Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Przemieniać percepcję

Wy, choć nie widzieliście Jezusa Chrystusa, miłujecie Go; teraz wierzycie w Niego, chociaż nie widzicie; a ucieszycie się radością niewymowną i pełną chwały wtedy, gdy osiągniecie cel waszej wiary, zbawienie dusz. (1 P 1,8)

Ojciec John Main nauczał, że: „Medytować, to do końca oczyszczać swoją percepcję do jednego punktu, którym jest Jezus Chrystus”. Chrystus jest bowiem nasza drogą, naszym celem i naszym przewodnikiem. Oczywiście jest naszym celem w tym sensie, że przez zjednoczenie z Nim możemy dojść do ostatecznego zjednoczenia z Bogiem.

Nauczyciele i badacze medytacji właściwie są zgodni co do tego, że niemożliwe jest wy tłumaczenie medytacji, podobnie jak niemożliwe jest znalezienie odpowiedniej terminologii na doświadczenie chrześcijańskie. Pewien filozof ujął to w słowach: „W momencie, kiedy zaczynamy mówić o tajemnicy Boga, słychać zamykające się bramy niebios”. Mimo to trzeba próbować o tym mówić, lecz ostatecznie nasze słowa powinny nas doprowadzić do milczącego zachwytu – jak ująłby to św. Jan od Krzyża. Cisza bowiem najlepiej wyraża naszą ignorancje wobec tajemnicy Boga, ale i pokorę konieczną do otwarcia na Jego światło, które jako jedyne może nam objawić Boga nie przez intelektualne zrozumienie Go, ale przez miłość. Właśnie dlatego medytacja zaprasza nas do ciszy, gdyż to właśnie milczenie jest drogą do nieopisanego słowami misterium, które mamy odnaleźć w głębi naszego serca.

Przywołajmy w tym miejscu raz jeszcze słowa o. Johna Main’a, który nauczał, że: „Medytacja jest jak przekraczanie bariery dźwięku. Kiedy dochodzimy do tego momentu, pojawia się wiele turbulencji. Jest to moment przejścia, przez który może nas przeprowadzić dyscyplina, jakiej uczymy się przez wiernemu powtarzaniu słowa i całkowitemu otwarciu na miłość Chrystusa”.  Dyscyplina codziennej i wiernej praktyki jest nam potrzebne, żeby nauczyć się wolności ducha w miłości. Ciągle nam się wydaje, że dojście do nie wymaga od nas wiele odwagi i wytrwałości. Z czasem jednak zaczynamy rozumieć, że wszystko, co jest nam potrzebne do przebycia tej duchowej podróży otrzymujemy za darmo w Chrystusie. My musimy się jedynie otworzyć na dar.

Zaufać pośród burz

Iść odważnie do przodu… Oto nasze powołanie. Nigdy się nie poddawać, ale wciąż od nowa podejmować życiowe wyzwania. Nie oznacza to wcale konieczności samych zwycięstw. Wręcz przeciwnie, porażki także odgrywają  bardzo ważną rolę na drodze autentycznego wzrostu. Można powiedzieć, że niepowodzenia są nawet zbawiennym doświadczeniem z perspektywy życia duchowego. Kto nie nauczył się przegrywać, ten jeszcze nie jest w gronie prawdziwych zwycięzców – przypominali już pierwsi Ojcowie Kościoła.

Ciągłe zwycięstwa grożą bo wiem szeregiem autodestrukcyjnych iluzji. W głębi duszy człowieka, który z natury jest kruchy i słaby, rodzi się wówczas złudne przekonanie: „Jestem najmocniejszy i niezniszczalny”. I drugie powiązane z tym przeświadczenie: „Bóg właściwie nie jest mi do niczego potrzebny!” Znamy przecież takie osoby, które uwierzyły w swoją moc i mądrość i w konsekwencji straciły wiarę… Ciągłe sukcesy zwłaszcza przeżywane przez kogoś niedojrzałego oznaczają często, że człowiek może zatrzymać się w rozwoju, w bezpiecznym „światku przeszłości”. To także jedno z niebezpieczeństw tzw. „bezstresowego wychowania”, które próbuje uchronić dzieci przed wszelkimi doświadczeniami konkretnych porażek, czy bolesnych doświadczeń a które wcześniej czy później może przerodzić się regres zarówno w życiu duchowym jak i w wymiarze doczesnego radzenia sobie z problemami – o czym przypominał znany polski psycholog, twórca tzw. „dezintegracji pozytywnej” prof. Kazimierz Dąbrowski.

Jezus, który nas kocha  jest najlepszym pedagogiem pragnie, aby człowiek żył i rozwijał się. Dlatego wciąż od nowa kieruje życiodajne zaproszenie: „Przeprawmy się na drugą stronę” (por. Mk 4, 35-41); „Odkryjmy razem nowy świat”. Jest to propozycja, aby ze znanego już brzegu rzeczywistości przedostać się na jej drugi brzeg, ten związany z doświadczeniem wary. Przypomina to inne wyzwanie Chrystusa stawiane uczniom: „Wypłyńmy na głębię”, do którego często odwoływał się św. Jan Paweł II. Nie należy tego mylić z próżnym szukaniem „nowości dla samej nowości”, czemu często hołduje współczesny świat lub ze „stawianiem wszystkiego na głowie”. W perspektywie wiary „nowość” jest owocem działania Ducha Świętego i na pewno służy lepszej realizacji woli Bożej w naszym życiu.

Owszem Jezus wie, że podejmując ważne wyzwania, które On stawia nam w Ewangelii, często nie będziemy dawać rady. Poniesiemy porażki, które mogą zasiać zwątpienie w nasze serca. Ale paradoksalnie to właśnie nasze porażki, czy życiowe burze mogą zrodzić postawę zaufania w Boże miłosierdzie, bardziej niż życiowe sukcesy. Pan Bóg dopuszcza nasze upadki, gdyż wie, że są cennym budulcem w konstruowaniu gmachu naszej wiary. Nie wiary w siebie, ale w Boga. Tak jak było w życiu – przywołanego w pierwszym czytaniu przeznaczonym na dzisiejszą liturgię słowa – biblijnego Hioba.

Gdy staniemy w prawdzie, nieraz bolesnej, wtedy czarno na białym widzimy nasze ograniczenia. To właśnie świadomość swej kruchości wyzwalała zawsze w sercu człowieka szczere wołanie do Boga.

Dobrze widać to na przykładzie dzisiejszego ewangelicznego epizodu, gdy pośród szalejących na jeziorze fal uczniowie wołają: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?”. Znamienna jest reakcja Jezusa: ucisza jezioro i zarazem wskazuje uczniom brak wiary. Nie jest to jednak pretensja skierowana po ich adresem. Mistrz akceptuje słabość uczniów, wysłuchując ich wołania. Zarazem wskazuje kierunek dalszego duchowego rozwoju, którego owocem jest większa odwaga w podejmowaniu decyzji, zmniejszenie koncentracji na sobie i głębsze zaufania Bogu. Jeśli Bóg do czegoś zaprasza, to na pewno towarzyszy człowiekowi i wspiera go w tym zadaniu.

Chrystus chce nam dzisiaj przez tę scenę z Ewangelii przypomnieć to, o czym często zapominamy, że jest osobiście z nami w każdym doświadczeniu, w każdej życiowej zawierusze, tak, jak był ze swoimi uczniami w burzy. Oczywiście wszyscy woleli by przeżywać życie bez burz i zawirowań, ale wiemy, że nie jest to możliwe. Jednak życiowe burze są dla nas zawsze sprawdzianem naszej wiary.

Jezus wie, że życie nasze jest bardzo kruche i jedna fala niepowodzenia czy fala zła, którego doświadczymy może nas tak łatwo pozbawić naszej wewnętrznej równowag a nawet wtrącić w zwątpienie. Dlatego zdaje się nas dzisiaj pytać: ”na kim polegasz, gdy przeżywasz w życiu trudności. Na Mnie, czy na swoich siłach i mądrości?”

Jezus nie przyszedł likwidować skutków, ale przyczyny wszelkich burz i naszego chaosu, tak zewnętrznego jak i wewnętrznego.

Jest Bogiem obecnym pośród burz, które często sami wywołujemy i z którymi potem nie potrafimy sobie poradzić. On potrafi uciszyć każda burzę. Tylko czy my w to wierzymy?

Ocean życia możemy bowiem bezpiecznie przepłynąć tylko trzymając się blisko Tego, który w największej burzy cierpienia i samotności, na krzyżu, pokazał, że jest zwycięzcą. Dobrze jest Mu zaufać!

Cisza medytacji

Kto skąpo sieje, ten skąpo i zbiera, kto zaś hojnie sieje, ten hojnie też zbierać będzie. Każdy niech przeto postąpi tak, jak mu nakazuje jego własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszonym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg. [2 Kor 9, 6-7]

Medytacja jest drogą do naszego wnętrza, sposobem dotarcia do fundamentów naszego bytu, po to aby znaleźć tam pokój, ciszę i ukojenie. W swej istocie jest ona sposobem uczenia się uważności, bycia czujnym, aby nie przeoczyć tego co naprawdę ważne w życiu. Drogą do tej czujności jest cisza. Milczenie. Z tego między innymi powodu medytacja jest sporym wyzwaniem dla ludzi naszych czasów. Wiele osób dzieli się nawet doświadczeniem, że cisza ich przeraża, że boją się ciszy. Warto jednak pamiętać, że do przebywania w ciszy trzeba dorosnąć, ale można się też do niej przyzwyczaić, aby następnie ją pokochać. Wówczas staje się ona przestrzenią naszego odpoczynku, ale także a może przede wszystkim przestrzenią zasłuchania w siebie i w Boga.

Praktyka medytacji jest drogą wprowadzania w ciszę zarówno tę zewnętrzną jak i tę wewnętrzną, o którą dużo trudniej współczesnemu człowiekowi epoki mediów. Jednym z zasadniczych odkryć w praktyce medytacji jest to, że to nie do nas należy wytwarzanie ciszy, że ona już jest. Musimy tylko ją odkryć, wejść w nią po to, aby samemu stać się ciszą. Celem medytacji jest zatem odkrywanie tej ciszy w nas, aby ona mogła objawić się z całym swoim przemożnym bogactwem. Cisza bowiem nie jest – jak sądzą niektórzy – pustką. Każdy, kto doświadczył ciszy i kto w niej zasmakował wie, że cisza obdarowuje nas swoimi owocami. Są one podobne do tych, które wymienia św. Paweł w Liście do Galatów: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie [Ga 5,22]. Paweł Apostoł określa mianem owoców Ducha. Dlaczego zatem owoce ciszy miałyby być podobne do owoców Ducha? Dlatego właśnie, że cisza jest mową Ducha Świętego, przestrzenią Jego działania…

Wewnętrzne wyciszenie, uwolnienie się od niepotrzebnego natłoku myśli, uczuć czy słów a wsłuchiwanie się w jedno powtarzane w ciszy serca słowo (werset) jest najprostszą nauką wsłuchiwania się w Ducha Świętego, który zamieszkuje w naszym sercu i z miłością przemawia do tego serca. Jednym z podstawowych warunków aby usłyszeć ów głos Boga wewnątrz nas jest cisza. Duch Boży bowiem zamieszkuje w ciszy. Medytacja jest zaproszeniem albo raczej odpowiedzią na zaproszenie, aby z pokorą wejść w tę milczącą Obecność i się jej powierzyć. Wówczas będziemy mogli doświadczyć tajemnicy Bożego prowadzenia a także z większą świadomością cieszyć się ową tajemniczą i milcząca obecnością Boga w nas, która, co z zachwytem odkryjemy zacznie nadawać sens, kształt i cel wszystkiemu co robimy.

Trzy doświadczenia…

Miniony tydzień obfitował w doświadczenia, niektóre bolesne, inne radosne, ale najważniejsze, że każde z nich stało się dla mnie swoistym doświadczeniem wiary i działania Pana Boga.

Pierwsze, o którym już wspominałem to nagłe odejście mojego taty do domu Ojca. Nagła śmierć kogoś bliskiego zawsze zaskakuje. Często dla opisania tego, co przeżywamy w takiej chwili używamy określenia: „szok”. Nie wiem czy to określenie mieści się w doświadczeniu wiary… Innym częstym przeżyciem towarzyszącym nam w takich okolicznościach jest brak zgody na to, co nas spotyka. Czasem wprost, innym razem nie wprost przychodzi stawiane Panu Bogu pytanie: Dlaczego? Z perspektywy minionego tygodnia muszę przyznać, że to nie były moje doświadczenia. Owszem, nieoczekiwana wiadomość o śmierci kogoś bliskiego jest zawsze zaskoczeniem. Musze jednak przyznać, że Pan Bóg pozwolił mi przeżyć to doświadczenie  z wiarą i pokojem serca, które dla mnie samego było pewnym zaskoczeniem. Fakt, że w krótkim czasie trzeba było wszystko ogarnąć i być jeszcze wsparciem dla tych, którzy tę śmierć mocno przeżyli  z pewnością sprawił, że nie było zbyt dużo czasu na rozmyślania. Ale nie w tym jest sedno. Dla mnie doświadczenie śmierci to zawsze wyzwanie dla naszej/mojej wiary. Również w tym doświadczeniu, jak w każdym innym Bóg oczekuje od nas zawierzenia się Jemu z całą ufnością. Owszem takie uczucia jak smutek czy ból są ludzkie i uzasadnione. Uczucia to też dar od Boga. Trzeba je umieć zaakceptować i przeżyć, bo one na coś wskazują, są jak kawa, którą właśnie pijemy. Można się nią cieszyć, spróbować, ale trzeba wiedzieć, kiedy ją odstawić, aby nie pomylić uczuć z rzeczywistością. Mnie jednak w dniu pogrzebu uderzyło jeszcze jedno doświadczenie, silniejsze niż chwilowa emocja. Wdzięczność. Wdzięczność za dar osoby, którą się traci i wdzięczność za dobre relacje. Tak często w konfesjonale, czy przy okazji pogrzebów spotykam osoby, które przychodzą z wielkim bólem serca, że dla zmarłego nie mieli czasu, choć tyle razy postanawiali to zmienić,  że może się poróżnili i nie zdążyli pojednać…

Śpieszmy się kochać ludzi… Miał rację kapłan – poeta pisząc te słowa. Sam doświadczyłem ich prawdziwości i dzisiaj, choć mojego zmarłego taty nie ma już wśród nas mam spokojne sumienie, że tę zachętę – wezwanie ks. Twardowskiego udało mi się realizować w życiu. Teraz te relacje przeszły na inny poziom…

Drugie doświadczenie również dotyczy okoliczności śmierci mojego taty, choć wiąże się ono z okazanym wsparciem i życzliwością innych, której w tych dniach doświadczyłem. To kolejne przeżycie na płaszczyźnie wiary, gdyż to Bóg stawia na mojej drodze tylu życzliwych ludzi, których obecność objawiła się z taką mocą zwłaszcza w trudnych chwilach. Dla mnie niemal namacalnym doświadczeniem tego wsparcia była modlitwa tylu osób za mojego tatę. Kiedy załatwiałem pogrzeb w parafii, gdzie była msza pogrzebowa, mój kolega zapytał: –  Czy zapraszałem już któregoś z biskupów?  Odpowiedziałem, że nie. Nie miałem do tego głowy i nie chciałem zajmować im czasu. Wtedy on odparł: – To się samo dzieje… I rzeczywiście w niecałe pól godziny potem zatelefonował do mnie ks. kardynał z kondolencjami, przeprosił, że nie będzie mógł być na pogrzebie, ale obiecał, że odprawi mszę za mojego tatę. Kilka chwil później zadzwoniło jeszcze dwóch biskupów z pytaniem kiedy jest pogrzeb, bo chcieli by w nim uczestniczyć. „To się samo dzieje…” Obecność biskupa i kapłanów na pogrzebie rodziców księdza, zawsze daje szczególnie ważne poczucie wsparcia i solidarności z tą kapłańską rodziną, do której się należy, nie mówiąc już o wymiarze duchowym – tylu mszy świętych odprawianych w tym czasie za zmarłego.  Wiem bowiem, że wielu kapłanów, którzy nie mogli przybyć na pogrzeb odprawiało msze za mojego tatę w różnych miejscach. Nie wspomnę już o obfitym źródle modlitwy sióstr zakonnych i tylu osób świeckich znajomych i nieznajomych – czytelników bloga. Nic lepszego nie można zmarłemu ofiarować…

Przypomina mi się  w związku z tym pewne doświadczenie:

Oto opustoszałe klasztorne budynki, wznoszące się na zboczu wysokiej góry, nad potężną przepaścią. Po wejściu do jednego z pomieszczeń dostrzegłem wielkie, masywne  drzwi. Jednak delikatne naciśnięcie klamki wystarczyło, aby je otworzyć . Przed oczami rozpostarła się górska panorama. Zrobiłem krok do przodu, aby wejść i podziwiać majestatyczne szczyty. Wtem z impetem powiał bardzo silny wiatr i masywne drzwi z potężnym hukiem zatrzasnęły się za mną. Gdy odwróciłem się, zobaczyłem, że od mojej strony nie ma klamki. Cała konstrukcja drzwi była tak solidna i szczelna, że bez klamki nic nie mogłem zrobić, aby samodzielnie je otworzyć. W dole była tylko potężna przepaść. Sytuacja bez wyjścia…  Pomimo długiego stukania w drzwi, nikt nie przychodził z pomocą. Ciąg dalszy, to już inna historia…

Co intrygującego jest w tym zdarzeniu z drzwiami? Oczywiście to, że te same drzwi od zewnątrz można było łatwo otworzyć, ale od wewnątrz  były już całkowicie nie do otwarcia. O ile człowiek będący wewnątrz nie wiele  mógł uczynić, o tyle drugi człowiek bez trudu mógł mu pomóc. Wystarczyło wyzwalające naciśnięcie klamki.

To wydarzenie jest dla mnie od zawsze metaforą, która pozwala lepiej zrozumieć głęboki sens modlitwy za zmarłych. Nikt z nas nie wie do końca, jaki jest ich los, poza gronem beatyfikowanych i kanonizowanych postaci ogłoszonych przez Kościół. Nie wykluczone, że uczestniczą oni w procesie oczyszczenia koniecznym do pełnego zjednoczenia z Bogiem, lecz sami dla siebie nic już nie są w stanie uczynić. Drzwi do Boga, od ich strony, już nie mają klamki. Ale cud miłości polega na tym, że drzwi jednak można otworzyć. Mogą to uczynić osoby żyjące na ziemi poprzez modlitwę w intencji zmarłych. To niewiarygodne. Nasze lekkie dotknięcie „modlitewnej klamki” może być zbawienną pomocą dla zmarłych, aby mogli wejść do swego niebiańskiego mieszkania w Domu Ojca…

I trzecie doświadczenie jest świeżym przeżyciem dnia dzisiejszego. Mam na myśli konsekrację biskupią ks. Michała Janochy. Pominę tu nieustającą radość, która towarzyszy mi od chwili ogłoszenie Jego nominacji i głęboką świadomość, że to dobry wybór. Bóg zresztą innych nie dokonuje. Moja radość jest podyktowana nie tym, że dobrze znamy się z biskupem Michałem, mogę nawet powiedzieć – przyjaźnimy. Ona wypływa z przekonania, że będzie to dobry pasterz Kościoła i że takich biskupów Kościół i świat dzisiaj bardzo potrzebuje. Tę radość dzisiaj można było odnaleźć na twarzach wszystkich osób tak licznie zgromadzonych zarówno w katedrze jak i na późniejszej agapie. Ludzi, którzy otaczali biskupa  Michała swoją modlitwą. I znowu ta przejmująca siła modlitwy… Mam nadzieję, że w niej nie ustaną, bo skoro kapłanom potrzeba tak wiele modlitewnego wsparcia – o czym sam się nieustannie przekonuję, to o ileż bardziej biskupom, którzy są na pierwszej linii duchowego frontu. 

Niech wolno mi będzie na koniec przywołać słowa biskupa Michała, które wypowiedział w ramach podziękowań: „Bracia i siostry, dobrzy znajomi i ci nieznajomi jeszcze, do których będę posłany jako biskup! Z waszych dobrych twarzy aniołowie układają wielobarwną mozaikę. Niech otula ołtarz, na którym Słowo Ciałem się staje…” Ufam, że będzie otulała ona całe Jego biskupie posługiwanie.

biskup Michał

Medytacja – wewnętrzny głos ciszy.

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. [Mt 6, 5-7]

Najważniejszą sprawą w modlitwie jest wiedzieć jak się modlić. Ta prawda dotyczy także medytacji. Ważne jest zatem wiedzieć jak medytować. Kolejną rzeczą istotną dla praktyki medytacji jest być świadomym tego dlaczego podejmujemy tę praktykę? Człowiek medytował od zarania dziejów. Jak podają świadectwa i nauczanie pierwszych Ojców Kościoła, medytowali również chrześcijanie (choć może nie koniecznie od początku modlitwę opartą na jednym wezwaniu skomponowanym z oddechem nazywano medytacją). W ostatnich czasach wydawać się może, że praktyka medytacji przeżywa swój renesans. Bez wątpienia dzieje się tak dzięki wzmożonym relacjom z religiami Wschodu, w których to miejsce medytacji zawsze było bardziej wyraźne niż w tradycji chrześcijańskiej. Nie ma jednak wątpliwości, że właśnie ta fascynacja Wschodem i jego praktykami duchowymi stała się inspiracją dla wielu chrześcijańskich nauczycieli życia duchowego, aby zagłębić się we własną, chrześcijańską tradycję, tak aby móc odpowiedzieć tym, którzy szukając głębszego osobistego doświadczenia duchowego – z rozmaitych powodów – nie znajdując go w chrześcijaństwie, zaczęli zwracać się w kierunku tradycji wschodnich. Przykładem takich nauczycieli, którzy stali się inspiracją dla odkrywania w chrześcijańskiej tradycji różnych form medytacji byli m. in. trapista Thomas Merton, cysters Basil Pennington, benedyktyn John Main, czy jezuita Johannes Lotz.
Medytacja w swej istocie prowadzi modlącego się tą metodą do „trwania”, które w modlitwie, rozumianej jako spotkanie z Bogiem wydaje się najważniejsze. To trwanie, czy jak kto woli „bycie” przed Bogiem jest punktem wyjścia dla nawiązania relacji pomiędzy naszym ludzkim „ja” a Boskim „Ty”. Sam Chrystus, aby sprecyzować tę relację określa ją jako „PRZYJAŹŃ”. Dobrze i głęboko przeżywana modlitwa pozwala nam zatem stawać się przyjaciółmi Boga. Pozwala nam doświadczać i zanurzać się w Bożą OBECNOŚĆ, która nas zaprasza do relacji opartej na miłości. Fenomenem tak przeżywanej modlitwy jest uświadomienie sobie przez modlącego faktu, że taka modlitwa nigdy się nie kończy. Gdyż nie dość, że zgodnie z prawdą ukazaną przez św. Pawła w Dziejach Apostolskich, że „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”, medytacja uświadamia nam, że całe nasze życie trwa przed Bogiem, to jeszcze pozwala nam odkrywać, że całe nasze życie możemy przeżywać jako przyjaźń z Bogiem, jako Przyjacielem ciągle przy nas obecnym i wspierającym nas swoją łaską. Można powiedzieć zatem, że dobra modlitwa, w tym dobra medytacja to taka, której konsekwencje przenoszą się na nasze codzienne życie. Konsekwencje te nie polegają jednak na tym, że kończąc modlitwę, zostawiamy gdzieś Boga i sferę sacrum za nami, czasem pamiętając o Bożych przykazaniach a czasem nie, ale na tym, że medytacja uczy nas żyć ze świadomością nieustannej obecności przed Bogiem a zatem uczy nas przeżywania naszego życia jako nieustannej modlitwy. Taka zresztą postawa jest mocno polecana przez samego Chrystusa, który dla nas jest wzorem nieustannego życia świadomością Bożej obecności. Oczywiście, my, obarczeni skutkami grzechu potrzebujemy przestrzeni ciszy, chwili zatrzymania się w biegu życia, aby tę prawdę o życiu w Bożej obecności sobie mocno uświadamiać i się w niej utwierdzać. I bez wątpienia medytacja spełnia taka rolę, tym bardziej, że ucząc nas zasłuchania w Boga kształtuje ona naszą wrażliwość na płaszczyźnie życia wewnętrznego, na płaszczyźnie serca a to przecież ono jest – zgodnie z nauczaniem Chrystusa – ośrodkiem naszych decyzji, wyborów, wiary i wierności.
Również prostota tej praktyki zachęca nas, do tego, aby skorzystać z zaproszenia do odnajdywania w naszym pełnym hałasu życiu przestrzeni ciszy, która uzdrawia, przynosi pokój a nade wszystko uwrażliwia nas na Boży głos, który przemawia do w ciszy.
Starajmy się zatem wchodzić w tę przestrzeń ciszy tak często jak to możliwe (dla wdrożenia w tę praktykę konieczne jest, aby starać się medytować przynajmniej dwa razy dziennie – rano i wieczorem), pozwólmy, aby postawa zewnętrzna stała się kolebką dla uciszenia naszego serca, tak aby było ono otwarte na Boży głos. Siedząc na poduszce medytacyjnej, stołeczku do medytacji czy nawet krześle zachowujmy zawsze wyprostowany kręgosłup. Jest to ważne dla lepszego skupienia uwagi a także ze względów praktycznych, bo tylko w takiej postawie nie będzie nam doskwierał ból kręgosłupa i nie popadniemy w senność. Kiedy nasz oddech będzie już spokojny dołączmy do niego modlitewne wezwanie: „Imię Jezus”, „Jezu ufam Tobie”, „Maranatha”, czy też werset: „Panie Jezu, Synu Boży ulituj się nade mną”. Powtarzajmy je z prostotą i łagodnością w sercu przez cały czas trwania medytacji, wsłuchujmy się w nie z miłością, jako w słowo-sakrament niosące obecność Boga. Niech to medytacyjne wezwanie stanie się głosem ciszy naszego serca. Cieszmy się tym czasem, w którym Bóg chce wypełniać sobą i swoją miłością nasze serca i nasze życie.

Ojcze Niebieski, otwórz nasze serca
na cicha modlitwę Ducha Twojego Syna,
Wprowadź nas w misterium ciszy,
w której Twoja miłość objawia się wszystkim,
którzy wołają:
Maranatha – Przyjdź, Panie Jezu!