Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Przemyśleć swój chrzest

W jednej z książek będącej biografią pewnego znanego pisarza znalazłem wyznanie, które zadziwiło mnie swoją głębią. Wyznanie człowieka, który w życiu wiele przemyślał i wiele przeżył. Wspominając dzień swojego chrztu pisze tak:

,,To był wielki dzień, a ja go nie pamiętam. W księdze chrztów zapisano moje imię na znak, że narodziłem się po raz drugi. Tym razem do życia wiecznego. Woda, modlitwa kapłana i namaszczenie świętym olejem odpędziły szatana, zniszczyły mój grzech i otworzył mi bramę do życia z Bogiem. Potem zasnąłem w poduszkach z uśmiechem oznaczającym radość i pokój. A dziś, gdy jestem już emerytem, może przez wielu ludzi znanym i cenionym, określanym nieraz mianem autorytetu – ze wstydem wyznać muszę, że nie pamiętam daty tamtego wydarzenia; że nie zawsze postępowałem za Światłem, które od tamtego dnia miało mi być przewodnikiem w życiu. Miałem być prosty jak gołąb i czysty , jak lilia…  A tym czasem, to co zrobiłem z moim chrześcijaństwem lepiej opisuje autor Apokalipsy, gdy pisze: ,,Masz imię, które mówi, że żyjesz, a jesteś umarły.”

Nigdy chyba nie będziemy zdolni w pełni pojąć znaczenia i sensu Sakramentu Chrztu Św. Przez przyjęcie tego Sakramentu staliśmy się dziećmi Bożymi. W tym dniu Bóg, podobnie jak w czasie Chrztu Jezusa w Jordanie „zadeklarował”: „Ty jesteś moim dzieckiem umiłowanym, w tobie mam upodobanie” i co więcej nigdy się ciebie nie wyrzeknę, nawet, gdybyś ty odwrócił się ode mnie. Od tego momentu zmienia się diametralnie nasze życie. Stając się dzieckiem Bożym zostajemy wyzwoleni z niewoli zła i grzechu. Jeżeli zatem kiedykolwiek po chrzcie powtórnie postanowimy się w te niewolę pogrążyć, to już na własną prośbę. Owocem chrztu jest także to, że zostajemy włączeni do wspólnoty Kościoła, stajemy się tym samym krewnymi Chrystusa i pełnoprawnymi członkami życia wiecznego. Jeśli ktoś potrafi mi wskazać w swoim życiu bardziej doniosłe wydarzenie, to chylę czoła.

Tymczasem tak niewielu z nas pamięta datę swojego chrztu świętego! Wszyscy doskonale pamiętamy datę naszych urodzin i imienin. A tak ważny dzień, jakim był chrzest wymyka się naszej pamięci. Owszem, wciągu życia przyjdzie się nam jeszcze nie raz do tej daty odwołać: przed pierwszą komunią święta, przed bierzmowaniem, przed ślubem, po to, aby znowu zagubić ją w mrokach niepamięci. Nasz dzień chrztu – wielki, a zapomniany…

I nie chodzi już tylko o datę, ale o to jak często za ten dar dziękuję, bo jak zwykł mawiać św. Jan Paweł II „od niego tak naprawdę zaczęło się wszystko”, zaczęła się nasza osobista przyjaźń z Bogiem.

Wróćmy raz jeszcze do przytoczonej na początku biografii, w której autor pisze: „Chrzest zniszczył mój grzech i otworzył mi bramę do życia z Bogiem”. Tu nie chodzi o trochę wody wylanej na moja głowę, ale o duchowe odrodzenie, wyjście z zaklętego kręgu skutków grzechu pierworodnego.  Czegoś, co mogło rzutować na całe nasze życie nie tylko doczesne ale i wieczne, bo jak przestrzega nas Bóg już na pierwszych kartach Biblii: „grzech jest największym przekleństwem człowieka.” [por. Pwt 11,26-28]

Ze zdziwieniem i niedowierzaniem czasem słucham rodziców, pozornie logicznie argumentujących: „Nie chrzczę swojego dziecka bo nie chcę go przymuszać do czegoś czego ono w dojrzałym wieku samo by nie wybrało.” Jakżeż można nie chcieć dla dziecka dobra, łaski, odrodzenia, dziecięctwa Bożego? Jak można być tak naiwnym i ślepym? Dlaczego matka kąpie i przewija swoje dziecko, karmi go różnego rodzaju odżywkami i nie czeka aż dziecko świadomie wybierze samo to, co najlepsze dla niego? Dlaczego matka posyła dziecko (czasami nawet wbrew jego woli) do szkoły, na różne dodatkowe zajęcia rozwijające jego talenty i nie czeka aż dziecko samo wybierze najlepszy dla niego rodzaj edukacji? Co za naiwne i przewrotne tłumaczenie? I to obecne nie rzadko w ustach ludzi, którzy sami zostali ochrzczeni. Najprawdopodobniej takie osoby same nie zrozumiały czym jest łaska Sakramentu Chrztu, i dlatego w tak głupiutki i naiwny sposób odmawiają tej łaski swojemu dziecku.

Dzisiejsza niedziela Chrztu Pańskiego przypomina nam i nakłania do ponownego przemyślenia faktu naszego chrztu i wszystkich z niego wypływających konsekwencji ale i zobowiązań. Chrzest jest wydarzeniem mającym rangę symbolu, do którego naprawdę warto często się odwoływać w naszym zrelatywizowanym świecie. Chrzest bowiem ustala pewne stałe i niewzruszone punkty odniesienia w naszym życiu chroniące nas przed zagubieniem. A jednym z nich jest zaproszenie do wejścia na drogę do prawdziwej wolności, której nikt nie zagwarantuje nam równie mocno, jak Bóg, który jest miłością. A najlepszą gwarancją życia w prawdziwej wolności jest trwanie w przyjaźni z Bogiem. On nam tę wolność podarował i będzie o nią walczył jak najlepszy przyjaciel, którym stał się dla nas w chwili naszego chrztu.

On tej przyjaźni pozostanie wierny do końca. Reszta zależy od nas…

Medytacja i wspólnota

Podobnie jak jedno jest ciało, choć składa się z wielu członków, a wszystkie członki ciała, mimo iż są liczne, stanowią jedno ciało, tak też jest i z Chrystusem. Wszyscy bowiem w jednym Duchu zostaliśmy ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało. Wszyscyśmy też zostaliśmy napełnieni jednym Duchem.  [1 Kor 12, 12-13]

Pewną inspiracją dla dzisiejszych rozważań był dla mnie tekst o. Laurence’a Freemana OSB p. t. „Dzieląc się darem”. Przypomina nam on bowiem, że dzięki inspiracji o. John’a  Maina wielu ludzi odnajduje dzisiaj drogę powrotną do rdzenia chrześcijaństwa czyli do modlitwy określanej mianem modlitwy serca – będącej doświadczeniem i otwarciem się na Chrystusa i Jego Ducha działającego w nas i przez nas. Ten aspekt działania Boga przez nas ma także istotny wymiar w przeżywaniu naszego chrześcijaństwa o czym w kontekście medytacji nie zawsze się mówi. Mam tu na myśli wymiar świadectwa naszej wiary i dzielenia się nią poprzez doświadczenie. O. John Main wiedział jak nikt inny, że medytacja, jako doświadczenie jest czymś, co można raczej „uchwycić” niż czymś, czego da się teoretycznie „nauczyć”. Nie oznacza to bynajmniej, że nie możemy przekazywać owoców tego doświadczenia innym.  Można to robić na różne sposoby: można mówić lub uczyć innych jak medytować po chrześcijańsku. Do tego nie potrzeba wielkiej wiedzy, wystarczy pewna doza doświadczenia, którą posiadamy, sami praktykując medytację. Można także dzielić się samym doświadczeniem medytacji. Choć nie zawsze łatwo ująć w słowa to, co jest owocem doświadczenia wewnętrznego, nie znaczy to, że nie możemy mówić o prostych i konkretnych konsekwencjach medytacji, jakie sami możemy zaobserwować w naszym życiu. Zwłaszcza istotny jest wymiar wspólnoty – co także często podkreślał o. Main. Medytując we wspólnocie jesteśmy dla siebie darem i medytując razem ze sobą  możemy i powinniśmy czerpać z własnego doświadczenia, jak i z doświadczenia wspólnoty. Wspólnota jest darem, w którym znajdujemy nie tylko inspirację do wytrwałej praktyki; której obecność może stawać się naszą siłą w chwilach kryzysów dotykających naszej modlitwy, ale jest także tym miejscem, gdzie przez dzielenie się, przez zadawanie pytań i poszukiwanie odpowiedzi możemy czerpać ze skarbca doświadczeń innych osób. Wspólnota pozwala nam odkrywać, że nawzajem dla siebie jesteśmy nauczycielami i uczniami i wsłuchując się w świadectwo drugiej osoby, za każdym razem możemy nauczyć się czegoś niespodziewanego. Czasem zwykłe podzielenie się przez kogoś tym, co przeżywa na medytacji pozwala nam dostrzec coś, z czego wcześniej nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy i potrafi rzucić światło na naszą osobistą praktykę.

Jest jeszcze jeden wymiar medytowania w grupie: dzięki niej możemy odkrywać i urzeczywistniać istotny aspekt misterium Chrystusa, o którym pisze św. Paweł, budując całą teologie mistycznego Ciała Chrystusa, jakim jest Kościół i którego każda i każdy z nas jest ważną i niezastąpioną cząstką. Jest to odkrycie, które często staje się owocem medytacji a którego nie zawsze jesteśmy świadomi. Ważne jest to, aby uświadomić sobie, że medytacja jest działaniem twórczym, jest modlitwą (podczas której Bóg cały czas działa w nas, bez względu czy jesteśmy tego świadomi czy nie i bez względu na to czy coś w danej chwili odczuwamy), a nade wszystko medytacja we wspólnocie jest prawdziwym doświadczeniem obecności Chrystusa „w” i „pośród” wszystkich zebranych w Jego imię modlących się osób.

Istotne jest także abyśmy w praktyce medytacji wracali do pytania: Dlaczego chcę podążać drogą medytacji? Powinniśmy odczuwać w sobie to pragnienie, ono bowiem jest ciągłym odkrywaniem motywacji do wytrwałego praktykowania medytacji a jednocześnie staje się ciągłym powrotem do pierwotnej miłości, jakiej domaga się do nas św. Jan w Apokalipsie, gdyż to miłość powinna być głównym motorem naszej praktyki, jeśli medytacja ma być autentyczna i rozwijająca.

Nie wolno także dopuszczać wątpliwości, czy praktykując medytację idziemy właściwa ścieżką, zwłaszcza, gdy nie potrafimy dostrzec konkretnych owoców, jakich chciałoby się uchwycić nasze ego. Pamiętać musimy, że podążanie drogą wiary nie usuwa ciemności (a wiec i pewnych wątpliwości, które się na tej drodze pojawiają), ale je zakłada. Przezwyciężanie trudności bowiem umacnia i oczyszcza naszą wiarę.

Pamiętajmy, że za każdym razem, gdy siadamy do medytacji dokonujemy aktu wiary, a tym samym pogłębia się nasze  rozumienie tajemnicy Chrystusa. I nawet, a jeśli będziemy odczuwali, że wiara jest dla nas przestrzenią w której wydaje nam się, że więcej nie wiemy niż wiemy, to najważniejsze jest to, abyśmy mieli pewność, że w tym doświadczeniu nie jesteśmy sami. Jesteśmy z Chrystusem, a On jest z nami i On nas będzie prowadził. Mamy także naszych braci i siostry ze wspólnoty, którzy także w odkrywaniu tajemnicy wiary są dla nas oparciem. Dlatego – jak zachęca o. John Main – podchodźmy do praktyki medytacji zawsze z radością, z oczekiwaniem i z głębokim przekonaniem, że każda z nich jest  bezcenną chwilą łaski.

Pokłon mędrców

Dzisiejsza uroczystość to oczywiście przypomnienie wydarzenia opisanego tylko w jednej z czterech Ewangelii a mianowicie wizyty trzech mędrców (choć tradycja chce w nich widzieć królów, od których dzisiejsze święto bierze swą drugą nazwę). Ich imiona także zostały nadane przez tradycję, która zawsze rozpoznawała w tych trzech pielgrzymach z dalekich krajów przedstawicieli narodów pogańskich, którzy przychodzą oddać hołd Nowonarodzonemu Królowi i Mesjaszowi.

Fakt, że dobrze wiedzieli, do kogo przyjeżdżają potwierdzają przyniesione przez nich dary, które nie są przypadkowe i których znaczenie było wówczas oczywiste dla kultury Bliskiego Wschodu. Otóż ofiarują oni Chrystusowi: kadzidło, które było symbolem rozpoznanego w Jezusie Boga;  złoto będące uznaniem przez nich królewskiej godności małego Jezusa i wreszcie mirrę – będącą symbolem cierpienia, która podarowana w tamtym miejscu i czasie miała ponadto rangę proroctwa, gdyż zapowiadała mękę Mesjasza.

Pytanie jakie mędrcy zadali Herodowi „Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon”, wskazuje, że ludzie ci mocą tylko czystego, ludzkiego rozumu i byli w stanie odkryć istnienie Boga i uznać w Nowonarodzonym obiecanego Izraelowi Zbawiciela.

Ciekawe jest to, że ci, którzy mieli więcej danych, które mogli zaczerpnąć z objawienia, z proroctw izraelskich proroków, z religijnej tradycji i posiadali wszelkie przesłanki ku temu aby przyjąć i rozpoznać w nowonarodzonym Jezusie – obiecanego Mesjasza odrzucili Go i byli faktem Jego narodzenia przerażeni – jak mówi św. Mateusz „Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima” (Mt 2:3). Nasuwa się nieodparta refleksja: „czyż i dzisiaj nie jest podobnie? Czyż i dzisiaj wielu z tych, którzy mają wszelkie dane po temu, aby uznać Chrystusa nie jest przerażonych Jego Osobą i Jego nauką?”

Warto wczytując się w treść Ewangelii dostrzec, że Chrystus nie tylko objawia się różnym ludziom ukazując swoją prawdziwą Boską naturę w różnoraki sposób,  ale że jest coś bardzo zastanawiającego, coś wspólnego w tych wszystkich sposobach, w których On się objawia. Otóż Chrystus objawia się tylko tym, którzy na Niego czekają, którzy Go szukają, którzy Go pragną, którzy są otwarci na Jego przyjście. Przykładem tej otwartości są: Mędrcy z dzisiejszej uroczystości, są nimi prości pasterze, którzy jako pierwsi oddają hołd nowonarodzonemu Jezusowi; są nimi Symeon i Anna w świątyni Jerozolimskiej, Jan Chrzciciel nad Jordanem, są nimi niektórzy z obecnych na weselni w Kanie Galilejskiej i w końcu Apostołowie. Oni wszyscy mogli przyjąć samoobjawienie się Boga w Jezusie Chrystusie, bo byli do tego gotowi, bo uczciwie otworzyli swoje serca i wolę, choć może ich rozum nie zawsze wszystko pojmował.

Wszyscy inni, którzy się na Niego zamykają nie są w stanie rozpoznać w Nim Zbawiciela, Mesjasza, Przyjaciela, Syna Bożego. To chyba jakaś prawidłowość, także i w dzisiejszych czasach.

Iluż bowiem – nawet chrześcijan (i mówię to ze smutkiem) –  zamyka się na to Boże objawienie!?  Iluż jest przerażonych, zdezorientowanych, skonfundowanych i zagubionych? Iluż nie chce przyjąć faktu, że Bóg stał się człowiekiem, bo to przekracza ich ludzkie kategorie i możliwości zrozumienia, albo stawia im wysokie moralne wymagania, którym sprostać nie chcą!?

Iluż wreszcie widzi w Chrystusie i religii którą przyniósł zagrożenie swojej pseudo wolności z gatunku „róbta, co chceta”, dlatego wypowiada chrześcijaństwu otwartą wojnę pod hasłem walki z ciemnogrodem, z zacofaniem, ze zniewoleniem. Nie dalej jak wczoraj w publicznym radio usłyszałem wypowiedź znanego filozofa (i co gorsza teologa), że „chrześcijaństwo strasząc grzechem i karą i mówiąc o skłonności człowieka do zła poniża ludzka godność dlatego trzeba z tym zakłamaniem walczyć”. Nie wiadomo w zasadzie słysząc taka wypowiedź człowieka noszącego tytuł profesorski czy śmiać się czy płakać? Tym bardziej, że człowiek ten kiedyś przyjął chrzest, więcej uczęszczał na katechizację, przyjął sakrament bierzmowania, nawet był praktykującym katolikiem. A po pewnym czasie z dumą oświadczył, że wyzwolił się wreszcie z tego zabobonu jakim jest katolicyzm, bo znalazł oświecenie. Chyba jednak pod inną gwiazdą niż ta, która prowadziła mędrców do Betlejem.  

Moglibyśmy zapytać: dlaczego dzisiaj, po dwóch tysiącach lat od narodzenia Chrystusa, po XVI-wiekach od kiedy chrześcijaństwo uzyskało wolność by stworzyć podwaliny europejskiej (i nie tylko) kultury, sztuki, nauki znowu jest tym, czego tak panicznie się boją współcześni kreatorzy nowej kultury i nowego prawa a ludzie znów tak chętnie zamykają swoje serca na Tego, który chce przynieś tym sercom prawdziwą wolność i miłość!?

Może właśnie dlatego z taką mocą święty Jan Paweł II wołał niczym współczesny prorok w dniu swojego wyboru na Stolicę Piotrową: „Nie lękajcie się! Otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! Otwórzcie dla Jego mocy zbawczej granice państw, systemów ekonomicznych, systemów politycznych, rozległe dziedziny kultury, cywilizacji, postępu!” Tylko bowiem wtedy gdy otworzymy się na Chrystusa On sam objawi nam swoje bóstwo, swoją moc i uświadomi nam to, co pozwolił uświadomić sobie przybyłym do Niego mędrcom: że jest On Bogiem, który cały wszechświat z miłości powołał do istnienia i który tak kocha swoje stworzenie, że gotów jest dla niego ogołocić samego siebie, przyjmując postać sługi, stając się podobnym do ludzi i że takiemu Bogu naprawdę warto zawierzyć w pełni swoje życie.

Objawienie Pańskie to nie tylko wspomnienie kilku wydarzeń z Ewangelii, to także zaproszenie do otwarcia drzwi Jezusowi; Który nie przychodzi aby nam cokolwiek zabrać, ale aby nam wszystko dać; Który chce nam dać samego siebie, ale nie może tego uczynić bez nas i bez naszej zgody.

Przyjmować Słowo Boże

Na początku było Słowo. Gdy nadeszła pełnia czasu, Słowo stało się dzieckiem i zamieszkało między nami. Nietrudno sobie wyobrazić, jak bardzo troszczyli się o Nie Jego rodzice: Maryja i Józef. Wystarczy przypomnieć sobie szczęście na twarzach małżonków, zwyczajnych ludzi, którym rodzi się wyczekiwane, pierwsze dziecko.

Lubię czasem obserwować młodych rodziców, którzy cieszą się obecnością nowo narodzonego maleństwa. Pochylają się nad nim, obserwują je, mówią do niego, starają się wychwycić najdrobniejsze sygnały, które do nich wysyła. Poświęcają mu bardzo dużo czasu i uwagi. Nowonarodzone dziecko dokonuje swoistego przewrotu w życiu rodziny. Dotychczasowe zwyczaje stają na głowie. Ci, którzy prowadzili życie bardzo towarzyskie i niepoddane żadnym rygorom, którzy kierowali się do tej pory własnym widzimisię, teraz zaczynają żyć pod dyktatem potrzeb swojego dziecka. To ono wyznacza rytm dnia i nocy, decyduje, nawet czy rodzice danej nocy sobie pośpią, czy nie. Co ciekawe, nic nie mówi. Samą swoją obecnością przemienia rodziców, powiedziałbym nawet, że stwarza ich na nowo. Rezygnacja z własnych przyjemności nie jest dyskutowana; zaniechanie swoich planów przyjmowane jest przez rodziców jako oczywistość; a niemiłe obowiązki – gdy dziecko wymaga nieprzespanych nocy – podejmowane zazwyczaj bez narzekań. Nawet ci, którzy dotąd nikogo nie pytali o zdanie, teraz czytają książki i poradniki, liczą się z opinią bardziej doświadczonych rodziców, a czasem udają się po radę do specjalisty.

Dlaczego o tym mówię? Myślę, że postawy takich rodziców są dla nas przez analogię dobrym wzorem w przyjęciu Słowa Bożego, które stało się ciałem. Przyjmując  słowo Boże, musimy starać się zatem naśladować rodziców niemowlaka. Musimy dać Słowu swój czas, by miało szansę z nami zamieszkać; musimy wsłuchiwać się w Nie z uwagą, abyśmy mogli zrozumieć i przyjąć jego mądrość;  warto także pytać o Nie mądrzejszych i bardziej doświadczonych, którzy wsłuchują się w Słowo Boże od lat, którzy żyją nim a na pewno na tym skorzystamy; wreszcie starajmy się być Mu posłuszni, by mogło stworzyć z nas nowego człowieka.

Św. Jan Apostoł poświęcając Prolog swojej Ewangelii wcielonemu Słowu i przekonując nas do przyjęcia Go i otwarcia się na nie chce w ten sposób przekonać nas, abyśmy się nie bali tego Słowa. Chce nas zapewnić, że Ono nam nie zagraża. Słowo Boże jest bezradne jak dziecko, zwłaszcza wtedy, gdy zamkniemy przed nim drzwi naszego serca. Ono ma bowiem tylko taki wpływ na nasze życie na jaki  Mu pozwolimy. Jeśli się nie zgodzimy, jeżeli nie znajdziemy miejsca dla Niego, zostanie „sierotą”. Choć to najbardziej smutne, gdy w życiu chrześcijanina, człowieka, którego wiara ma swoje źródło właśnie w tym wcielonym Słowie Boga, to Słowo nie znajduje miejsca w jego codziennym życiu i z czasem staje się obce. Czy można w ogóle mówić o chrześcijaństwie bez wsłuchiwania się w Słowo Boże? Czy nie będzie ono puste, kiedy nie ma w nim tego, co najbardziej istotne, dla dobrego przezywania naszego chrześcijaństwa?

Zobaczmy, że Prolog Ewangelii świętego Jana nie jest malowany słodkimi barwami bezpiecznego dzieciństwa Słowa. Święty Jan nie unika w swojej Ewangelii pewnego wymiaru dramatyzmu: mówi, że możliwe jest osierocenie Słowa. Możliwe jest odrzucenie Słowa, które przecież przyniosło człowiekowi zbawienie.  

I oczywiście często mówi się (relacjonując różne dramatyczne wydarzenia, o których donoszą nam media) jakie skutki dla dzieci ma zaniedbanie go ze strony matki i ojca. Znacznie rzadziej mówi się o konsekwencjach dotykających rodziców, którzy nie potrafią kochać i przyjąć swego dziecka. Podobnie dzieje się, gdy ktoś odstawia Biblię na półkę i pozwala, żeby na jej grzbiecie gromadził się kurz, albo gdy po niedzielnej mszy świętej już na progu kościoła nie pamięta, jaka była treść czytań. Słowo znika z niego jak nowe życie, które chciało ono wnieść w nasze wnętrze, ale które ostatecznie przez zaniedbanie wsłuchiwania się w Słowo Boże zostaje uśmiercone. A wtedy zostaje w naszych sercach pustka, którą trzeba czymś wypełnić…

Do obcowania ze Słowem Bożym zachęca nas także apostoł Paweł, który życzy nam dzisiaj, „aby Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał nam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznaniu Jego samego. Niech da nam światłe oczy serca tak, abyśmy wiedzieli, czym jest nadzieja naszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych”.

Niech te życzenia św. Pawła nie zostaną dla nas tylko pobożnymi życzeniami, ale nich przez codzienne otwarcie na Boże Słowo będą mogły stać się naszym osobistym doświadczeniem.

Powolne umieranie

Powoli umiera ten kto staje się więźniem przyzwyczajenia,
powtarzając każdego dnia te same drogi,
kto nie zmienia marki, znaku firmowego,
kto nie ryzykuje, nie zmienia koloru ubrań,
kto nie rozmawia z ludźmi których nie zna.

Powoli umiera ten kto unika w swoim życiu pasji,
kto zawsze przekłada czarne nad białe i poszczególne chwile nad całą paletę emocji,
które powodują, że błyszczą oczy, że na twarzy pojawia się uśmiech,
że serce bije mocniej w konfrontacji z błędami i uczuciami.

Powoli umiera ten kto nie wywraca stołu,
kto jest nieszczęśliwy z pracy,
kto nie ryzykuje pewności dla niepewności realizacji marzeń,
kto nie pozwoli sobie, przynajmniej jeden raz w życiu, uniknąć rozumnych rad.

Powoli umiera ten kto nie podróżuje,
kto nie czyta, kto nie słucha muzyki,
kto nie znajduje dobra w sobie.

Powoli umiera ten kto siebie nie kocha,
kto nie pozwala sobie pomóc,
kto przechodzi przez życie ciągle narzekając na własne nieszczęście lub na deszcz który pada.

Powoli umiera ten kto rezygnuje z własnego projektu przed rozpoczęciem go,
kto nie pyta o to, czego nie zna i nie rozumie,
kto nie odpowiada kiedy się go pyta o coś co zna.

Uniknijmy śmierci w małych dawkach,
pamiętając zawsze, bycie żywym nie ogranicza się tylko do prostej czynności oddychania.

Tylko płomienna cierpliwość poprowadzi cię do zdobycia wielkiego i wspaniałego szczęścia.

Pablo Neruda