Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Modlitwa – odpoczynek w obecności Boga

Połóż mnie jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu, bo jak śmierć potężna jest miłość, a zazdrość jej nieprzejednana jak otchłań; żar jej to żar ognia, płomień Pana. Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki. Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo swego domu, pogardzą nim tylko. (Pnp 8,6-7)

Nic ująć, nic dodać… Księga Pieśni nad Pieśniami, choć pozornie nie pasuje do niejednokrotnie tchnących wielką powagą a nawet czasem grozą Ksiąg Starego Testamentu, tak naprawdę jest strzałem w dziesiątkę w odkrywaniu prawdziwej, czułej i opiekuńczej miłości Boga. Obok niej jedynie prorok Izajasz w Starym Testamencie pozwalał sobie na pełne czułości obrazy Boga, które w pełni poznajemy dopiero w perspektywie nauczania Chrystusa i Jego Ewangelii.

Bibliści są zgodni co do tego, że kluczowymi wersetami „Pieśni nad Pieśniami” są wiersze:

„Ja należę do mojego miłego, a mój miły należy do mnie” z 6-go rozdziału tej księgi oraz usłyszany dzisiaj z okazji wspomnienia św. Marii Magdaleny (tak na marginesie pamiętajmy dzisiaj o modlitwie za Siostrę Marię Magdalenę w dniu święta Jej patronki!!!) – „Wielkie wody nie ugaszą miłości, nie zatopią jej rzeki” (8, 7).

„Pieśń nad Pieśniami” jest niezwykłą księgą biblijną. Co ciekawe nie ma w niej ani jednej wzmianki o Bogu. Rozumiana dosłownie jest po prostu pięknym poematem miłosnym. Ale rozumiana alegorycznie, pieśń ta ukazuje nam wspaniały obraz miłości Boga i jego ludu.

Jest niemal pewne, że pierwsi czytelnicy „Pieśni nad Pieśniami” odczytywali ją jako wielką alegorię, jako poetycki obraz miłości Boga do narodu wybranego. Izraelici odnajdywali tu przecież te same symbole, co w słowach proroków Starego Testamentu. Mówili oni o „pasterzu”, o „królu”, o „winnicy”, o „oblubieńcu” i „oblubienicy”. Co więcej, wszystkie te starotestamentowe obrazy, występujące w „Pieśni nad Pieśniami”, mają swoje przedłużenie w Nowym Testamencie. Chrystus jest wielokrotnie ukazany w Ewangeliach, listach apostolskich i Apokalipsie jako wypełnienie tych obietnic.

Żeby właściwie zrozumieć „Pieśń nad Pieśniami”, trzeba więc interpretować ją na różnych „poziomach”. Na poziomie duchowym jest to pieśń o miłości Boga i człowieka. Każdy, kto jednak ma jakieś pojęcie o miłości dobrze wie, że jej prawdziwość mierzy się językiem praktyki codziennego życia. Przemieniając nieco znane powiedzenie św. Pawła na temat wiary można by bez uszczerbku dla prawdziwości stwierdzenia powiedzieć: „Miłość bez uczynków jest martwa”.

A ponieważ to wprowadzenie do medytacji pozwólcie, że odniosę się pokrótce do tego aspektu miłości Boga i człowieka jakim jest modlitwa. Modlitwa to przestrzeń na której człowiek niejednokrotnie zmaga się z wielkimi trudnościami. Atakują nas one w postaci rutyny, duchowego lenistwa, czy zniechęcenia. Innym razem mimo dobrych chęci ciągle jesteśmy atakowani przez różnego rodzaju rozproszenia, które naszym zdaniem czynią modlitwę nieefektywną.

Wrócę jednak do pytania, które już niejednokrotnie zostało tutaj postawione: „Dlaczego w ogóle się modlę?” To pytanie, które warto sobie zadawać, bo odsłania naszą wewnętrzną motywację, która w życiu duchowym odgrywa niebagatelną rolę. Drugie pytanie dotyczy sposobu modlitwy: „Czy sposób w jaki się modlę, może od wielu lat mi odpowiada?” Wbrew pozorom to nie jest źle postawione pytanie. Modlitwa nie ma być męczarnią. Zmagania, które nas dotykają w praktyce modlitwy i tak stają się wystarczającym polem duchowej walki czy ascezy. Tymczasem Chrystus chce aby nasza modlitwa stawała się dla nas przyjemnością spotkania z Nim. On sam był najlepszym przykładem takiej modlitwy, która była dla Niego radosnym obcowaniem z Ojcem, odpoczynkiem w Jego obecności. Dlatego warto pytać siebie: „Czy moja modlitwa jest dla mnie odpoczynkiem w obecności Boga?” Jeśli nie to może dlatego, że wciąż widzę w niej bardziej zobowiązanie niż wyraz pełnego przyjaźni i miłości spotkania z Chrystusem (przypomnę tu tylko tekst z Pieśni nad Pieśniami: „Ja należę do mojego miłego, a mój miły należy do mnie” – tym właśnie powinna być modlitwa). Może być też i tak, że jeszcze nie odnalazłem właściwej sobie formy modlitwy, dlatego mnie ona często zniechęca. Warto zatem szukać i reformować naszą modlitwę! Znów przypomnę słowa jednego z nauczycieli modlitwy arcybiskupa Anthoni’ego Blooma: „Modlitwa jest tym bardziej autentyczna im bardziej jest osobista”.

Dlatego zapraszam, aby wchodzić w medytację z nastawieniem, że będzie to spotkanie z Przyjacielem – Jezusem, chwila wytchnienia w Jego obecności i tak ją przeżyć dla Niego i dla siebie. „Ja należę do mojego miłego, a mój miły należy do mnie”… Nic więcej nie jest w tej chwili ważne. Pozwólmy sobie na delektowanie się tą obecnością Boga wobec którego stajemy.

Zasady modlitwy, jaką nazywamy medytacją niedyskursywną są proste: Wejdźmy w przestrzeń ciszy, w której pozwolimy Chrystusowi mówić z miłością do naszego serca, czego znakiem jest recytowane w ciszy serca medytacyjne wezwanie, którym może być przyzywane imię Jezus lub wezwanie Marana Tha, albo Jezu ufam Tobie. Powtarzajmy je w sercu spokojnie i delikatnie przez cały czas trwania medytacji. To, co pozwoli nam lepiej wejść w przestrzeń tej modlitwy to postawa naszego ciała i oddech. Zachowajmy postawę ciała, w której nasz kręgosłup będzie wyprostowany, co ułatwi nam skupienie i oddychajmy spokojnie, na tyle głęboko na ile możemy to uczynić bez wymuszania naszego oddechu. Spokojny oddech wpłynie na uspokojenie naszego serca i naszych zmysłów. Następnie w rytm oddechu powtarzajmy medytacyjne wezwanie, trwajmy w  im, pozwólmy, aby ono nas poprowadziło ku doświadczeniu zanurzenia się w miłość Boga. „Ja należę do mojego miłego, a mój miły należy do mnie”. Niech te słowa staną się doświadczeniem tej medytacji…

Dobrze jest poprzedzić każdą medytację jakąś modlitwą np. do Ducha Świętego, gdyż zgodnie z obietnicą Chrystusa Duch Święty jest tym, który dopełnia naszych braków w modlitwie i przyczynia się za nami.

Modlitwa do Ducha Świętego przed medytacją

Duchu Przenajświętszy, odwieczna miłości Ojca i Syna, Tobie, poświęcam mój umysł, wolę i uczucia; oświecaj mnie. Obym przez doświadczenie tej medytacji postępował w poznaniu Jezusa mojego Mistrza, rozumieniu Jego nauki oraz miłości. Tobie, Boże zawierzam czas tej medytacji i proszę prowadź mnie według Twojej woli, podtrzymuj w zasłuchaniu w Twoje słowo i otwarciu na Twoją przemieniającą miłość. Tobie Duchu Święty, poświęcam także moje serce; strzeż go i przez słowo w które się wsłuchuję w tej modlitwie pomnażaj we mnie życie Boże. Amen.

Gott anbeten in Wien!

Niech mi lingwiści wybaczą, jeśli w tytule niniejszego wpisu popełniłem błąd, ale niemieckiego uczyłem się już dawno temu, moja nauka trwała dwa lata i ciąg dalszy nastąpi w czyśćcu (o ile tam kiedyś trafię), co odzwierciedla mój osobisty stosunek do tego języka:-)

I tak oto udało się nam wylądować w Wiedniu. Wylądować, to może niezazbytnio odpowiednie słowo, bo podróżowaliśmy samochodem w ekstremalnym upale. Termometry wskazywały 36 stopni. Na szczęście podróż z Boża pomocą upłynęła spokojnie. I tak oto dane mi się jest zachwycać stolicą Austrii, która oczywiście powitała nas kultowym Grüß Gott. Kocham ten kraj za to, że świadomie lub bezwiednie chwali Boga na dzień dobry. Dzisiaj dane nam było na chwałę Boga zrobić 50 kilometrów rowerami po Wiedniu. Miła przejażdżka…

Przyznać muszę, że od kiedy po raz pierwszy zawitałem do Wiednia a było to roku Pańskiego 1992, to miasto nie przestaje mnie zachwycać. Oczywiście lubię wiele miast, ale to, co urzeka mnie w Wiedniu szczególnie to poza ogólną życzliwością ludzi fakt, że to miasto nie przytłacza jak wiele innych stolic, z których kilka już w swoim życiu zobaczyłem. Wielkie przestrzenie, bezludne zakątki, w których można się zaszyć nie chcą spotkać nikogo i dosłownie posłuchać ciszy (w stolicy europejskiego państwa!), nie wspominając już o kulturalnej stronie tego miasta. Ponadto jest to miasto bardzo życzliwe rowerzystom. Ścieżki rowerowe dosłownie poprowadzone są wszędzie, dlatego to tym razem postanowiliśmy pozwiedzać tę stolicę właśnie z perspektywy rowerzysty.

W naszej podróży zatrzymaliśmy się przy polskiej parafii św. Józefa na Kahlenbergu w Wiedniu. To enklawa polskości na tych ziemiach i miejsce wyjątkowe z perspektywy historycznej, z tego bowiem wzgórza, król polski Jan III Sobieski dowodził zwycięską bitwą nad Turkami. Wyjątkowy jest też widok na Wiedeń z perspektywy tego wzniesienia:

widok z Kahlenbergu

Ksiądz Roman przypomina wszystkim odwiedzającym kościół, że w czasach zaborów, kiedy nie było polskiego państwa, Polacy mogli przyjechać do Wiednia i „tam, gdzie byliśmy zwycięzcami mogli poczuć Polskę, która była wówczas zakazana”.

Za każdym razem, kiedy spoglądam z tego wzgórza na Wiedeń rozciągający się u stóp wzniesienia przypomina mi się inna góra, ta na którą Chrystus wchodził aby wygłosić swoje słynne Kazanie na Górze, ale bo ta na którą się wspinał, aby odpocząć i być bliżej Ojca. Dla mnie dzisiaj ta góra jest także miejscem odpoczynku, wytchnienia. Cieszę się pobytem tutaj jak dziecko. Dzisiejsza Ewangelia także przypomina o odpoczynku Chrystusa, choć co prawda udaremnionego przez szukające Go tłumy. Mnie osobiście ta perykopa ewangeliczna daje dużo do myślenia. Kiedy spoglądamy na odpoczywającego Jezusa, czy na Jego uczniów łatwo może umknąć naszej uwadze fakt, że pragnąc odpocząć Oni nie szukają jakiegoś szczególnego miejsca, choć zapewne pewnego rodzaju odosobnienie jest wskazane, ale tak naprawdę odpoczywają przy kimś… Chrystus odpoczywa przy ojcu, uczniowie odpoczywają przy Chrystusie. To także ważna lekcja dla nas: Chrześcijański odpoczynek to powrót do źródeł, możność przebywania obok Chrystusa, cieszenia się Jego bliskością, słuchania Go, uczestniczenia w Jego planach. Obok Jezusa uczeń odzyskuje siły, uczy się, aby potem na nowo móc służyć innym. W tym przypadku odpoczynek będzie zawsze oznaczał jakieś stanięcie z boku  głównego nurtu naszego życia, aby móc znaleźć przestrzeń ciszy i spokoju w spotkaniu z Bogiem i aby wrócić do tego nurtu naszego życia z nowymi siłami. Zastanawiam się czasem dlaczego tak wielu ludzi nie odpoczywa na modlitwie, czemu modlitwa dla nich nie jest miejscem wzmocnienia ich sił. Może dlatego, że tak naprawdę nie spotykają w niej Boga… Prawdziwy uczeń Chrystusa odpoczywa tylko wtedy, gdy pozwoli sobie naprawdę zanurzyć się w miłosierdziu i trosce Jezusa o niego…

Pozwolić się kształtować w duchu Chrystusa

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.
Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić”. (Mt 11,25-27)

W dniu dzisiejszym towarzyszy nam kolejny patron, który obok św. Benedykta był wzorem łączenia życia aktywnego z kontemplacją, którego owocem jest tak bardzo pożądana w naszym życiu równowaga – mowa oczywiście o św. Bonawenturze.

Zwłaszcza współczesnemu człowiekowi potrzeba tej wewnętrznej równowagi, przekładającej się na zewnętrzną jakość życia. Chrystus w dzisiejszej Ewangelii mówi o „tych rzeczach”, które Bóg zakrył przed tymi, którzy są mądrzy z punktu widzenia świata a objawia je ludziom prostego i pokornego serca. Ci pokorni sercem, to ludzie, którzy wiedzą, że prawdziwa mądrość podobnie jak prawda są bardziej darem Boga niż owocem intelektualnego wysiłku i poszukiwań.

Gdybyśmy chcieli w możliwie zwięzły sposób opisać współczesnego człowieka, to z pewnością jednym z najbardziej miarodajnych kryteriów takiego opisu byłby jego stosunek do prawdy. Zwłaszcza, że współczesny świat za Piłatem neguje istnienie jednej i niezmiennej prawdy i z pewnością utrudnia o ile nie uniemożliwia człowiekowi dotarcie do prawdy, zwłaszcza tej jedynej Prawdy, którą objawia Chrystus i która jako jedyna może nadać głęboki sens ludzkiemu życiu.

Współczesny świat w zamian próbuje wepchnąć człowieka w świat iluzji, przeinaczeń, miraży, półprawd, które sprawiają, że nie tylko nie sposób nazwać rzeczy po imieniu, ale w konsekwencji prowadzi to człowieka do postępowania pełnego dwuznaczności i nierzadko zgodny na życie złudzeniami, którymi nieustannie jesteśmy karmieni. W takiej rzeczywistości łatwo się zagubić i łatwo dołączyć do pytania postawionego kiedyś Chrystusowi przez Piłata: „Cóż to jest prawda?” A stąd już tylko krok do zgody na to, że jedna i obiektywna prawda nie istnieje.

Jak to się ma do stwierdzenia Chrystusa: „Poznacie prawdę a ona was wyzwoli?”.
My, Chrześcijanie wiemy, że istnieje jedna i obiektywna prawda, która swoje źródło ma w Bogu i z perspektywy której dopiero wszystko jest właściwie postrzegane. Niestety musimy przygotować się na to, że z takimi przekonaniami nie będziemy dobrze widziani przez tych, którzy przekonują, że każda prawda jest względna, bo dzięki temu można manipulować człowiekiem, zasadami i prawem do woli.

Jednak wiara w jedną i niezmienną prawdę jaką jest Chrystus nie tylko pozwala doświadczyć prawdziwości Jego słów mówiących o tym, że żyjąc nią nie jesteśmy ze świata jak i On nie jest ze świata, ale też uczy nas patrzeć na wszystko z właściwej, Bożej perspektywy. I właśnie ta perspektywa nie tylko daje nam poczucie wolności, ale też czyni nas naprawdę wolnymi.

Nie znaczy to oczywiście, że nie będziemy atakowani przez pokusy, chcące w nas zasiać zwątpienie w jedyną prawdę. Tym, co nas jednak może uchronić przed ułudą proponowaną przez świat jest Słowo Boże. Jeśli będziemy się w nie z wiarą i wytrwałością wsłuchiwali, wówczas doświadczymy tego, o czym Chrystus mówi w dzisiejszej Ewangelii:>>Bóg przez swoje Słowo, które jest prawdą pozwoli nam poznać siebie a przez kontemplację tego Słowa będzie nas uczył swojego sposobu myślenia i patrzenia na rzeczywistość<<.
Ważne tylko, abyśmy w prostocie serca otworzyli się na to Boże Słowo i Bożą łaskę i pozwolili się jej kształtować w duchu Chrystusa. Drogą do tej prostoty serca jest bez wątpienia medytacja, gdzie dając Bożemu Słowu pierwsze miejsce, pozwalamy aby ono objawiało nam Boga i Jego prawdę.

Wolność do służby

Przykazał im, aby nic ze sobą nie brali. Każdy z nas, podobnie jak apostołowie, otrzymał jakaś określoną misję do spełnienia. Najczęściej określa się ją mianem powołania. W tę misję powinniśmy być zaangażowani całym naszym sercem, całą naszą uwagą, całym nakładem naszych sił. Tylko pod tym warunkiem możemy wypełnić tę misję skutecznie z Bożego punktu widzenia. Bez względu na to czy będzie to powołanie do bycia księdzem, żoną, mężem, matką, dziadkiem, lekarzem, nauczycielem czy managerem wielkiej firmy. Chrystus zachęcając nas do dobrego przezywania naszego życia przykłada do niego zawsze równą miarę – jest to miara zaangażowania naszego serca w to, co robimy. Czego sam zresztą dał przykład. Oczywiście po ludzku rzecz biorąc jakieś efekty otrzymamy także wówczas, gdy to zaangażowanie będzie połowiczne, ale nigdy nie będą to efekty zadowalające z punktu widzenia chrześcijańskiego.
Dzisiaj Pan Jezus wskazuje na jeszcze jedną ważną cechę konieczną do wypełnienia swojej misji, albo jak ktoś chce do dobrego i owocnego przeżycia swojego życia. Jest nią wolność! Jest rzeczą stwierdzoną, że nadmierne przywiązanie do wartości materialnych obciąża a nawet paraliżuje człowieka w wypełnianiu jego zadań. Takie czasem wręcz „nieprzytomne” przywiązanie do tych wartości, skupienie na nich większej uwagi niż na to zasługują potrafi na tyle zaangażować w nie nasze serca, że w konsekwencji zaczyna zacieśniać horyzonty człowieka do tej właśnie wartości i zamykać go zarówno na to, do czego nas zaprasza Bóg jak i na sprawy bliźnich. Wbrew pozorom nie trzeba nawet wiele posiadać – a być przesadnie przywiązanym, do tego, co się ma choćby do jakichś fatałaszków, które symbolizują w dzisiejszej Ewangelii przywołane przez Chrystusa torba i sandały. Chrystusowi chodzi zresztą nie tylko o przywiązanie, ale także o nadmierne pożądanie tego, czego możemy jeszcze nie mieć a co tak skutecznie odwróci człowieka uwagę od innych ważnych spraw, że w konsekwencji doprowadzi do ich zaniedbania. Przykładem takiego nadmiernego pożądania może być pragnienie sukcesu zawodowego, któremu potrafię podporządkować wszystko, także dobro rodziny.
To, co Chrystus chce nam uzmysłowić, to fakt, że jedynie poskromienie naszych wybujałych przywiązań i pragnień czyni człowieka wolnym i dyspozycyjnym. A nie będąc wolnym nie da się przeżywać w pełni i dobrze ani naszego człowieczeństwa, ani naszego chrześcijaństwa. Jak tu jednak rozeznać, co jest naszym właściwym pragnieniem a co już przesadnym w świecie, który za sprawą reklam ciągle nam próbuje wmówić, że bez tego to a tego produktu, nie możemy w pełni cieszyć się życiem i że sięgając po niego nie czynimy tego z powodu wybujałych pragnień, ale dlatego, że jesteśmy tego warci.
To dobry lep dla tych, którzy nie zawsze noszą w sobie swoje obiektywne poczucie wartości i dlatego muszą się dowartościowywać tymi różnymi dodatkami. Dlatego tak bardzo trzeba nam wsłuchiwać się w Słowo Boże, które nam o tej naszej wielkiej wartości przypomina – ka chociażby w to, co pisze do nas św. Paweł w drugim czytaniu.
Ktoś oczywiście może powiedzieć: im więcej posiadam – tym więcej dobrego mogę zdziałać. To już jeden z wielkich filozofów Soren Kierkegaard powiedział: Aby się czuć tak naprawdę nieskrępowanym, trzeba albo posiadać bardzo dużo – albo zupełnie nic. Poczucie tego, że posiada się niewiele staje się dla człowieka największą niedolą i źródłem największego pożądania. A czy nie tak myśli y o sobie zazwyczaj. W sumie posiadam niewiele. Dobrze by mec jeszcze to i to i tamto. Xsiński ma, czemu ja nie mogę mieć?…
Zresztą człowiek tak naprawdę posiada tylko jedno: samego siebie i to na tyle na ile jest naprawdę wewnętrznie wolny. Tylko wówczas oddając się służbie jakiejś idei, gotowi jesteśmy poświęcić dla niej wszystko. Gdyż – jak chce podkreślić dzisiaj Chrystus – oddać siebie można tylko pod warunkiem bycia naprawdę wolnym. I dotyczy to każdej kwestii: relacji małżeńskich, pracy, służby drugiemu, czy służby Bogu…
Oczywiście zapyta ktoś: Czy jednak ofiarnie pracując i wypełniając nasze powołania, nie mamy prawa do pełni rekompensaty również w uczciwie zapracowanych wartościach doczesnych. Myślę, że mądrej odpowiedzi udziela na to pytanie jedna z naszych polskich pisarek: „Kiedy pracujesz i to, co robisz niesie ci radość i entuzjazm, masz już swoją największą zapłatę. Jeśli zaś brakuje ci radości i entuzjazmu z tego co robisz, jest w tobie i żadna inna rekompensata nie zdoła cię zadowolić”.

Fenomen św. Benedykta

Ostatnimi laty udawało mi się przeżywać święto świętego Benedykta albo w gronie jego duchowych synów albo przynajmniej w gronie oblatów – duchowo przynależących do grona tych, którzy obok mnichów starają się podążać drogą jego reguły w codziennym życiu, do których to piszący te słowa ma także szczęście należeć. W tym roku nie dane mi jest świętować święta Patrona Europy w żadnym z benedyktyńskich klasztorów, ale za to miałem sposobność uczestniczyć w jednym spotkaniu, na którym mieliśmy okazję poza wyśmienitą konferencją Pana Prof. Michała Królikowskiego na temat zastosowania reguły św. Benedykta do zarządzania przedsiębiorstwem podyskutować o tym, jakie ta reguła ma zastosowanie w naszym życiu. Pozwolę się podzielić kilkoma punktami będącymi owocem obydwu powyższych refleksji

Duchowość benedyktyńska właściwie nie jest niczym wyjątkowym — jest po prostu chrześcijańska. Powodem jej uwypuklenia, jako pewnego doświadczenia życia według Ewangelii, jest przede wszystkim — zapisany w Regule — sposób organizacji życia wspólnotowego i indywidualnego ustalony przez wielkiego świętego, pierwszego patrona Europy, ojca zakonów, patrona prawodawców i dobrej śmierci — a tym samym, dobrego życia.
Na pytanie o duchowość benedyktyńską, większości osób przychodzą zapewne na myśl: benedyktyńska praca, benedyktyńska gościnność i być może, postawa milczenia mnicha. Nie będzie w tym błędu, jednak sens monastycyzmu benedyktyńskiego kryje się znacznie głębiej. Regułę św. Benedykta otwierają słowa: obsculta, „Słuchaj, synu”. W nich zakorzeniona jest zasadnicza postawa ucznia Chrystusa.
Oznacza to kilka istotnych rzeczy. Po pierwsze, postawę zasłuchania w Prawdę i wysiłek nieustannego jej poszukiwania w codziennych kontekstach życia. Po drugie, uwolnienie się od swojego władztwa nad koncepcjami i ludźmi na rzecz posłuszeństwa przychodzącym „spoza mnie” kryteriom oceny moralnej lub rygorowi cnót, o które się zabiega. Po trzecie, stałość. Dla mnicha oznacza ona przywiązanie do jednego klasztoru jako miejsca pracy, nawiązywania relacji z Bogiem i bliźnimi oraz odpoczynku. Dla świeckiego oblata stałość to przede wszystkim wierność obowiązkom swego stanu i zawodu, unikanie pokusy łatwego porzucenia powierzonego miejsca (zadania, powołania) oraz odrzucenie wszystkiego, co stoi w sprzeczności z drogą prostoty.

Chodzi tu zatem o takie życie, w którym w pełnej harmonii uda się połączyć zarówno uwielbienie Boga w modlitwie, jak i w codziennym starannym wypełnianiu codziennych takich jak: sumienna praca zawodowa, odebranie dzieci ze szkoły, pomoc w odrobieniu im lekcji, zrobienie weków, spacer z żoną. W takim ujęciu to pierwsze zadanie — uwielbienie Boga — staje się zresztą istotną treścią każdej następnej z wymienionych czynności.

W tradycji monastycznej akcentuje się w szczególny sposób szacunek dla drugiego człowieka. Bierze się on z przekonania, że to Chrystus przychodzi w bracie, w drugim człowieku, co ważne — także w trudnym bliźnim.
Nie sposób mówić o duchowości benedyktyńskiej bez refleksji nad postawą pokory. W siódmym rozdziale Reguły odnajdziemy program dwunastu kroków pokory — plan życia wewnętrznego, który otwiera na świętość. Wyrażając je językiem bardziej współczesnym i bliższym codziennemu życiu człowieka świeckiego, oznaczają one przede wszystkim: dbanie o świadomość przebywania w obecności Bożej, zachowanie w trudnościach „milczącej i świadomej cierpliwości, z którą znosząc wszystko, nie słabniemy i trwamy do końca”, skromność, dyscyplinę w manifestowaniu swojej osoby i unikanie narzucania siebie, czujność pozwalającą dostrzegać potrzeby bliźniego, posłuszeństwo przełożonemu (po tym, jak starannie i w dobrej wierze zadba się o jego prawidłowe rozeznanie na dany temat).

Istotny jest jeszcze benedyktyński ideał równowagi. Wyraża go przede wszystkim znane powiedzenie ora et labora, „módl się i pracuj”. Zawarty jest w nim wielki potencjał, umożliwiający adaptację Reguły benedyktyńskiej do życia świeckiego, w którym potrzeba połączenia tych dwóch wymiarów życia jest trudna do przecenienia.

Pierwsza lektura dość krótkiej, nierównej pod względem szczegółowości i charakteru zapisów Reguły może pozostawić poczucie dużego niedosytu. Dopiero stopniowe odkrywanie mądrości drobnych rozwiązań lub podpowiedzi, jakie daje św. Benedykt, otwiera na fenomen duchowości benedyktyńskiej. Jej ostatecznym wyrazem oraz celem zabiegów osobistych i społecznych jest pax, pokój. Dbając o człowieka, dążymy do pokoju wynikającego z zaspokojenia naszych najgłębszych tęsknot, poczucia bezpieczeństwa i roztropnego eliminowania powierzchownych konfliktów i temu, co sprzeciwia się pojęciu miłości, jako troski o dobro nie tylko moje, ale i tych, których Bóg przecież nigdy bez przyczyny nie stawia na drogach mojego życia.

W moim przekonaniu, stosowanie Reguły św. Benedykta w życiu świeckim jest nie tylko możliwe, ale dokonuje się w dość naturalny sposób. Jest to konsekwencja faktu, że organizacja pierwotnych wspólnot dotyczyła braci świeckich, a nie kapłanów. Rola mnichów ze święceniami kapłańskimi była wyjątkowa, a ich obecność była raczej darem niż oczywistością. Tak samo zresztą opat nie musi należeć do stanu duchownego, może być po prostu bratem.

Z drugiej jednak strony aplikacja duchowości benedyktyńskiej do świeckiej codzienności musi brać pod uwagę odmienne warunki, do których odnosimy mądrość Reguły — bycie poza klasztorem, normalną pracę i troskę o rodzinę, bezpośredni kontakt ze wszystkim, co przychodzi ze świata. Dlatego dla Benedykta zawsze ważniejszy niż litera Reguły jest jej duch.