wieczne, które rozpoczyna się autentycznym życiem już teraz w doczesności. Co to oznacza w praktyce? Otóż fakt, że możliwość przyjmowania przez nas Komunii świętej determinuje taki styl życia, który zakłada jego dobre używanie z Bożej perspektywy. Naturalnie Eucharystia to pokarm grzeszników, nikt z nas przecież nie jest doskonały, ale chcąc ze spokojnym sumieniem przystąpić do Ołtarza Pańskiego musimy mieć na względzie także to, jaki jest nasz stosunek do rzeczy stworzonych i w jaki sposób ich używamy. Dotyczy to także tych dóbr, które z gruntu są dobre, ale których złe używanie może nas doprowadzić do tego, że staniemy się ich niewolnikami (weźmy chociażby codzienne jedzenie, które może stać się kultem w postaci tzw. zdrowego żywienia). Ktoś może się ze mną oczywiście nie zgodzić, że nawet najlepsze ziemskie rodzaje pożywienia nie uchronią przed śmiercią, może ją jedynie odroczą. Chciałbym być dobrze zrozumiany! Nie jestem przeciwnikiem zdrowego jedzenia, ale jestem przeciwnikiem robienia zeń kultu, lub z drugiej strony przejawu jakiegoś nieopanowanego hedonizmu. (Tu muszę zachować czujność, bo kuchnia włoska jest dobra!) W tym świetle jedynym „zdrowym pokarmem” na który wskazuje Chrystus jest spożywanie Jego Najświętszego Ciała i Krwi. Zapewnia on bowiem nie tylko wieczne życie, ale jak starałem się zaznaczyć kształtuje jakość naszego doczesnego życia, stawiając nam wysokie wymagania, jeśli chcemy go z czystym sercem przyjmować. Można by zatem rzec, że spożywanie Eucharystii jest drogą mądrości. Jest to droga, która umożliwia dążenie do szczęścia bez żadnych ograniczeń, choć trochę inaczej rozumianego niż to, które proponuje nam świat.

Na koniec winien jestem wyjaśnienie tytułu dzisiejszego wpisu. Nie ja go wymyśliłem. To tytuł książki, którą właśnie czytam. I pomyślałem też, że zobaczycie tytuł, to Was skusi do przeczytania reszty :-) Taka kryptoreklama :-)))

Dla jednych podróż życia to taka, którą można określić jako najlepszą albo najciekawszą. Dla innych to wyjazd, który zmienił ich życie. Nie musi być ona wcale daleka. Każdy ma pewnie takie miejsce, w którym poczuł się lub czuje się inaczej. Może być to spowodowane czymś prozaicznym jak piękno przyrody, dobry klimat czy niezapomniane wspomnienia lub czymś wyjątkowym lub zupełnie magicznym, nieuchwytnym. Ja od dziecka nie mogłem usiedzieć na miejscu i lubię podróżować. Jak już kiedyś wspomniałem porywa mnie nieznane, choć nie znaczy to, że nie lubię powracać do tego, co mam i doceniam. W tym jednak sensie każda podróż jest dla mnie podróżą życia, bo żadnej już nigdy nie da się powtórzyć, Choćbyśmy sto razy przyjechali w to samo miejsce, ono już nie będzie takie samo. Dlatego życzę i Wam, abyście stale odkrywali takie miejsca i nie przestawali się nimi inspirować. Naprawdę nie trzeba szukać daleko…

A dzisiaj także życzę wszystkiego najlepszego wszystkim znanym Aniom, niech Wasza święta patronka nie przestaje Was wspierać swoim wstawiennictwem, wyprasza Wam wszelkie potrzebne łaski i pozwala ciągle na nowo zachwycać się bliskością i miłością Pana!

Pozostaniemy tutaj, w tym urokliwym zakątku przez chwilę, aby następnie wsiąść na łódkę i doświadczyć tego, że to oglądanie, słyszenie i czucie wielkiej wody przez 24 godziny nie musi być wcale takie złe:-)))

Do usłyszenia zatem, jak Bóg pozwoli :-) 

P.S. Na końcu konkurs. „Dlaczego espresso na ziemi włoskiej smakuje najlepiej?” Najlepsze odpowiedzi zostaną nagrodzone. Proszę o wpisy!