Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Śpieszmy się kochać…

Drodzy,

chciałbym z Wami podzielić się smutną wiadomością, że dzisiaj zmarł nagle mój tata, Witold, przeżywszy 72 lata. Mając świadomość, że Czytelnicy tego bloga, to ludzie modlitwy a także mając mocne doświadczenie tego, że modlitwa wielu osób przynosi niezwykłe duchowe owoce, ośmielam się Was prosić o modlitwę za mojego zmarłego tatę. Z serca dziękuję. Ks. Marek

Gdy będę odchodzić Panie

nie czekaj, aż przyjdę

ale Ty, przyjdź do mnie już wcześniej.

Bądź!

Chwyć mnie za rękę

abym się nie bał

i przeprowadź na drugi brzeg

gdzie słońce Twojej łaski

już nie zachodzi,

gdzie wszystko pachnie Miłością,

gdzie jest radość,

której nikt nas nie zdoła pozbawić.

Zapukaj do mego serca,

w którym zawsze miałeś swe miejsce,

aby pozwolić

by moje serce biło już na zawsze dla Ciebie

w rytmie wieczności.

 

Bóg, który przebacza…

„Któż może odpuszczać grzechy, prócz Boga?” Uczeni w Piśmie uznają za bluźnierstwo przypisywanie sobie przez Jezusa prawa do odpuszczania grzechów. Grzechy może odpuszczać tylko Bóg. Dlatego też dla chrześcijan tak ważna jest władza Jezusa: od Jego władzy zależy Jego prawo do przekazania uczniom polecenia, by w Jego imieniu udzielali rozgrzeszenia. W każdorazowo odmawianym Credo składamy wyznanie wiary w „w odpuszczenie grzechów”. 

Pozostaje jednak pewna wątpliwość osób niewierzących, lub wątpiących czy w jakiś sposób skrzywdzonych: Czy Bóg może tak po prostu „przekreślić przestępstwa”, jak pisze o tym w dzisiejszej Liturgii Słowa prorok Izajasz? Dla wielu skrzywdzonych osób, którzy nie potrafią zdobyć się na przebaczenie może to wcale nie być tak oczywiste. Zresztą nie tylko dla nich. Spierający się ze sobą teologowie i filozofowie być może przeoczyli, że od dawna stawiane jest inne pytanie: czy za oczywistością faktu, iż Bóg odpuszcza grzechy, nie kryje się bluźnierstwo wobec człowieka, zwłaszcza tego skrzywdzonego i dotkniętego skutkami grzechu?

„Kto – oprócz ofiary grzechu – ma prawo odpuścić grzech?” Czy jedynym rozgrzeszeniem i przebaczeniem, które się liczy, nie jest przebaczenie, którego udziela lub przed którym się wzbrania ofiara niesprawiedliwości? I wcale nie jest to tak niedorzeczne, że ofiara może mieć wrażenie, iż Bóg, który przebacza grzesznikowi, naigrawa się z niej, jakby nic nie obchodziło Go jej cierpienie.

Dlatego też najpierw musimy zastanowić się, kim jest Bóg? Zrozumienie Boga, który przebacza nie jest możliwe bez zrozumienia Boga, który naprawdę stał się człowiekiem i który wziął na siebie karę za wszystkie popełnione przez człowieka grzechy i zbrodnie. Wszechmogący Bóg, władający w niebie sam stał się cierpiącym, stał się ofiarą niesprawiedliwości, pychy i maltretowania. Przyjął ciało i w tym ciele doświadczył wszystkiego, czego doświadczają ofiary tego świata. Tylko tak Bóg może być obecny w każdej ofierze. Tylko taki Bóg może być rzeczywiście i prawdziwie „dotknięty”. I właśnie dlatego ów Bóg, który w cierpieniu każdego człowieka dotkniętego skutkiem grzechu solidaryzuje się z nim w całej pełni i do końca może powiedzieć: „Ja tobie przebaczam” nigdy nie lekceważąc tego, kto sam doświadczył cierpienia spowodowanego grzechem. 

Eucharystia – wszystko w jednym kawałku Chleba

Chciałbym na początku dzisiejszych rozważań przywołać pewne świadectwo człowieka, którego wszyscy dobrze znamy, przynajmniej ze słyszenia, kapłana, zakonnika, mistyka i stygmatyka. Mowa oczywiście o ojcu Pio. Wszyscy, którzy choć trochę znają jego biografię dobrze wiedzą, że był on człowiekiem, który bardzo mocno w czasie każdej Mszy św. doświadczał obecności Boga.

Ojciec Pio opowiedział kiedyś jednemu ze współbraci o pewnym doświadczeniu, które było jego udziałem podczas jednej z odprawianych Mszy świętych. Mówił, że wziął z ołtarza puszkę z komunikantami, aby podejść i rozdać Komunie świętą tłoczącym się wiernym przybyłym do San Giovanni Rotondo i nagle trzymając w palcach małą hostię doznał przejmującego wrażenia, że oto wobec tego małego kawałka chleba cały wszechświat jest bez wartości. „To olśnienie spadło na mnie nagle, jak błyskawica… – mówił”. To jedno z wielu świadectw, którym ojciec Pio dzielił się m. in. ze swoim spowiednikiem. Wszyscy, którzy go znali zgodnie potwierdzają, że najważniejsza i najbardziej przejmująca była dla niego chwila po konsekracji (po przeistoczeniu), kiedy trzymał w swoich poranionych stygmatami dłoniach białą hostię. Wystarczy spojrzeć na któreś ze zdjęć o. Pio odprawiającego Eucharystię, zapatrzonego w białą hostię, aby odnieść niezwykłe wrażenie, że widzi w niej Boga tak jak wy widzicie mnie a ja Was. To jest doświadczenie, które wynosili ze spotkania z ojcem Pio wszyscy, którzy uczestniczyli w jego Mszach.  Nikt nie miał wątpliwości, że w każdej Mszy św. dotykał i doświadczał on Chrystusa obecnego w jego Ciele i Krwi.

Dla niego każda Eucharystia była spotkaniem z żywym Bogiem. Jak mówili jego współbracia z klasztoru on często dziwił się temu, jak można nie widzieć w tej białej hostii żywego Chrystusa!? Ale on sam nigdy nie miał wątpliwości, że jeśli inni mówili o pięknym przeżywaniu jego życia, to źródłem tego było właśnie owo codzienne spotkanie z żywym Chrystusem, który był jego siłą i jego przyjacielem, do którego pragnął się upodobnić.

Dlaczego o tym opowiadam? Otóż dlatego, że to jest zadanie dla każdej i każdego z nas, chrześcijan – pięknie przeżywać swoje życie. Przeżywać je w taki sposób, aby stawało się odbiciem życia Chrystusa. Ale nikt z nas nie może tego osiągnąć o własnych siłach. Możemy jednak osiągnąć to dzięki Eucharystii. W tym pokarmie Chrystus nie daje się nam tylko po to, abyśmy jakoś przeżyli nasze życie i załapali się przynajmniej na próg nieba. On nas karmi sobą, bo chce nas upodabniać do siebie, chce nasze życie wypełniać sobą i swoją miłością, która powinna nadawać mu sens i kierunek. Ale wszystko to zależy w dużej mierze od tego, jak przeżywamy Mszę świętą…

Nie chodzi o to, aby przyjść na Mszę świętą, usiąść w ławce i jakoś ją przetrzymać z poczuciem dobrze wypełnionego niedzielnego obowiązku. Nie da się naprawdę spotkać Chrystusa przychodząc i zasiadając z Nim do stołu a jednocześnie duchem będąc gdzieś poza kościołem, skupionym na tym, co mam jeszcze do zrobienia, albo na swoich problemach, tak że naprawdę wcale nie jestem tu obecny. Nie można doświadczyć obecności kogoś drugiego jeżeli nie jestem na niego otwarty i na nim skupiony. Z doświadczeniem Boga jest tak, jak z naszym kontaktem z innymi ludźmi, jeśli siadamy z kimś do stołu a nasze myśli są zajęte czymś innym, to nie usłyszymy tej drugiej osoby. Identycznie jest w czasie każdej Mszy świętej. Jeśli ja nie postaram się o to, aby przychodząc tu chcieć naprawdę spotkać Boga, usłyszeć Go w czasie każdego jednego czytania, czy w czasie homilii, zobaczyć go w czasie podniesienia a potem Komunii świętej, to jak ta Msza święta ma zmieniać moje życie!? Bo czy może je zmieniać spotkanie, którego tak naprawdę nie było, gdyż zabrakło z mojej strony uwagi i zaangażowania serca? Ja już nie wspominam nawet o stwierdzeniach, które czasem można usłyszeć, że tak naprawdę Msza była nudna, albo wręcz, że nie chodzę do kościoła, bo tam jest nudno i niczego nie doświadczam! Bez obecności lub bez otwartości trudno mówić o doświadczaniu czegokolwiek. Zresztą w życiu duchowym nie zawsze jest tak, że wszystkie owoce widać od razu. Czasem trzeba na  nie poczekać. Ale jeśli ziarno, z których mają one wyrosnąć nie ma gdzie paść i nie ma gdzie dojrzeć, bo gleba, jaką jest nasze serce jest na nie zamknięta, to trudno się czasem dziwić, że i owoców nie widać…

Pozwólcie, że na koniec przytoczę jeszcze słowa św. Tomasza z Akwinu – jednego z największych filozofów i teologów chrześcijańskich, który o Eucharystii pisze tak: „Wszystkie łaski, jakie Pan Jezus przyniósł całemu światu, stając się człowiekiem, daje On każdemu z osobna wraz ze swoim świętym Ciałem. Każdemu też w tym świętym Chlebie daje On wszystkie owoce jakie przyniosła Jego męczeńska śmierć, zmartwychwstanie i chwalebne wniebowstąpienie. Daje On nam w Komunii całego siebie, swoją Duszę i swoje Bóstwo. To wszystko, co Chrystus zdziałał, wszystko, co zdziałała cała Trójca Święta, Ojciec, Syn i Duch Święty, wszystkie dary i wszystkie owoce życia Bożego, wszystko, co jest nam potrzebne do dobrego życia i do osiągnięcia zbawienia są zawarte w tym małym kawałku chleba”.

Sądzę, że to tekst, który nie wymaga komentarza. Jest prosty, czytelny i zrozumiały. Chciałbym Was, zostawić dzisiaj z tym tekstem św. Tomasza, bo Boże Ciało, to dobry dzień do refleksji nad tym jak przyjmujemy i jak odpowiadamy na tak wielki dar, jaki został nam podarowany w Eucharystii!?

Medytacja – praktyka, pokora, wytrwałość

Wszyscy zaś wobec siebie wzajemnie przyobleczcie się w pokorę, Bóg bowiem pysznym się sprzeciwia, a pokornym daje laskę. Bądźcie zatem pokorni wobec Boga, a On was wywyższy w stosownej chwili. Wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was. Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć. Mocni w wierze przeciwstawcie się jemu! Wiecie, że te same cierpienia ponoszą wasi bliźni na świecie. A Bóg wszelkiej łaski, który nas powołał do wiecznej swojej chwały w Chrystusie, gdy trochę pocierpicie, sam was udoskonali, utwierdzi, umocni i ugruntuje. Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen. [1P 5, 5-11]

To, co przyciąga wiele osób do praktyki medytacji, to przede wszystkim wielka prostota. Nie wymaga ona ani ćwiczenia się w jakiejś skomplikowanej technice, ani zgłębiania wielu teorii. Każdy, kto jednak na tę drogę praktyki wchodzi bardzo szybko musi się przekonać, że to, co proste wcale nie oznacza tego, co łatwe. W tym sensie medytacja nie różni się od innych rodzajów modlitwy. Aby móc cieszyć się jej owocami potrzeba nam podobnie jak w praktykowaniu innych rodzajów duchowości (choć nie tylko do duchowości to się odnosi) silnej motywacji i wytrwałości. Wiele osób podejmujących się praktyki medytacji uskarża się, że najtrudniejszą sprawą staje się po pewnym czasie podtrzymanie tej praktyki, tak aby stała się na tyle naturalną częścią naszej codzienności, że nie trzeba będzie się do niej ani zmuszać, ani specjalnie walczyć o czas na nią przeznaczony. To jednak wymaga czasu i zaangażowania. Osoba medytująca musi bowiem przejść podobnie jak każdy, kto chce szczerze pogłębić swoje życie duchowe przez pewne kolejne etapy, których ani pominąć ani zbytnio przyspieszyć się nie da. Pierwszy z nich to zazwyczaj fascynacja samą medytacją, jej egzotyką, innością. Po niej przychodzi zderzenie się z trudem codziennej i wytrwałej praktyki, który powoli burzy nasze niejednokrotnie idealistyczne wyobrażenia o tej metodzie modlitwy. Ponadto jak na każdej drodze życia duchowego, tak i w medytacji naturalną częścią jej praktykowania stają się różnorodne kryzysy, które kuszą nas przekonaniem, że skoro nic nie czuję, nic nie przeżywam i na dodatek ciągle muszę walczyć z przychodzącymi rozproszeniami, to modlitwa ta nie przynosi efektów, więc może warto byłoby ją zarzucić i poszukać innej formy modlitwy. Dodajmy jeszcze do tego fakt, że medytacja jest tą specyficzną formą modlitwy, w której mocniej niż w innych praktykach ujawnia się to, co ukryte jest w naszej podświadomości a z czym nie zawsze chętnie chcielibyśmy stawać twarzą w twarz, to wszystko to razem wzięte staje się niejednokrotnie wystarczającą motywacją albo raczej demotywacją skłaniającą nas do porzucenia tej praktyki albo przynajmniej czasowej ucieczki przed tym, co w medytacji trudne a bywa, że i bolesne.

Podkreślić jednak trzeba raz jeszcze, że wszystko to, o czym tutaj wspomniano jest naturalnym procesem rozwoju praktyki i jeśli pomimo tego rodzaju trudnych doświadczeń i zmagań pozostaniemy cierpliwi i wytrwali wówczas owoce tej wytrwałości zaczną stawać się coraz bardziej widoczne. Jednym z nich będzie to, że przyjdzie czas, w którym – co także już wspomnieliśmy – medytacja stanie się naturalną częścią naszej codzienności, bez której nie sposób już rozpocząć i zakończyć dnia. Innym owocem jest radość samej prostej praktyki bez zbytniego skupiania się na różnych doświadczeniach, przeżyciach czy trudnościach. Praktykując medytację już dłuższy czas widzimy, że z doświadczeniami, które towarzyszą medytacji jest jak z doświadczeniami i wrażeniami towarzyszącymi codziennemu życiu: raz ono jest nimi wypełnione, innym razem monotonne, ale nie wpływa to na fakt, że żyjemy i w życiu posuwamy się zawsze do przodu. Kolejnym widocznym owocem praktyki jest to, że z czasem perfekcjonizm – największy wróg każdej duchowości –  zostaje zastąpiony pokorą i umiłowaniem prostoty, co także przenosi się na sposób przeżywania naszego codziennego życia. Tym bardziej, że przecież jako chrześcijanie wierzymy, że w doświadczeniu modlitwy nie jesteśmy sami, że jest to przestrzeń, w której współdziała z nami i w nas Boża łaska a to oznacza, że w odpowiednim czasie otrzymamy wszystko, co jest nam niezbędne i że tak naprawdę to nie my musimy się martwic o owoce naszej modlitwy, lecz ze spokojem zrzucić ciężar naszych trosk na Tego, który nas w tej modlitwie prowadzi i ją udoskonala, co daje medytującemu ogromne poczucie wolności i dziecięcej ufności, z jaką wchodzi on w codzienną praktykę medytacji. W tym sensie jest ona bowiem zawsze tajemnicą, ale i niespodzianką, jaką tylko Bóg potrafi nam sprawić, często zupełnie nieoczekiwanie.

I na koniec jeszcze jeden owoc, o którym chciałbym wspomnieć: jest nim większa uważność, która sprawia, że po pewnym czasie praktyki medytacji łatwiej potrafimy dostrzegać różne drobiazgi, doświadczenia, wrażenia, które maja miejsce wokół nas, dotyczące świata, przyrody, ludzi itd. A nade wszystko zupełnie inaczej zaczynamy postrzegać czas. Medytacja bowiem ucząc nas skupienia na chwili obecnej wdraża nas w poczucie świętości upływającego czasu, każdej chwili, którą przeżywamy, ze świadomością, że jest ona jedynym w swoim rodzaju i niepowtarzalnym darem Boga dla nas.

Zaproszeni do wejścia w tajemnicę Trójcy Świętej

Niedziela Trójcy Świętej. Niedziela Boga którego głosimy, w Imię którego rozpoczynamy modlitwę, sprawujemy sakramenty – w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Boga który jest wzorem miłości. Trzy Osoby Boskie przenikają się wzajemnie bez reszty, ale nie zatracają swojej osobowej odrębności. Tylko pierwsza Osoba jest Ojcem, tylko druga jest Synem i tylko trzecia jest Duchem Świętym. Miłość prawdziwa to właśnie udzielanie się innym, które nawet prowadząc do oddania życia, nie niszczy osobowej tożsamości, ale ją potwierdza i uszlachetnia.

Wierząc w Trójcę Świętą, rozumiemy dzieło Jezusa. On ofiarował się nam, grzesznikom tak, jakbyśmy już teraz byli jedno z Nim. Dla nas stał się człowiekiem, umarł na krzyżu, nam udziela się w Eucharystii – oddaje nam się cały tak, jak oddaje się swemu Ojcu. On, w chrzcie świętym zaprasza nas do udziału w tajemnicy życia Trójcy Świętej. Otwarcie na tę miłość przebóstwia nas, upodabnia do Boga, pozwala być świątynią Ducha. To przez Syna, napełnieni Duchem Świętym będziemy mogli kiedyś stanąć z Ojcem twarzą w twarz…

Tydzień po zakończeniu okresu wielkanocnego, przedłużającego radość zmartwychwstania, tydzień po zesłaniu Ducha Świętego Kościół celebruje uroczystość Trójcy Świętej. Kumulacja wydarzeń, ale jednocześnie jakby… rozesłanie na czas zwykły. Dwie myśli warto potraktować jako przesłanie i wyznacznik zbliżającego się czasu. Pierwsza to ufność w Bożą Mądrość, Boże arcydzieło poprzedzające inne dzieła – a przecież znajdujące największą radość i swoje uwieńczenie w stworzeniu człowieka! Drugie to konieczność syzyfowego czasem kucia swego losu, konieczność pracy nad sobą. Właśnie tak – ucisk rodzi wytrwałość, wytrwałość cnotę, wypróbowana cnota nadzieję. Koniec wzdychania nad sobą, koniec „pobożnego” wyglądania za mocą z wysoka, która przyjdzie i cudownie odmieni nas w magiczny sposób… Koniec duchowego lenistwa i zniechęcenia. Wiara w Trójcę zobowiązuje i odmienia.